|
BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO — Feliks Koneczny: Dzieje Ślązka - 2 |
|
Cz.1 II. W jaki sposób i jakiemi drogami dotarło do Ślązka światło ewangelii św. Początki państwa w Wielkopolsce III. Ślązk pod królami polskiemi Święty Wojciech, król Bolesław Chrobry i cesarz Otton III Cz.2 Zajęcie Czech. Wojny z Niemcami Waśń królewiczów Zbigniewa i Bolesława Bolesław Krzywousty. Wojny ślązkie IV. Ślązk pod zwierzchnictwem krakowskiem Mieczysław Stary i Mieczysław Raciborski Cz.3 Czterech kandydatów do korony polskiej Moralny upadek książąt ślązkich Ślązk przechodzi pod czeską koronę V. Stosunki wewnętrzne w okresie podziałów Cz.4 Kazimierz Wielki obrońca biskupstwa wrocławskiego VI. Ślązk pod Luksemburczykami Królowa Jadwiga i Wilhelm austryacki Jadwiga i Jagiełło. Małżeństwo Litwy z Polską Cz.5 Zaproszenie Jagiełły na tron czeski VII. Ślązk między Czechami, Węgrami a Polską Jak Wrocłwianie zapraszali polskiego króla Jan Olbracht i Zygmunt Stary książętami ślązkim Cz.6 Bracia Jerzy i Albrecht Brandenburscy Dlaczego luteranizm się szerzył Protestantyzm w Polsce a kardynał Hozyusz Król Zygmunt August i Barbara Radziwiłłówna IX. Stosunki wewnętrzne w okresie Jagiellońskim w Koronie Polskiej i na Ślązku Cz.7 X. Zwycięztwa w Polsce a klęski na Ślązku. Wojna trzydziestoletnia List majestatu cesarza Rudolfa Cz.8 Liga katolicka i Unia protestancka Ślązk hołduje kalwińskiemu królowi Zwycięztwo katolicyzmu na Ślązku Szwedzi w Niemczech i na Ślązku XI. Ostatni wiek panowania Habsburgów; podbój przez Hohenzollernów Szwedzi na nowo w Polsce. Król Jan Kazimierz na Ślązku Cud N. P. Maryi Częstochowskiej Niepodległość księstwa pruskiego Cz.9 Sankcya pragmatyczna i wojna o tron polski Ślązk przechodzi pod panowanie pruskie XII. Rozbiory odradzającej się Polski Szkoła Leszczyńskiego i ks. Stan. Konarski Rosya i Prusy przeszkadzają naprawie rządu w Polsce Pruski projekt rozbioru Polski Odrodzenie społeczeństwa polskiego Prusy i Rosya urządzają drugi rozbiór Polski Wojna o niepodległość w Ameryce Kościuszko naczelnikiem narodu Cz.10 XIII. Pierwsza połowa XIX. wieku Wojna z Napoleonem. Francuzi na Ślązku Legiony polskie i księstwo warszawskie Austrya germanizuje księstwo Cieszyńskie Oderwanie części Ślązka od dyecezyi krakowskiej Urządzenia administracyjne w państwie pruskiem
|
Zajęcie Czech. Wojny z Niemcami
Już drugi raz zdawało się, że Polska będzie z Niemcami w najlepszej przyjaźni, ale jak Otton Wielki za Mieczysława, tak też Otton III. za Bolesława, wkrótce po ugodzie umarł. Gdy w r. 1002 nastał cesarz Henryk II., zmieniły się zupełnie czasy! Przeciwko Henrykowi wybuchł zaraz na początku wielki rokosz saksońskich panów. Bolesław miał sobie za powinność chrześcijańskiego władcy dopomódz cesarstwu, którego był sprzymierzeńcem; udaje się ze swemi posiłkami na wojnę, rozgramia rokoszan i zdobywa w tej wojnie własnemi siłami Łużyce; nie zabiera tego kraju dla siebie, ale że go zdobył na Henrykowych nieprzyjaciołach, więc Henrykowi oddaje. Jedzie potem na dwór cesarski do Merseburga i tu z jakąż spotyka się podzięką? Oto żądają od niego hołdu! Oczywiście odmówił i gniewny z miasta wyjechał. Zaraz za miastem napadli nań zabójcy, nastawieni przez Henryka, który skrytobójczo chciał się pozbyć potężnego sąsiada, żeby przeszkodzić rozwojowi Polski. Szczęśliwie uszedł Bolesław zdradzieckiej zasadzki i zaczął teraz inaczej mówić. Wojsko miał gotowe; najechał pogranicze, spalił miasto Strelę, uprowadził mnóstwo niemieckich jeńców a Łużyce przyłączył do polskiego państwa. Przeciw cesarzowi znalazł sobie sojuszników w samychże Niemczech i zawarł przymierze z książętami Austryi z rodu Babenbergów.
Następnego roku zajął Bolesław Chrobry Czechy. W tym kraju straszne były zamieszki skutkiem ustawicznych swarów i waśni w domu książęcym. Książę Bolesław Rudy, wygnany z kraju, schronił się do Polski pod opiekę Bolesława Chrobrego, za którego też staraniem i poparciem tron odzyskał. Ale wróciwszy do swego kraju, takim się stał okrutnikiem, że znaczna część narodu na nowo go zrzuciła z tronu a do objęcia rządów wezwała Bolesława Chrobrego, który też wjechał uroczyście do Pragi wśród wielkiej radości ludu.
Czesi jednakże nie byli zgodni w swem zdaniu. Były tam dwa stronnictwa. Jedno pragnęło pozbyć się na wzór Polski zwierzchnictwa niemieckiego i w łączności z Polską utworzyć wielkie słowiańskie mocarstwo, któreby było na tyle potężne, żeby się nigdy nie potrzebowało bać Niemiec. Drugie jednak stronnictwo, zaślepione, stało po stronie cesarza. Cesarz Henryk zgadzał się, aby Bolesław Chrobry panował także w Czechach, ale pod warunkiem, żeby mu złożył z Czech hołd, jak to czynili dotychczas wszyscy książęta czescy. Bolesław jednak po to do Czech przybył, aby ten kraj uwolnić od niemieckiego poddaństwa; więc odmówił. Na to tylko czekało niemieckie stronnictwo w Czechach; wezwali Henryka, a cesarz z wielkiem wojskiem rozpoczął wojnę. Bolesław starał się poruszyć wszystkich zachodnich Słowian przeciw Niemcom; ale pogańscy Lutycy nienawidzili Polski za to, że przyjęła chrześcijaństwo i woleli połączyć się z Niemcami przeciw Polsce, a w Czechach nie znalazł Bolesław dostatecznego poparcia. Roku 1004 musiał ustąpić z Pragi, a w następnym roku, gdy Lutycy połączyli się z Henrykiem, bronić musiał granic polskich. Wtenczas to w roku 1005, wtargnęli Niemcy po raz pierwszy na Ślazk, pod Krosnem przeszli przez Odrę i szli pod Międzyrzec, zkąd wpadli dalej do Wielkopolski; nie wiele jednakże wskórali, skoro cesarz musiał zawrzeć pokój pod Poznaniem taki, że ówcześni kronikarze donoszą, iż pokój ten wielkim żalem go przepełnił. Gotował się też Henryk do nowej wojny. Bolesław próbował jeszcze raz połączyć narody słowiańskie do wojny z Niemcami, ale Czesi i Lutycy, "sami sobie grób kopiąc", sami cesarza uwiadomili o zamiarach polskiego władcy. Żeby uprzedzić cesarza, ruszył Bolesław prędko nad Łabę i Salę, zapędził aż pod Magdeburg, a obsadził dobrze wojskiem Łużyce. Henryk dopiero po czterech latach zdobył się na odwet; czeski książę Jaromir powiódł niemieckie wojsko na Polskę, ale nie zaszedł dalej, jak na Ślązk, bo Ślązacy, wyuczeni przez swego monarchę, dobrze się Niemcom dali we znaki. Z pod Głogowa musieli się wrócić, jak niepyszni. Było to w r. 1011.
Następnego roku Ślązacy po raz drugi dzielnie się spisali i odjęli Henrykowi ochotę do dalszej wojny. Z końcem 1012 r. kazał cesarz zapytać się, czyby Bolesław nie przystał na pokój. W samych też Niemczech odzywały się rozmaite głosy. Św. Bruno głośno cesarza przestrzegał, "żeby nie nastawał na zgubę chrześcijańskiego księcia, dzielnego pracownika w winnicy Pańskiej." Rad też był cesarz, gdy Bolesław wyprawił do niego na układy swego syna, Mieczysława; Henryk przyjął go teraz w Merseburgu inaczej, grzeczniej, niż przed 11 laty jego ojca; teraz już nie urządzał zasadzek, ale naprawdę o przyjaźń Bolesława się starał i na utwierdzenie pokoju skojarzył małżeństwo królewicza Mieczysława z cesarską księżniczką Ryksą, siostrzenicą Ottona III. O Łużyce się nie tylko nie upominał, ale przyznał je sam Polsce. Działo się roku 1013.
Zaledwie minęły dwa lata, trzecia wybuchnęła wojna. Bolesław próbuje znowu połączyć się z Czechami; nie chce już sam zająć czeskiego tronu, ale żąda tylko przymierza przeciw wspólnemu nieprzyjacielowi. Posłał z tym planem syna swego Mieczysława do czeskiego książęcia Ulryka, ale ten ostrzegł Henryka, a królewicza polskiego wydał mu zdradziecko do niewoli. To przyspieszyło jeszcze wojnę, która trwała przeszło trzy lata. Wyprawa Henryka w r. 1015 nie powiodła się.
Druga niemiecka wyprawa w roku 1017 była znowu wojną ślązką: Henryk ruszył na Głogów, ale dał spokój, nie chcąc drugi raz próbować wstydu pod tem dzielnem miastem. Bolesław czekał na Niemców w Wrocławiu, ale widząc, że powoli bardzo się ruszają, ruszył im naprzeciw do Głogowa. Henryk jednak nie chciał się z nim spotkać i poszedł pod Niemcze, gdzie napróżno czas tracił, oblegając nadaremno to miasto, które doskonale się też broniło. Z pod Niemczy wrócił do domu przez Czechy, których księcia miał teraz na swoje usługi. Bolesław gotował się do nowego najazdu Niemiec i byłby znowu oparł się aż o Salę; cesarz prosił o pokój, Bolesław nie miał ochoty go zawrzeć, ale wreszcie przystał, bo tymczasem zaszły wypadki, które zmuszały go zwrócić się na wschód, ku Rusi, gdzie bardzo wiele było do czynienia. Zawarli tedy roku 1018 pokój w Budziszynie w Łużycach: cesarz nietylko przyznawał ten kraj Polsce, ale zrzekł się wszelkich praw do zwierzchnictwa nad Polską, uznając zupełnie jej niezawisłość i monarsze stanowisko jej władców. Swoją drogą czyhał ciągle na posłów Bolesława wyprawianych do Rzymu, żeby mu ztamtąd nie przywieźli królewskiej korony.
Pokój Budziszynski zakończył jednę dopiero połowę roboty Bolesławowej: na zachodzie Słowiańszczyzny (o ile jej nie psuli Czesi). Pozostawała Słowiańszczyzna wschodnia.
Na wschód od Polski była Ruś. Rusini przyjęli chrześcijaństwo w 22 lat po chrzcie Polski, tj. w roku 988, a przyjęli je z Konstantynopola, w obrządku greckim. Było to za panowania Wielkiego księcia ruskiego Włodzimierza. Następca jego, Świętopełk, był zięciem naszego Bolesława; wygnany ze swej stolicy, z Kijowa, przez brata Jarosława, zwrócił się do teścia z prośbą o pomoc. Bolesław w zwycięzkim pochodzie przebył całą Ruś, zdobył Kijów i przebywał tam od Sierpnia 1018 r. przez jedenaście miesięcy. Dla pewności pozostawił Świętopełkowi swoje załogi na Rusi; ale skoro tylko do Polski wrócił, sam Świętopełk kazał je zdradziecko wyciąć. Natenczas Chrobry pogodził się z Jarosławem i jemu tron Kijowski przyznał, odejmując jednak od jego panowania grody czerwieńskie, które do polskiego państwa na nowo przyłączył.
Kijów był miastem znacznem, o dużo większem od wszystkich polskich lub niemieckich w owe czasy. Niezmierne tam gromadziły się bogactwa, a to z powodu zyskownego handlu z Konstantynopolem. Europa wschodnia w ogóle była w owe czasy bez porównania bogatsza, aniżeli zachodnia; pod tym względem stosunek był zupełnie inny, niż za naszych czasów, a miasta nie tylko nasze i niemieckie, ale nawet francuzkie wydawały się nędznemi osadami w porównaniu z miastami greckiemi i ruskiemi. Na zachodzie nie miano ani nawet pojęcia o tych wygodach i zbytkach, o tym przepychu, jakim się panoszyli zamożni mieszkańcy wschodu. Bolesławowi towarzyszyła do Kijowa drużyna niemieckiego rycerstwa, bo od pokoju budziszyńskiego był w przymierzu z cesarzem. Tak nasi, jakoteż Niemcy, nie mogli się nadziwować wspaniałościom Kijowa; było im to, jakby wieśniakom, gdy nagle z pod ubogiej strzechy dostaną się do pałacu, na miękkie kobierce, po których stąpać nie umieją.
Z dumnego Kijowa zabłysnęła potęga polskiego ramienia! Rozkaz polskiego monarchy rozlegał się od Łaby do Dniepru! Tron kijowski zawisł od jego woli i skinienia! Z wyjątkiem Czech cała północna Słowiańszczyzna jednej podległa woli! Teraz był czas pomyśleć o spełnieniu tych wzniosłych zamiarów, o które starali się św. Wojciech i szlachetny Otton III, żeby wytworzyć w Słowiańszczyznie wielkie chrześcijańskie królestwo. Pojął dobrze znaczenie tej chwili Bolesław; z Kijowa wyprawił poselstwa do obydwóch cesarzy: do rzymskiego w Niemczech i do byzantyńskiego w Konstantynopolu, ogłaszając niejako powstanie słowiańskiego mocarstwa. " Obiecał przyjaźń sąsiedzką, jeżeli jej dozna nawzajem; zagroził, że potrafi być wrogiem strasznym a niezwyciężonym."
