|
BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO — Feliks Koneczny: Dzieje Ślązka - 3 |
|
Cz.1 II. W jaki sposób i jakiemi drogami dotarło do Ślązka światło ewangelii św. Początki państwa w Wielkopolsce III. Ślązk pod królami polskiemi Święty Wojciech, król Bolesław Chrobry i cesarz Otton III Cz.2 Zajęcie Czech. Wojny z Niemcami Waśń królewiczów Zbigniewa i Bolesława Bolesław Krzywousty. Wojny ślązkie IV. Ślązk pod zwierzchnictwem krakowskiem Mieczysław Stary i Mieczysław Raciborski Cz.3 Czterech kandydatów do korony polskiej Moralny upadek książąt ślązkich Ślązk przechodzi pod czeską koronę V. Stosunki wewnętrzne w okresie podziałów Cz.4 Kazimierz Wielki obrońca biskupstwa wrocławskiego VI. Ślązk pod Luksemburczykami Królowa Jadwiga i Wilhelm austryacki Jadwiga i Jagiełło. Małżeństwo Litwy z Polską Cz.5 Zaproszenie Jagiełły na tron czeski VII. Ślązk między Czechami, Węgrami a Polską Jak Wrocłwianie zapraszali polskiego króla Jan Olbracht i Zygmunt Stary książętami ślązkim Cz.6 Bracia Jerzy i Albrecht Brandenburscy Dlaczego luteranizm się szerzył Protestantyzm w Polsce a kardynał Hozyusz Król Zygmunt August i Barbara Radziwiłłówna IX. Stosunki wewnętrzne w okresie Jagiellońskim w Koronie Polskiej i na Ślązku Cz.7 X. Zwycięztwa w Polsce a klęski na Ślązku. Wojna trzydziestoletnia List majestatu cesarza Rudolfa Cz.8 Liga katolicka i Unia protestancka Ślązk hołduje kalwińskiemu królowi Zwycięztwo katolicyzmu na Ślązku Szwedzi w Niemczech i na Ślązku XI. Ostatni wiek panowania Habsburgów; podbój przez Hohenzollernów Szwedzi na nowo w Polsce. Król Jan Kazimierz na Ślązku Cud N. P. Maryi Częstochowskiej Niepodległość księstwa pruskiego Cz.9 Sankcya pragmatyczna i wojna o tron polski Ślązk przechodzi pod panowanie pruskie XII. Rozbiory odradzającej się Polski Szkoła Leszczyńskiego i ks. Stan. Konarski Rosya i Prusy przeszkadzają naprawie rządu w Polsce Pruski projekt rozbioru Polski Odrodzenie społeczeństwa polskiego Prusy i Rosya urządzają drugi rozbiór Polski Wojna o niepodległość w Ameryce Kościuszko naczelnikiem narodu Cz.10 XIII. Pierwsza połowa XIX. wieku Wojna z Napoleonem. Francuzi na Ślązku Legiony polskie i księstwo warszawskie Austrya germanizuje księstwo Cieszyńskie Oderwanie części Ślązka od dyecezyi krakowskiej Urządzenia administracyjne w państwie pruskiem
|
Już nieco bowiem przedtem przenieśli się niemieccy Krzyżacy do Europy. Zajął się nimi książę wrocławski, pochopny do wszystkiego, co niemieckie i nadał im rozległe dobra w swem księstwie. Bawiąc na wyprawie przeciw Prusakom, spostrzegł, że ziemia chełmińska w sam raz nadawałaby się Krzyżakom. Walcząc z poganami spełnialiby tu swój ślub, a przytem zyskaliby sobie stałe podstawy bytu i rozwoju, bo mogliby sobie tutaj założyć państwo; to państwo będzie oczywiście niemieckie! Zamiast wesprzeć już istniejący zakon polskich rycerzy, postanowił Brodaty sprowadzić tu na ich miejsce Niemców, a niebaczny Konrad Mazowiecki dał się namówić i darował im nawet ziemię chełmińską! Wypadek ten opłakany w skutki wydarzył się w roku 1225. Z krzyżackiego Zakonu wyrósł niebezpieczny dla Polski sąsiad, z którym długie potom trzeba było staczać walki; padły ofiarą krainy nad dolną Wisłą, a znaczenie Polski na północy osłabiło się.
