|
BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO — Feliks Koneczny: Dzieje Ślązka - 10 |
|
Cz.1 II. W jaki sposób i jakiemi drogami dotarło do Ślązka światło ewangelii św. Początki państwa w Wielkopolsce III. Ślązk pod królami polskiemi Święty Wojciech, król Bolesław Chrobry i cesarz Otton III Cz.2 Zajęcie Czech. Wojny z Niemcami Waśń królewiczów Zbigniewa i Bolesława Bolesław Krzywousty. Wojny ślązkie IV. Ślązk pod zwierzchnictwem krakowskiem Mieczysław Stary i Mieczysław Raciborski Cz.3 Czterech kandydatów do korony polskiej Moralny upadek książąt ślązkich Ślązk przechodzi pod czeską koronę V. Stosunki wewnętrzne w okresie podziałów Cz.4 Kazimierz Wielki obrońca biskupstwa wrocławskiego VI. Ślązk pod Luksemburczykami Królowa Jadwiga i Wilhelm austryacki Jadwiga i Jagiełło. Małżeństwo Litwy z Polską Cz.5 Zaproszenie Jagiełły na tron czeski VII. Ślązk między Czechami, Węgrami a Polską Jak Wrocłwianie zapraszali polskiego króla Jan Olbracht i Zygmunt Stary książętami ślązkim Cz.6 Bracia Jerzy i Albrecht Brandenburscy Dlaczego luteranizm się szerzył Protestantyzm w Polsce a kardynał Hozyusz Król Zygmunt August i Barbara Radziwiłłówna IX. Stosunki wewnętrzne w okresie Jagiellońskim w Koronie Polskiej i na Ślązku Cz.7 X. Zwycięztwa w Polsce a klęski na Ślązku. Wojna trzydziestoletnia List majestatu cesarza Rudolfa Cz.8 Liga katolicka i Unia protestancka Ślązk hołduje kalwińskiemu królowi Zwycięztwo katolicyzmu na Ślązku Szwedzi w Niemczech i na Ślązku XI. Ostatni wiek panowania Habsburgów; podbój przez Hohenzollernów Szwedzi na nowo w Polsce. Król Jan Kazimierz na Ślązku Cud N. P. Maryi Częstochowskiej Niepodległość księstwa pruskiego Cz.9 Sankcya pragmatyczna i wojna o tron polski Ślązk przechodzi pod panowanie pruskie XII. Rozbiory odradzającej się Polski Szkoła Leszczyńskiego i ks. Stan. Konarski Rosya i Prusy przeszkadzają naprawie rządu w Polsce Pruski projekt rozbioru Polski Odrodzenie społeczeństwa polskiego Prusy i Rosya urządzają drugi rozbiór Polski Wojna o niepodległość w Ameryce Kościuszko naczelnikiem narodu Cz.10 XIII. Pierwsza połowa XIX. wieku Wojna z Napoleonem. Francuzi na Ślązku Legiony polskie i księstwo warszawskie Austrya germanizuje księstwo Cieszyńskie Oderwanie części Ślązka od dyecezyi krakowskiej Urządzenia administracyjne w państwie pruskiem
|
Rany Kościuszki pod Maciejowicami były śmiertelną raną polskiej niepodległości. Odkąd Kościuszko niezdatny był do walki, tryumf był już po stronie wrogów. W następnym roku 1795, przystąpili oni do trzeciego rozbioru i resztę polskiej ziemi pomiędzy siebie zagarnęli. Prusy dostały wtenczas Warszawę, a Austrya Kraków. Jakiem prawem? Na to pytanie chrześcijańskiej odpowiedzi niema; może być tylko odpowiedź: Siła przed prawem!
Zatrzymaliśmy się obszerniej nad historyą rozbiorów Polski, chociaż to nie dotyczy bezpośrednio dziejów Ślązka, z bardzo prostej przyczyny: Na Ślązku jest lud polski ten sam i taki sam, jak koło Warszawy. A czy warszawski, czy ślązki Polak, słyszy często, jak nieprzyjaciele nasi próbują usprawiedliwić rozbiory i miotają na Polskę najstraszniejszemi oszczerstwy, twierdząc, że Polska i tak niepotrafiłaby być dobrze urządzonem państwem. Otóż, chociażby nie potrafiła, to Niemcom i Moskalom nic do tego! Ale jest kłamstwem ten zarzut; bo rozebrano nie upadającą Polskę, ale właśnie odradzającą się; temu odrodzeniu przeszkadzano z całych sił, a gdy widziano, że i tak większość narodu jest za poprawą rządu, przystąpiono do rozbiorów właśnie dla tego, żeby tej poprawy nie dopuścić. Rozbiór Polski jest hańbą historyi i zakałą cywilizacyi.
Od tego też czasu Europa spokoju niema i mieć go nie będzie, póki z rozbioru Polski się nie poprawi.
Ale o tem się tu rozpisywać nie będziemy. Chodziło nam tylko o pouczenie czytelników, że jeżeli ktoś powie, że Polskę trzeba było rozebrać, bo w niej były wielkie nieporządki, można mu się roześmiać w oczy i powiedzieć: kłamiesz! Rozebrali ją właśnie dla tego, że chciała zaprowadzić porządek, chciała toż zrobić z mieszczanina i chłopa obywatela, ale nie dali! Konstytucya Trzeciego Maja wzywała do uwłaszczenia ludu wiejskiego, Kościuszko chodził w sukmanie i głosił wolność chłopom; po zwycięztwie lud byłby całkiem wolny, ale gdy Polacy przegrali, gdy cudzoziemcy objęli rządy, może dali ludowi wolność? Gdzież tam, skasowali wszystko, co dawała Konstytucya Trzeciego Maja; poddaństwo ludu utrzymali. Gdy szlachta polska chciała na własną rękę uwłaszczać lud, zakazali, bronili, żeby nie musieli zrobić tego samego w swoich własnych prowincyach. Tylko ciemnota ludu polskiego, który za mało czyta, za mało się dowiaduje o historyę, sprawiła, że niewiedzącemu o tem wszystkiem można pleść fałsze i obracać kota ogonem.
A teraz, cóż się przez ten czas działo ze Ślązkiem? Dawał też gruby podatek krwi, chociaż nie za polską sprawą. W kilku słowach trzeba nam wspomnieć tutaj o wielkiej rewolucyi francuzkiej, która wytoczyła sporo krwi całej Europie, a także niemało Ślązkowi.
Przykładem złego urządzenia państwa i społeczeństwa może być nie Polska, ale Francya XVIII-go wieku. Dwie trzecie części ziemi były w ręku szlachty, która nie płaciła żadnych podatków, podczas gdy wieśniak płacił ich tyle, że mu zaledwie dziesiąta część dorobku zostawała w ręku. A przytem był niewolnikiem swego pana, prostą jego własnością, którą wolno było każdej chwili zabić bezkarnie. Historyk francuzki opowiada, jak panowie na polowaniu ogrzewali sobie nogi ciepłem wnętrzności ludzkich, rozpruwszy w tym celu brzuchy dwom czy trzem chłopom; prawo na to pozwalało, bo ci chłopi, to tak samo ich własność, jak zwierzę domowe lub sprzęt jaki! Mieszczanina wolno było każdej chwili obić i też za to nie było kary. Słowem, szlachta tylko była uważana za ludzi. Rząd zaś królewski był despotyczny, to znaczy, że królowi wolno było wszystko, cokolwiek mu się zachciało; kto został ministrem i rozkazy wydawał w imieniu królewskiem, był też naprawdę wszechwładnym. Kto mu się nie spodobał, zamykał go do więzienia, nie potrzebując nawet powiadać, za co? W wojsku prowadzono handel stopniami oficerskiemi, sprzedając je więcej dającemu, podatki puszczano w dzierżawę przedsiębiorcom, którzy sobie potrójnie wymierzali należytość; aż strach bierze czytać historyków francuzkich, co za nadużycia się działy. Było dużo rzeczy podobnych bardzo do tych, które się dziś dzieją jeszcze w Rosyi, gdzie do dziś dnia jeszcze przechował się rząd despotyczny.
W owych czasach w całej Europie były rządy despotyczne, oprócz jednej tylko Polski, która miała zawsze rząd konstytucyjny. Ale nigdzie nie działy się takie nadużycia, jak we Francyi. Dodajmy do tego straszne marnotrawstwo dworu, które sprowadzało ogólne bankructwo państwa.
Właśnie te pieniężne kłopoty zniewoliły wreszcie niedołężnego króla Ludwika XVI., że się odwołał do narodu po radę, i wezwał przedstawicieli różnych stanów na naradę. Ci odpowiedzieli, że trzeba przedewszystkiem znieść despotyczną władzę królewską, że król powinien podzielić władzę ze sejmem i dać narodowi sposób do kontrolowania gospodarki rządu; że finanse ratować trzeba pociągnięciem szlachty do podatków, na co zresztą znaczna część szlachty sama się zgadzała. Powstała o to wojna domowa, a król choć poczciwy człowiek, ale nierozgarniony, nie umiał się zastosować i tak się zachowywał, że mogło się wydawać, jakby nie chciał nic zmienić z tych starych krzywdzących urządzeń. Wśród wojny domowej doszli do steru ludzie rewolucyjni, krzykacze i pozbawieni religii. Zamiast zaprowadzić rządy monarchiczno - konstytucyjne, oni postanowili całkiem znieść godność królewską. Nienawiść tych ludzi zwróciła się najpierw przeciw Kościołowi katolickiemu (od tego zawsze zaczynają wszyscy rewolucyoniści). Ogłosili wprawdzie równość wszystkich, ale toż zarazem skonfiskowali wszystkie dobra kościelne, a księży ogłosili urzędnikami państwa i kazali im przysięgać na nowe prawa umyślnie do spraw kościelnych wydane (jak późniejsze pruskie "prawa majowe"); większość przysięgi odmówiła, ale znaleźli się też tacy, którzy przysięgali i chcieli być księżmi nie papieskimi, ale rządowymi (jak potem za kulturkampfu w Niemczech). Po ołtarzu przyszła kolej na tron. Króla złożono z tronu, potem uwięziono, a nareszcie w roku 1793 ścięto. Rozumie się, że nie wszyscy Francuzi godzili się na te bezprawia; ale rewolucyoniści zagarnęli rządy, a sprawowali je w ten sposób, że zamykali do więzienia każdego, kto im się sprzeciwiał, wyrokami śmierci zaś szafowali tak hojnie, jak nigdy przedtem świat tego nie widział. Można powiedzieć, że cała Francya opływała potokami krwi, przelewanej bratobójczo.
Na obronę króla francuzkiego zawarli przymierze cesarz Franciszek II., władzca Austryi, z królem pruskim Fryderykiem Wilhelmem II. Rozpoczęto wojnę w roku 1792, ale prowadzono ją bardzo niedołężnie; Francuzi wkroczyli do Niemiec, zajęli Spirę, Moguncyę i Frankfurt nad Menem. Rewolucjoniści zemścili się potem na uwięzionym królu i ścięli go dnia 21-go Stycznia 1793. Tak tedy stanęła konstytucja francuzka kosztem hańby, królobójstwa, obrazy religii i strasznego przelewu krwi, podczas gdy polska Konstytucya Trzeciego Maja nikogo żałobą nie okryła, zaprzysięgana na nabożeństwie w kościele, wśród okrzyków: "naród z królem!"
W obronie praw tronu wybuchło powstanie w prowincyi francuzkiej Wandei; uznawali oni królem małego synka ściętego króla, pod imieniem Ludwika XVII. Na dozorcę tego chłopczyny wybrał rewolucyjny rząd najdzikszego człowieka, jakiego tylko mogli wynaleść, rozbestwionego pijanicę, szewca (ale wcale nie porządnego rzemieślnika, lecz takiego, który szewstwa się miał uczyć, ale się nie uczył niczego prócz pijaństwa); ten tak dręczył dziecinę, że z wycieńczenia królewicz umarł.
Do przymierza przeciwko rewolucyjnej Francyi przystąpiła teraz cała Rzesza Niemiecka, Anglia, Hiszpania i Holandya. Wojna toczyła się głównie na granicy belgijskiej, a tymczasem we Francyi coraz srożsi tyranowie dochodzili do władzy. Nastało panowanie motłochu; kto tylko zaliczał się do porządnych ludzi, nie był pewny życia. Na czele rządu stanął Robespierre, który burzyć kazał całe miasta we Francyi, gdy mu się sprzeciwiano; z pod gilotyny (francuzkiego narzędzia do ścinania głowy) odnoszono dzień po dniu koszami głowy ludzkie; były dnie, że po 300 ludzi mordowano. Stracono też królowę, nieszczęśliwą Maryę Antoninę. Zniesiono całkiem religię, zakazano wszelkich nabożeństw, ażeby nic a nic nie przypominało Kościoła, zniesiono nawet dawny kalendarz. Nareszcie przebrała się miarka; gdy nikt nie był pewny życia przed Robespierrem, uknuto na niego spisek i zamordowano go w roku 1794. Równocześnie zaczęło się Francuzom powodzić w wojnie zagranicznej; pobili Austryaków i Prusaków. Król pruski opuścił natenczas cesarza i zawarł na własną rękę pokój w Bazylei w Kwietniu 1795. W pokoju tym odstępował Francyi wszystkich swoich posiadłości na lewym brzegu Renu pod warunkiem, że mu Francya dopomoże do wynagrodzenia sobie tego przez sekularyzacye biskupstw w Niemczech. Francja bowiem, t. j. jej rząd rewolucyjny, miał zamiar wysłać wojska na Niemcy.