Z Kijowa wyprawiał Bolesław te poselstwa, żeby dać poznać, że Kijów jest pod jego zwierzchniczą władzą; ale nie myślał bynajmniej pozbawić przez to Rusinów ich własnych książąt. Owszem, gdy Jarosław okazał ochotę do zgody, przywrócił go na tron kijowski, bo nie o zdobycz mu chodziło, nie o zabór nieprawny cudzych krajów, ale tylko o to, żeby jak najwięcej Słowiańszczyzny natchnąć jedną myślą chrześcijańską, a zachodnie jej kresy ocalić przed niemieckim zalewem zLych cesarzów i ich margrafów. Do tego trzeba było potęgi. Ruś lubiała przeszkadzać wojnami od wschodu, więc trzeba ją było trzymać w uległości, ale nie w niewoli. Tej Bolesław Rusi nie narzucał a za tym szlachetnym przykładem poszła następnie cała historya polska, nie niosąc nigdy nikomu niewoli i o tyle tylko oręż z pochwy wyjmując, o ile to koniecznem było dla własnego bezpieczeństwa.
O jedno tylko bał się Bolesław na Rusi. Kiedy książę kijowski Włodzimierz się ochrzcił, czynił to w obrządku wschodnim, ale w katolickim kościele, bo ówczesny patryarcha pozostawał w jedności z powszechnym Kościołem i z głową jego, Ojcem św. w Rzymie. Ale nad Konstantynopolem zawisła już schyzma i Bolesław przewidywał, że może ona tam się ugruntować i potem na Ruś się przenieść; już dawniej za św. Cyryla i Metodego były tego pierwsze oznaki. To też wydając swą córkę za Światopełka, dodał jej za kapelana św. Reinborna, gorliwego misyonarza, w tej myśli, żeby dwór książęcy i ludność nakłaniał na obrządek rzymski. Z tego samego powodu, z obawy schyzmy, nie popierał w swem własnem państwie obrządku słowiańskiego, gdzie jeszcze jego ślady zostały, ale wolał liturgię łacińską, nie bojąc się, żeby to miało wieść za sobą niewolę niemiecką, bo przecież miał już polską metropolię w Gnieźnie. Polska ludność zrozumiała intencye mądrego władcy; stała wiernie i trwale przy Rzymie, a swoją drogą hardo przeciw Niemcom. Ale nie zrozumieli tych intencyj Rusini; święty Reinborn prześladowany, skończył u nich w więzieniu twardy męczeński żywot. Potem jeszcze zobaczymy, co za nieszczęsne, opłakane skutki sprowadziła schyzma na Ruś.
Wróciwszy do Polski, zaczął Bolesław myśleć o koronacyi. Słał znowu do papieża i znowu posłowie jego jęczeli w niemieckich więzieniach. Za daleko było z Gniezna do Rzymu, żeby przewieść królewską koronę bezpiecznie przez szeregi wrogów! Nareszcie w roku 1024 zwołał Bolesław biskupów polskich, a odbywszy z nimi naradę, postanowił się koronować. Być może, że otrzymał z Rzymu jakąś tajemną wiadomość, że stolica apostolska wie o jego stosunkach i nic niema przeciw przywdzianiu korony; jakoż papież żaden nigdy tego nie zganił i królewskiego tytułu nie przeczył. Być też może, że oparł się na tem, co z ust św. Wojciecha słyszał, tego świętego, który był mistrzem Ottona III, prawego cesarza, a miał przystęp do papieża i znał wolę stolicy św. Dziełu zaś Bolesława trzeba było koniecznie korony; ta polska korona stała się widomym znakiem niepodległości narodowej i równości zupełnej z Niemcami. Odtąd nie mogło już być Europy bez polskiej korony, odtąd potrzebną ona była do spokoju i rozwoju chrześcijańskiej myśli w Europie, odtąd wszelki zamach na niepodległość Polski był już nietylko rabunkiem, ale świętokradztwem.
Dobrze zrobił Bolesław, że się koronował; spory już był na to czas; jakkolwiek miał lat dopiero 58, ale życie styrane tylu wyprawami i trudami wojennemi, nie mogło mieć już na długo sił, które wyczerpywały się po dokonaniu tylu sławnych dzieł. Nie minął rok cały od wiekopomnej tej koronacyi, a Bolesław życie zakończył, przekazując straż swego dzieła synowi, Mieczysławowi II. Kronikarz owych czasów dodaje, że ludność polska przez rok cały trwała w żałobie po swym wielkim królu, wstrzymując się od wszelkich zabaw; skoro tylko wieść o zgonie Bolesława się rozeszła, wszędzie, od Ślązka aż po morze, lament był wielki. Bo też ten dzielny król nie tylko był wielkim wojownikiem i politykiem, ale też ojcem prawdziwym swych poddanych, a zwłaszcza prostego ludu, dla którego szczególniejszą miał przyjaźń. Słusznie należy się temu królowi przydomek Wielkiego, bo on piastował myśl wielką, żeby całą Słowiańszczyznę zachodnią połączyć wraz z Rusią w jedno wielkie państwo. Polskie zaś państwo tak utrwalił, że klęski następnego pokolenia nie zdołały już niem zachwiać. Dla wielkiej zaś dzielności swojej zwany jest Chrobrym.
Syn i następca Chrobrego, Mieczysław II, zaczął zaraz od koronacyi, czem wielce na siebie rozgniewał Niemców; cesarz Konrad II. zaprzysiągł zgubę królestwu polskiemu, głosząc, że Polska niema prawa istnieć inaczej, jak tylko w poddaństwie narodowi niemieckiemu. Cesarz zawarł przeciw Mieczysławowi przymierza z Rusią, z Danią i z Czechami; to mu jeszcze nie wystarczało, więc podburzał braci królewskich, Bezpryma i Ottona, żeby domagali się u Mieczysława podziału władzy i państwa. Zapewne wygodnie byłoby wrogom Polski, gdyby król dzielił się państwem ze swymi braćmi, bo zamiast jednego potężnego królestwa, byłyby trzy słabe państewka, między któremi wzniecałyby się ustawiczne swary, żeby się jeszcze bardziej osłabiać. Toteż Mieczysław ani słyszeć o tem nie chciał, a przekonawszy się o porozumieniu braci z cesarzem Konradem, wygnał ich na Ruś a cesarzowi wypowiedział wojnę. W dwóch zwycięzkich wyprawach najechał na Saksonię, wziął 10,000 Niemców do niewoli i doczekał się takiego tryumfu nad cesarzem, jakiego ani Bolesław Chrobry nigdy nie święcił. Ale teraz pogarnęli się na Polskę sprzymierzeńcy Konrada: Czesi, Rusini, Duńczycy, a nawet Węgrzy. Trudno wojnę prowadzić naraz na wszystkich stronach. Węgrom dał Mieczysław Słowaczyznę na odczepnego, pod warunkiem, żeby z nim zawarli sojusz przeciw Niemcom. Sojusz ten trwał niedługo, jakby tylko, żeby spokojnie mogli zająć Słowaczyznę, a gdy tego dokonali, opuścili haniebnie sprawą polską, osobno pokój zawarli z cesarzem i Mieczysława samego w dalszej wojnie zostawili. Nastały ciężkie czasy. Czesi zabrali w roku 1029 Morawy, a i na Ślązk mieli ochotę. Właśnie gotował się Mieczysław do odwetu, gdy w tem wygnani bracia wrócili z Rusi i wszczęli straszny bunt. wspierany od zachodu przez wojska niemieckie, a od wschodu przez ruskie. Natenczas Mieczysław postanowił pilnować przedewszystkiem Ślązka i tutaj obrał sobie stanowisko, podczas gdy straszna burza wojenna szalała naokół. W Wielkopolsce Bezprym zagarnął rządy, Pomorze zajął król duński Kanut, Czerwieńskie grody zabrał Jarosław ruski i ztąd groził Małopolsce. Na Ślązku jedynie nie znaleźli stronników bracia Mieczysławowi, Ślązk trwał wiernie przy koronie i nierozdzielności państwa.
Tyloma stratami zgnębiony, musiał Mieczysław starać się o pokój i odstępował cesarzowi Łużyc, byle ten odstąpił Bezpryma. Cesarz Łużyce przyjął, a swoją drogą dalej Bezpryma wspierał i do tego doprowadził, że Mieczysław musiał się zgodzić na podział państwa, żeby mieć choć chwilkę wytchnienia; złożył nawet hołd cesarzowi. Uspokoił się kraj, odeszli nieprzyjaciele, a Mieczysław po cichu zbierał swoich przyjaciół i niespodzianie śmiałym zamachem połączył znowu pod swojem berłem wszystkie trzy dzielnice. Nie można odmówić Mieczysławowi wielkiego hartu i męztwa w nieszczęściu; zapewne byłby w dalszym ciągu pomyślał o odzyskaniu Pomorza, Czerwieńskich grodów, Słowaczyzny i Moraw, ale sterany nieszczęściami umarł w roku 1034.
Król ten gorliwy był bardzo o wiarę św., tak, że zagraniczni nawet książęta wielbili go z tego powodu. Założył on biskupstwo kujawskie, a przyłączywszy do piastowskiego państwa szczep Mazowszan, zaczął tam zaraz stawiać kościoły. Mazowszanie jednak nie utwierdzili się dostatecznie w wierze za jego życia; toteż zaraz po jego śmierci pogaństwo znowu się rozpanoszyło, a na Mazowszu objął rządy osobny książę, Masław, który zezwalał na pogańskie obrzędy, żeby się tylko przy władzy utrzymać.
Nastały jeszcze smutniejsze czasy. Mieczysław II. miał z Niemką Ryksą dwóch synów: starszego Bolesława przeznaczył na swego następcę, młodszego Kazimierza do stanu duchownego i w tym celu oddał go do klasztoru, gdy jeszcze miał zaledwie dziesięć lat; zrobił tak widocznie dla tego, żeby potem nie było znów kłótni o jaki podział państwa. żeby młodszy brat nie przeszkadzał starszemu. A tymczasem nieszczęście chciało, że ten starszy zatruł właśnie ostatnie lata życia ojcii; był to wyrodek, który lubował się przytem w okrucieństwie i srogości. Na tronie ojcowskim niedługo siedział, bo tylko dwa lata, ale ten krótki czas jego rządów wystarczył, żeby pogrążyć państwo w ostatecznym zamęcie. Nie wiemy, co się z nim stało: dawne pisma z obrzydzeniem krótkiemi wzmiankami go zbywają, dodając tylko, że "źle skończył" i że za karę nie wlicza go żadna kronika do pocztu królów i książąt polskich.
Przed okrutnikiem tym schronił się brat Kazimierz na Węgry, a matka Ryksa do Niemiec. Wyjeżdżając z Polski zabrała ona z sobą insygnia koronacyjne, królewską koronę i berło i ofiarowała je cesarzowi Konradowi; nie mogła mu doprawdy zrobić milszego podarku.
Korzystając z zamętu w Polsce wpadł do kraju książę czeski Brzetysław, ażeby przyłączyć do swego państwa Kraków i Ślązk. Jak huragan przeleciało jego wojsko przez Polskę: aż do Gniezna się zapędził, złupiwszy i zniszczywszy Kraków i Wrocław. Ślązanie opierali mu się z całych sił, Wrocław bronił się, jak mógł, a rozgniewany oporem Czech kazał miasto zdobywszy zburzyć; biskup wrocławski musiał się odtąd tułać po kraju, niemając przez dłuższy czas stałej rezydencyi; najczęściej przebywał w Smogorzowie, w okolicy miasta Namysłowa i w Rujczynie, koło miasta Brzega. Ślązk zostawał odtąd pod panowaniem czeskiem aż do roku 1054, a zatem przez lat 16. Książę Brzetysław pragnął całą Polskę zatrzymać i starał się nawet u cesarza Henryka III, żeby mu przyznał tytuł króla polskiego; ale Henryk odpowiedział na to wojną, bo królowie niemieccy nie życzyli sobie wzrostu żadnej słowiańskiej potęgi, ani polskiej, ani czeskiej. Henryk wtargnął do Czech, Brzetysława upokorzył; książę czeski zrzekł się uroszczeń do Polski, ale pod warunkiem, że zatrzyma sobie Ślązk, na co cesarz przystał, nie pytając się oczywiście Ślązaków, co sami o tem myślą.
Natenczas grono polskich panów postanowiło starać się u papieża o dyspensę dla królewicza Kazimierza, żeby mu wolno było wrócić do życia świeckiego i wstąpić na tron; inaczej bowiem Polska musiałaby się rozpaść i przepadłoby dzieło Mieczysława I i Bolesława Wielkiego. Przystał na to Kazimierz, który bawił na Węgrzech. Dowiedziawszy się o tem Brzetysław, zażądał wydania Kazimierza, inaczej groził Węgrom wojną i spustoszeniem. Węgrzy się przelękli i królewicza choć nie wydali, więzili jednakże, żeby się nie narazić Brzetysławowi. Po kilku latach udało się jednak Kazimierzowi uciec i zbiegłszy szczęśliwie, udał się do matki Ryxy w Niemczech. Ta zaś zdołała przekonać cesarza, że najlepiej zapobiegnie wzrostowi czeskiej potęgi, jeżeli Kazimierzowi zwróci koronę i doda mu drużynę rycerską na powrót do Polski. Przystał cesarz na to, ale pod warunkiem, że Kazimierz będzie jego hołdownikiem i uzna zwierzchnictwo Niemiec. Przyrzekła to za niego Ryxa.
W roku 1041 wrócił Kazimierz do Polski, witany wdzięcznie, że znowu porządek wraca z nim do kraju. Biskup wrocławski wrócił do Wrocławia, a Kazimierz swoim kosztem kazał wznieść dla niego na odrzańskim ostrowie kościół modrzewiowy; pamięć ta o Ślązku i o jego katedrze tembardziej zasługuje na uwagę, że Ślązk należał przez te lata do czeskiego, a nie do polskiego państwa. Ale czeski książę kościoły rozwalał, a polski je stawiał, bo polski był swój. Toteż i na Ślązku rozbrzmiewała pieśń ułożona na powitanie Kazimierza: "a witajże, witaj, gospodynie miły" i więcej znaczyło na Ślązku imię Kazimierza, niż Brzetysława, który się panem Ślązka tytułował. Serca Ślązaków tak się garnęły do prawowitego króla, a Kazimierz tyle od Ślązaków doświadczał pomocy, tylu ich poszło na jego dwór i do jego wojska, że cesarz się dziwił i myślał, że Kazimierz lada dzień wyruszy na odzyskanie Ślązka i posłał do niego z oświadczeniem, że na to nie pozwoli. Kazimierz nie bardzo serdecznie był z cesarzem, odkąd do Polski wrócił; a zawsze chodziło o ten hołd, o poddaństwo, o to, że Niemcom nie można wybić z głowy, że inne narody są na świecie nie poto, żeby Niemcom służyły, ale żeby razem z nimi Boga spokojnie chwaliły.