Jakby na dobitkę, poniosła Polska w tym samym czasie drugą wielką stratę na północy. Pomorze, podległe niegdyś zwierzchności królów polskich, a następnie Wielkich Książąt Krakowskich, zerwało do reszty łączące je z Polską węzły państwowe. Stało się to przy sposobności sporów w łonie książąt wielkopolskich, w które wmieszał się też Henryk Brodaty. Wrzała tam walka pomiędzy Władysławem Laskonogim (wygnanym poprzednio z Krakowa) a jego bratankiem Władysławem Odoniczem. Henryk Brodaty pospieszył na pomoc Odoniczowi i pomógł mu zdobyć Kalisz. Wkrótce jednak Laskonogi znowu był górą i bratanka wygnał. Henryk Brodaty zmienił tymczasem swoją politykę i nie chciał już powtórnie Odoniczowi pomagać; natenczas ten zwrócił się o pomoc do księcia pomorskiego Świętopełka, ożeniwszy się z jego siostrą. Świętopełkowi bardzo to było na rękę, wyprawił się tedy do Wielkopolski i zdobył nawet sam Poznań. Natenczas trzej książęta polscy: Wielki Książę Leszek Biały (jako zwierzchnik Pomorza), Konrad Mazowiecki i Henryk Brodaty przedsięwzięli wspólną wyprawę na pomoc Laskonogiemu i żeby się dokładniej umówić, zjechali się w Gąsawie w roku 1227. Tutaj napadł ich zdradziecko Świętepełk morderczym zamachem; Leszka zabili siepacze, a Henryk Brodaty ledwie się zdołał ocalić, Laskonogi wygnany z Wielkopolski umarł w gościnie na Ślązku, a Świętopełk nie troszczył się już odtąd o krakowskie zwierzchnictwo. Tak straciła Polska ujście Wisły i dostęp do morza Bałtyckiego.
Po śmierci Leszka i upadku Laskonogiego dwóch tylko było w Polsce książąt potężniejszych: Konrad Mazowiecki i Henryk Brodaty: oni też dobijali się o opiekę nad małem dzieckiem Leszka, Bolesławem (miał siedmnaście miesięcy). Kto zostałby opiekunem tego dziedzica krakowskiej dzielnicy, ten byłby naprawdę jej władcą i prawdziwym Wielkim Księciem. Nie opuścił Henryk tej sposobności wzmożenia swej potęgi. Różne były koleje tej walki, przez kilka miesięcy rządził nawet w Krakowie inny ślązki książę, Kazimierz Opolski, ale ostatecznie skończyło się na tem, że książę wrocławski został Wielkim Księciem krakowskim, a więc zwierzchnim panem całej Polski. Nie miała wprawdzie ta zwierzchność już wtenczas wielkiego znaczenia, ale książę tak energiczny, jak Henryk, mógł to znaczenie na nowo podnieść. Tem łatwiej, że wkrótce jeszcze bardziej rozszerzył on swoje panowanie.
Oto w Wielkopolsce na nowo wybuchnęły książęce walki, a koniec ich był taki, że Henryk Brodaty, pan Wrocławia i Krakowa, otrzymał w roku 1234 jeszcze do tego Wielkopolskę aż po Wartę! Gwiazda ślązkiej linii Piastowskiej zajaśniała wielkim blaskiem, zdawało się, że powoli przejdzie na nią panowanie nad całą Polską, a przynajmniej, że w każdym razie pokierują dalszemi losami Polski.