Po straceniu Robespierra mniej już przelewano we Francyi krwi własnych rodaków, ale rząd nie przestał być rewolucyjnym; o przywróceniu religii nie było mowy. Na czele stanęło teraz pięciu t. z. Dyrektorów Francyi; ten dyrektoryat stłumił powstanie katolickie w Wandei, a następnie zabrał się do wojny zaczepnej przeciw Austryi. Z dwóch stron ruszono na państwo Habsburskie. Jedna armia ruszyła przez Niemcy, a druga przez Włochy. Armią włoską dowodził generał Napoleon Bonaparte, wódz nadzwyczaj zdolny, jeden z największych wojowników w historyi całego świata. Gdzie tylko wkroczyło wojsko francuzkie, zaraz ogłaszało republikę; w ten sposób w krajach przez siebie zawojowanych ogłosili republiki w Hollandyi i dwie we Włoszech: (Cisalpińską i Liguryjską). W pokoju zawartym w roku 1797 musiała Austrya odstąpić Francyi Belgię (która też należała do krajów Habsburskich). Pokój ten nie ukończył jednak wojen w Europie; w roku 1798 dotarli Francuzi do Rzymu, uwięzili Ojca św. Papieża Piusa VI., a ogłosili republikę rzymską! W roku 1799 stanęło znowu przymierze; czyli koalicya (druga) przeciw rewolucyi francuzkiej. Wzięły w niej udział następujące państwa; Rosya (pod Pawłem I.), Anglia, Austrya, Portugalia, Neapol i nawet Turcya. Prusy nie wzięły udziału; nowy król, Fryderyk Wilhelm III., postanowił pozostać neutralnym (panował w latach 1797-1840).
W wojnie z drugą koalicyą zdobyli Francuzi z początku Neapol (i zrobili tam zaraz republikę), ale wnet potem zaczęli przegrywać na wszystkie strony i utracili znaczną część zdobyczy; we Włoszech wracało wszystko do dawniejszego stanu. Nie mieli Francuzi Napoleona Bonapartego, bo ten generał bawił tymczasem w Egipcie, chcąc ten kraj zdobyć, żeby ztamtąd zwalczać angielskie posiadłości zamorskie. Ale na wieść o klęskach Francuzów wrócił Napoleon z Egiptu, obalił rządy Dyrektoryatu, a zaprowadził natomiast rząd złożony z trzech zwierzchników zwanych konzulami, przyczem sam ogłosił się pierwszym konzulem na 10 lat. Odtąd zaczynają się rządy Napoleona we Francyi. Zaraz następnego roku, 1800, przechylił Napoleon szalę zwycięztwa na stronę francuzka, a w pokoju. w Lunewillu w roku 1801 przyłączył do Francyi wszystkie kraje na lewym brzegu Renu i zmusił koalicyę, że uznała cztery republiki: w Holandyi, w Szwajcaryi i dwie w północnych Włoszech.
Napoleon chciał mieć przynajmniej porządek: przywrócił we Francyi katolicyzm (choć sam w Boga nie wierzył) i papieżowi oddał państwo kościelne, choć uszczuplone. Zaprowadziwszy porządek we Francyi, odegnawszy rewolucyonistów od rządu, zapobiegł dalszej wojnie domowej; a wszyscy radzi byli, że się skończy przelew krwi bratniej i już dalej nie pytali, jakie są jego zamiary, byle tylko w kraju nastał pokój. Korzystając z tego, ogłosił się Napoleon konzulem dożywotnim; chociaż więc nie przybierał monarchicznego tytułu, odtąd naprawdę był monarchą, a rządy jego były prawie despotyczne.
Potęga jego polegała na wojsku. Niemcom dyktował prawa! Pod jego kierunkiem zmieniało się urządzenie Rzeszy Niemieckiej w roku 1803. Zniesiono wtenczas elektorstwa duchowne, z wyjątkiem jednego Mogunckiego, a sekularyzowano mnóstwo dóbr kościelnych. Prusy dostały wówczas posiadłości biskupstw Paderbornskiego, Hildesheimskiego, a znaczną część Monasterskiego i Erfurckiego (wynagrodzenie za neutralność).
W następnym roku 1804, ogłosił się Napoleon cesarzem. Co z tego wyniknęło dla Prus, zobaczymy w następnym rozdziale.
Za króla Fryderyka Wilhelma II. musieli Ślązacy oczywiście dostarczać także żołnierza na wojny francuzkie; za Fryderyka Wilhelma III. mieli od tego spokój aż do roku 1806. Zresztą zapisać chyba trzeba z tych czasów, że w roku 1788 wydał Fryderyk Wilhelm II. srogi edykt religijny, mający dopilnować protestanckiej prawowierności i tego samego roku zaprowadził cenzurę na książki, żeby nie wolno było nic drukować, co rządowi nie miłe. Pod tym względem było za niego gorzej, niż za jego poprzednika, Fryderyka II. Niewola ludu wiejskiego istniała w Pruskiem państwie nadal, aż do roku 1811. Polski lud na Ślązku w tych właśnie czasach najbardziej zaczął się germanizować.
XIII. Pierwsza połowa XIX. wieku
Wojna z Napoleonem. Francuzi na Ślązku
Napoleon nie poprzestał na tem, że się głosił cesarzem francuzkim; następnego zaraz roku, 1805, ogłosił się także królem włoskim. Natenczas powstała przeciw niemu nowa koalicya, złożona z Anglii, Rosyi, Austryi i Szwecyi. Prusy pozostały znowu neutralne. Niemcy podzieliły się na dwa obozy: za Napoleonem i przeciw niemu. Posiłków dostarczyły Napoleonowi: Bawarya, Badenia, Wirtembergia, Hessya, Nassawia. Francuzi zajęli Wiedeń. Pod Sławkowem (Austerlitz) stawili mu czoło cesarz niemiecki Franciszek II. i car rosyjski, obecni tam osobiście; ztąd bitwę tę zowią bitwą trzech cesarzy. Napoleon zwyciężył z temi posiłkami książąt niemieckich, którzy tam walczyli przeciw własnemu cesarzowi. Za to otrzymały Bawarya i Wirtembergia godność królewską od Napoleona. Po tem zwycięztwie rozprzęgła się już do reszty Rzesza Niemiecka. Prawie wszyscy niemieccy książęta (z wyjątkiem Prus, Brunświku i elektorstwa Heskiego) zawarli pomiędzy sobą związek, t. z. Związek Reński (Rheinbund) i uznali Napoleona swoim protektorem. Widząc to cesarz Franciszek II. złożył cesarską koronę i tak się skończyło katolickie cesarstwo "rzymskie narodu niemieckiego" w roku 1806, żeby już nigdy nie powstać. (Dzisiejsze bowiem cesarstwo jest zupełnie czemś innem; nie nazywa się "rzymskie", ale wprost "niemieckie" i nie jest katolickiem, ale protestanckiem.)
Ostatni cesarz Franciszek II., zanim zrzekł się korony niemieckiej, ogłosił przedtem w roku 1804 cesarstwem swoje habsburskie kraje dziedziczne; tak powstało cesarstwo austryackie.
W roku 1806 Prusy wypowiedziały wojnę Napoleonowi, bo cesarz francuzki zabierał się właśnie uderzyć na Prusy. Chciano go tedy uprzedzić, skoro już widocznie było, że Napoleon koniecznie chce tej wojny. Wtenczas wydano w Prusiech po raz pierwszy papierowe pieniądze. Ponoszono klęskę po klęsce; pod Saalfeld, Jeną, Auerstädt wojska pruskie poszły w zupełną rozsypkę. Jenerałowie pruscy wydawali potem Francuzom twierdze bez oporu, urzędnicy przechodzili na stronę francuzką, a kiedy w Listopadzie 1806 roku Napoleon wszedł do Berlina, siedmiu pruskich ministrów złożyło mu przysięgę wierności. Król Fryderyk Wilhelm III. uciekł do Królewca. Do Napoleona przyłączył się elektor saski i dostał za to także tytuł królewski. Z początkiem roku 1807 ukazał się oddział francuzki na Ślązku; w ciągu kilka dni poddał się Francuzom Wrocław i wszystkie twierdze ślązkie.
Na pomoc Prusom przybyła Moskwa. Mordercza bitwa pod Pruską Iławą pozostała nierozstrzygnięta, ale już w Maju zdobyli Francuzi Gdańsk, a Napoleon pobił Moskali w bitwie pod Frydlandem.
Zdawało się, że królestwo pruskie runie i przepadnie; sami dworzanie królewscy sądzili, że już wszystko przepadło. Ale bo też zdawało się, że losy całej Europy pójdą nowemi tory, że Francya ułoży sobie na nowo mapę Europy według swojej woli. Nie było już ani cesarstwa niemieckiego, ani Rzeszy niemieckiej, Prusy zniszczone, Włochy zawojowane, Moskwa zwyciężona; na nowych tronach, przez siebie w różnych krajach utworzonych, osadził Napoleon swych braci i całej Europie dyktował prawa. To powszechne wstrząśnięcie Europy w jej posadach, te wielkie zmiany, musiały się także odbić na narodzie polskim.
Legiony polskie i księstwo warszawskie
Dziesięć lat dopiero upłynęło było od ostatniego rozbioru, kiedy Napoleon rozpoczął był w roku 1806 wojnę z Prusami i Rosyą. Rozbiory były nieważne, nie mogły one przecież obowiązywać żadnego Polaka; każdemu zaś nasuwać mu się musiało pytanie, co będzie, gdy Napoleon pobije oba te państwa zaborcze? Oczywiście, Polska w takim razie mogłaby być wolną.
Tadeusz Kościuszko przestrzegał, żeby się z Napoleonem nie łączyć, bo mu nie trzeba dowierzać. Ale ogół narodu zawierzył gwieździe Napoleona, a gdy cesarz francuzki wydał w roku 1806 odezwę do narodu polskiego, żeby chwycili za oręż i wywalczyli sobie niepodległość, zaufano mu. We Włoszech zaczęło się formować wojsko polskie, zwane legionami, pod generałem Henrykiem Dąbrowskim, który wiódł je na północ, do ojczyzny ze śpiewem wtenczas ułożonym: Jeszcze Polska nie zginęła! Dąbrowski wszedł do Poznania; Warszawę opuścili Prusacy! Zdawało się wszystkim, że wstanie znów królestwo polskie. Cóż dopiero za radość, gdy i Gdańsk został zdobyty! Drugie państwo zaborcze, Moskwa, także pokonana pod Frydlandem! Jeszcze jedna i druga taka bitwa, a odzyska się także tamte prowincye, Polacy pod zaborem moskiewskim gotują się do powstania, gdy wtem Napoleon zawiera niespodzianie pokój w Tylży w Lipcu 1807. Rosya nie straciła w tym pokoju ani piędzi ziemi, za to, że car obiecał Napoleonowi pomagać mu w wojnie z Anglią. Warunki pokoju skrupiły się tylko na Prusach. Zabrał Napoleon Prusom wszystkie kraje od Renu aż do rzeki Łaby (Elbe), i utworzył z nich "królestwo westfalskie" dla jednego ze swych braci; nadto odebrano Prusom wszystko, co w trzech rozbiorach zabrali na Polsce i z tych krajów utworzono szczupłe " księstwo warszawskie". (Gdańsk został wolnem miastem). Dodać należy, że kraje objęte księstwem warszawskiem zdobyli Polacy własną krwią, a nadto pomagali Napoleonowi we wszystkich bitwach. Szczupłe to państewko polskie nie mogło zadowolnić Polaków, ale przecież było czemś.
Dołożono tedy usiłowań z całych sił, żeby to księstwo warszawskie, choć małe, było państwem porządnem. Teraz nikt nie przeszkadzał rządzić się Polakom, jak chcieli. A więc postarano się o duże, silnie wyćwiczone wojsko i zabrano się do dalszej organizacyi szkół, przerwanej trzecim rozbiorem. Patryotyzm, ofiarność i poświęcenie obywateli nie znały granic. Nakładano na siebie dobrowolnie olbrzymie podatki, żeby tylko jak najwięcej zrobić dla szkół i wojska; przewidywano bowiem nowe wojny, a zatem trzeba było mieć armią. Malutkie księstwo warszawskie utrzymywało armię przeszło stutysięczną; mnóstwo młodzieży zaciągało się w szeregi w miłej nadzieji, że to wojsko zdobędzie wolność reszcie krajów polskich. Pokazało się, jakie postępy robi naród od czasu, kiedy sobie nadał Konstytucyę Trzeciego Maja; obywatele księstwa warszawskiego byli godnymi następcami tej Konstytucyi. Zakwitnęły też miasta, podniósł się handel, przemysł i ogólny dobrobyt, a przedewszystkiem podnosiła się bardzo oświata. Pod tym względem trzeba też było bardzo wytężyć siły, bo przez 10 lat pruskiego panowania rząd o szkoły polskie nie tylko się nie troszczył, ale im przeszkadzał.
Słusznie przewidywano, że niedługo nastanie nowa wojna. Już następnego roku 1808, o mało co nie wydał Napoleon nowej wojny Prusom; dla księstwa warszawskiego byłoby oczywiście rzeczą niezmiernie ważną, żeby nie dopuścić do zwycięztwa Prus, bo inaczej Prusy znowuby zagarnęły polskie kraje. Do wojny jednak nie przyszło, a Polacy nie tej wojny sobie życzyli, ale wojny z Moskwą. Z Prusami woleli mieć teraz pokój i wojować z tem państwem nie mieli też żadnej przyczyny, o ile Prusy nie przekroczyły granic księstwa.