Zaraz na drugi rok po powrocie, w roku 1042 wysłał Kazimierz grzecznie poselstwo do cesarza, z podziękowaniem i darami; cesarz kazał się zapytać, czy przybyli hołd złożyć w imieniu polskiego monarchy, a gdy się dowiedział, że do tego nie mają pełnomocnictwa i nie po to przybyli, nie dopuścił ich nawet przed swe oblicze i zaraz wracać im kazał. Teraz zaś w r. 1050 nawet wojsko już na Kazimierza przygotował, o Ślązk, żeby przy Czechach został, a nie przy Polsce. Kazimierz wojny o Ślązk prowadzićby nie mógł, bo miał pełno roboty z Masławem, który nic chciał Mazowsza oddać koronie polskiej i łączył się z Pomorzanami, z pogańskimi Prusakami i Litwinami. Trwało to przeszło dziesięć lat, nim Kazimierz z tem wszystkiem się uporał, a potem - ledwie z wielkim trudem wprowadziwszy porządek, - miałże na nowo wojnę prowadzić z Czechami, którym zaraz na pomoc przybiegliby Niemcy, żeby Polskę znowu osłabić? Skądże kraj miał brać sił na tyle wojen? A Ślązk, choćby odzyskany, byłby przecież znowu zniszczony przez wojska i złupiony wojną, podczas gdy Kazimierz właśnie pokoju i powodzenia życzył jak najbardziej temu krajowi, który w ciężkich chwilach dochował wierności jego ojcu. Dlatego też, choć nie panował na Ślązku, miał go we wdzięcznej pamięci i tak się troszczył o biskupstwo wrocławskie; miałże je na nowo narażać na zatratę? Wymyślił tedy inny sposób odzyskania Ślązka. Oto ofiarował się Czechom, że weźmie od nich Ślązk, jakoby dzierżawą, i że będzie książętom czeskim płacił ze Ślązka rocznie 500 grzywien srebra i 30 grzywien złota. Przystał na to Brzetysław, bo widział, że i tak wcześniej czy później Ślązk musiałby wrócić do Polski, skoro Ślązacy sami tego pragnęli. W ten sposób ochronił Kazimierz Ślązk od nowej wojny i kraj mógł się na nowo zagospodarować.
Powoli zagospodarowała się pod mądremi jego rządami cała Polska. Kiedy wracał w granice Polski, zastał tylko ruiny i zgliszcza, głód i nędzę; dość powiedzieć, że przecież "w Poznaniu i w Gnieźnie, w zwaliskach katedr biskupich, lęgły się dzikie zwierzęta", a miasta stały pustką. Kiedy umierał w r. 1058, Poznań, Gniezno i Wrocław na nowo były zamożnemi miastami. Toteż wdzięczny naród dał mu szczytny przydomek - Odnowiciela. Przydomek ten należy mu się zwłaszcza od Ślązka, któremu odnowił biskupstwo.
Zaraz się okazać miało, jak mądrą była polityka Kazimierza Odnowiciela w sprawie ślązkiej. Syn i następca jego, Bolesław, zwany niedarmo Śmiałym, postanowił poczynać sobie śmielej i wstąpiwszy na tron ojcowski miał zaledwie 17 lat, a w tym wieku zdaje się, że wszystko śmiałością załatwić można. Po dwóch latach odmówił ślązkiej daniny i śmiało uderzył na Czechów, sam ich zaczepiając; zebrał wojsko, przekroczył rzekę Oppę i zabrał się do oblegania granicznego grodu Hradca roku 1061; poniósł jednakże klęskę i ledwie sam nie dostał się do niewoli. Potem różne jeszcze miał zatargi z Czechami, ale ani on, ani Czesi nic na sobie nawzajem nie zdobyli i stosunek był po wojnach taki sam, jak przed wojnami.
Bolesław Śmiały kochał się bardzo w wojnach i miał też potem wielkie szczęście wojenne; oprócz tej pierwszej wojny opawskiej wszystkie następne wygrywał i wielką zajaśniał stąd sławą. Stał się potężnym monarchą, który trząsł ościennemi państwami, zrzucał z tronu i osadzał na panowaniu według swego upodobania królów węgierskich i książąt ruskich; rozkaz jego rozbrzmiewał od Wrocławia do Kijowa, znów tak samo, jak za jego pradziada Bolesława Chrobrego. Grody czerwieńskie odzyskał. Koronował się też z wielką uroczystością na Boże Narodzenie roku 1076 za zezwoleniem sławnego papieża Grzegorza VII.
Równocześnie padło wielkie upokorzenie na cesarza niemieckiego Henryka IV., który zaczął spory z tym właśnie papieżem o to, kto ma mianować biskupów i komu biskupi mają być posłuszni, cesarzowi, czy papieżowi. Grzegorz VII. pragnął Kościół wyzwolić zupełnie od władzy świeckiej, bo już się papieże przekonali, że mało który cesarz sprawiedliwie sprawuje swoją godność. Cesarz Henryk obarczony klątwą, musiał pojechać z przeprosinami do Canossy, papiezkiego zamku we Włoszech i tam publiczną odbyć pokutę, stojąc boso na śniegu, w pokutniczej szacie, z mieczem na sznurze uwiązanym, na szyji. Taka była potęga papieża Grzegorza VII. Od tego to zdarzenia mówi się: "pójść do Kanossy", a znaczy to wojować z Kościołem i dowojować się... pokuty.
Oczywiście, że podczas gdy tak źle było z cesarstwem, nie mogli Niemcy przeszkodzić wzrostowi państwa polskiego. Ale przeszkodziła temu lekkomyślność samego króla. Oto będąc u szczytu sławy, potężny mocarz myślał, że mu już wszystko wolno; zaczął się zaniedbywać w rządach, a za to tem większego wymagać posłuszeństwa; kto mu się sprzeciwił, nie był życia pewny. Sam zaczął żyć niemoralnie, więc go karcił o to świętobliwy biskup krakowski, Stanisław Szczepanowski; król mścił się za to na dobrach kościelnych, zaczął się spór z biskupem. Równocześnie wybuchł jakiś bunt, jakieś nieporządki o których jednak nic pewnego nie wiemy. Tyle tylko wiadomo, że były jakieś słuszne do buntu przyczyny, skoro święty biskup ciągle króla strofował i nareszcie nawet klątwę na niego rzucił. Natenczas śmiały Bolesław zrobił coś tak zuchwałego, że przez całe życie gorzko tego potem miał żałować: zabił własną ręką biskupa w krakowskim kościele na Skałce! Za ten gwałt pozbawił go naród korony i wygnał z kraju wraz z synem, ofiarując rządy bratu Bolesława, Władysławowi Hermanowi. Bolesław uciekł na Węgry, które niedawno przedtem podlegały jego woli, bo od niego zależało, kto miał być królem węgierskim. Ale teraz nikt go znać nie chciał, nikt nie dał pomocy do odzyskania tronu. Spostrzegł wreszcie król zuchwałość swej zbrodni i jął się pokutować; udał się do klasztoru w Ossyaku, w Karyntyi i ten mocarz śmiały przywdział tutaj szaty pokornego braciszka klasztornego, spełniając najniższe posługi aż do śmierci.
Brat jego Władysław Herman bał się teraz już być "śmiałym", ale to tak, że aż nadto i zgrzeszył.... nieśmiałością. Nie mogło być po sobie dwóch władców tak do siebie mniej podobnych, jak ci dwaj bracia. Nieśmiał nawet Herman koronować się, z nieśmiałości przed cesarzem; poprzestał na tytule książęcym. Upada wtenczas Polska, podnosi się potęga czeska. Grody Czerwieńskie zajęte przez Rusinów, miały już teraz trwale przy nich zostać aż do czasów Kazimierza Wielkiego; powstało z tego zabranego Polakom kraju osobne księstwo ruskie z dynastyą Rościsławiczów, a grody Czerwieńskie zaczęto zwać Czerwoną Rusią. Tymczasem potężny książę czeski postanowił tronowi swemu przydać królewskiej godności; książę Wratysław był tym pierwszym królem czeskim. Władysław Herman spróbował po śmierci Wratysława nie zapłacić daniny ślązkiej; ale następca jego Brzetysław II. zaraz się o to upomniał z orężem w ręku, napadł na Ślązk i spustoszył cały kraj na lewym brzegu Odry od Rujczyna aż do Głogowy; kronikarz czeski pisze o tem, że ze wszystkich miast z tej strony Odry jedne tylko Niemcze nie zostały obrócone w perzynę.
Waśń królewiczów Zbigniewa i Bolesława
Rządy Władysława Hermana zamącone były waśnią rodzinną. Król był słabego zdrowia i niedołężny; rządy sprawował w jego imieniu wojewoda Sieciech, głowa rodu Starżów, człowiek wielkiej pychy, który podobno sam zamyślał o zajęciu piastowskiego tronu dla swego rodu. Król miał dwóch synów: Bolesława, zwanego Krzywoustym, dzielnego młodziana i Zbigniewa, który z początku przeznaczony był do stanu duchownego, ale święceń nie przyjął i do życia rycerskiego powrócił. Zbigniew skorzystał z tego, że w kraju było powszechne szemranie na samowolę Sieciecha; ażeby się odznaczyć i znaleść przyjaciół na przyszłość, stanął na czele niezadowolonych, którzy się Sieciecha pozbyć chcieli i wszczął wojnę domową. W mętnej wodzie dobrze ryby łowić i Zbigniew, nie przeznaczony do tronu, pragnął też ułowić dla siebie jaką dzielnicę. Myślał on przedewszystkiem o Ślązku. Korzystając z tego, że kasztelan wrocławski, Magnus, był zaciętym wrogiem Sieciecha, zmówił się z nim; jakoż Magnus wydał Wrocław w moc Zbigniewa. Hermanowi zależało teraz jak najwięcej na czeskim Brzetysławie II.; od tego potężnego sąsiada Ślązka dużo teraz zawisło. Wyprawił tedy prędko na dwór czeski swego syna, Bolesława; ten tak się dobrze sprawił ze swego poselstwa, że Brzetysław nietylko Zbigniewowi nie pomagał, ale nawet oddał Bolesławowi w lenno graniczne hrabstwo Kłodzkie, niegdyś ojcowiznę rodu Sławników, które było w posiadaniu jeszcze ojca św. Wojciecha, a potem książętom czeskim się dostało. Kłodzko nie było tedy polskie, ale czeskie i należały do niego dwie czeskie graniczne ziemie: właściwa kłodzka i bystrzycka. Dopiero przez Bolesława Krzywoustego ziemie te przeszły następnie do Ślązka. Dla Zbigniewa było to wielkim ciosem, że Bolesław osiadł na Kłodzku, bo mógł być teraz wzięty we dwa ognie. Tak się też stało: Władysław Herman ruszył z jednej strony z wojskiem, a Bolesław z drugiem i pozajmowali kraj do okoła tak, że Zbigniewowi sam tylko Wrocław został; wtedy zaczęli go opuszczać przyjaciele i przechodzić do obozu Hermana, a w końcu i Wrocław się poddał. Zbigniew wygnany, uciekł do Pomorzan, z którymi ciągle były wojny i od północy znowu zaczął Wielkopolskę i Mazowsze nękać. W wojnach tych zapędzili się Pomorzanie aż po Kruszwicę,. którą tak zniszczyli, że odtąd już niezdołała się podźwignąć; zbezcześcili też katedrę gnieźnieńską, tak, że musiano ją na nowo poświęcać. Zbigniew żądał dla siebie dzielnicy: ojciec dał mu Wielkopolskę. Ale natenczas zażądał dzielnicy dla siebie też Bolesław, bo inaczej byłby czemś gorszem od brata, który nie był z początku całkiem do rządów przeznaczony i ojciec wyznaczył mu Małopolskę i Ślązk. W obydwóch jednak dzielnicach, tak u Zbigniewa, jak Bolesława miały główne grody podlegać nie im, ale samemu ojcu; Kraków więc i Wrocław zostały pod władzą Władysława Hermana. Teraz Sieciech nie miał już czem rządzić: Zbigniew go nie cierpiał, Bolesław przewodzić nad sobą też nie dał. Sieciech postarał się, żeby ojciec ten układ odwołał, a jego na nowo rządcą państwa zrobił; ale z tego tyle tylko wyniknęło, że obaj bracia podali sobie przeciw Sieciechowi ręce i nie spoczęli, aż ojciec Sieciecha wygnał ze swego dworu i z kraju.
Młody Bolesław wrócił potem na Ślązk, który był ulubioną jego dzielnicą. Starał się utrzymać jak najlepszą przyjaźń z Brzetysławem czeskim i takie u niego pozyskał zaufanie, że kiedy książę Berna podniósł przeciw Brzetysławowi rokosz, ten pojmanego do Kłodzka posłał na więzienie, pod dozór Bolesława. W roku 1099 darował mu za to trzecią część ślązkiej daniny. Bolesław przebywał w ogóle bardzo dużo na dworze Brzetysława, gdzie wiele mógł się nauczyć.