Czy to byłoby dla Polski korzystne? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, przypatrzmy się, jak Henryk gospodarował w swej ziemi dziedzicznej, w księstwie wrocławskiem. Da się to powiedzieć jednem słowem: on germanizował Ślązk z całych sił. Tysiącami sprowadzał Niemców z zagranicy, a osiedlając ich na polskiej ziemi, uwalniał ich od podatków. Polski wieśniak musiał się starać o utrzymanie książęcych grodów, musiał dawać księciu swą pracę i brać na swe barki wszystkie ciężary państwa; a o zagon rozpierał się sprowadzony kolonista niemiecki, który używał wszystkich dobrodziejstw porządku państwowego, ale na rachunek polskiego chłopa, bo sam od ciężarów był uwolniony. Polski mieszczanin uginał się pod książęcem jarzmem, ale nowozałożone miasta niemieckie nie wiedziały o niczem, jak tylko o dochodach i korzyściach książęcej opieki. Za Niemców musiała się opłacać ludność polska; czem więcej swobód używali Niemcy, tem gorzej wiodło się polskiej ludności, bo musiała oczywiście nastarczyć księciu i za siebie i za tamtych. Rzecz prosta, że skutkiem tego ubożeli dawni dziedzice polskiej ślązkięj ziemi, polskie miasta zeszły na wsie a polskie wsie na osady nędzarzy, podczas gdy niemieckie nowe wioski zamieniały się w miasteczka, a miasta zaczęły się niedługo budować pałacami. Książę zaślepiony, zniemczony, kochał się w Niemcach jedynie, a polskich poddanych uważał tylko za siłę roboczą, dla obrobienia Ślązka, ale nie dla nich, lecz dla Niemców. Rodzima polska ludność miała odtąd tylko trud, a przybysz Niemiec zaczął zbierać owoce. Okrutnie się zapisał ten ślązki książę w polskiej pamięci: najstarszą polską dzielnicę bowiem wydał cudzoziemcom. Tylu królów niemieckich, tyle zbrojnych wypraw z cesarstwa wyszczerbiło swe miecze na ślązkięj ziemi; pokonani, musieli ze wstydem się cofać i nie potrafili zabrać ani piędzi ślązkięj ziemi. Aż tu sam książę, ojciec tego ludu, sam dobrowolnie robi się Niemcem, Niemców sprowadza na panów kraju, a z Polaków robi niewolników na własnej ziemi! Więc, czy dobrze byłoby, żeby się w Polsce była utrzymała przewaga linii ślązkięj? Co byłoby, gdyby z północy nacierać zaczęli na kraj Krzyżacy, gdyby równocześnie Polską byli rządzili książęta zniemczeni ?
Przeciwieństwo polskiego i niemieckiego żywiołu odbiło się raz jeszcze w samymże domu książęcym. Henryk Brodaty miał dwóch synów: miłującego Polskę Konrada i przyjaciela Niemców Henryka. Każdy z nich inaczej pragnął w przyszłości kraj urządzić i tak się nie lubili, że nawet wszczęli z sobą za życia ojca wojnę domową w roku 1213. Niestety, Henryk na czele Niemców zwyciężył Konrada pod Studnicą; nie koniec na tem; wkrótce potem na polowaniu nagle i niespodzianie Konrad zginął; w jaki sposób - niewiadome. Ludność polska w księstwie wrocławskiem była odtąd wydana na łaskę Niemców i nie pozostało jej nic innego, jak albo ginąć z nędzy, albo uciekać na północ i wschód, do Wielkopolski na Kujawy, albo do ziemi krakowskiej. Losy Polaków na Ślązku były coraz cięższe, bo niedługo zaczęło się germanizować także księstwo raciborskie.
Po śmierci Henryka Brodatego, w roku 1238, objął całą wielką spuściznę po nim ów zniemczony syn, imieniem także Henryk, z przydomkiem Pobożny (bo fundował wiele klasztorów). Ledwie rozpoczął rządy spadł na Polskę cios ciężki, od którego cały kraj zamienił się w pustynię. Do Europy wtargnął azyatycki lud Mongołów. Zdarzenie to ważne jest w historyi nietylko Polski, ale całej Europy, toteż trzeba poświęcić mu baczniejszą uwagę. Nie mogło być dla Polski straszniejszego nieszczęścia; jak zaś później zobaczymy, zarobili na tem nieszczęściu - Niemcy.
Ze środkowej Azyi pochodzi lud Mongołów, gdzie długie wieki wiódł życie koczownicze, podzielony na wiele plemion, z których każde osobno się rządziło, aż dopiero z początkiem XIII. wieku szereg wielkich wodzów połączył je w jeden wielki ustrój zdobywczy. Lud ten należy do całkiem innej rasy, zwanej żółtą, od żółtej cery ich skóry; budową fizyczną różnią się znacznie od Europejczyków. Niskiego wzrostu, krępi, oczy mają skośno osadzone, a zarost twarzy należy u nich do rzadkich wyjątków. Rolnictwo u nich w pogardzie, żyją z pasterstwa, bogactwo ich stanowią trzody baranów i stada koni. Koń spełnia u nich nietylko te prace, które u nas, ale nadto mają z niego użytek do wyżywienia się: kobyle bowiem mleko zastępuje nasze krowie; pokarm główny stanowi baranina, wędzona pod siodłem jeźdźca uganiającego na koniu. W owych zwłaszcza czasach Mongoł cały dzień niemal ciągle był konno, czy to objeżdżając swe trzody na pastwiskach rozległych stepów, czy to goniąc za zdobyczą z rabunku. O zakładaniu wsi i o jakiejkolwiek w ogóle cywilizacji nie było mowy.