Rząd pruski, widząc sromotny upadek państwa, ocucił się i zmądrzał. Ażeby rozbudzić w ludności przywiązanie do tronu i do państwa, nadano teraz (teraz dopiero!) miastom prawa, żeby się mogły rządzić same, zniesiono uwolnienia od podatków uprzywilejowanych szlachciców, a wreszcie w roku 1811 zniesiono pańszczyznę. O pieniądze była jednak wielka bieda; do tego stopnia, że powstał projekt, żeby część Ślązka sprzedać! Na to jednak król nie przystał. Najbardziej pomagała królowi ta okoliczność, że Francuzi strasznie się dawali we znaki ludności i powszechną przeciw sobie wzniecali nienawiść. Można więc było mieć pewność, że w razie nowej wojny z Francyą cała ludność niemiecka chwyci za. broń. Lepsi wśród Niemców zaczęli też rozumieć, co to za hańba dla narodu, żeby tak ulegać Francuzom, a nawet z nimi się łączyć, jak to połowa Niemiec zrobiła. Gotując się do przyszłej wojny z Napoleonem, zaprowadzono też w Prusiech już w roku 1809 powszechną służbę wojskową.
Napoleon tymczasem wojował w drugiej stronie Europy, z Anglią, Hiszpanią, Portugalią; wszystkie sprzymierzone i zależne odeń państwa musiały mu dostarczać posiłków, a więc także księstwo warszawskie. Z nowym carem rosyjskim, z Aleksandrem, zawarł jednakże Napoleon ścisły sojusz: nadzieja odzyskania tamtych prowincyj znowu się oddalała.
W roku 1809 wypowiedział Napoleonowi wojnę cesarz austryacki Franciszek. Przegrał zupełnie; Austrya rozbita, poodrywano od niej sporo krajów. Księstwo warszawskie tyle na tem zyskało, że dało się oderwać od Austryi także część polskiego zabranego kraju, a mianowicie zachodnią Galicyę, którą przyłączono do Księstwa. Ale ten zysk był także zarazem szkodą, bo robił z Austryi nieprzyjaciela. Nie z Austrya, i nie z Prusami chcieli Polacy walczyć, ale z Moskwą.
Napoleon wojował teraz ze Szwecyą, a potem znowu z papieżem, z którym pokłócił się o to, że go papież nie chciał słuchać w polityce. Napoleonowi od samej pomyślności przewróciło się w głowie. Wziął Ojca św. Piusa VII. do niewoli, uprowadził go z sobą do Francyi, gdzie zwierzchnik Kościoła żyć musiał z jałmużny.
Oburzyło to do żywego katolicki naród polski i zaczęli być tacy, którzy radzili zerwać z Napoleonem, a zbliżyć się raczej do Rosyi. Projektowali, żeby zrobić teraz to, co się nie udało za króla Zygmunta III. Jak wtenczas królewicz polski miał być carem, tak teraz chciano, żeby car był królem polskim, a więc żeby zawrzeć unię pomiędzy państwem rosyjskiem a polskiem; oczywiście pod tym warunkiem, że wszystkie dawne polskie ziemie do polskiego państwa należeć będą i będą miały rząd zupełnie polski. Była to myśl mądra, ale car chwycił się jej dopiero po niewczasie.
W
roku 1812 doczekano się nareszcie, że Napoleon wypowiedział wojnę
Moskwie. Księstwo warszawskie musiało Napoleonowi dotrzymać sojuszu;
reszta narodu polskiego wahała się, czy zaufać temu wojownikowi. Ale
Napoleon ogłosił publicznie, że idzie na Moskwę, żeby wskrzesić państwo
polskie w dawnych jego granicach. I tak jeszcze się wahano, - ale car
zachowywał milczenie, nie przyjął myśli unii, - więc ostatecznie stanął
naród po stronie Napoleona;
Półmilionowe wojsko Napoleona przeszło przez Niemen, Napoleon wkroczył do Wilna. Polskie prowincye uwolnione były od Rosyan, ale Napoleon królestwa polskiego nie ogłosił. Uważał sprawę polską, jako przedmiot targu politycznego, ale szczerym nie był nigdy. Napoleon zawarł przymierze z Austryą i Prusami. Król pruski patrzał przedtem obojętnie na pogrom Austryi, ale teraz przeciwko Rosyi posłał na pomoc swoje wojsko; był zupełnie w wysługach Francyi.
Napoleon, zwycięzki, jak zawsze, dotarł aż do Moskwy, dawnej stolicy państwa! Mogło się zdawać, że teraz podyktuje carowi warunki pokoju, że reszta ziem polskich odzyska niepodległość. Ale jak mylne są rachuby ludzkie!
Wkroczył Napoleon do miasta Moskwy, ale to miasto było puste; ludność z niego wyprowadziła się, postarawszy się, żeby w mieście nie zostało nic do jedzenia ani dla koni, ani dla ludzi. Na kilkanaście mil do okoła cały kraj był wypalony i pusty! Na trzeci dzień miasto zaczyna się palić od razu w kilku miejscach. To gubernator moskiewski Roztopczyn głodnym i schorzałym Francuzom zapalił całe miasto nad głowami, zostawiwszy w tym celu kilkunastu ludzi w skrytkach. Francuzi chcieli w Moskwie przezimować; teraz jednak trzeba było wracać, choć byli zwycięzcami we wszystkich bitwach. Równocześnie chwytają straszne mrozy, choć był dopiero Listopad; Francuzi, do zimy takiej nieprzywykli i wcale na zimę do wojny nie zaopatrzeni (bo mieli zimować spokojnie w Moskwie) padają po drodze, jak muchy. Straszną była przeprawa przez rzekę Berezynę; żołnierz moskiewski robił swoje na mrozie, jak nic, podczas gdy francuzki karabina porządnie nastawić nie zdołał. W Berezynie zatonęła znaczna część wojska, a drugie tyle poszło w rozsypkę marznąc, ginąc z głodu i strasznych chorób. Żadnej klęski nie poniósł cesarz francuzki, nie przegrał żadnej walnej bitwy, a jednak z końcem Listopada miał koło siebie już ledwie 8.000 żołnierza! Czemże tu wojnę prowadzić? Siada więc na sanki i jedzie bez wytchnienia do Paryża, żeby na przyszły rok przysposobić nową armię. Żadne, choćby największe przegrane bitwy, nie mogły mu były tyle zaszkodzić, ile ten pożar Moskwy i mrozy.
Widząc, że z Napoleonem krucho, odstąpił go król pruski i zawarł teraz przymierze z Moskwą. Obydwa państwa ruszyły na Saksonię, która była po stronie francuzkiej; udało im się zająć Drezno z końcem Marca 1813. Ale w miesiąc potem Napoleon znowu był w Niemczech, mając już znów 120,000 wojska i Drezno odebrał, zadawszy sprzymierzonym trzy ciężkie klęski, poczem pruskie i rosyjskie wojsko cofnęło się na Ślązk. Wtenczas do przymierza przeciw Napoleonowi przyłączyła się także Austrya. Zaczęła się teraz dopiero ciężka wojna. Na Ślązku stanęło 60,000 rosyjskiego i 40,000 pruskiego wojska i wyruszyło ztąd do środkowych Niemiec. A to była armia najmniejsza; oprócz niej były dwie inne, znacznie większe, tak, że siły sprzymierzonych dochodziły razem do pół miliona żołnierzy. I udało im się zwyciężyć Napoleona w trzechdniowej krwawej bitwie pod Lipskiem 16-go, 18-go i 19-go Października 1813 roku. Tamto w rzece Elsterze zginął książę Józef Poniatowski, dowodzący pułkiem polskim. Po tej bitwie odstąpił Napoleona Związek Reński. Sprzymierzeni podali Napoleonowi warunki pokoju, żeby Ren i Alpy tworzyły granicę Francyi. Warunki te były bardzo dobre, bo dawały Francyi znacznie więcej, niż się jej należało, ale Napoleonowi nie o Francyę chodziło, tylko o siebie; zaślepiony, myśląc, że zawsze górą być musi, odrzucił te warunki. Sprzymierzeni wkroczyli tedy do Francyi. Po wielu krwawych bitwach, staczanych ze zmiennem szczęściem, przegrał Napoleon; sprzymierzeni wkroczyli do Paryża. Napoleon pobity musiał się zrzec korony; dostał na mieszkanie i panowanie małą wyspę Elbę na morzu tyrheńskiem blizko wybrzeży Włoch. Do Francyi wracała dawna dynastya królewska; koronę otrzymał brat ściętego króla. Ojciec św. wracał do Rzymu.
Granice państw europejskich zmieniały się za czasów Napoleońskich niemal co roku; żeby je ustalić, zwołali monarchowie kongres do Wiednia. Zjechali tam osobiście cesarz austryacki i rosyjski, królowie pruski, bawarski, wirtemberski, duński; Anglia, Francya, Hiszpania, Portugalia, Szwecya miały swoich posłów. Był to kongres europejski. Kłócono się o Saksonię i Polskę. Saksonię całą chciały zagarnąć Prusy. Austrya i Anglia życzyły sobie odbudowania Polski; sprzeciwiały się Rosya i Prusy. O sprawę polską omal nie wybuchła wojna, w której Rosya i Prasy walczyłyby przeciw Austryi, Anglii i Francyi. Ale niespodzianie pogodziła zwaśnionych wieść, że Napoleon wrócił do Francyi!
Wrócił rzeczywiście; wylądował na wybrzeżu francuzkiem l-go Marca 1815 roku, w kilka dni miał wojsko, a w trzy tygodnie zajął Paryż! Wojsko samo z siebie się zrobiło, bo lud francuzki lgnął do niego, chociaż on nie był tego godzien. Wtenczas wszystkie państwa (z wyjątkiem Szwecyi) zawarły przeciw niemu znowu przymierze, tak, że zebrały wojsko mające przeszło milion żołnierzy. Napoleon jednak zwyciężał z początku, dopiero 18-go Czerwca pobity został na głowę pod Waterloo w Belgii. Wtenczas zrzekł się tronu dla swego czteroletniego syna, ale sprzymierzeni, zająwszy powtórnie Paryż, przywrócili znowu dawną dynastyę królewską. Napoleon chciał uciec do Ameryki, ale nie mogąc tego dokonać, oddał się sam w ręce Anglików. Zawieziono go teraz na bezludną wyspę św. Heleny na Oceanie, tysiąc mil od Europy, gdzie żył jeszcze przez 6 lat, do roku 1821.
Monarchowie wrócili na kongres wiedeński. Rosya i Prusy nie chciały ani słyszeć o odbudowaniu Polski. Oba te państwa podzieliły pomiędzy siebie Księstwo Warszawskie w ten sposób, że Prusy zabrały Poznańskie i Gdańsk, a resztę (prócz Krakowa) dano carowi Aleksandrowi. Tej części Księstwa Warszawskiego nadano szumny tytuł Królestwa Polskiego; car Aleksander koronował się też królem polskim. Miasto Kraków z okolicą ogłoszono rzeczpospolitą i oddano pod dozór wszystkich trzech państw rozbiorowych, Austryi, Prus i Rosyi, które utrzymywały w Krakowie w tym celu swoich pełnomocników. Te same trzy państwa zawarły z sobą związek polityczny, nazywany przez nich zuchwale świętem przymierzem. To przymierze "święte" miało na celu utrzymanie despotyzmu w Europie.
W całej Europie bowiem dwa tylko były państwa, w których monarcha dzielił swą władzę z narodem i pozwalał obywatelom na udział w rządzie. We Francyi, po wielkiej rewolucyi, trudno było zaprowadzać na nowo despotyczne rządy jawnie i otwarcie; pozostawiono tam tedy sejm, chociaż prawa jego krępowano coraz bardziej. Drugiem państwem konstytucyjnem było owo małe Księstwo Polskie, utworzone na kongresie wiedeńskim i dlatego zwane też zwykle Królestwem Kongresowem, albo krótko Kongresówką. Niemożebne bowiem było przypuścić, żeby Polacy, którzy zawsze mieli rząd konstytucyjny, którzy mieli za sobą świeżą jeszcze a świetną tradycyę Konstytucyi Trzeciego Maja, znieśli cierpliwie w swojem państwie rząd despotyczny. Car Aleksander despotyczny władca rosyjski, w tem Królestwie polskiem był monarchą konstytucyjnym. Związek Kongresówki z Rosyą miał polegać tylko jedynie na wspólności osoby monarchy. Zresztą rządy obydwóch państw były zupełnie od siebie oddzielone. Królestwo Polskie miało swoje własne wojsko, a tak pielęgnowano tę armię narodową, że powszechnie uważano Ją za najpiękniejsze i najbitniejsze wojsko w całej Europie. Władza prawodawcza spoczywała w ręku sejmu, wykonawcza w ręku ministrów odpowiedzialnych przed sejmem. Ponieważ Kraków od Kongresówki oddzielono, założono tedy w Warszawie nowy uniwersytet, który wkrótce zajaśniał blaskiem nauki. Administracya kraju, prowadzona wyłącznie przez Polaków, znajdowała się w wzorowym porządku.