Bolesław Krzywousty. Wojny ślązkie
Młodziutki to jeszcze był książę, a już wsławiony w bojach. Opowiadają współcześni, że od dzieciństwa miał naturę rycerską, Kiedy pierwszy raz błagał ojca, żeby mu pozwolił jechać na wojnę (wtenczas z Pomorzanami), miał lat dziewięć. Kiedy umierał ojciec, miał pod sobą Małopolskę i Ślązk; odebrał też od razu pod swoją władzę stolice tych dzielnic, Kraków i Wrocław; ale brat Zbigniew miał też pod sobą Wielkopolskę i chodziło teraz o to, czy też ten brat uzna nad sobą królewską zwierzchność Bolesława, czy może nie będzie chciał zrobić ze swej dzielnicy osobnego państwa. Jeżeli już za życia ojca łączył się przeciw Polsce z nieprzyjaciółmi, żeby na swojem postawić, tem bardziej teraz było trzeba być z nim ostrożnym. Zaraz na samym początku pokazały się złe znaki: Bolesław żenił się z księżniczką ruską Zbysławą i na wesele brata zaprosił - ale on nie przyjął zaproszenia i zamiast na ślub brata pojechać, przygotował mu niegodną niespodziankę: oto związał się potajemnie z Czechami i napadł z nimi na Ślązk. Książę czeski Borzywój, następca Brzetysława, najechał kasztelanię wrocławską, a spustoszywszy ją, rozłożył swe wojska obozem pod Rujczynem, czekając na posiłki Zbigniewa, ażeby potem razem uderzyć dalej na Małopolskę. Ale Zbigniewowi nie dopisało szczęście; nie udało mu się wojska zebrać i zaczął się nawet wypierać, jakoby wcale Czechów nie namawiał, ani im też nic nie obiecywał. Borzywój nie mogąc się posiłków doczekać, też cofnąć się musiał, nic nie wskórawszy. Bolesław oskarżał publicznie Zbigniewa o zdradę kraju, wszyscy też powszechnie na niego byli oburzeni i zdawało się, że opuszczą niegodnego brata. Kopał dołki pod drugim, a sam w nie wpadł i bać się teraz musiał, czy nie utraci dzielnicy w Wielkopolsce. Jeżeliby się okazało, że był w zmowie z Borzywojem, wszystko dla niego było stracone; ukorzyć się nie chciał ani prosić o przebaczenie, wolał w zaciekłości swojej zginąć, niż ustąpić królewskiemu swemu bratu. Przeczył śmiało wszystkim oskarżeniom, i miał tę zuchwałość, że dla wykazania swej niewinności powołał się na tak zwane "sądy boże", a mianowicie zażądał, ażeby oskarżyciel jego stanął z nim do pojedynku.
Był w średnich wiekach przesąd, że w walce winnego z niewinnym niewinny zawsze zwycięży, jeżeli tę walką ofiaruje Bogu. Oskarżycielem Zbigniewa był kasztelan poniecki, przywódzca grodu w Wielkopolsce. (Poniec, miasto w Wielkopolsce, należy dziś do powiatu krobskiego.) Na miejsce pojedynku wybrano gród ślązki Sandowec (dziś wieś w głogowskiem pod miastem Górą). Kasztelan pojedynek przegrał! Zbigniew tryumfował!
Zaraz jednak następnego roku, gdy Bolesław zajęty był Pomorzanami, spalił się gród Koźle nad Odrą; pokazało się, że ktoś podpalił i znów padło podejrzenie, że Zbigniew nowy spisek urządza i spaleniem grodów bliższych granicy chce Czechom najazd ułatwić. Na wieść o tem pospieszył Bolesław z Pomorza na Ślązk i zaraz kazał gród ten odbudować. Borzywój, ażeby odwrócić od siebie podejrzenie, ofiarował Polsce swój gród graniczny, Kamienicą zwany (dziś wieś), na samej granicy obydwóch państw. Bolesław zaraz tam się udał i Zbigniewa do siebie zapraszał; ale ten nie stawił się wcale, tylko uprosił biskupa krakowskiego Baldwina, ażeby się za nim wstawił, obiecując, że spokojnie się już będzie zachowywał, jeżeli król zachowa mu udział na Mazowszu. Przystał Bolesław na tę próbę, tem bardziej, że mu spieszno było wrócić na Pomorze. Pod Głogowem kazał się zebrać na nowo polskim wojskom i ze Ślązka nad morze wyruszył. I znowu musiał tę wojnę przerwać, bo Czesi zajęli mu tymczasem Racibórz! Wraca co tchu, a w drodze dowiaduje się, że drugie czeskie wojsko ciągnie na Koźle; skoro jednak tylko przybył, zaraz się wszystko zmieniło, Czesi pod Koźlem pobici, z Raciborza wypędzeni, musieli w ucieczce szukać ocalenia.
W roku 1109 raz jeszcze musiał Bolesław walczyć o swój Ślązk. Oto Zbigniew, przekonawszy się, że czeska pomoc nie na wiele się przyda, poszedł jeszcze dalej, do cesarza Henryka V i tam, prosto u Niemców szukał pomocy. Prosił o wojsko, żeby Bolesławowi wielką wydać wojnę, a jemu oddać połowę państwa, za co Zbigniew obiecywał uznać zwierzchnictwo królów niemieckich, a przeciw Bolesławowi pomagać tak długo, aż on także uzna się poddanym króla niemieckiego. Henrykowi V. tak się ta mowa spodobała, że nietylko wojsko dał Zbigniewowi, ale sam swoją osobą stanął na jego czele i na zdobycie Polski się wyprawił. Czechom przykazał, żeby równocześnie, splądrowali Ślązk; nie trzeba im było dwa razy tego mówić; oni to zawsze robić lubili. W Czechach rządził teraz książę Swiatopełk, któremu nawet Bolesław pomógł do tronu, zwiedziony obietnicą, że skoro tylko panowanie obejmie, zaraz każe poburzyć te wszystkie zameczki graniczne, które Czesi przeciw Ślązkowi wystawili; zasiadłszy jednak na księstwie ani myślał wykonać obietnicę i skorzystał z pierwszej zaraz sposobności, żeby z tych zameczków wojsko ruszyć. Zamiast trzymać się razem z Bolesławem przeciw Niemcom, on wolał się wysługiwać Henrykowi V., ciesząc się, że po wygranej wojnie oderwie Ślązk od Polski i z łaski niemieckiego króla do Czech go przyłączy.
Bolesław bawił znów na Pomorzu, kiedy przybyło doń butne poselstwo Henryka V, żądając hołdu, daniny, poddaństwa i wydania połowy Polski zdrajcy Zbigniewowi. Nigdy, przenigdy! zawołał Bolesław - powiedźcie swojemu królowi, żeby dbał o szczęście własnego państwa, ale nic o to, żeby sąsiadom przynosić nieszczęście! Dosyć tych uroszczeń! Nie będzie Polak niemieckim służką, a skoro my po nic do was nie chodzimy, zaczepki z wami nie szukamy, krzywdy waszej nie chcemy, jakiem prawem wy rozbijać się macie po mojem państwie i szukać tu tego, czegoście nie zgubili i co nigdy nie było wasze. Co Bóg przeznaczył Polakom w posiadanie, tego bronić będę, bo takie jest prawo boskie przyrodzone! - Zawrzał gniewem król Henryk po takiej odpowiedzi i rozpoczęła się sławna wojna z roku 1109.
Kiedy Henryk posłów do Bolesława wyprawiał, miał już wojsko gotowe do drogi w Łużycach; szybkim pochodem ruszył na Ślązk, zdobywać grody i miasta, podczas gdy wsie były już poniszczone łupieskim najazdem czeskim. Najpierw stanął Henryk pod Lubuszem, a nie przypuszczając, żeby go mógł nie zdobyć, darował z góry miasto i wszystkie wsie okoliczne arcybiskupowi magdeburskiemu. Łatwo cudze darować! Ale Lubusz zdobyć się nie dał. Cesarz poszedł próbować szczęścia pod Bytom nad Odrą na Dolnym Ślązku; (tutaj nie robił już żadnej darowizny); Bytomianie wiedząc już od Lubuszan, ze wojsko niemieckie nie takie straszne, wypadli śmiało z miasta na obóz Henryka i tak się dzielnie spisali, że Niemcy poszli sobie zaraz dalej. Przyszła teraz kolej na Głogów, który był w owe czasy najważniejszym grodem Dolnego Ślązka i stanowił niejako klucz do Wrocławia. Henryk zawstydzony pod Lubuszem i Bytomiem, postanowił ztąd się już nie cofać i wytężyć wszystkie siły, ażeby to miasto zająć.
Bolesław był po ciężkiej wojnie pomorskiej, a chociaż zwyciężył, miał jednak wojsko zmęczone i w wielu bitwach tak umniejszone, że niesposób było zaczepić cesarza, pókiby świeżego wojska nie zebrał. Posłał tylko z Pomorza do Ślązaków, żeby się bronili do ostatniej kropli krwi, póki sam nie nadejdzie, przedstawiając im, że od tej wojny cała przyszłość zależy, a on się już postara, żeby to ostatnia była wojna z królestwem niemieckiem, ostatnia przez nadużywanie cesarskiego rzymskiego tytułu do sobkowskich niechrześcijańskich celów. Ślązacy tedy o swoich własnych siłach przetrzymali już oblężenie Lubuszy i Bytomia i okazali się jak najgodniejszymi zaufania Bolesława. Teraz Głogowianie postanowili okazać się godnymi rodakami Lubuszan i Bytomian. A była tu sprawa ciężka.
Bolesław wojska nowego jeszcze nie miał, dopiero zaczynało się ono formować. Ale pierwszą zaraz rotę, jaką zebrał, od razu na Ślązk posłał; przybyła ona właśnie, kiedy cesarz ruszał na Głogów i chciał przejść z wojskiem przez Odrę; polscy żołnierze chcieli temu przeszkodzić i rozłożyli się obozem nad Odrą. Chociaż to jedna tylko była rota, woleli Niemcy jej nie zaczepiać i poszli w dół rzeki; tam dalej udało im się znaleść bród na rzece, więc Odrę przeszli, a kiedy Polacy myśleli, że cesarz pod jakie czwarte miasto sobie rusza, on obszedł okolicę z tyłu do okoła i niespodzianie napadł na polski obóz, który otoczony ze wszystkich stron przeważającemi siłami, ani mógł myśleć o wygranej. Co innego, gdyby wojsko cesarskie naprzeciw nich było przeprawiało się przez Odrę; z nieprzyjacielem zajętym przeprawą, zajętym falami rzeki, można się było rozprawiać, choćby dziesięciu Niemców było na jednego Polaka, bo można było zaczepiać każdy oddział z osobna, gdy z wody wychodził, a nie dając mu wyjść na brzeg, powstrzymywać tem samem przeprawę następnych oddziałów. Ale zupełnie co innego teraz; tutaj jeden dziesięciu obronić się nie mógł i dobrze o tem wiedzieli, że zginąć trzeba, albo uciekać. A jednak bronili się do upadłego, żeby nie zrobić wstydu Bolesławowi i żeby nie powiedzieli Ślązacy, że rodacy z innych prowincyj polskich życia za nich żałują. Bronili się oni dotąd sami - teraz na innych kolej pokazać cesarzowi, jakto cała Polska piersią swoją Ślązk zasłaniać będzie. Wyginęła ta garstka walecznych z wielkim honorem; - Głogowianie postanowili zrobić tak samo, a miasta nie poddać, chybaby im sam Bolesław na to pozwolił.
Cesarz zdumiał się walecznością i wiernością polskiego rycerstwa, ale tem bardziej się rozsierdził, że nawet drobne garstki nie poddają mu się, ale z mieczem w ręku zginąć wolą, niż piędź polskiej ziemi oddać w niemiecką niewolę. Tem bardziej mu teraz zależało na zdobyciu Głogowa. Urządził więc takie oblężenie, że żaden człowiek nie mógł się dostać do miasta; gdyby Bolesław nie przybył na czas, Głogowianie musieli być narażeni na głód. Żeby zaś prędzej dostać się do miasta, kazał cesarz wystawić kilkanaście machin oblężniczych, t. j. różnych ruchomych wież, pomostów, taranów; machiny te służyły do rozbijania murów miejskich. Była to niejako artylerya owych czasów. Przeciwko takiej sile cóż mieli Głogowianie? Nie mieli nawet u siebie prawdziwego wojska, sami tylko mieszczanie na prędce na żołnierzy się przerobili, uzbrajając się tem, co mieli pod ręką: w porównaniu z potężnem wojskiem oblężniczem byli oni garstką słabych biedaków; po kilku dniach ledwie ich tylu było żeby mury miejskie jako tako obsadzić. Nie mogli bowiem wszyscy naraz brać udziału w obronie, ale zmieniać się musieli z tej przyczyny, że mieli pełne ręce roboty we dnie i w nocy. Machiny niemieckie psuły co dnia mury, trzeba więc było na gwałt w nocy je naprawiać; cały dzień groza wojny, a w nocy jeszcze ciężka robota - i kobiety musiały przy tej robocie pomagać. Ale machiny silniejsze były od tych rąk, które trudem bez ustanku już się pomęczyły; zresztą co dnia więcej szkody w murach, co nocy więcej roboty, a rąk coraz mniej, bo wielu ginęło na murach od strzał niemieckich Nareszcie i głód doskwierać zaczął; trzeba było jadło dzielić szczuplutkie porcye, wtenczas właśnie, kiedy najwięcej przydałoby się mieć sił.
W tem utrapieniu spostrzegają na dobitkę, że w miejscu, gdzie największa stała machina, zaczyna się robić wyłom w murze. Jeden leszcze dzień roboty wystarczy Niemcom, żeby mur do reszty wyłamać i wejść otworem do miasta. Tej nocy tedy nikt w Głogowie nie spał; wszyscy starzy i młodzi, mężczyźni i niewiasty pracują bez upamiętania, ażeby tę szkodę tak jako naprawić, żeby Niemcy z rana nie spostrzegli, jak źle już było z miastem. Do rana naprawili o tyle, że nic widać nie było; ale to tylko na oko wyglądało cało, bo robota nagła, nocna, nie mogła być dokładna i kilka uderzeń taranem starczyłoby było, ażeby to wszystko na nowo popsuć. Postanawiają tedy wysłać do króla Bolesława, żeby się spieszył, bo oni już dłużej oblężenia wytrzymać nie mogą; jeżeli zaś nie mógłby im pomóc, żeby im pozwolił poddać miasto, bo inaczej wszyscy głodem wyginą, a Niemiec i tak miasto weźmie.
Do Bolesława nie można było się dostać bez wiedzy Niemców, którzy do okoła całego miasta pilnowali każdej ścieżki. Z rana tedy ślą Głogowianie posłów do obozu Henryka i uczciwie rzecz przedstawiają; że bez pozwolenia Bolesława miasta i tak nie poddadzą, bo się od niego spodziewają obrony. Cesarz śmiał się z ich nadzieji, a do Bolesława puścić nie chciał, bo wiedział, że Bolesław poddać się nie pozwoli. Oświadczył Głogowianom ostro, że szóstego dnia miasto poddać się musi, inaczej straszną będzie jego zemsta. Mieszczanie musieli na ten termin przystać i szóstego dnia obiecali dać odpowiedź, ale uparli się przytem, że przedtem pojadą szukać Bolesława, żeby się przed swoim księciem usprawiedliwić, iż dłużej się nie bronią. Pięć dni biorą sobie do namysłu, to znaczy, że ani jednej, ani drugiej stronie przez ten czas nie wolno walczyć. Cesarz zażądał zakładników, to znaczy żeby mu dali ludzi na zakład, że przez 5 dni żadnej zdrady nie będzie. Głogowianie dorosłych dawać nie chcieli, bo im każda para rąk do roboty zdatnych była droga więc dali chłopców mniejszych, synów swoich, którzy jeszcze 14 lat nie mieli. Tych cesarz zabrawszy do swego obozu, przystał na zawieszenie broni i posłów do Bolesława wyprawić pozwolił, choć wiedział, że przez to Bolesław tylko się jeszcze bardziej pospieszy. Ale teraz był pewny, że szóstego dnia Głogów będzie jego, a to z pomocą - głogowskich dzieci; zobaczymy w jaki sposób.
Posłowie zastali Bolesława w drodze, na ślązkiej granicy; czekał tylko jeszcze na uzupełnienie wojska, co w sam raz miało już trwać tylko kilka dni. Głogowianom pięknie podziękował za ich obywatelską cnotę, ale zaśmiał się z mowy o poddaniu, mówiąc, że na to dosyć czasu, aż on bitwę przegra. Skoro Głogowianie tak długo się trzymali, niechże przy końcu nie będą gorsi i przetrzymają dwa albo trzy dni po zawieszeniu broni. Posłowie widząc u króla dobrą otuchę, nabrali też serca i tak byli pewni, że Bolesław miasto obroni, że postanowiono karę śmierci na każdego, ktoby mówił o poddaniu.
I w Głogowie też tymczasem nie o poddaniu myślano, ale o naprawie murów. Pięć dni spokoju - toćto dla nich było zbawienie ! Widzieli to Niemcy, bo teraz Głogowianie bezpieczni pracowali dniem i nocą; poznał cesarz o co mieszczanom chodzi, ale nie kłopotał się, bo miał na nich swój sposób na szósty dzień obmyślony.
Gdy posłowie od Bolesława wrócili i przynieśli odpowiedź z królewskiem pozdrowieniem, radość napełniła głogowskich zuchów. Kończyło się zawieszenie broni, nazajutrz miało się miasto albo poddać, albo na nowo zacząć szturmy. Wieczorem ostatniego dnia wyprawiają tedy dwóch mieszczan do obozu Henryka z oświadczeniem, że król Bolesław nie pozwolił się poddać, więc oni dalej bronić się będą i na szturm czekają, chociaż coraz głodniejsi. Skoro zaś przez tych pięć dni zachowywali się uczciwie, dotrzymali warunków umowy i żadnej zdrady się nie dopuścili, więc należy się oddać im zakładników, o co uprzejmie upraszają.
Minął wieczór, noc nadeszła, a posłowie z niemieckiego obozu nie wrócili. Dziwią się wszyscy, co się stało, czy ich przygoda jaka spotkała nagła? Północ mija, a oni nie wracają i z głogowskich dzieci ani jednego cesarz nie odsyła. Pocieszają się, że to pewnie do rana się odłożyło.
Od samego świtu stroskani ojcowie stoją na murach, patrząc z biciem serca ku cesarskiemu obozowi; a tu w sam raz mgła taka gęsta, że o kilkadziesiąt kroków nic nie widać i tylko w ciszy słychać jakieś dudnienie. Słuchając dłużej, poznali wreszcie, że to dudnią machiny oblężnicze, które cesarz kazuje na nowo posuwać ku miastu. To ich nie zdziwiło, tego się spodziewali i wiedzieli, że tak będzie; zresztą cesarz miał do tego zupełne prawo, bo już szósty dzień. Ale przedtem powinien był odesłać ich dzieci. - Co się dzieje z ich chłopcami, co się z posłami stało?
Wyszło słońce, mgła zaczęła opadać, i już machiny nie tylko słychać, ale widać było, z początku niewyraźnie, a potem coraz bliżej, coraz lepiej, w końcu aż zanadto dobrze ujrzeli Głogowianie, że do szczytów machin poprzywiązywane były ich własne dzieci. To zrobił Henryk V., cesarz chrześcijański. Znaczyło to tak: jeżeli się chcecie bronić, strzelajcież z łuków do własnych dzieci!
Mało jest takich przykładów w historyi!
Głogowianie prędko odbyli naradę, na której stanęło, że ojczyzna milsza od własnych dzieci. Celowali staranniej, dokładniej, uważniej, żeby strzały nie szły za wysoko, ale strzelali ze swych łuków gęsto. I dobrze się stało - bo nie minęło dwóch godzin, a król polski pędem przybiegł ze swą konnicą. W jednej chwili zaczęły się łamać szyki niemieckie, a Głogowianie wypadli z bram, żeby ich wziąć we dwa ognie i rzucili się do machin. Miłość ojczyzny połączona z miłością rodzicielską tak wzmogła ich męztwo, że Bolesław wydziwić się później nie mógł, że po tylu trudach oblężenia tak się jeszcze dzielnie sprawowali. Niemców przepędzono, zdobyto ich obóz i zajęto wszystkie machiny, i tak Bóg błogosławił dobrym obywatelom Głogowa, że ani jedno ich dziecię nie zginęło, wszystkie wróciły szczęśliwie do rodziców. Co one potem dorósłszy opowiadały swoim dzieciom i wnukom o Niemcach - to sobie łatwo pomyśleć. Głogowianom zaś zbudował Bolesław wspaniały kościół kolegiacki, na pamiątkę dzielnej obrony ojczyzny.
Henryk V. ruszył dalej w stronę Wrocławia. Ale jeżeli dotychczas z samym ludem ślązkim mając do czynienia, nic nie sprawił, toć tem gorzej mu się teraz działo; wojsko Bolesławowe nękało go ciągle, nie dając mu spokoju ni we dnie, ni w nocy. Przypadał zawsze w sam raz, kiedy go się najmniej spodziewano, tak, że cesarskie wojsko mili ujść nie mogło, żeby nie musiało staczać jakiej potyczki, która zawsze kończyła się klęską. Bolesław okazał się znakomitym wodzem; uznali to sami żołnierze niemieccy. Świadek tych czasów pisze, że w obozie niemieckim zaczęto śpiewać pieśni na cześć Bolesława, przedrzeźniając własnych dowódzców. W takich warunkach nie było co dalej wojny prowadzić; Henryk nawet nie zaczynał już z Wrocławiem i ze wstydem wrócił sobie do Niemiec; niepotrzebnie chodził aż do Polski. Odtąd królowie niemieccy dali sobie spokój z uroszczeniem do zwierzchnictwa nad Polską; raz tylko jeszcze mieli spróbować, kiedy znalazł się książę polski, który im to w dziwnych okolicznościach sam zaproponował, jak o tem niżej rzecz będzie. Sami od siebie już się nie ośmielili żądać czegoś podobnego.
O Zbigniewie, któremu cesarz pół Polski obiecał, mowy teraz nie było; Henryk już chciał tylko, kiedy był w drodze pod Wrocław, żeby mu Bolesław zapłacił 300 grzywien srebra na znak swej uległości; ale Bolesław o tem ani słyszeć nie chciał i odpowiedział, że nie ścierpi ani cienia nawet zależności Polski od Niemiec. Cesarz chciał go nastraszyć i pogroził, że ruszy prosto na Kraków; Bolesław odparł, że on tam też pójdzie, a po tej odpowiedzi woleli Niemcy wrócić do domów.
Z Niemcami razem wojowali przeciw nam Czesi pod księciem Światopełkiem, który towarzyszył Henrykowi, jako niemiecki poddany. Niektórych Czechów wstyd o to było, a gdy Światopełk nie chciał wracać, doczekał się tego, że go zamordował jeden Czech w cesarskim obozie. Chociaż morderstwo to wyszło wtenczas na naszą korzyść, musimy jednak potępić tę zbrodniczą rękę i niecny czyn. Po śmierci Światopełka nastały wielkie wojny domowe o tron czeski, Bolesław też się w nie wtrącał, bo chciał mieć tam takiego księcia, któryby się nie wysługiwał Niemcom kosztem Polaków. W wojnach tych spalono raz Kłodzko (w roku 1114), a zakończyły się one dzięki staraniom Bolesława, który odbył w tym celu ze wszystkimi książętami czeskimi zjazd nad Nisą ślązką.
Wszystkie te wojny niemieckie i czeskie przykre bardzo były dla Bolesława, bo go odrywały od głównego dzieła jego życia: zdobycia i nawrócenia Pomorza. Pogaństwo ciągle jeszcze trwało nad Łabą i nad dolną Odrą, aż do ujścia Wisły. Pomorzanie, lud najbliżej z Polakami spokrewniony, nienawidzili jednak Polski za to, że chrzest św. dobrowolnie przyjęła. Lud to był o wiele zamożniejszy od Polaków; bogaciły ich morskie wyprawy, a miasta ich, Gdańsk, Julin, Szczecin, były po Kijowie największe i najwspanialsze w całej Słowiańszczyźnie. Królowie polscy od Mieczysława I. czasów próbowali zgody z nimi, ale napróżno; oni bez ustanku napadali na Wielkopolskę i Mazowsze, mając sobie za największe szczęście, jeżeli gdzie kościół jakiś mogli zdobyć. Bolesławowi Chrobremu udało się na krótko założyć dla nich biskupstwo w Kołobrzegu, ale po jego śmierci Pomorzanie ani chcieli nawet słyszeć o chrześcijaństwie. Bolesław Krzywousty postanowił sobie jednak, że dokończy dzieło przez Bolesława I. sławnie rozpoczęte. Niema tu czasu, opisywać tych licznych walk, które tak wsławiły imię Krzywoustego; nareszcie w roku 1113 zajął najwarowniejszy gród pomorski, Nakło, a po dalszych dziewięciu latach wypraw wojennych w roku 1122 zdobył stolicę Pomorzan, wielkie słowiańskie miasto Szczecin. Teraz miał wolny dostęp do morza - ale i morze przepłynął i zajął wyspę Rugię.
Gdy Niemcy kraj jaki zdobyli, kazali zaraz, gwałtem ludzi chrzcić, a kto nie chciał, ginął od ich miecza; toteż w krajach przez nich zdobytych ludność bardziej ginęła, niż się nawracała. Pomorze leżało teraz u nóg Bolesława, który gorąco pragnął wznowić biskupstwo kołobrzeskie i lud pokonany pozyskać dla wiary świętej - ale nie mieczem! Po zdobyciu Szczecina, po zajęciu Rugii, schował Bolesław miecz do pochwy, a zabrał się do pokojowego dzieła nawracania; postarał się o misyonarzy dla tego kraju, ale tak, żeby namową lud skłaniali, nikogo nie zmuszając. Przymus bowiem to tylko sprawia, że ludzie udają - a udawanie religii największy wstyd przynosiłoby świętemu dziełu Chrystusa Pana. Miał przecie Bolesław księży zaraz na polskiej granicy, mógł ich sprowadzić i chrzcić gwałtem Pomorzan; ale postąpił inaczej. Jak Bolesław Chrobry postarał się o św. Reinboma, tak też on szukał świętego męża do apostolskiego dzieła. A nie każdy chciał się odważyć iść z krzyżem pomiędzy dzikich Pomorzan.
Wybrał najpierw do tego Bernarda, biskupa rodem aż z Hiszpanii. Ale ten nie miał szczęścia, bo wybrał się w drogę ubogo, a bogacze Pomorzanie szydzili tylko z niego. Natenczas pomyślał o kimś innym, o dawnym swym nauczycielu, Ottonie, który był teraz biskupem w niemieckiem mieście Bambergu. Świątobliwy ten mąż, policzony potem w poczet świętych pańskich, był kapelanem na dworze Władysława Hermana i przewodnikiem młodości Bolesławowej; przypomniał go król sobie teraz, a Otton z całą ochotą się stawił na wezwanie. I znowu, jak niegdyś biskup Jordan, jak potem święty Wojciech, tak teraz znowu św. Otton przez Ślązk miał drogę. Wiadomo, że wstępował po drodze do Warty, do Niemczy, a dnia 4-go Maja 1124 stanął we Wrocławiu i tutaj odpoczywał. przyjmowany wspaniale nietylko przez wrocławskiego biskupa imieniem Heymo, ale, też przez króla Bolesława, który umyślnie tu przyjechał na jego przyjęcie. Po dwóch dniach pojechał dalej do Gniezna, a ztąd na Pomorze, odprowadzony przez króla aż do pomorskiej granicy: dalej król nie jechał, żeby się Pomorzanom nie zdawało, że ich chce zmuszać. Pomny niepowodzenia Hiszpana Bernarda, zaopatrzył jednak Ottona we wspaniały dwór, tak że każdy przydany mu do pomocy kapłan, jechał jakby książę jaki. Założył tam św. Otton jedenaście kościołów, z tych większe w miastach Pirzycu, Kamieniu, Julinie, Szczecinie, Gradcu, Lubinie, Dodonie i Kołobrzegu. Bolesław nałożył na Pomorze haracz coroczny, kiedy kraj zdobył - św. Otton wstawiał się, żeby go zniżyć, a król przystał na to, ucieszony, że się biskupowi tak dobrze powodzi w świętem jego dziele.
Później zajęty był Bolesław sprawami ruskiemi i węgierskiemi, które opuszczamy, jako mniej dla nas ważne. Nadmienić tylko trzeba, że podczas wypraw węgierskich, Czesi korzystając z nieobecności Bolesława znowu Ślązk najechali. W roku 1133 zburzyl gród Koźle i spalili 300 wsi, a następnego roku powtórnie cały kraj aż po Odrę; najsmutniejsze w tem wszystkiem to, że Czesi nie szczędzili kościołów, ale właśnie palili je i rabowali z szczególną jakąś zaciekłością. Zapewne byli w tem Czesi znowu narzędziem Niemców, których zawsze słuchać lubili. Gdyby tak ciągle trwać miało, Ślązk musiałby się zamienić chyba w pustynię. Ówczesny król niemiecki, cesarz Lotar, nie zaczepiał wprawdzie Polski bezpośrednio tylko wyręczał się Czechami; sam zaś przeszkadzał Bolesławowi na Węgrzech. A przyczyną tego była zazdrość, że Bolesław rozszerzył swe państwo na Pomorze, daleko na zachód od ujścia Odry, a Niemcy rościli sobie prawa do tego kraju i nie chcieli go przy Polsce pozostawić. Bolesław miał już wojen dosyć; całe życie zeszło mu na nich, a Ślązk miał ich najwięcej; gdyby nie zawarł ugody z Niemcami, Ślązk nie byłby pewnie ani roku bezpieczny. Dał więc znać cesarzowi, że gotów mu jest złożyć hołd z Pomorza i z wyspy Rugii, byle tam cesarz uznał polską władzę i byle Niemcy nie rościły sobie już nigdy pretensyj do hołdu z Polski właściwej. Przystał na to Lotar, uznał zupełną niepodległość Polski, byle mu z Pomorza hołd złożyć; ułożono się więc pokojowo w Merseburgu w roku 1135.W dwa lata potem zawarto w Kłodzku pokój z księciem czeskim Sobiesławem.