To małe "Królestwo", mniejsze o połowę od dawniejszego Księstwa Warszawskiego, nie spełniało oczywiście nadzieji Polaków; ale łączyły się z tem inne nadzieje. A mianowicie car Aleksander obiecywał, że do tego Królestwa przyłączy resztę ziem polskich będących pod panowaniem rosyjskiem. Mawiał, że marzeniem jego jest odbudowanie Polski, tylko na razie stosunki polityczne nie dopuszczają spełnienia tego wielkiego dzieła; niechaj więc Polacy tak długo będą cierpliwi, aż nadejdzie chwila sposobna. Car Aleksander potrzebował sympatyi Polaków i rzeczywiście zrobił wiele, żeby na nią zasłużyć. We wszystkich bowiem polskich ziemiach do cesarstwa rosyjskiego należących uszanował język polski, który był panującym w sądzie, w urzędzie i w szkole, tak, że naprawdę w czasach po kongresie wiedeńskim Polakom najlepiej się działo w zaborze rosyjskim. Naród polski mógł tam z początku rozwijać zupełnie swobodnie swą kulturę; a że od czasów Konarskiego Polacy najbardziej baczyli na szkoły, więc też jęli się do ich zakładania i udoskonalania na wielką skalę. W Wilnie była jeszcze z czasów Batorego akademia; tę teraz ulepszono, sprowadzono znakomitych profesorów i doprowadzono do tego, że stała się ona pierwszorzędnem źródłem nauki na całym Wschodzie europejskim. Wszystko to było na wskroś polskie, rząd rosyjski nie wtrącał się w polskie sprawy szkolne prawie całkiem; na czele polskiego szkolnictwa stał Polak, książę Adam Czartoryski, godny człowiek, wzór magnata - patryoty.
Kongres wiedeński, oddając ziemie polskie na nowo państwom zaborczym postanowił wyraźnie, że na całej przestrzeni dawnego państwa polskiego ma język polski zachować wszystkie swe prawa, a rządy obowiązane są dostarczyć Polakom środków do cywilizacyjnego rozwoju swej narodowości, której odrębność należy uszanować. Zastosował się do tego postanowienia z początku w zupełności car Aleksander. Najmniej wypełniła to postanowienie kongresu Austrya; Prusy szły z początku średnią drogą.
Austrya germanizuje księstwo Cieszyńskie
W Austryi na czele rządów stanął osławiony książę Metternich, wielki wielbiciel despotyzmu i bezwzględny germanizator. Polaków nie dopuszczano do urzędów, nie pozwalano zakładać wyższych szkół polskich. We Lwowie założył jeszcze poprzednio cesarz Józef II. uniwersytet, ale ten był niemiecki. Młodzież wyjeżdżała na uniwersytet do Krakowa, na co bardzo niechętnie patrzał rząd. Był nawet czas, że za przewodem Metternicha myślano znieść ten stary uniwersytet Jagielloński w Krakowie.
Najbardziej jednak dawała się germanizacya we znaki Ślązkowi austryackiemu. Księstwo Cieszyńskie, część Ślązka Górnego, kraj zupełnie polski, postanowiono z całą świadomością przerobić na prowincyę niemiecką. Zaginęła między politykami austryackimi nawet tradycya o tem, że księstwo to należy do państwa austryackiego właściwie tylko, jako cząstka Korony Czeskiej. Czesi byli zresztą zupełnie zgermanizowani i to do tego stopnia, że oni właśnie dostarczali rządowi największych germanizatorów. W Galicyi np. cieszono się, jeżeli rząd przysłał na urząd jakiego rodowitego Niemca; mówiono, że to wielka ulga i o wiele lepiej, niż zniemczały Czech.21) Otóż Cieszyńskie wzięte było we dwa ognie germanizacyi: przez rząd i przez Czechów.
Księstwo Cieszyńskie dał był cesarz Karol VI. jeszcze w r. 1722 księciu Leopoldowi Lotaryńskiemu; syn jego Franciszek Szczepan nastąpił w Cieszyńskiem po ojcu w roku 1729. Wychowany na cesarskim dworze, ożenił się w siedm lat potem, w roku 1736, z najstarszą córką Karola VI., z ową Maryą Teresą, o której poprzednio już była mowa. W trzydzieści lat potem użyto księstwa Cieszyńskiego na posag dla córki Maryi Teresy, imieniem Maryi Krystyny, gdy wychodziła za mąż za księcia saskiego Alberta. Książę ten tytułował się odtąd księciem sasko - cieszyńskim. Żył do roku 1822. O kraj troszczył się o tyle, o ile mu dostarczał dochodów. Zresztą rządami nie zajmował się wcale i tak się tu wszystko działo, jak sobie w Wiedniu Metternich życzył. O ile zaś potrzebował urzędników do swych olbrzymich dóbr, sprowadzał Niemców i tak powoli samo miasto Cieszyn zaczynało przybierać postać niemiecką. Umierając w roku 1822 zapisał księstwo arcyksięciu austryackiemu Karolowi, po którym odziedziczył je syn jego arcyksiążę Albrecht, który umarł 1895. Władza książęca była jednak coraz mniejsza, a po roku 1848 straciła wszelkie polityczne prawa nad krajem; "księstwo cieszyńskie" stało się tylko tytułem; niemniej przeto każdorazowy "książę" wielki ma na ten kraj wpływ z tej prostej przyczyny, że większa połowa Cieszyńskiego jest jego prywatnym majątkiem. Jak dotychczas, wszyscy ci książęta cieszyńscy byli zawsze wielkimi germanizatorami.
Sąsiadujące z Cieszyńskiem księstwo Opawskie, ziemia czeska germanizowało się podwójnie, bo dobrowolnie. Czesi tamtejsi przenosząc się często do Cieszyńskiego, nieśli też z sobą niemczyznę. W Opawskiem tytuł książęcy posiadała rodzina Lichtensteinów; cesarz Maciej nadał im to księstwo prawem lennem dziedzicznem w roku 1613. Utrzymali się tam aż do dziś dnia; straciwszy znaczenie polityczne wywierali jednak wielki wpływ przez przewagę majątkową i pomagali dzielnie do germanizacyi, której ludność czeska chętnie zresztą ulegała aż do połowy tego wieku.
O ludzie polskim na Ślązku austryackiem nikt nie pomyślał. Uważano go za bydło robocze; kto z pośród ludu chciał się wznieść wyżej, musiał zostać Niemcem, bo tylko Niemcy mieli w Austryi znaczenie. Lud ten miał wprawdzie teraz w tem samem państwie braci w Galicyi, z którą graniczył bezpośrednio, ale cóż z tego, skoro w Galicyi tak samo nie było ani jednego urzędnika polskiego, ani jednej szkoły polskiej. Jedynie duchowieństwo podtrzymywało tu choć trochę ducha narodowego, chociażby przez to, że z Kościoła nie można było wyrugować polskiego języka, bo po niemiecku nie rozumieliby kazania. I pastorowie protestanccy musieli z tego samego powodu uwzględniać język polski. Ludowi polskiemu w Cieszyńskiem na dobre tedy wyszło, że się po niemiecku nie uczył; inaczej byliby mu może zaczęli nasyłać niemieckich księży.
Czasy Metternichowskie, to najgorsze czasy dla Polaków w Austryi. Metternich bowiem wiedząc, że Polacy z całej swej tradycyi dziejowej, z usposobienia i natury swej, nie będą nigdy przyjaciółmi despotycznej formy rządu, upatrywał (i słusznie) w Polakach największych wrogów swego systemu. Metternich tak zaś zajadłym był w swem zaślepieniu do despotyzmu, że uważał za rewolucyonistę każdego, ktoby tylko wspomniał o konstytucyi lub o sejmie. A Polacy w Kongresówce mieli konstytucyę i sejm; było to też solą Metternicha, który nie mógł się doczekać, żeby te prawa odjęte były Królestwu Kongresowemu. Dla niego Polak, a rewolucyonista, znaczyło to samo; nienawidził Polaków za ich żarliwą miłość wolności.
Przejdźmyż teraz do pruskiego panowania. Król Fryderyk Wilhelm III., zaprzysiągłszy zapewnienia dane Polakom przez kongres wiedeński, dotrzymywał z razu przysięgi. Dawał wprawdzie mniej, niż car Aleksander, ale też car chciał tylko schlebiać Polakom, podczas gdy ten król pruski był przynajmniej szczery. W Poznaniu ustanowił swoim namiestnikiem księcia Antoniego Radziwiłła, człowieka dobrej woli, choć średnich tylko zdolności (zdatniejszy był do muzyki, niż do polityki); Polskę umiłował jednak gorąco, co nawet na zewnątrz wyrażał strojem; do śmierci chodził w prostej czamarce i aksamitnej czworograniastej czapce, a polski język był mu najmilszą mową. Na stanowisku namiestnika Wielkopolski pomagało mu bardzo to, że był spokrewniony z dynastyą Hohenzollernów; ożenił się bowiem w roku 1796 z synowicą króla Fryderyka II., z księżniczką pruską Ludwiką, (córką księcia Ferdynanda pruskiego). Wychodząc za mąż za Polaka, sprawiła mu miłą niespodziankę: oto wyjednała u panującego wówczas króla Fryderyka Wilhelma II., że na dzień jej ślubu uwolnił niemal wszystkich polskich jeńców wojennych, którzy od czasów wojny 1794 roku, kiedy pod Kościuszką walczyli, uwięzieni byli w fortecach ślązkich. Na tym związku małżeńskim polskiego magnata z księżniczką pruską opierali niektórzy Polacy wielkie nadzieje. Generał Dąbrowski np. starał się królowi pruskiemu podsunąć myśl, żeby odbudował królestwo polskie, którego tron mógłby zająć jeden z królewiczów pruskich; Dąbrowski myślał, że Radziwiłł do tego króla skłoni. Ale w polityce małżeństwo nie znaczy nic a nic, a kto o tem zapomina, ten jest lichym politykiem. Lichym też politykiem był generał Dąbrowski; dobrym za to był wodzem. Widząc, że od pruskiego dworu nie można się niczego spodziewać, poszedł za gwiazdą Napoleona i uformował we Włoszech owe legiony, z któremi potem wkroczył do Poznania. Książe zaś Antoni Radziwiłł nie wierzył Napoleonowi i w żadne stosunki z nim nie wchodził.
Książę Antoni miał kilkoro dzieci; starsza córka Eliza, słynęła z piękności i dobroci. Zakochał się w niej młodszy królewicz, Wilhelm, syn Fryderyka Wilhelma III., późniejszy cesarz niemiecki Wilhelm I. Ojciec przystawał na to małżeństwo z Polką; ale królewicz sam miał obawy, żeby mu to potem nie zawadzało w polityce, na wypadek, gdyby miał zasiąść na tronie. Jakkolwiek bowiem był tylko młodszym synem, przewidywał, że starszy brat mógłby umrzeć i jemu przypadłaby korona. Oddał więc tę sprawę pod decyzyę rady ministrów, a ministrowie małżeństwu się sprzeciwili. Zdaje się, że się postarano o to, żeby taką dali odpowiedź. Prusy bowiem nie były jeszcze państwem konstytucyjnem i królewska wola była najwyższem prawem. Młody królewicz Wilhelm w listach do swego przyjaciela pisywał wyraźnie, że Elizę Radziwiłłównę bardzo kocha, ale też zwykle dodaje zaraz, że o małżeństwie trudno myśleć. Zdaje się, że nie chciał się żenić dlatego, że tylko po matce była z krwi królewskiej, ale nie po ojcu; niektórzy prawnicy pruscy bowiem twierdzili, że dzieci książąt z domu Hohenzollernów wtedy tylko mogą rościć prawa do korony, jeżeli ich matka była córką panującego książęcia; według tego zapatrywania dzieci zrodzone w małżeństwie z Elizą nie miałyby prawa do tronu. Ale na zapatrywanie prawników była prosta rada: wydać rozporządzenie królewskie! Wilhelm jednakże żenić się nie chciał, bo w takim razie stanąłby niejako niżej od innych członków królewskiej rodziny. Nie miałbo w sobie temperamentu polskiego króla Zygmunta Augusta, który także Radziwiłłównę osadził na tronie, a nie bał się, że mu przez to ubędzie honoru pomiędzy monarchami europejskimi! I nie ubyło mu nic!
Choć jednak królewicz Wilhelm postanowił się nie żenić, zajeżdżał jednak często do Poznania, a w lecie do Ruhbergu na Ślązku, w hrabstwie Kłodzkiem, gdzie Radziwiłłowie kupili sobie posiadłość na letnie mieszkanie. Aż do roku 1826 nie powiedział Wilhelm otwarcie, że się nie myśli żenić, tylko zwlekał i przewlekał! Księżniczka Eliza dobrze jednak wyszła na tem, że nie wyszła za królewicza Wilhelma. Przypłaciła wprawdzie nieszczęśliwą swą miłość wczesną śmiercią, ale lepiej jej było w grobie, niż byłoby na tronie, gdyby się jej życzenia były spełniły i zdrowie służyło. Przypuśćmy, że Eliza byłaby żyła długo przy boku królewicza, który potem stał się królem, potem jeszcze został cesarzem; przypuśćmy, że zostałaby pruską królową i cesarzową niemiecką: nie bardzoby jej było miło, gdyby w państwie, którego była królowa, dola Polaków była ciężką. Niechże nikt ani na chwilę nie przypuszcza, że polska małżonka mogłaby wpływać korzystnie na pruskiego króla: w polityce małżeństwo nie znaczy nic a nic.
Wpływ księcia Antoniego Radziwiłła był też coraz mniejszy na dworze berlińskim. Metternich się sierdził, jak to Polak może być namiestnikiem polskiego kraju, car Aleksander zaczął też powoli zrzucać maskę względem Polaków, a wpływ tych dwóch państw oddziaływał na politykę pruską względem Polaków. Pozostawiono wprawdzie język polski we wszystkich jego prawach, ale równocześnie zaczęto też obok niego wysuwać niemczyznę.
Zobaczmy teraz, jakie były sprawy państwa pruskiego za króla Fryderyka Wilhelma III. po kongresie wiedeńskim; dotyczyły one bowiem z konieczności także Wielkopolski i Ślązka.