Ostatnie lata swego panowania poświęcił król zaprowadzaniu różnych porządków w swem państwie i żadnej już nie prowadził wojny; zresztą syt już był sławy wojennej, będąc zwycięzcą w 47 bitwach.
Król Bolesław miał pięciu synów. Był w średnich wiekach zwyczaj, że monarcha dzielił państwo pomiędzy synów, każdemu osobną wyznaczając dzielnicę - chyba, żeby sobie który wybrał stan duchowny, zrzekając się przez to samo prawa do rządów; toteż zdarzało się nieraz, że młodszych synów gwałtem osadzano gdzieś w klasztorze, żeby państwa zanadto nie rozdrabniać. Żaden naród w Europie nie tworzył wtenczas jednolitego państwa, z wyjątkiem jednej tylko Polski. Król niemiecki tam tylko panował osobiście, gdzie z domu był księciem, np. w Bawaryi, Szwabii, Saksonii, stosownie do tego, z którego rodu pochodził; zresztą był on tylko naczelnikiem licznych książąt i margrafów, którzy byli właściwymi rządcami i panami kraju; ile księstw lub margrabstw, na tyle państw dzieliły się Niemcy; z tych to udziałów książęcych powstały późniejsze królestwa niemieckie, jak to później zobaczymy. We Francyi było jeszcze gorzej, bo tam maleńki tylko kawałek kraju podlegał samemu królowi, a reszta podzielona na kilka części miała swoich osobnych książąt, którzy tylko hołd królowi składali, a posłuszni mu byli, jak chcieli, jak im czasem było wygodniej. U sąsiadów naszych podobnie się działo. Na Rusi już w roku 1054 było sześć księstw, a Czechy miały już osobnych książąt na Morawach, które czasem osobno jeszcze na dwie dzielnice dzielono; Węgry podobnież były rozbite. Sama tylko Polska opierała się temu powszechnemu prądowi i trzymała się razem; ale iluż ofiarami trzeba to było opłacić! Wszak sam Bolesław tyle miał kłopotów z bratem Zbigniewem, o to, że tamten domagał się połowy państwa; gdyby nie to, iluż byłoby się uniknęło ^en, a zwłaszcza na Ślązku. Bolesław jednego tylko miał brata, a sam pozostawił po sobie synów pięciu! Niechżeby oni sobie nawzajem byli Zbigniewami, co za zamieszanie w kraju! Całość, jedność państwa i tak nie dałaby się utrzymać, skoro jej nigdzie y ",-opie nie było. Umyślił sobie tedy Bolesław, że lepiej za życia powyznaczać synom dzielnice, niż żeby po śmierci jego wojny o to być miały. Jedno tylko przykazywał: że wszyscy jego następcy, książęta polscy, mają słuchać najstarszego z pośród siebie, tak zwanego seniora który będzie Wielkim Księciem i tylko przy nim będzie władza królewska i tylko on jedynym zwierzchnikiem wszystkich innych książąt. Każdy książę ma swoje księstwo i swoją stolicę, ale Kraków będzie stolicą całej Polski i najstarszy z książąt, ów senior, ma być Wielkim Księciem Krakowskim; kto panuje w Krakowie, ten jest zwierzchnikiem całej Polski, od granicy czeskiej aż do morza. On ma być głową Polski, żeby pamiętano, że to jeden naród i jedno państwo w którem inni książęta mają być podlegli krakowskiemu, jakoby jego namiestnicy.
Tak postanowiwszy, przystąpił Bolesław do podziału państwa. Najmłodszy synek, Kazimierz, był jeszcze niemowlęciem, długie jeszcze lata miały minąć, nimby był zdatny do rządów; na teraz ojciec nie wyznaczył mu żadnej dzielnicy. Drugi, szesnastoletni już Henryk, otrzymał ziemię sandomierską na księstwo. Trzeci, ośmnastoletni Mieczysław, dostał Wielkopolskę. Czwarty, Bolesław miał lat 22, wziął po ojcu Mazowsze. Najstarszy Władysław liczył już lat 34, był więc seniorem rodu, a zatem zwierzchnikiem nad braćmi, Wielkim Księciem, i zasiadł na Krakowie; do niego też należała zwierzchność Pomorza, jako kraju podległego nie żadnej dzielnicy, ale całej koronie polskiej.
A Ślązk? Ten ulubiony kraj Bolesławów przydzielono zaszczytnie do dzielnicy seniorackiej, do Krakowa, tak, że Wrocław był niejako drugą stolicą Polski.
Takie poczyniwszy zarządzenia, umarł Bolesław Krzywousty w roku 1138. Możeby lepiej było, żeby się było obeszło bez tego dzielenia kraju? Tak też myślał najstarszy Władysław II., pan Krakowa i Ślązka i postanowił próbować, czy się nieda utrzymać jednolitości Polski, wbrew woli ojca i wbrew zwyczajowi całej Europy owych czasów. Niestety, źle się do tego zabrał. Trzeba było od razu nie dopuścić braci do objęcia władzy, od razu wydać hasło trzymania jednolitości; ale on pozwolił braciom zasiąść na swych księstwach, potem dopiero zaczął im dokuczać i wojną domową chciał ich wyzuć z dzielnic - i to do tego z pomocą niemiecką! W smutnych tych przejściach stracił życie sławny Ślązak, Piotr Włast, o którym teraz słów kilka powiedzieć wypadnie:
Ten Piotr Włast był synem bogatego ziemianina ślązkiego, imieniem Włodzimierza, który miał na Ślązku dziedziczne włości, a główną posiadłość pod Wrocławiem, nad rzeką Ślęzą, około góry zwanej pierwotnie Ślązką, potem Sobótką. Piotr przystał do drużyny wojennej Bolesława Krzywoustego, a łupami wojennemi bogacił się coraz bardziej. W roku 1122 zasłużył się bardzo Bolesławowi podczas wojny ruskiej, pojmawszy przemyskiego księcia Wołodara; za to spadły na niego obficie dowody łaski monarszej, nowe nadania i wysokie dostojeństwa. Dostatków swoich używał przedewszystkiem na fundowanie kościołów i klasztorów. Już około roku 1108 sprowadził do Wrocławia z Francyi kanoników reguły św. Augustyna i wystawił im kościół N. Maryi Pannny w posiadłości swej Górce pod górą Ślązką; świątynia ta była poprzedniczką klasztoru i kościoła N. P. Maryi na Piasku we Wrocławiu. Koło tego też czasu wybudował kościół na miejscu dawnej kaplicy św. Wojciecha w Wrocławiu, poświęcony w roku 1112 przez biskupa Żyrosława. Potem w r. 1139 założył znowu pod samym Wrocławiem, na prawym brzegu Odry w lesistem ustroniu, obok ówczesnej kaplicy św. Michała, opactwo benedyktyńskie, uposażając je hojnie ze swoich włości. Było to właśnie po śmierci Bolesława Krzywoustego.
Piotr Włast, jako Ślązak, należał do dzielnicy seniorackiej, najstarszego z braci, Wielkiego Księcia Władysława. Wielki pan, a dzielny wódz, miał na wielkoksiążęcym dworze wielkie znaczenie; wszak jeszcze za poprzedniego panowania dużo znaczył i Władysław rad był, że w spadku po ojcu dostał takiego doradcę. Z początku zupełna była zgoda między księciem a Piotrem. Książę nie od razu wydawał się ze swemi zamysłami co do braci. Starał się tylko o przymierza i zgodę z sąsiadami, żeby bracia u nich nie znaleźli potem pomocy; w tym celu zawarł pokojowe umowy z Rusią, z Czechami i Niemcami; nikt nie przewidywał, do czego to dąży. Do Niemiec wybrał sobie na posła ślązkiego Piotra Własta, który też tam pojechał w roku 1144, na dwór cesarza Konrada III. Tam poznał się z arcybiskupem magdeburskim, hrabią Fryderykiem z Wettina, który miał relikwije św. Wincentego. Piotr Włast tak długo dopraszał się u arcybiskupa, tak długo prosił cesarza o wstawiennictwo, aż wreszcie udało się mu pozyskać część tych relikwij. W Wniebowstąpienie Pańskie 1145 roku wyprowadzono ten cenny dar z Magdeburga, a przywieziono uroczyście do Wrocławia dnia 6-go Czerwca; szczodrobliwy pan Piotr, uniesiony radością, przyjął relikwije największą czcią, a wszystkim swoim jeńcom wojennym, trzymanym dawnych lat, wolność w ten radosny dzień przywrócił. Odtąd fundacya jego przybrała wezwanie św. Wincentego. Rok ten był szczytem szczęścia w życiu Piotra Własta.
Tymczasem Wielki Książę zabierał się już do braci, od których żądał posłuszeństwa takiego, że nawet się wtrącał w domowe sprawy ich własnych księstw. W roku 1145 nareszcie chciał w ich księstwach wybierać dla siebie podatki. Bracia postanowili, że na to żadną miarą nie pozwolą i oświadczyli wyraźnie Władysławowi, że staną przeciw niemu z bronią w ręku, jeżeli się będzie upierał przy swojem żądaniu. Władysław namyślał się; wtedy-to Piotr Włast oświadczył się za młodszymi braćmi i przestrzegał Wielkiego Księcia, żeby nie dopuścił do wojny, bo całe państwo na szwank narazić może. Ale zupełnie innego zdania była żona Władysława, księżniczka niemiecka Agnieszka, córka margrafa austryackiego Leopolda III, a wnuczka cesarza Henryka V; jedna jej siostra była za książęciem czeskim Władysławem I, a drugą pojął w małżeństwo ówczesny król niemiecki, Konrad III. Ta tedy nie chciała się kontentować państwem mniejszem od państw swych sióstr i podżegała ciągle męża, żeby tylko wojnę z braćmi zaczął, a zwyciężywszy wygnał ich z dzielnic. Były ciągłe spory na dworze Władysława pomiędzy zdaniem Piotra a Agnieszki; były nawet czasem ostre między niemi słowa, tak dalece, że zaczęli się nawzajem osobiście nienawidzieć i Agnieszka poprzysięgła zgubę Piotrowi.
Wojna w roku 1145 skończyła się rzeczywiście zwycięstwem Władysława. Dwaj bracia jego, Bolesław i Henryk, utracili swoje dzielnice, które Wielki Książę przyłączył do swego udziału, tak, że odtąd miał panować także w ziemi sandomierskiej i na Mazowszu. Pozostawała jeszcze Wielkopolska, gdzie siedział Mieczysław; do niego schronili się Bolesław i Henryk i wszyscy trzej przebywali w Poznaniu. Ruszył tam z wojskiem Władysław, ale Mieczysław nie próbując oporu sam zaraz się poddał, wymawiając sobie tylko, żeby mu choć część dzielnicy pozostawiono; zresztą przystał na wszystkie żądania najstarszego brata.
W ten sposób uśpił Mieczysław czujność Władysława, ale nie myślał wcale dać za wygraną; przeciwnie, po cichu starał się pozyskać możnych panów świeckich i biskupów dla swojej i swych braci sprawy. Udało mu się rzeczywiście zyskać przychylność biskupów krakowskiego, wrocławskiego i poznańskiego, a ze świeckich panów mógł liczyć na pomoc Piotra Własta, który zmówił się z kasztelanami grodów ślązkich, tudzież na sandomierskiego wielmoża Wszebora, który w Małopolsce werbował stronników. Właśnie żenił się syn Piotra, Idzi; na ślub jego we Wrocławiu zjechało się mnóstwo panów, a przy tej sposobności mieli też radzić, co zrobić. Ale Władysław coś przeczuwał, a Agnieszka dolewała ciągle oliwy do ognia jego gniewu. Był na dworze książęcym marszałek Dobiesław, wielki wróg Piotra; ten przekonał do reszty Agnieszkę, że trzeba koniecznie Piotra pojmać i uzyskał od niej upoważnienie do wykonania w tym celu zdrady w zamku Piotrowym koło klasztoru św. Wincentego. W nocy, niespodzianie, udając, że przychodzi od księcia, który niby także jedzie na ślub syna, Idziego, wywabił z łóżka najpierw Idziego, a potem ojca, związał ich i na dwór książęcy odstawił, zamek zaś ich we Wrocławiu spalił i splądrował. Książę chciał skazać ich na wygnanie ze swego udziału i zabrać im majątki; ale Agnieszka koniecznie chciała kary śmierci na nich, twierdząc, że Piotr śmiał ją nawet obrazić raz zelżywemi słowy, zarzucając jej niewierność małżeńską. Na karę śmierci Władysław nie przystał, ale ostatecznie Agnieszka wywarła swą złość przez to, że Piotra kazano oślepić. Ślepego wypuszczono z więzienia, a znaleźli się przyjaciele, którzy go dowieźli do Poznania, do młodszych braci książęcych.
W osobie Piotra Własta uraził na siebie Władysław całe możnowładztwo; teraz wszyscy panowie, ujmując się za Piotrem, przystawali także do sprawy młodszych książąt. Władysław zebrał u Rusinów zaciężne wojsko, pobił braci nad rzeką Pilicą, a gdy ci schronili się prędko do Poznania, przystąpił do oblężenia tego miasta. Wtenczas przybył do jego obozu arcybiskup gnieźnieński z wezwaniem, żeby przestał braci prześladować, a gdy Władysław nie chciał ustąpić, arcybiskup rzucił nań klątwę. W kilka dni później poniósł Władysław taką klęskę, że odrazu musiał uciekać do Krakowa, a gdy Mieczysław i tu go ścigał, schronił się na Węgry a ztąd pojechał po radę i pomoc na dwór Konrada III. Agnieszka została z dziećmi Krakowie i próbowała bronić krakowskiego zamku; napróżno jednakże! Tyle tylko sprawiła, że jej pozwolono pojechać spokojnie za mężem.
Na krakowskiej stolicy zasiadł teraz drugi po starszeństwie syn Krzywoustego, Bolesław IV. z przydomkiem Kędzierzawego; objął także rządy na Ślązku, skoro Ślązk połączony był z Krakowem. Piotrowi Włastowi oddał oczywiście wszystkie majątki i zaszczyty; wróciwszy do Wrocławia, dokonał Piotr uroczyście w roku 1148 poświęcenia swej fundacyi pod wezwaniem św. Wincentego; przyjechali wtenczas do Wrocławia Wielki Książę Bolesław i biskup krakowski z wielu bardzo panami z Małopolski. O dalszych czynach Piotra już niewiadome, jakkolwiek żył jeszcze lat kilka; pochowany w kościele św. Wincentego.6)
Książę Władysław nigdy już do Polski nie wrócił, marne wiodąc życie na dworze niemieckim. Obiecywał cesarzowi Konradowi, że złoży mu hołd ze swego księstwa, byle mu dostarczył wojska przeciw braciom; nie chodziło mu już o to, żeby braci zupełnie wygnać, tylko żeby wrócić do ziemi krakowskiej i Ślazka, jak było po śmierci ojcowskiej. Konrad wybrał się do Polski w roku 1146, ale nie doszedł daleko za granicą; wyprawa ta całkiem się nie udała. Więcej szczęścia miał Władysław na dworze papiezkim, gdzie za wstawieniem się cesarskiem tyle uzyskał, że go papież uwolnił od klątwy rzuconej nań pod Poznaniem przez arcybiskupa gnieźnieńskiego.
Nastał potem drugi cesarz, Fryderyk Rudobrody; ten postanowił skorzystać z kłótni w polskiej rodzinie królewskiej, do tego, żeby Polskę na nowo zrobić zależną od Niemiec; nie o Władysława mu chodziło, ale o niemieckie zwierzchnictwo nad Polską. Bolesław Kędzierzawy chciał był się z bratem pogodzić i posyłał w tym celu do cesarza w roku 1157, ale Władysław myślał widać, że więcej zyska od cesarza po zwycięskiej wojnie, a cesarz ani słyszeć o zgodzie nie chciał inaczej, jak tylko za przyznaniem niemieckiej zwierzchności.
Wybuchła wojna, ciężka i straszna - a jednak Niemcy nic nie zyskali. W Sierpniu 1157 roku zniszczył cesarz cały kraj aż po Odrę, 22-go Sierpnia przeprawił się zwycięzko przez tę rzekę. Ślązacy widząc wielką potęgę cesarza, bali się, że zajmie grody w Głogowie i w Bytomiu i woleli je sami spalić, żeby nie wpadły w ręce niemieckie. Fryderyk ruszył dalej i dotarł aż pod Poznań. Tutaj musiał się przed nim upokorzyć Bolesław Kędzierzawy i przyrzekł, że na najbliższe święta Bożego Narodzenia przyjedzie do Magdeburga hołd cesarzowi złożyć. I na tem się skończyło! O Władysławie cesarz zapomniał, skoro tylko Bolesław na hołd przystawał; przewidywał to Bolesław i dlatego też wszystko przyrzekał, byle tylko Fryderyk opuścił sprawę Władysława. Gdy się Władysław przypominał cesarzowi, że przecież o jego interes ta wojna, odparł Fryderyk, że ten spór pomiędzy nim a Bolesławem każe później rozsądzić swoim niemieckim książętom. Kontent, że Niemcy będą sędziami nad polskimi królewiczami, wrócił cesarz do Niemiec - i czekał aż do śmierci i na przyjazd Bolesława, ale na próżno. Drugi raz zaś na wojnę się już nie zebrał i nie miał do niej ochoty, pamiętając, że pierwsza, choć zwycięzka, żadnej mu nie przyniosła korzyści. Uroszczenia niemieckiej zwierzchności znowu w puch się rozbiły i w mgłę zamieniły.
Władysław umarł w Niemczech w roku 1163, zostawiając trzech synów. Ojca nie chciano do Polski dopuścić, za to, że sam zgody nie chciał, tylko na Niemców się oglądał i na kraj ich sprowadził.
Ale synowie nic nie zawinili. Wiec Bolesław Kędzierzawy, jak dawniej przed wojną roku 1157 zwrócił się o zgodę do ojca, tak teraz dał znać najstarszemu z synów Władysława, Bolesławowi, zwanemu Długim. Ten, rozumniejszy od ojca, przystał na zgodę bez pomocy niemieckiej i wtenczas w roku 1163, pozwolono synom wrócić do ojcowskiego dziedzictwa t. j. na Ślązk, jak im się należało z woli Bolesława Krzywoustego. Nie należał się im Kraków, bo tam miał zawsze panować najstarszy z rodu, a starszymi od nich byli stryjowie bracia Władysława, a synowie Bolesława Krzywoustego. Gdyby się ojciec był utrzymał przy Krakowie, możeby i który z jego synów nastąpił był po nim na Wielkiem Księstwie, chociaż nie najstarszy w rodzie - ale tak, gdy z łaski tylko wracać im pozwalano, o Krakowie nie mogli nawet myśleć.
W ten sposób do czterech dzielnic, ustanowionych przez Krzywoustego, przybywała piąta: Ślązka dzielnica. Odtąd Ślązk nie stanowi razem z Krakowem jednego działu, ale osobny i tak samo, jak wszystkie inne działy, Krakowowi ma być podległy.
IV. Ślązk pod zwierzchnictwem krakowskiem
Władysław II. miał trzech synów: Bolesława, Mieczysława Konrada. W roku 1163, po śmierci ojca, pozwolił im Wielki Książę Krakowski, Bolesław Kędzierzawy, wrócić na Ślązk, oczywiście pod warunkiem, że uznają jego zwierzchność. Nastąpił podział Ślązka, z razu tylko pomiędzy dwóch braci, gdyż najmłodszy, Konrad, zaledwie jeszcze był pacholęciem i wychowywał się w klasztorze. Najstarszy Bolesław z przydomkiem Wysoki, otrzymał Ślązk dolny, ze stolicą Wrocławiem i z grodami Głogowem, Lignicą, Opolem; młodszemu Mieczysławowi przypadł Ślązk górny z dwoma grodami, Raciborzem i Cieszynem.7) Wielki Książę Krakowski nie bardzo ufał swoim bratankom; pomnąc, że ojciec ich łączył się z Niemcami na Polskę i że oni sami w Niemczech się wychowali, pozostawił w kilku miejscach Ślązka swoich urzędników i załogę. Bał się widać, żeby go nie zaskoczyła od ślązkiej strony jaka przykra niespodzianka, gdy zajętym będąc daleko w innej stronie kraju, nie mógłby dopilnować swojego Krakowa. A miał zajęcia sporo, daleko na północy, aż nad morzem bałtyckiem, w pogańskiem kraju Prusaków, z którymi ciągle były utarczki. Prusacy bez przestanku niemal najeżdżali Mazowsze; chcąc żeby się ta dzielnica mogła spokojnie zagospodarować, trzeba było stawiać twierdze na pruskiem pograniczu i w uciążliwych wyprawach z roku na rok, niemal, że krok po kroku, przebijać się przez pruskie bagniska. Na jednej z takich wypraw zginął książę sandomierski Henryk, a dzielnicę jego zajął najmłodszy z synów Krzywoustego, Kazimierz, któremu ojciec umierając żadnej nie był wyznaczył dzielnicy.
Mieczysław Stary i Mieczysław Raciborski
W roku 1173 umarł Bolesław Kędzierzawy. Teraz najstarszy z rodu Piastów był książę Wielkopolski, Mieczysław zwany Starym; on wtedy zajął wielkoksiążęcą krakowską stolicę, a z nią zwierzchnictwo nad wszystkimi książętami polskimi, a zatem także nad Ślązkiem.
Mieczysław Stary, przybywszy z Poznania do Krakowa, zastał tu stosunki, które mu się bardzo nie podobały. Naczelna monarsza władza bardzo była uszczuplona; dawniej, za Bolesława Chrobrego a jeszcze za Krzywoustego, każde skinienie krakowskiego monarchy było rozkazem, którego w lot słuchała cała Polska. Pan władnący nad całą Polską był prawdziwie panem wielkim i potężnym; ubyło dużo z tej mocy, odkąd państwo podzieliło się na kilka księstw. Wielkie szlacheckie rody nie były niczem w porównaniu z potęgą dawnych władców; ale odkąd ci władcy osłabnęli, poczęło się wzmagać znaczenie rodów możnowładczych, tak, że słaby książę nieraz nawet zależnym był od nich. Rosnęły ich dostatki, a książę, żeby się na tronie utrzymać, coraz bardziej musiał im dogadzać, coraz więcej praw sobie odejmować a im nadawać; inaczej miał koło siebie niechętnych, którzy czekali tylko sposobności, żeby się pozbyć pana i przejść do przeciwnika, jeżeli im większe obiecywał korzyści.
Wielki Książę Mieczysław, śmiały, energiczny, postanowił przywrócić dawny majestat tronu. Od książąt dzielnicowych żądał, żeby pamiętali, iż on jest naczelnym władcą całej Polski i że tylko z jego pozwoleniem wolno im rządzić na ich działach, z warunkiem podległości jego zwierzchniczej władzy; co zaś do możnych rodów szlacheckich, te postanowił zubożyć, osłabić i zamienić w sługi tronu, jak dawniej bywało. Ciężkie nastały dla możnowładztwa czasy, tem gorsze, że Mieczysław począł pankom odbierać wpływowe i dostojne urzędy, a wynosić na nie ludzi prostych, przedtem nieznanych, którzy zupełnie tylko od księcia byli zależni. Podzieliła się Polska na dwa obozy: jedni za Mieczysławem, pragnąc, żeby Wielki Książę jak największą posiadł władzę, żeby był nieograniczonym panem u siebie w domu i to z tą myślą, że gdy wielkiej w swych własnych księstwach nabędzie potęgi, natenczas potrafi też potem zmusić do uległości innych książąt dzielnicowych, a krakowskie zwierzchnictwo będzie nie tylko samym tytułem, ale naprawdę panowaniem w całej Polsce Drudzy przeciw Mieczysławowi, a za możnowładztwem; pragnęli, żeby Wielki Książę jak najmniej miał władzy, żeby bardziej prosić musiał, niż rozkazywać, żeby książęta dzielnicowi zupełnie od niego byli niezależni; przez to osłabi się państwo, ale wzmoże się potęga magnatów i wszystkich tych, którzy ze słabości państwa zyski dla siebie ciągnąć sprytnie potrafią.
Jak cała Polska, tak też Ślązk podzielił się na dwa obozy; z dwóch braci ślązkich książąt, każdy w inną poszedł stronę. Bolesław Wysoki był przeciw Mieczysławowi, a Mieczysław raciborski trzymał się Wielkiego Księcia. W Polsce gotowało się na wojnę domową; przewidywał to Wielki Książę i może z jego też namowy Mieczysław raciborski napadł na Wrocław, wypędził Bolesława Wysokiego, a kraj jego zagarnął, tak, że przez krótki czas cały Ślązk pod jednym znowu był panem. W ten sposób pozbył się Wieli Książę niechętnego bratanka z Wrocławia, a cały Ślązk był po jego stronie. Ale nie pomogło mu to; bo choć Mieczysław Ślązki bronił Mieczysława Starego, stronnictwo możnowładzcze i tak wygrało, a Wielki Książę musiał uchodzić z kraju.
Wtenczas wezwali możnowładcy do Krakowa najmłodszego z synów Krzywoustego, Kazimierza, który zasłużył sobie potem na piękny przydomek Sprawiedliwego. W polityce atoli był ten Wielki Książę słabym i bardzo zależnym od możnych rodów. Przykre to było panowanie, tem bardziej, że Mieczysław Stary wcale nie dał za wygraną ale przez długie lata ciągle o Kraków walczył. W roku 1180 udało mu się odzyskać dawną swoją dzielnicę wielkopolską; zaraz następnego roku pokusił się o Kraków, ale przegrał bitwę z Kazimierzem; wtenczas zapomniał się do tego stopnia, że do Niemców poszedł prosić o pomoc, a Kazimierz Sprawiedliwy musiał dopiero wysyłać poselstwo do króla niemieckiego, żeby się obronić przed starszym bratem i uniknąć wojny z cesarstwem. Kazimierz według testament Krzywoustego nie miał prawa być Wielkim Księciem, bo nie był najstarszym w rodzie. Dopiero później udało mu się przez biskupa otrzymać od papieża uznanie prawowitości swej władzy, tak, że na przyszłość tron krakowski miał pozostać przy jego potomstwie, a zatem przy najmłodszej właśnie linii Piastów. Nie podobało się to książętom starszych linij. Toteż gdy Kazimierz umarł w r. 1194, Mieczysław Stary raz jeszcze porwał za broń za swoje prawa, żeby dopuścić do Wielkiego Księstwa Leszka, młodziutkiego syna Kazimierzowego; ale porażony w krwawej bitwie nad rzeką Mozgawą doznał walnej klęski. Ani to jednak nie złamało tego wytrzymałego starca. Gdy wkrótce potem możnowładztwo krakowskiej ziemi samo między sobą zaczęło spory, wdał się w te waśnie Mieczysław Stary i tak sobie potrafił zjednać jedną stronę, że w roku 1200 przecież do Krakowa powrócił; niedługo się cieszył tą władza, bo już w dwa lata potem przyszło mu umierać; miał lat przeszło ośmdziesiąt.
Przez ten czas i na Ślązku pełno było swarów i wojen domowych pomiędzy książętami.
Kiedy po pierwszem wygnaniu Mieczysława Starego zasiadł w Krakowie Kazimierz Sprawiedliwy, powrócił też Bolesław Wysoki na swoją wrocławską dzielnicę. Dorósł tymczasem najmłodszy z synów Władysława II-go, ów Konrad, trzeci brat książąt ślązkich, Bolesława i Mieczysława; trzeba było pomyśleć o dzielnicy dla niego, bo taki był wówczas zwyczaj, że każde książęce dziecko dorósłszy musiało mieć swoją dzielnicę; inaczej szukałby pokrzywdzony pomocy u Niemców! Musiał tedy Bolesław Wysoki zrzec się Głogowa i dać go Konradowi: odtąd zaczyna się księstwo głogowskie.