Na kongresie wiedeńskim przyrzekł król w odezwie do swych poddanych, że nada konstytucyę i zwoła sejm z przedstawicieli narodu. Postanowienie to zapadło 22-go Maja 1815 roku. Ale pod wpływem "świętego przymierza", pod wpływem Metternicha i cara Aleksandra przyrzeczenie to pozostało obiecanką. Co gorsza, zaczęto wkrótce zapełniać więzienia zwolennikami konstytucyi i nastały jak najsurowsze rządy policyjne. W roku 1819 ogłoszono surową cenzurę na wszelkie książki, żeby nie wolno było ani słowa drukować o wolności i ani słówkiem zganić rządu; w uniwersytetach zaprowadzono policyjny dozór nad profesorami i studentami; ustanowiono osobną komisyą śledczą, któraby śledziła i więziła wszystkich okazujących niezadowolenie z despotycznej formy rządu. Prawa te uchwalono na konferencyi ministrów państw niemieckich w Karlsbadzie (w Czechach, a więc w państwie austryackiem, pod kierunkiem Metternicha); nazywano je dla tego ustawami Karlsbadzkiemi. Obowiązywały one aż do roku 1848. Oczywiście, że nie powiększały one bynajmniej przywiązania do państwa i tronu. Nietylko Polakom, ale zupełnie tak samo Niemcom dawały się te prawa ciężko we znaki.
Niemcy mieli jeszcze szczególny powód do niezadowolenia. Oto w roku 1817 zaprowadził król t. z. unię protestancką, to jest wspólne t. z. "ewangielickie" wyznanie wiary dla kalwinów i luteranów. Dynastya Hohenzollernów, będąc kalwińską, niechętnie widziała, że większość poddanych należy do luteranizmu; dlatego to obmyślono to wspólne wyznanie wiary. Ilekroć rząd wtrąca się w sprawy sumienia, zawsze się z tego wywiąże jaka bieda; bo rząd lubiałby, żeby sprawy kościelne były płaszczykiem dla jego zamysłów. Jeżeli tak bywa ze sprawami Kościoła katolickiego, cóż dopiero w obrębie protestantyzmu! Zaczęło się od tego, że w roku 1821 rząd króla Fryderyka Wilhelma III. zakazał surowo używania wyrażeń "protestantyzm", "protestanci", "protestancki"; potem roku 1824 narzucił król wszystkim pastorom ułożoną przez siebie samego książkę liturgiczną (t. z. " agendę)", według której miano odprawiać nabożeństwa w ten tylko sposób, jak król to kazał. Rozpoczęły się kłopoty; niektórzy mieli wątpliwości, czy król posiada taką "władzę biskupią", żeby mógł według swojego rozkazu urządzać liturgię. Król posunął się o krok dalej. Zażądał od pastorów, ażeby wykładali ludowi, że tylko despotyczna władza zgodna jest z religią, a wszelkie zachcianki konstytucyjne sprzeciwiają się duchowi chrześcijaństwa i zasługują na potępienie. Wymagał na to przysięgi od pastorów, a który przysięgi odmówił, szedł do więzienia, a przynajmniej tracił posadę.
A katoliccy poddani, którzy przeważali w dwóch stronach państwa, na zachodzie w prowincyi nadreńskiej i na wschodzie w prowincyach polskich? Przyszła też i na nich kolej, zabrał się rząd także do nich. Nietylko, że pilnowano z największą czujnością, czy który ksiądz nie należy do zwolenników ruchu konstytucyjnego, ale posunięto się dalej. Królowi zdawało się, że także w obec katolickich poddanych może wydawać przepisy religijne. Jak wiadomo, Kościół cierpi małżeństwa mieszane pod tym tylko warunkiem, jeżeli dzieci będą wychowywane w wierze katolickiej. Król zażądał jednak zniesienia tego przepisu. Znosić taki przepis może tylko sobór powszechny i stolica apostolska; wszyscy biskupi razem nie mają do tego prawa! To nie od biskupa zależy, bo to nie biskupi jest przepis, ale przepis całego Kościoła; rozumie się tedy samo przez się, że, biskupi nie mogli uczynić zadość woli królewskiej. Natenczas król wydał rozkaz do duchowieństwa katolickiego, nakazując księżom udzielać ślubów małżeństwom mieszanym bez jakichkolwiek zastrzeżeń co do wychowania dzieci. Księża zapytali się oczywiście biskupów, co robić, a biskupi nie mogli odpowiedzieć inaczej, jak tylko, że król pruski w rzeczach wiary i obyczajów zwierzchnikiem wcale nie jest, a zatem niema też prawa rozkazywania; musieli oczywiście wezwać podwładne duchowieństwo, żeby pozostało wiernem przysiędze kapłańskiej. Rozpoczęło się prześladowanie; król kazał w roku 1837 uwięzić arcybiskupa kolońskiego, a we dwa lata potem spotkał ten sam los także prymasa polskiego Kościoła, arcybiskupa gnieżnieńsko - poznańskiego Dunina. Ten pierwszy kulturkampf odpokutowała ciężko ludność polska w Poznańskiem i na Ślązku.
Następnego roku umarł król Fryderyk Wilhelm III. Pozostaje nam jeszcze przypatrzeć się, jak za jego rządów wyglądały stosunki narodowe na Górnym Ślązku.
Do Ślązka nie stosowało się całkiem postanowienie kongresu wiedeńskiego z roku 1815. Państwo pruskie zabrało Ślązk nie polskiej Koronie, ale czeskiej, a właściwie domowi Habsburskiemu. Ponieważ większa część kraju była już zgermanizowaną, zapomniano o dawnym związku historycznym, o tem, że czy Ślązk, czy Wielkopolska, to jedno pod względem historycznym i narodowym. Kongres wiedeński, zastrzegając prawa dla języka polskiego i rozwoju cywilizacyjnego polskiego narodu, miał też na myśli tylko Wielkopolskę i Prusy Zachodnie (dawne Prusy Królewskie), ale nie Ślązk. Na Ślązku uczono jednakże w szkołach języka polskiego. Fryderyk II. wymagał wprawdzie od nauczycieli, żeby znali biegle język niemiecki, ale już w roku 1765 zaznaczył wyraźnie, że nauczyciele muszą znać także język polski, boby inaczej nie mogli szkoły należycie prowadzić; toteż elementarze w szkołach górnoślązkich były zawsze aż do czasów kulturkampfu bismarkowskiego, dwojakie: polskie i niemieckie. Nie pochodziło to bynajmniej ztąd żeby Fryderyk II miał być przyjacielem Polaków, ale tak kazał prosty rozsądek, jeżeli się chciało naprawdę mieć oświeconych poddanych. Obowiązek znajomości obydwóch języków sprawiał, że otwierały się dla Polaków posady nauczycielskie i nie mogli się wdzierać między polską ludność niemieccy nauczyciele - germanizatorzy. Z początku trudno było o takich, którzyby znali dobrze obydwa języki i mogli ich uczyć. Polacy bowiem górnoślązcy nie potrzebowali dotychczas niemieckiego języka do niczego; za czasów habsburskich spisywano dokumenty urzędowe po miastach i miasteczkach polskich po łacinie, albo niby po czesku, z tej racyi, że to Ślązk był cząstką czeskiej korony; ale w tej czeszczyźnie nie dużo było czeskiego, bo pod tym pozorem przemycano często język polski. Kto chciał wyuczyć się na księdza, uczył się po łacinie, ale po niemiecku także nic, bo nie mając niemieckich parafian nie potrzebował niemczyzny. Tylko kupcy mający handlowe stosunki z Wrocławiem połapali trochę niemieckiej mowy; ale i takich było nie wielu, bo Górny Ślązk miał wówczas handlowe stosunki bardziej z Krakowem, niż z Wrocławiem. Ciężko więc było o nauczycieli umiejących po niemiecku; Gliwiccy obywatele prosili o pozwolenie, żeby sobie mogli z Austryi takich sprowadzić. Ustawa więc ta nie dała się z początku wykonać. Potem wyszedł jednak rozkaz, żeby powydalać wszystkich nie znających niemczyzny; musieli się więc nauczyciele zabrać do tego języka.
Nauczyciele ówcześni posiadali bardzo mało nauki; sami ledwie co więcej umieli, niż czytać i pisać i ladajako trochę katechizmu; rachować nie każdy umiał. Nie było bowiem z początku osobnych szkół dla kandydatów nauczycielskich; nauczycielem bywał zwykle organista. Chodził po chrzcinach, weselach, pogrzebach, po kolendzie, a co mu czasu zbyło, poświęcał szkole; biedaki to były, ledwie mieli wziąć co do ust i byli raczej sługami gminnymi, niż urzędnikami. Poszanowania też dla nich nie było prawie żadnego. Toteż gdy taki człowiek niewykształcony i zbiedzony nauczył się jako tako po niemiecku, zdawało mu się, że on już niewiedzieć jakim panem, bo się potrafił rozmówić z pruskim urzędnikiem; popisywał się więc szeroko znajomością obcego języka, jak papuga i w szkole udawał mądrego na niemieckim elementarzu; dzieci po niemiecku oczywiście nie nauczył (bo sam za mało umiał), ale wzbudzał w dziecięcych główkach przekonanie, że niemiecki język jest czemś wyższem, jest jakby jakimś tytułem czy orderem pasującym człowieka na pana. Lud zaś polski przyjmując to zapatrywanie, stawał się mniej opornym na germanizacyę; zaczęło być coraz więcej takich, którzy wyuczywszy się (n. p. w wojsku) po niemiecku, mówili już potem nawet we własnym domu po niemiecku i zarazę niemczyzny dobrowolnie na Ślązku szerzyli. Tak tedy niedowarzeni nauczyciele stali się pierwszym rozsadnikiem germanizacyi; gdyby to byli ludzie na prawdę intelligentni, nakaz, żeby umieli po niemiecku, byłby nic nie szkodził, bo człowiek intelligentny i tak zazwyczaj zna kilka języków, ale dobrze wie, jakie ma obowiązki względem mowy ojczystej. Lecz ówcześni owi prostaczkowie sami byli za mało oświeceni, żeby to zrozumieć.
Oderwanie części Ślązka od dyecezyi krakowskiej
Drugim stopniem do germanizacyi kraju było wycofanie części Ślazka z dyecezyi krakowskiej. Dwa dekanaty: Bytomski i Pszczyński, należały z dawien dawna do krakowskiej dyecezyi. W roku 1811 wymożono na biskupie krakowskim, Gawrońskim (biskup ten był "rządowym"), że odstąpił zwierzchność nad temi dziekaństwami biskupowi wrocławskiemu. Rzecz cała była oczywiście umówiona między rządem pruskim, a austryackim; Gawroński, biskup nasadzony przez Austryę w czasach, gdy Austrya była w sporze z Rzymem, dał się użyć za narzędzie. Czekali jednak dziesięć lat, zanim stolica apostolska w roku 1821 umowę tę zatwierdziła. Odtąd dopiero cały Górny Ślązk należy do dyecezyi wrocławskiej.
Ale już od roku 1811, kiedy Gawroński samowolnie ustąpił tych dwóch dekanatów wrocławskiej dyecezyi, ustał napływ księży z krakowskiego seminaryum na Ślązk. Rzecz to była niezmiernej wagi; to bowiem byli księża prawdziwie polscy, którzy czuli się braćmi ślązkiego ludu. Wykształceni w polskim języku, znając polskie piśmiennictwo i polską naukę, wiedzieli, że Polska jest przynajmniej równą Niemcom w cywilizacyi; o niemiecką "kulturę" się nie troszczyli, bo mieli kultury dosyć bez pomocy niemczyzny. Lud widział, że kapłan mówi czystym polskim językiem, czytuje książki polskie, łacińskie, francuzkie, po niemiecku zaś nawet ani słówka nie umie, a nie brakuje mu przez to ani wiedzy, ani ogłady. To wzbudzało w ludzie szacunek dla polszczyzny. Nawzajem też ten ksiądz szerzył samą osobą swoją poszanowanie dla języka ojczystego i narodowego poczucia. Rządowi było to nie na rękę. Chodziło o to, żeby się pozbyć księży wychowanych w Krakowie. Przysłani na ich miejsce z Wrocławia umieli po polsku tyle, ile się nauczyli niegdyś od rodziców, a raczej mniej, bo tymczasem zapomnieli; a zatem kapłan, pleban, duchowny przewodnik polskiej osady umiał nieraz po polsku mniej i gorzej, niż jego parafianie, ale za to umiał po niemiecku doskonale! Nie mógł się dobrze rozmówić z parafianem, musiał się
Dla rządu zaś największa z tego wygoda. Skoro ksiądz w polskiej parafii nie potrzebuje mówić dobrze po polsku, więc można posłać także rodowitego Niemca. Trochę się jakoś łamać języka poduczy, a choć nawet dobrze nie wymówi, choć co słowo, to błąd, to nic; powie się, że to "po ślązku". Wszystko, co źle po polsku, będzie się nazywało "po ślązku", chociaż do pięknego ślązkiego narzecza, o którem polscy uczeni pisali książki, tak to podobne, jak chrypka do śpiewu.
W ten sposób dokonywała się zwolna germanizacya Górnego Ślązka. Nauczyciel dmuchał w niemczyznę, a ksiądz kaleczył polszczyznę. Jedyną inteligencyą byli księża, na których wpływano w rozmaity sposób, aby się stali także germanizatorami. To najprzykrzejsza sprawa, ale o tem ciężko pisać.
Rząd pruski nie germanizował gwałtownie w owych czasach; ale umiał germanizować. W końcu XVIII. wieku nie było na Górnym Ślązku ani jednej niemieckiej osady; około roku 1840 miasta były już bardzo zniemczone, a lud wiejski upatrywał w niemczyźnie coś wyższego.