Mieczysław Raciborski, średni rodem ze ślązkich braci, trzymał z Mieczysławem Starym; wiedział Kazimierz, że w nim nie ma przyjaciela. Ale za słaby był,żeby go zgnieść i wolał go sobie ująć dobrocią i datkiem; chcąc go tedy przeciągnąć na swoją stronę, dał mu spory kawał ziemi krakowskiej z grodami Bytomiem, Oświęcimiem, Zatorem, Siewierzem i Pszczyną. W ten sposób Slązk bardzo się powiększył, a darowizna ta pozostała już przy ślązkich książętach. Zapamiętajmy sobie dobrze ten ważny w historyi Ślązka wypadek i zapiszmy sobie dobrze w pamięci, że kraina bytomska i pszczyńska, toćto pierwotnie nawet nie Ślązk, ale po prostu krakowska ziemia. Gdyby nie ta darowizna, nie mówiłoby się dzisiaj ludowi z pod Pszczyny i Bytomia: Ślązacy, ale Krakowiacy. Przeszły wieki, mało kto tam już wie, jak to było z początku; ale we krwi zostało tam każdemu coś, co go ciągnie do Krakowa. - Do dyecezyi krakowskiej należały te ziemie aż do roku 1821; wtenczas dopiero przyłączono je do biskupstwa wrocławskiego.
Tak tedy na kłótni o Kraków zbogacił się Książe Raciborski a powiększył się na wieki Ślązk. Nie miał takiego szczęścia książę wrocławski, Bolesław Wysoki. Z dwóch żon, pierwszej Rusinki a drugiej Niemki, miał dwóch synów, którzy się ciągle między sobą kłócili: Jarosława i Henryka. Jarosławowi zdawało się, że ojciec, zawojowany przez macochę, daje pierwszeństwo młodszemu Henrykowi; wydzielił tedy ojciec Jarosławowi Opole na osobne księstwo. Żeby jednak nie osłabiać Ślązka ciągłemi podziałami, dał mu Opole tylko dożywotnio, ażeby zaś nie miał potomków, namówił go do stanu duchownego, z tą myślą, że Jarosław zostanie kiedyś biskupem wrocławskim; wstąpił też rzeczywiście na tę biskupią stolicę w roku 1198. Zdarzenie to ważne jest dla historyi biskupstwa, książę bowiem Jarosław darował biskupstwu ze swego duże posiadłości, tak, że odtąd każdy biskup nie tylko był księciem Kościoła, ale też księciem świeckim; z darowizny Jarosława powstało następnie biskupie księstwo Nyskie. Opole zaś powróciło po śmierci Jarosława do księstwa wrocławskiego. Powrócił też Głogów, gdyż książę Konrad umarł bezprzytomnie. Tak tedy młodszy syn Bolesława, ów Henryk, urodzony z Niemki, otrzymał po ojcu całe nieuszczuplone księstwo wrocławskie. Ten książę Henryk, z przydomkiem Brodaty, smutnej bardzo nabrał sławy w historyi polskiej. We Wrocławiu zaczął panować w r. 1202, właśnie, kiedy umarł Mieczysław Stary.
Dwóch było kandydatów do wielkoksiążęcego tronu: syn Kazimierza Sprawiedliwego, Leszek z przydomkiem Biały i syn Mieczysława Starego, Władysław z przydomkiem Laskonogi. Leszek był jeszcze młody i nie sprawował sam rządów w swojej sandomierskiej dzielnicy, ale polegał we wszystkiem na radach zaufanego starego doradcy Goworka. Tego nie lubiało krakowskie możnowładztwo i podali Leszkowi warunek objęcia tronu, żeby Goworka z kraju wydalił. Leszek jednakże nie chciał oddalić od siebie wiernego zasłużonego rycerza i wolał poprzestać na małej sandomierskiej dzielnicy, niż popełnić niewdzięczność w obec starego opiekuna. Natenczas wojewoda krakowski Mikołaj, główny nieprzyjaciel Goworka, w zmowie z możnymi ziemi krakowskiej, oddał władzę wielkoksiążęcą Władysławowi Laskonogiemu. Ale ledwie kilka miesięcy trwała jego władza, wypędzili go ci sami możnowładzcy, którzy go do Krakowa zaprosili i tego samego jeszcze roku 1202 powrócił Leszek Biały na wielkoksiążęcą stolicę. Władysław Laskonogi zaś w swojej Wielkopolsce wiódł walkę z Kościołem, nadawał samowolnie kościelne godności i szafował dobrami kościelnemi; wyklął go tedy arcybiskup gnieźnieński Kietlicz.
Leszkowi Białemu w Krakowie też nie bardzo się powodziło. W roku 1210 znowu panowanie utracił, a wtenczas rządził w Krakowie od Sierpnia 1210 roku ślązki książę Mieczysław Opolsko-Raciborski. Wnet jednak umarł, bo już w maju 1211 roku. Ale zamiar jego, żeby dla linii ślązkiej pozyskać tron wielkoksiążęcy, znalazł dalszego wykonawcę w księciu wrocławskim, Henryku Brodatym.
Henryk Brodaty, choć Piast z rodu, był zupełnie zniemczony; do tego stopnia, że trudno go nawet uważać za Polaka. Ojciec, Bolesław Wysoki, przebywał za młodu dużo na dworze "cesarza rzymskiego", a króla niemieckiego, dawał nawet posiłki wojenne cesarzowi Fryderykowi na wojnę z włoskiem miastem Medyolanem; już Bolesław Wysoki trącił niemczyzną, nauczywszy się od swego ojca, Władysława II. wyglądać z Niemiec pomocy przeciw innym Piastom. Druga zaś żona Bolesława Wysokiego, a matka Henryka Brodatego, Adelajda Sulcbach była rodowitą Niemką; nielubiała pasierba, owego biskupa Jarosława, a swego syna wychowała zupełnie po niemiecku. To wychowanie niemieckie miało się ciężko dać we znaki polskiemu ludowi na Ślązku.
Obok tego miał Henryk Brodaty ambicyę, chciał dużo posiadać i dużo znaczyć. Pomnąc, że jest wnukiem Wielkiego Księcia Krakowskiego, od samego niemal początku swych rządów myślał, jakby zając Kraków. Ażeby dotrzeć do tego celu, uważał na każdą sposobność zdatną do wzmożenia swojej potęgi i mieszał się z korzyścią dla siebie do sporów książęcych w Wielkopolsce, gdzie spadkobiercy Władysława Laskonogiego ciągle z sobą mieli swary. Wielkopolska zaczęła się już dzielić na drobne księstewka przez rozrodzenie książąt piastowiców; silniejszy od nich ślązki książę narzucał im nieraz swoją wolę, a przez to wzmógł po pewnym czasie do tego stopnia swoje znaczenie, że oczy całej Polski były na niego zwrócone. Energiczny i dzielny osobiście zaćmiewał swem znaczeniem Wielkiego Księcia Leszka Białego, który często potrzebował jego pomocy.
Trzecim znaczniejszym wówczas w Polsce księciem był brat Leszka Białego, Konrad, Książę Kujaw i Mazowsza Mazowsze cierpiało ciągle od Prusaków, a Konrad nie umiał sobie z nimi poradzie Chociaż bowiem nie brakło mu osobistego męztwa - owszem, tęgim był żołnierzem, ale nie umiał rządzić i dopilnować sprawy. W swem własnem księstwie wielkim był okrutnikiem a czem mniej miał przywiązania poddanych, tem ostrożniejszym oczywiście i słabszym musiał być w przedsięwzięciach na zewnątrz; okrucieństwem zaś swojem pobudzał Prusaków tem bardziej do zemsty coraz też groźniejszych miał z nich sąsiadów.
Nie brakło nigdy świątobliwych mężów, którzy życie swoje poświęcić pragnęli nawróceniu Prusaków. Po św. Wojciechu zapragnął tu działać jeszcze Krystyn (Chrystyan), ustanowiony tam nawet od roku 1215 pierwszym biskupem pruskim. Konrad Mazowiecki wspierał zamiary biskupa, ale okazał się za słabym, żeby złamać Prusaków, a przynajmniej zapewnić biskupowi spokojne apostołowanie. Natenczas biskup Krystyn wpadł na pomysł, żeby tu ustanowić tak zwany zakon rycerski.
Co to są zakony rycerskie? Głównem zdarzeniem średnich wieków są t. zw. wojny krzyżowe czyli krucyaty, t. j. wojny podejmowane celem wyzwolenia Palestyny z rąk niewiernych Muzułmanów. Wszystkie ludy Europy brały udział w tych walkach w Azyi o odzyskanie miejsc uświęconych pobytem Zbawiciela, Jego jasełkami w Betleem i grobem w Jerozolimie. I z Polski także podążyli tam niektórzy rycerze, jak sławny Jaksa, który wróciwszy z Palestyny fundował potem w Polsce zakon Bożogrobców. Z razu nietylko zdobyto Jerozolimę (r. 1099) na Muzułmanach, ale nawet założono w Ziemi św. kilka drobnych państw chrześcijańskich, z których najważniejszem było królestwo Jerozolimskie. Niestety, byt tych państw nie był trwałym, a to skutkiem tego, że pierwotny zapał religijny nie dopisał, a książęta kłócili się z sobą o pierwszeństwo i wszystkie swoje swary z Europy przenieśli do Ziemi św. Skorzystał z tego Turek, powypędzal chrześcijańskich władców i nietylko zajął pod swoje jarzmo Palestynę, ale nawet przekroczył później granice Europy, jak o tem często jeszcze będzie mowa.
Otóż udział w wojnach krzyżowych był czynem religijnym, nadanym przez stolicę apostolską wielkiemi łaskami i odpustami. Oczywiście, że tam trzeba było przedewszystkiem być żołnierzem i na nic nie zdał się żaden, choćby najpobożniejszy, jeżeli nie był zdatny do wojny. Rycerstwo tedy walcząc za Grób Zbawiciela, okazywało w ten sposób swoją pobożność, orężem, z bronią w ręku pracując na chwałę Bożą, tak samo, jak inni w klasztorach inaczej znowu nucąc, psalmy i godzinki, także o tej samej myśleli Bożej chwale. Po pewnym czasie zaczęły powstawać między rycerstwem w Palestynie pobożne stowarzyszenia, jakoby bractwa rycerskie, a z tego wytworzyły się rycerskie Zakony. Członkowie ich musieli pozostać bezżenni tak samo, jak zakonnicy po klasztorach, tak samo musieli ślubować, ale mieli jeszcze o jeden ślub więcej, a mianowicie obowiązek ciągłej walki z poganami. W ten sposób te rycerskie zakony miały niejako tworzyć stałe wojsko w Ziemi świętej, żeby zawsze stać na straży w pogotowiu do obrony od pogańskich zaczepek. Posypały się z całej Europy olbrzymie fundusze na ten cel, a Zakony te w bardzo krótkim czasie miały do swego rozporządzenia olbrzymie bogactwa, których też używały z początku bardzo poczciwie, zgodnie z pierwotnym swym celem.
Gdy jednak panowanie chrześcijańskie w Ziemi św. chwiać się poczęło, gdy przytem psował się obyczaj i na dworach palestyńskich książąt i wśród rycerstwa ich, zaczęło zwolna dosięgać zepsucie także zakonów rycerskich. Przy Grobie św. pozostawili sobie tylko po jednym "domu", niejako główną kwaterę, a reszta ich siedziała sobie wygodnie w Europie, na bogatych dobrach, zapisanych im przez pobożnych fundatorów w tej myśli, żeby nie zabrakło broni i środków do walki w Palestynie.
Trzy były główne Zakony rycerskie, powstałe w wieku XII. Włosi założyli Joannitów, Francuzi Templaryuszów w roku 1118. Kiedy później Niemcy pod cesarzem Fryderykiem Rudobrodym także odbyli swoją wyprawę krzyżową, założyli trzeci, niemiecki zakon rycerski w r. 1190, który nazwali "zakonem rycerzy N. Maryi Panny narodu niemieckiego", a których po polsku zowiemy krótko Krzyżakami od ich ubioru, że na białym płaszczu mieli wyhaftowany duży czarny krzyż.
W czasie wojen krzyżowych Polska była właśnie rozbita i osłabiona podziałami na dzielnice książęce; jakkolwiek niejeden polski rycerz pospieszył na swoją rękę do Palestyny, o wielkiej wyprawie krzyżowej całego państwa polskiego nie można było marzyć z dwóch powodów. Raz, że jednego wielkiego państwa polskiego nie było od śmierci Bolesława Krzywoustego, tylko coraz mniejsze księstewka, nad któremi miał niby zwierzchnią władzę Wielki Książę Krakowski, ale ta władza była coraz bardziej tylko na papierze, zwłaszcza jeżeli był tak słaby książę, jak Leszek Biały. Powtóre, że Polacy nie potrzebowali wcale szukać pogan w Palestynie, bo ich mieli zaraz koło siebie: Prusaków, Jadźwingów i Litwinów. Ustawiczne troski o nawrócenie Prusaków, ciągła obrona przed ich napadami, toć to także był kawałek wojny krzyżowej.
Tak też myślał pruski biskup Krystyn i postanowił na wzór zakonów rycerskich palestyńskich założyć tutaj, na polskiej granicy zakon rycerski Braci Dobrzyńskich. Nazwa ich pochodziła od ziemi dobrzyńskiej, którą Książe Mazowiecki Konrad darował biskupowi. Ogłoszono wyprawę krzyżową na Prusaków, żeby biskupowi zapewnić spokojne posiadanie swej ziemi ze strony pogan. Książęta polscy wzięli w niej chętnie udział. Stawił się Konrad Mazowiecki, stawił się Wielki Książę Leszek Biały, przybył też Henryk Brodaty ze swemi kasztelanami i z biskupem wrocławskim Wawrzyńcem. Bracia Dobrzyńscy pomagali dzielnie i wystawiono wtedy nad Wisłą warownię Chełmno, która miała odtąd stać się ostoją przeciw zapędom Prusaków. Zakon Braci Dobrzyńskich miał się dalej rozwijać, gdy w tem nagle został usunięty i to za przyczyną zniemczałego Henryka Brodatego.
| Część poprzednia | Góra | Strona główna | Część następna |
|