Urządzenia administracyjne w państwie pruskiem
Nadzór nad miastami miała władza zwana królewską rejencyą (Königliche Regierung); było ich dwie: we Wrocławiu i w Głogowie. Ustanowione zostały w roku 1809. Magistraty wszystkich miast podlegały tym wyższym urzędom. Miasta otrzymały w roku 1808 ustawę zapewniającą im pewną władzę miejscową i dozór nad porządkiem w mieście. Kiedy zaczęto w Prusiech zakładać księgi wieczyste (tj. katastr, t. z. księgi gruntowe czyli tabule) - znane w Polsce już przedtem, - przysłano do tej czynności urzędników niemieckich. Ci nie mogli sobie dać rady, bo nie umiejąc po polsku, nie mogli się porozumieć ani z mieszczaństwem ani z ludem wiejskim. Nie chcąc jednak stracić posady i zarobku, nie przyznawali się do tego, że są niezdatni do urzędowania na Ślązku, i podawali swojej władzy raporty, że wszystko w porządku. Ale jaki tam porządek był w ich księgach! Wpisywali, byle wpisać, nieraz najbłędniej w świecie i tak z ustawy, która sama w sobie była naprawdę dobrą, miał lud ślązki tylko szkodę, bo urzędnicy Niemcy powprowadzali zamęt i błędy w włościańskie stosunki majątkowe. Niejeden ciężką poniósł stratę przez to, iż rządowi się zdawało, że wszyscy ludzie na świecie muszą być Niemcami. Rząd chciał ludność zmusić, żeby się uczyła niemieckiego języka. W roku 1813 wyszedł rozkaz z Berlina, żeby nie umiejących po niemiecku nie dopuszczać do magistratów; ale długo to trwało, zanim ten rozkaz dało się wykonać, boby inaczej nie mogło być magistratów, gdyż mieszczanin znający niemczyznę należał do rzadkości.
W roku 1827 podzielono kraj na powiaty (Kreis); na czele powiatu stanęli natenczas "landraci", a do pomocy dodano im t. z. stany powiatowe (Kreisstände); była to rada złożona z przedstawicieli wszystkich stanów. Należało do niej trzech właścicieli dóbr większych, trzech sołtysów wiejskich i po jednym rajcy z każdego miasta w powiecie. Landrat miał zwoływać tę radę, przynajmniej raz do roku. Ale tam obradowano tylko po niemiecku; można więc było wybierać tylko znających ten język. I tak powoli się zrobiło, że niemczyzna stała się jedyną furtką do godności i urzędów. Nie byłoby w tem nic złego, że wymagano znajomości niemczyzny, bo czem się zna więcej języków, tem lepiej; ale złe i straszna krzywda tkwiła w tem, że równocześnie język polski nie dawał praw żadnych i nie uczyniono nic a nic, żeby mu zapewnić rozwój. Polski elementarz w ludowej szkole był początkiem, ale też zarazem końcem polskiej nauki. W gimnazyum już chłopiec zazwyczaj po polsku nie słyszał, ani nawet polskiej książki nie zobaczył. Co więcej, tam przerabiano go na Niemca, tając przed nim, że naród polski ma swój własny rozwój cywilizacyjny i tysiącletnią historyę.
W ten sposób tłumaczy się, że chociaż teraz do państwa pruskiego przyłączono inne jeszcze polskie prowincye, a nawet Wielkopolskę, tę kolebkę polskiego państwa, jednakże polskość na Ślązku nie tylko nic nie zyskała w tym okresie, ale nawet straciła przez zerwanie związku z dyecezyą krakowską. Zdawało się, że łączność z narodem zatraci się tutaj do reszty.
A łączność ta osłabiała się właśnie wtenczas, kiedy wzmocnienie jej mogło Górny Ślązk podnieść bardzo wysoko pod względem cywilizacyjnym; ten kraj germanizował się właśnie wtenczas, kiedy język polski i polska oświata dobiła się stanowiska równego najoświeceńszym narodom Europy.
Już podczas rozbiorów to samo pokolenie, które wydało z siebie Konstytucyę Trzeciego Maja i Komisyę Edukacyjną, podniosło sławę ojczystego piśmiennictwa, polskiej literatury i polskiej nauki. Pokolenie następne nie próżnowało. Nietylko walcząc za Ojczyzną przebiegało z orężem w ręku wszystkie pobojowiska Napoleońskie, ale niemniej też patrzało książki.
Podczas rozbiorów nie brakło nam poetów. Taki Ignacy Krasicki, książę biskup warmiński, albo Trembecki, szambelan króla Stanisława Augusta, albo Franciszek Karpiński, skromny dzierżawca wioskowy na Pokuciu w Gralicyi, mieliby zaszczytne miejsce w każdej literaturze. Takich historyków, jak biskup Naruszewicz, nie wielu było w Europie. Można śmiało powiedzieć, że literatura z czasów rozbiorów wystarczyłaby już zupełnie, żeby światu wykazać, jak cywilizowanym Polacy byli narodem, jak przemocą iście pogańską zabrano im wolność wtenczas właśnie, kiedy się odradzali pod każdym względem. Jak za najlepszych Zygmuntowskich czasów, tak samo w okresie rozbiorowym utrzymali oni łączność zupełną cywilizacyjną z całą Europą, wśród której Niemcy wcale nie były na pierwszem miejscu.
Ale pokolenie następne miało jeszcze wyżej podnieść sztandar polski. Tak jest, Opatrzność sprawiła, że pozbawieni niepodległości Polacy kroczyli i kroczą pomimo tysiąca przeszkód ciągle naprzód i rozwijają coraz bardziej narodowego ducha; sprawiła Opatrzność ten dziwny w historyi wyjątek, żeby zadać kłam oszczerstwu wrogów.
Literatura okresu rozbiorowego opierała się jeszcze w znacznej części na francuzkiej; z początkiem XIX. wieku odrzucono już zupełnie tę podpórką, o własnych siłach szło się naprzód. A te własne siły czerpano z ludu, z poezyi ludowej! Poeci nasi wsłuchiwali się w pieśni gminne, w wieśniacze podania i opowieści, w śpiewki prostego ludu, śpiewane po wsiach przy pracy i zabawie. Zaczęto zbierać i spisywać te skarby rodzinnej poezyi polskiej i na tej to podstawie oparli się wielcy poeci - artyści. Toteż poezya nasza XIX. w. jest na wskroś narodową i chwyta za serce jednako szlachcica i chłopka. Nie można tutaj dużo się o tem rozpisywać. Wspomnijmy tylko, że nowy ten okres rozwoju narodowej literatury rozpoczął się od Kazimierza Brodzińskiego, który jest autorem pięknego poematu wiejskiego pod tytułem: "Wiesław"; treść zaczerpnięta z życia ludu w ziemi krakowskiej. Największym zaś poetą polskim, a zarazem jednym z największych całego świata jest Adam Mickiewicz, autor sławnego na cały świat: "Pana Tadeusza", arcydzieła literatury, a pisanego tak po prostu, że nawet dzieci je czytają. O tej książce powiedział sam Mickiewicz, że marzeniem jego jest, żeby się dostała kiedyś pod strzechy wieśniacze. Jak Kościuszko w chłopskiej chodził sukmanie, tak podobnie największy nasz poeta chciał być blizkim ludu. Życzenie to zaczyna się już spełniać.22) Jest dzisiaj sporo wieśniaków, którzy czytują chętnie "Pana Tadeusza."
Mickiewicz urodził się na Litwie w roku 1798, z niezamożnej szlachty. Na uniwersytet uczęszczał we Wilnie: były to właśnie czasy rozkwitu tego uniwersytetu; wielcy uczeni byli profesorami (np. bracia Śniadeccy do nauk przyrodniczych i astronomii, Lelewel do historyi), a rząd nie przeszkadzał ani profesorom, ani młodzieży w rozwijaniu narodowej nauki i kultury. Były to właśnie te czasy, kiedy car Aleksander schlebiał jeszcze Polakom i udawał, że jest najszczerszym przyjacielem. Młodzież polska trzymała się dzielnie; rozumiejąc swój obowiązek, żeby z lat młodych skorzystać dla dobra całego społeczeństwa, któremu następnie mieli nauką służyć, nie trwonili drogiego czasu na bylejakiej zabawie, nie oddawali się lekkomyślności, ale pilnowali książki, przestrzegając przytem pilnie obyczajności i czuwając nad sobą wzajemnie, żeby obowiązki swe wypełniać sumiennie. Założyli w tym celu stowarzyszenia Filaretów i Filomatów, co po grecku znaczy: stowarzyszenia przyjaciół cnoty i przyjaciół nauki. Rzecz prosta, że gdy lata uniwersyteckie przeszły pod temi hasłami, z młodzieży tej wyszedł liczny zastęp obywateli, o których słychać potem w historyi.
Perłą tej młodzieży był Adam Mickiewicz. Ubogim będąc, nie miał się z czego utrzymać; korzystał więc ze stypendyum, które dostał pod warunkiem, że zostanie potem profesorem gimnazyalnym. Skończywszy nauki, wyjechał na posadę w litewskiem mieście Kownie. W roku 1822 wydał pierwsze dwa tomy swych utworów, któremi zdobył sobie od razu naczelne miejsce w polskiej poezyi.
Wtem nagle, spokojnego profesora i cichego poetę zabierają do więzienia. Cóż się stało? Oto w Petersburgu zmienia się polityka. Car Aleksander zaczyna zrzucać maskę. "Święte przymierze", zawarte celem gnębienia wolności ludów, trwało już ośm lat, okazało się pewnem i skutecznem w niejednej sprawie w Europie. Car doszedł tedy do przekonania, że może bezpiecznie przestać udawać; równocześnie zaczął łamać Konstytucyę Kongresowego Królestwa Polskiego, a na Litwie prześladować narodowego ducha, tego polskiego ducha, który nigdy nie mógł się pogodzić z despotyzmem. Z obawy, żeby nie wywołać wojny, udawał Aleksander przez całe lata wielkiego zwolennika konstytucyjnej formy rządu i łudził Polaków, że zaprowadzi ją nawet sam we wschodnich prowincyach. Aż dopiero, kiedy wszystkie rządy europejskie, nawet królewski rząd francuzki, przejęły się już duchem Metternicha, aż car nabrał pewności, że w razie jakiego kłopotu poprą go rządy innych państw, zaczął inaczej mówić o Konstytucyi w Polsce. Równocześnie, jakby na jakie hasło, zaczęły się w Warszawie próby ścieśniania konstytucyjnych praw, a w Wilnie próby dokuczania uniwersytetowi, tej głównej warowni polskości.
Zdarzyło się, że jeden ze studentów gimnazjalnych, młody chłopczyk w piątej klasie, napisał dnia 3-go Maja na tablicy szkolnej kredą: Wiwat Konstytucya Trzeciego Maja! Rząd, żeby tylko mieć jakiś pozór do zrobienia początku, zaraz zrobił z tego wielką zbrodnię polityczną; zaczęły się śledztwa, aresztowania chłopców szkolnych, potem młodzieży uniwersyteckiej. Rząd udawał, że trafił na ślad spisku, sprzysiężenia, ale to sprzysiężenia wielkiego, niebezpiecznego bardzo dla carskiego państwa.23) Bardzo niebezpieczne: szesnastoletnie dzieci przecież tam należały! Rząd udawał, że się dzieci bardzo przeląkł. Zaczęto śledztwo rozszerzać wstecz, na poprzednie lata, na tych, którzy przedtem byli na uniwersytecie. Wiedziano doskonale o Towarzystwach przyjaciół cnoty i nauki; ale teraz udawano, że to były towarzystwa tajne i że miały na celu propagandę polityczną. Uwięziono dawnych członków towarzystwa, teraz już księży, lekarzy, profesorów, obywateli wiejskich. W ten sposób dostał się do więzienia Mickiewicz.24)
Winy w nich żadnej znaleść nie można było; cały proces był śmieszny. Ale rząd potrzebował wyroku. Więc powywożono ich na Sybir i do głębokiej Rosyi, tak dorosłych jakoteż i dzieci ze szkolnej ławy. Mickiewicz należał do tych, których spotkała jakoś najlżejsza kara; skazano go na wygnanie z ziem polskich, przeznaczając na urzędowanie w właściwej Rosyi. Bawił on przez jakiś czas w Odessie, zwiedził Krym, potem mieszkał w Moskwie, nareszcie w Petersburgu. Pisywał przez ten czas i drukował dalej swoje utwory. Aż nareszcie znowu przyczyna do prześladowania: poemat jego "Konrad Wallenrod" (z czasów walk Litwy z Krzyżakami) nie spodobał się rządowi; miano go uwięzić powtórnie. Mickiewicz dowiedział się jednak o tem zawczasu i zdążył szczęśliwie wyjechać za granicę. Zwiedził Niemcy, Szwajcaryę, Włochy; Rzym wywarł na nim wielkie wrażenie.
Gdy w Rzymie bawił, doszła go wiadomość, że w Warszawie wybuchnęło powstanie.
Rzeczywiście, car Aleksander zmieniwszy się zupełnie, robił wszystko, co tylko mógł, żeby obrażać uczucia polskie. Następca jego Mikołaj, konstytucyę łamał coraz bardziej, tak, że w końcu istniała ona tylko na papierze. Równocześnie prześladowanie polskości na Litwie i Rusi, rozpoczęte owym procesem w uniwersytecie wileńskim, wzmagało się coraz bardziej. Widocznem było, że car Mikołaj, który nie zadawał sobie nawet trudu udawania, dąży do zagłady polszczyzny we wschodnich prowincyach Polski, a w Kongresowem Królestwie chce nietylko znieść konstytucyę, ale znieść wogóle to Królestwo i przyłączyć je do Rosyi, jako prostą prowincyę caratu. Ta ostatnia już i jedyna na stałym lądzie europejskim konstytucya była mu solą w oku; Polaków zaś nienawidził z całej siły. A właśnie w roku 1830 były we Francyi i w Belgii rewolucye o konstytucyę i w obydwóch tych krajach zwyciężyły stronnictwa konstytucyjne. To dodawało otuchy Polakom. Przez kilka lat konstytucya polska była jedyną, bo we Francyi zostało jej prawie tylko wspomnienie; teraz zaś Francya i Belgia wywalczyły sobie prawa; dodawało to nadzieji, że może też i Polska je sobie wywalczy.
Dnia 29-go Listopada 1830 roku wybuchło to powstanie we Warszawie. Z początku nie żądano niczego, jak tylko poszanowania konstytucyi i dotrzymania zobowiązań kongresu wiedeńskiego. Gdy jednak car niczego nie przyrzekał, sejm zebrany w Warszawie ogłosił w Styczniu 1831 roku, że car Mikołaj przestał być królem polskim i rozpoczęła się wojna o zupełną niezależność od Rosyi. Moskale z początku uciekli; potem dopiero wrócili z wielką armią pod okrutnym generałem Dybiczem. Popełniono z polskiej strony ten gruby błąd, że nie rozszerzono powstania od razu na wschodnie prowincye, na Litwę, Podole i Wołyń, żeby tam Moskali zająć, a starać się wypierać ich coraz dalej na wschód; polskie wojsko z Królestwa powinno było ruszać na wschód, jak najdalej na wschód, żeby jak najwięcej Polski oczyścić od Moskali, a walkę prowadzić tam, daleko od Warszawy, żeby w razie przegranej w jednej prowincyi, mieć jeszcze wolne inne na zachodzie. Skoro już ogłoszono detronizacyę cara z polskiego tronu, trzeba było działać zaczepnie. A tymczasem chwycono się taktyki obronnej, czekano, aż Dybicz przyjdzie do Królestwa, żeby go z wielkim trudem wypędzać. Teraz dopiero rozszerzono powstanie na wschodnie prowincye, kiedy już one zajęte były przez wojska carskie, kiedy pomiędzy Warszawą a Wilnem była potęga wojskowa Dybicza!
Wojsko polskie, jak zawsze, dokazywało cudów męztwa. Niemieccy i rosyjscy oficerowie studyują często historyę tej polskiej wojny i nadziwić się nie mogą dzielności polskiego żołnierza. Sami Moskale wyrażają się z największym szacunkiem o polskiem wojsku. Pod Grochowem stanęło 70,000 Moskali przeciwko 45,000 Polakom; dział mieli Moskale dwa razy więcej, niż w polskim obozie. A jednak Polacy oparli się skutecznie i przez sześć dni staczając krwawe walki, nie dali się złamać. Wkrótce potem odniesiono dwa zwycięztwa pod Wawrem i Dębem Wielkim. Dopiero pod Ostrołęką poniosły polskie zastępy klęskę, ale tylko skutkiem bardzo już wielkiej przewagi wojsk rosyjskich; klęskę tę jednak drogo okupili Moskale, bo armia Dybicza była odtąd wysilona. Moskale mieli bez porównania więcej szkody w wojsku z tego zwycięztwa, niż Polacy z klęski, była to klęska taka, że wszystkie historye wojenne oddają zaszczytne wspomnienia z tego boju polskim żołnierzom, a nie rosyjskim. Stanowczą też ta bitwa nie była, a rząd carski musiał przysyłać drugą armię pod generałem Paskiewiczem. Ten przybył spiesznie, bo wschodnie prowincye były w ręku rosyjskiem. Paskiewicz zdobył Warszawę i powstanie stłumił. Zniesiono w Kongresówce konstytucyę, a zaprowadzono ustawę zwaną statutem organicznym, który zapewniał krajowi osobny zarząd; ale i tego nie dotrzymano.
Upadek powstania 1831 roku oddziałał też na politykę pruską w obec Polski. W Poznaniu zniesiono polskie namiestnictwo i odwołano księcia Radziwiłła.
Uczestnicy powstania opuszczali po większej części kraj i chronili się przed prześladowaniem za granicę. W ten sposób powstała emigracya polska, której główną siedzibą był Paryż. Tam zebrał się po powstaniu kwiat polskiej inteligencyi, tam też znalazł się Mickiewicz.
Mickiewicz pragnął wziąć udział w powstaniu i walczyć także za niepodległość Ojczyzny. Wybrał się z Rzymu na północ i po wielu trudach dostał się do Wielkopolski, zkąd chciał się przedostać za pruską granicę. Zanim się okoliczności tak ułożyły, żeby mógł swój zamiar wypełnić, powstanie chyliło się ku końcowi. Dobrze się stało, że nie był w powstaniu; mógł był zginąć w walce, a piórem swem więcej dobrego zrobił Ojczyźnie, niż byłby jej zrobił tem, że miałaby o jednego żołnierza więcej. Talentu wojskowego nie miał, więc mógłby być tylko zwykłym żołnierzem, podczas gdy w literaturze był i pozostanie na wieki naczelnym wodzem.
W Paryżu napisał Mickiewicz swoje arcydzieło: "Pana Tadeusza", w którem tak pięknie opisał wszystkie polskie stany i całą przyrodę wiejską. Rząd francuzki mianował go profesorem uniwersytetu.
Obok Mickiewicza jaśnieją jeszcze trzej inni wielcy poeci, Zygmunt Krasiński, Juliusz Słowacki i Antoni Malczewski. Ci są najwięksi; mniejszych, ale również jeszcze bardzo dobrych, było kilkunastu. Nie brakło też uczonych, którzy zakładali Towarzystwa naukowe i przyczyniali się do postępu umiejętności w Europie. Światła w narodzie było coraz więcej, mimo to, że to był naród pokonany, że nikt mu nie pomagał, ale przeciwnie, wszystkie trzy zaborcze rządy przeszkadzały. Właśnie te lata, od roku 1831 aż do 1867 były okresem najgorszym, najnieprzychylniejszym dla rozwoju polszczyzny. W kraju nie można było nic zrobić z powodu ucisku; dlatego to robiło się wszystko na emigracyi, tam się drukowało najlepsze książki (które do Polski trzeba było przemycać po kryjomu przez granicę) i tam się zakładało towarzystwa. Warszawskie Towarzystwo Naukowe znieśli Moskale, a uniwersytet polski otaczali coraz ściślejszym "dozorem", coraz bardziej go krępowali, aż wreszcie zamienili na rosyjski. Niema się czemu dziwić, że przez długie lata naród miał oczy zwrócone na emigracyę, jakby na swoje naczelnictwo, zkąd wychodziły hasła, a nieraz nawet rozkazy.
Młodzież zaś, kształcąca się w kraju po roku 1831 nie próżnowała także; toteż ten wielki rozkwit literatury i nauki nic nie ucierpiał na przegranem powstaniu. Chociaż Moskale pozamykali szkoły, chociaż na Litwie, Podolu, Wołyniu, zaprowadzili język rosyjski, nie zabrakło nam pisarzów narodowych, ani książek polskich, i jest ich dzięki Bogu, do dziś dnia coraz więcej. Przed żadnym europejskim narodem, ani nawet przed francuzkim, nie potrzebuje się Polak zawstydzić ze swoją literaturą.
Na Litwie i Rusi rozpoczął się po roku 1831 ucisk religijny, a mianowicie car zniósł unię i kazał wszystkich unitów zapisać jako schyzmatyków. Zaczęło się od Białej Rusi. Polityka ta trwa do dziś dnia; za naszych czasów przyszła kolej na dyecezyę Chełmską, która też wydała liczny poczet męczenników.
Rzecz oczywista, że Polacy przemyśliwali o tem, jakby poprawić swoją dolę. Mówiono sobie: nie udało się powstanie raz, może się udać drugi raz, byle tylko lepiej wszystko przygotować. Znaczna część narodu sądziła, że tylko same rządy państw zaborczych, związane "świętem przymierzem", skłonne są gnębić Polskę, ale że narody, niemiecki i rosyjski, jęcząc same pod despotyczną władzą swych rządów i za ten despotyzm szczerze je nienawidząc, sprzyjają polskiemu narodowi, jako obrońcy wolności. Polacy byli zawsze zanadto skłonni do ufności i do uwierzenia cudzym pięknym słówkom. Za czasów Sobieskiego wierzono Austryi, potem w okresie rozbiorowym ufano przymierzu pruskiemu, następnie wierzono Napoleonowi, później carowi Aleksandrowi, wreszcie stronnictwu konstytucyjnemu w różnych krajach Europy. Sądzono, że skoro ludy europejskie odzyskają wolność obywatelską, gdy nastaną czasy konstytucyjne, gdy narody same będą stanowiły o polityce, że wymierzą sprawiedliwość Polsce. Było to wielkie złudzenie; stronnictwa konstytucyjne bardzo chętnie przyjmowały pomoc Polaków, ale doszedłszy do władzy ani palcem nie ruszyły dla polskiej sprawy.
Ruchy narodowe, dopominające się o konstytucyę, powtarzały się coraz częściej w różnych stronach Europy. Zanim jednak upomniały się o konstytucyę także w Berlinie i w Wiedniu, zniknął ostatni ślad niepodległości polskiej. A mianowicie w roku 1846 zajęły wojska austryackie Rzeczpospolitę Krakowską. Szkody z tego nie było dla narodu po prawdzie żadnej, bo ta maleńka rzeczpospolita nie miała i tak żadnego znaczenia i za uboga była, żeby coś u siebie większego zrobić. Straciło tylko sukiennictwo i płóciennictwo na Górnym Ślązku, które w niektórych okolicach (n. p. w Żorach) utrzymywało się prawie wyłącznie z dostaw do Krakowa. Odkąd Kraków przeszedł pod rząd wiedeński, zajął przemysł austryacki miejsce gómoślązkich dostawców.
Tegoż roku 1846, zdarzyło się coś, co jest niesłychanem nawet w pogańskiej historyi, a co doskonale wykazuje, jaka to potęga jest w narodzie polskim, że pomimo takich gwałtów nietylko nie przestaje istnieć, ale owszem ciągle się rozwija! Oto książę Metternich, podejrzywając szlachtę galicyjską, że się przygotowuje do powstania, podmówił na nią chłopów, żeby mordowali, palili i rabowali. W urzędach austryackich płacono po 5 florenów za dostawionego szlachcica. Rząd rozpuścił pogłoskę, że szlachta zamierza mordować chłopów i zabrać im grunta, podczas gdy rząd, jeżeli mu lud dopomoże przeciw szlachcie, posiadłości szlacheckie rozda pomiędzy lud. W kilku powiatach zachodniej Galicyi nastała rzeczywiście rzeź. Lud ciemny, umyślnie przez rząd trzymany w głupocie (szkół polskich po wsiach nie wolno było zakładać), upojony świetnemi obietnicami, a jeszcze bardziej wódką, rzucił się na dwory i rabował. Tego samego zaś roku ginął ten lud, jak muchy od głodu, który spadł nań, jak dopust boży za karę, wtenczas właśnie, kiedy myśleli, że będą opływali w dostatkach. Bardzo wielu z nich skończyło życie samobójstwem z rozpaczy; ci zaś, którzy przeżyli te czasy, nigdy ich nie lubili wspominać, przejęci uczuciem wstydu i żalu. Metternich myślał, że na wieki wykopie przepaść pomiędzy ludem, a szlachtą i inteligencyą, że raz na zawsze tą kainowską zbrodnią oderwie lud w Galicyi od idei narodowej polskiej. I cóż za skutek? Oto od tego czasu zaczyna się krzewić w tym ludzie duch narodowy, bo lud przejrzał, dokąd go prowadzili wrogowie Polski, opamiętał się, a dziś, potomkowie morderców z 1846 roku gotowi sami ponosić ofiary dla tej samej sprawy, przeciw której dopomogli niegdyś Metternichowi. Dziś chłop galicyjski głośno woła, że jest tak samo Polakiem, jak każdy szlachcic polski. Ta jest siła ruchu narodowego, że nic a nic przemódz go nie zdoła; bo ten ruch narodowy opiera się nie na ludzkiej rachubie, ale na prawie boskiem, które powołuje do życia narody.
Ohydne kajnostwo 1846 było ostatnią już sztuczką despotyzmu. Przebrała się miarka cierpliwości; nawet Niemcy, naród wobec rządu ze wszystkich najpotulniejszy, postanowili chwycić za broń i z orężem w ręku upomnieć się o prawa konstytucyjne. Na rok 1848 umówiły się stronnictwa konstytucyjne w całej Europie, żeby w stolicach wszystkich państw wywołać rewolucye i zmusić rządy do ustępstw. Ruch ten powszechny przygotowany był jednak dosyć niedbale, toteż nie wszędzie się powiódł, a w kilku miejscach złączył się z różnemi niepotrzebnemi zachciankami socyalistycznemi a antyreligijnemi, jak np. w Paryżu. We Francyi ruch ten potoczył się wówczas dalej, niż pierwotnie zamierzano i nastąpiło niespodziewanie ogłoszenie (drugiej) rzeczpospolitej; trwała ona krótko, bo tylko do roku 1852, poczem Francya została znowu powtórnie cesarstwem pod Napoleonem III.
W Marcu tegoż roku 1848 wybuchły rewolucye w Wiedniu i w Berlinie. W Wiedniu wypędzono Metternicha, zmuszono rząd do zwołania sejmu. Równocześnie nastąpiło powstanie węgierskie, które ledwie z pomocą Rosyi zdołano stłumić. Abdykował wtenczas cesarz Ferdynand I. na rzecz swego bratanka, panującego do dziś dnia Franciszka Józefa I.
W Prusiech panował od roku 1840 król Fryderyk Wilhelm IV. Ten zaczął rządy swe bardzo rozumnie od ogólnego ułaskawienia za wszelkie rzekome przestępstwa polityczne, za które ojciec jego więził najporządniejszych i najrozumniejszych obywateli. Uwolniono też z więzienia arcybiskupów kolońskiego i poznańskiego. Ale o nadaniu konstytucyi, o rządach parlamentarnych król słyszeć nie chciał i przez kilka lat dawał odmowne odpowiedzi na wszelkie żądania tego rodzaju. Dopiero w roku 1847 widząc, że wśród poddanych szerzy się coraz większe niezadowolenie, przystał na zwołanie sejmu z całego pruskiego państwa: ale sejm ten miał mieć tylko prawo uchwalania podatków i układania petycyj, t. j. próśb do tronu; w sprawach ustawodawczych miał mieć tylko glos doradczy, ale nie miał prawa uchwalania praw według swojej myśli; nadto jeszcze sejm ten tak miał być urządzony, że szlachta musiała w nim mieć zawsze przewagę. Toteż nikt z tego sejmu nie był zadowolony, tem bardziej, gdy król oświadczył, że nigdy nie przystanie, żeby jego władzę królewską miały ograniczać jakiekolwiek prawa sejmowe. Proszono, żeby przynajmniej taki sejm zwoływany był regularnie co dwa lata i żeby król zgodził się na zasadę, iż rząd nie może pobierać podatków, którychby sejm nie uchwalił; ale król ani na to przystać nie chciał i nie było już mowy o powtórnem zwołaniu sejmu. Król zniechęcił się zupełnie i postanowił rządzić dalej zupełnie bez udziału obywateli.
Wielkie powstało niezadowolenie w całem państwie, a to tem bardziej, że właśnie urodzaje tego roku były bardzo liche, bieda pomiędzy ludnością wielka, a zwłaszcza największa na Górnym Ślązku. Większe miasta wysyłały ciągle deputacye do króla, żeby wysłuchał głosu ludu. W Berlinie lud zaczął się zgromadzać na publiczne narady pod gołem niebem i kilka razy były krwawe utarczki z wojskiem. Nareszcie w Marcu 1848 sami Berlińczycy wyprawili deputacye do pałacu królewskiego; żeby uspokoić umysły, zwołał tedy król sejm na dzień 2-go Kwietnia. Wydał zarazem proklamacyę, obiecując zaprowadzenie reform. Natenczas ludność berlińska tłumnie cisnęła się pod pałac, wykrzykując wiwaty na cześć króla. Nagle, ni ztąd, ni z owad, wypadły od strony zamku dwa strzały, które podobno przez pomyłkę czy nieuwagę wystrzelił któryś z żołnierzy; na straży bowiem stało wojsko. Przerażeni i oburzeni Berlińczycy zaczynają wołać, że zdrada i trzeba się pomścić. Po mieście obiegały pogłoski, jakoby wojsko urządzało rzeź wśród bezbronnych obywateli. Zaczęli się tedy mieszczanie zbroić, przygotowywać do obrony; po ulicach ustawiano barykady, których w kilku godzinach stanęło około dwóchset. Wojsko musiało zdobywać mozolnie jedne barykadę po drugiej, od domu do domu, z ulicy na ulicę brodząc w krwi bratniej. Było to dnia 18-go Marca. Nazajutrz wojsko było panem miasta. Król jednak postąpił bardzo rozumnie i szlachetnie; kazał wojsku wyjść całkiem z miasta, a swoje osobiste bezpieczeństwo powierzył gwardyi obywatelskiej złożonej z mieszczan berlińskich; ogłosił też zupełną amnestyę za walki uliczne z 18-go Marca. Ale pospólstwo niemieckie zachowało się niegodnie wobec swego króla; lżono go publicznie. Gdy król chciał sprawić uroczysty pogrzeb żołnierzom poległym pod barykadami, nie dopuszczono do tego; ale gdy się odbywał pogrzeb tych, którzy polegli na barykadach, zmuszono króla, że z odkrytą głową musiał stać na balkonie, póki nie przeszedł cały bardzo długi kondukt, który umyślnie skierowano pod okna zamkowe. Względem królewicza Wilhelma (późniejszego cesarza) zachowywano się w taki sposób, że nie był pewny swego życia; zbiegł tedy do Anglii, a rewolucyoniści ogłosili jego pałac własnością publiczną. To już doprawdy nie był ruch konstytucyjny, ale rewolucyjny: żydzi brali w tem bardzo gorliwy udział. Na czele ruchu stanęli ludzie, którym widocznie zależało na tem, żeby nie dopuścić do zgody pomiędzy królem a narodem. Tak bywało zresztą nie tylko w Berlinie, ale w całej Europie, z wyjątkiem jednej Warszawy, gdzie to w roku 1791 przy Konstytucyi Trzeciego Maja całe miasto wołało na jeden głos: "król z narodem, naród z królem!"
Dnia 22-go Maja 1848, zebrał się sejm pruski w Berlinie. Ale nieszczególnych ludzi wybrali sobie Niemcy na posłów; radzili przez cztery miesiące i nawet planu konstytucyi spisać nie potrafili; królewskiego zaś projektu przyjąć nie chcieli. A tymczasem w Berlinie pospólstwo dopuszczało się coraz gorszych gwałtów; zachodziły słuszne obawy, żeby Berlin nie stał się widownią wypadków podobnych, jak Paryż. Król więc przeniósł sejm do miasta Brandenburga. Było to już 9-go Listopada. Większość posłów odmówiła jednak królowi posłuszeństwa i postanowiła obradować dalej w Berlinie. Natenczas sprowadził król do Berlina 15,000 wojska i przemocą zmusił sejm do posłuszeństwa. Posłowie zmówili się wtenczas, że na żadne a żadne podatki nie przystaną. W Brandenburgii zebrali się nareszcie 27-go Listopada, ale tak się kłócili, że już czwartego dnia musieli się rozejść. Opozycya bowiem sejm opuściła, a reszta była zbyt nieliczna, żeby coś dla dobra kraju uchwalić. Wtenczas król sam ogłosił swój projekt konstytucyi i do narad nad nim zwołał nowy sejm na 26-go Lutego 1849. Po długich naradach i różnych kłopotach zgodzono się wreszcie na treść konstytucyi, którą ogłoszono 31-go Stycznia 1850 roku.
Rewolucya 1848 roku, nie ograniczyła się na samo państwo pruskie, ale była też w całej Rzeszy Niemieckiej. To tu jednakże nie należy do rzeczy; wspomnimy tylko, że sejm Rzeszy obradujący we Frankfurcie ofiarował królowi pruskiemu cesarską koronę; ale Fryderyk Wilhelm IV. nie przyjął jej, bo wiedział, że wywołałoby to wojnę z Austryą i niektóremi mniejszemi państwami Rzeszy. Ostatecznie nie zdziałano wtenczas nic celem zjednoczenia Niemiec. W roku 1851 stanęło nareszcie na tem, że się wznowił Związek Niemiecki w tej formie, w jakiej się urządził podczas kongresu wiedeńskiego roku 1815. Związek ten składał się z 39 udzielnych państw i czterech wolnych miast. Jedności w tym Związku nie było wcale.
Sprawa utworzenia tego Związku dotykała także interesów polskich, gdyż prowincye polskie gwałtem do niego wciągano wbrew woli ludności, ale tu już koniec naszego opowiadania. Kończymy na nadaniu konstytucyi, bo czasy następne to już czasy zupełnie inne. Odtąd lud sam poczyna zwolna się uczyć, jak ma stanowić o swoim losie. Nie nauczył się tego jeszcze do dziś dnia, ale przecież postępy jakieś są.
Rok 1850 jest też granicą historyczną co do Ślązka, co do Polaków ślązkich. Odtąd lud polski poczyna się budzić, a chociaż bardzo powoli, zmierza jednak pewnym krokiem ku odrodzeniu narodowemu. Lud ten, wzorowy pod względem spełnienia obowiązków względem państwa pruskiego, lepszy pod tym względem nieraz od niemieckich poddanych króla pruskiego, nałykał się jednak sporo gorzkich pigułek. Ale zaczął żyć, ruszać się. Do tego czasu działo się z nim prawie zawsze to, co o nim postanowili ci, którzy ledwie że wiedzieli o jego istnieniu. Odtąd ma on sposoby, żeby się sam odezwać, a choć sposoby te są niedostateczne i nie zawsze skuteczne, dają jednak sposobność do ćwiczenia sił. Od czasu konstytucyi stało się obowiązkiem ludu górnoślązkiego, żeby sam był czynny przy tworzeniu historyi Ślązka. Historya dalszych lat, to odpowiedź na pytanie, jak lud górnoślązki spełniał ten obowiązek względem swego kraju.
Na to pytanie nie da się krótko odpowiedzieć. To już nie historya królów i kongresów, wojen i pokojów, ale historya ruchu ludowego; ciekawsza zapewne od tamtej, ale też wymagająca obszerniejszego wykładu. Za duży to przedmiot, żeby go zbyć można w krótkości. Chcąc te sprawy opisać tak, żeby wszystko ocenić sprawiedliwie, żeby zważyć wszystko i wszystkich na rzetelnej wadze, trzeba niejedno dokładnie wyłuszczyć; gdyby w tej książce chcieć to pisać dalej, musiałaby ta książka być większą jeszcze prawie o połowę. A to zresztą nie było celem tej książki, bo to jest ogólna historya Ślązka, a ta kończy się na roku 1850. Potem jest już tylko historya ruchu ludowego na Górnym Ślązku; niemieckie zaś części Ślązka osobnej swej historyi całkiem już nie mają, stanowiąc tylko cząstkę ogólnej historyi niemieckiej.
My dziś żyjemy właśnie w samym środku historyi tego polskiego ruchu ludowego. Nie wiemy, jaki będzie koniec, - (bo nie wiemy, czy spełnimy dobrze nasze obowiązki) - ale przydałoby się zapewne przejrzeć to, co się dotychczas zrobiło. Może się kiedyś znajdzie taka historya ruchu ludowego na Gtórnym Ślązku. Ale ta historya byłaby zupełnie a zupełnie niezrozumiała dla czytelnika, któryby nie znał historycznej przeszłości Ślązka. Bo czyż byłby dziś ten ruch ludowy, gdyby nie to, że przodkowie nasi siedzieli tu od wieków i zawsze byli Polakami? Trzeba więc koniecznie znać naprzód historyę Ślązka.
Losy historyczne Ślązka tak się łączą z przeróżnemi zdarzeniami w historyi, że z konieczności trzeba było czytelnikom opowiadać dużo z historyi całej Polski, z historyi Austryi, Niemiec, Czech, a nawet Węgier, Rosyi, Szwecyi i Turcyi. Mieliście sposobność poznać trochę różne narody i różne państwa; mieliście sposobność poznać zalety i wady polskiego narodu. Sąd o tem wszystkiem do was należy; bądźcież sędziami sumiennymi, pomni nietylko praw ludzkich, ale też jeszcze bardziej bożego prawa przyrodzonego i nadprzyrodzonego. Sądźcie, jak na chrześcijan przystało, pamiętając, że sprawiedliwość i uczciwość powinna być przymiotem każdego, prostaczka i króla, gminy i państwa, rodziny i narodu.
Ten cel tej książki, żebyście wiedzieli, czytelnicy mili, dlaczego jesteście Polakami; a jesteście nimi od prapradziadów waszych, jesteście nimi od lat tysiąca. Wyście nie od dziś Polakami; bo wy jesteście kością z kości i krwią z krwi tych Polaków, którzy tu pierwsi kraj zaludnili, którzy pierwsi krzyż zatknęli, pługiem zorali skiby i miasta najdawniejsze założyli. Z tego bądźcie dumni.
Autor zaś tej książki, żegnając się z braćmi Ślązakami, kończy słowami księdza Skargi: "Nie tylko dla tego kochamy Polskę, Ojczyznę naszą, żeśmy się w niej urodzili i że nas żywi, ale że jest postanowienia Bożego." Postanowienia Bożego to jest rzeczą, że Ślązk jest krainą polską.
Wy zaś bracia Ślązacy, wiedzcie, że ruch ludowy nie tylko dziś jest u was, ale w całej Polsce. Blizkim jest czas, że lud całej Polski, gdzie tylko wolno mu było uczyć się czytać po polsku, dowie się o Was. Oby się wtenczas dowiedział tylko jak najlepszych rzeczy i pod religijnym i pod narodowym względem; oby z Was mógł sobie czerpać wzór. Kto wie, czy nie do tego właśnie wiedzie Was Opatrzność, czy nie dla tego Was najpierw oderwać pozwoliła od Ojczyzny, ale też najpierw także ocucić Wam się pozwoliła. Ja w to wierzę, że takie jest przeznaczenie Ślązaków w historyi polskiej.
Łaskawemu czytelnikowi dziękując za uwagę, kończę wyrażeniem radości, że miałem sposobność pisać dla ludu polskiego. Inne książki dla uczonych pisane, ważą w moich oczach o wiele mniej; ta mnie najbardziej cieszy, a zapewne też najdłużej czytającym będzie przydatną.
Komu zaś czytanie się podobało, niech pamięta, że powinien dzieci swoje nauczyć czytać i pisać po polsku.
W
Krakowie, w Lutym 1896 roku.
| Część poprzednia | Góra | Strona główna |
|