Krocie tysięcy tego pół dzikiego ludu ruszyły na zdobycie świata. Zadrżała Azya pod tententem ich jazdy; dali się we znaki Chinom, a kwitnące milionowe miasta w Indyach zniszczyli prawie doszczętnie. Z podbitych ludów wybierali sobie wojsko, nowe pułki, które wraz z nimi musiały ruszać dalej na podbój nowych krajów. Jedynym celem tych wojen było, żeby zdobywać i niszczyć. O zakładaniu jakiegoś wielkiego światowego państwa nie myśleli, nie mając zresztą na tyle zmysłu do tego, żeby móc urządzić porządne państwo; poprzestali też na daninach czyli haraczach na znak uległości, a sobie zachowywali w podbitych krajach nie tyle prawo rządzenia, (tego nie umieli), lecz raczej prawo łupienia. W prowadzeniu wojny byli najdzikszymi ze wszystkich; mord i pożoga były dla nich nie środkiem do zwycięstwa, ale celem, przyjemnością. Czy się kto bronił czy poddał, czy mężczyzna, czy kobieta lub dziecko nawet, wszystko im było jedno, byle mordować bez wytchnienia. Nazwano ich też w Europie Tatarami, co z łacińska znaczy tyle, co: z piekła rodem. Była to istna ludzka szarańcza, wypuszczona z Azyi na Europę. Szarańcza ta wypadła na Europę po raz pierwszy w roku 1221. Wielki ich władca, wielki han czyli Dżingis == han, podbił we wschodniej Europie najpierw Astrachań, potem rzucił się na pogański lud Połowców; teraz przyszła kolej na Ruś.
Ruś schyzmatycką już wtenczas była, a losy jej bardzo smutne, bo rozdzielona była jeszcze o dużo gorzej od Polski na mnóstwo drobnych księstw, których książęta prawie nic a nic innego nie robili, jak tylko wojnami nawzajem sobie dokuczali. Ówczesny Wielki Książę kijowski, imieniem Mścisław, zdołał zebrać około siebie kilku książąt i wyszedł naprzeciw Mongołów nad rzekę Kałkę, ale poniósł najstraszniejszą klęskę. Od tej bitwy, w roku 1224, datuje się mongolska niewola Rusi. Wojna z Chinami odwróciła wprawdzie i na jakiś czas zastępy mongolskie od Europy, ale niedługo, w r. 1237 nastąpił drugi najazd. Mongołom nic się nie zdołało oprzeć, podbili oni w lot ruskie miasta Rjazań, Kołomnę, Suzdal, Włodzimierz, Moskwę, a w roku 1240 zajęli Kijów. Odtąd mongolscy wysłannicy wybierali ciężkie daniny od ruskich książąt, a ci znów, żeby dogodzić hanowi i zebrać haracz, uciemiężą ludność; nastała na Rusi wiekowa nędza i idąca z nią w parze wiekowa ciemnota. Zależało od skinienia hana, kto ma być księciem.
Przez najazd mongolski nastała też ta zmiana, że do ludności najdalszej wschodniej Rusi domieszało się dużo krwi mongolskiej. Okolice Suzdala i Moskwy stały się pół na pół mongolskie i wytworzył się tam po czasie z tej mieszaniny nowy naród, bardzo a bardzo różny od ruskiego i obyczajem i mową, zwany u nas od miasta Moskwy moskiewskim, a w nowych czasach także rosyjskim (Moskale-Rosyanie.) Kniaziowie moskiewscy uzyskali po pewnym czasie od hana godność wielkoksiążęcą, a więc zwierzchność nad innymi książętami, za to, że najlepiej i najobficiej wypłacali się z haraczu i najposłuszniejszymi byli sługami hana. Jakiej uległości han od nich wymagał, można mieć pojęcie z tego, że przy tronie wielkoksiążęcym stał w kosztownej szkatułce, jako największa relikwia - odcisk hańskiej stopy. Oczywiście kniaziowie moskiewscy tylko z musu całowali hańską stopę, a gdy horda mongolska osłabiła się, pomyśleli skutecznie o zrzuceniu jarzma, jak o tem później rzecz będzie. Ale w krwi i w charakterze moskiewskim zostało dużo dzikich pierwiastków mongolskich.
Kiedy w roku 1240 Mongołowie zajęli Kijów, dawny gród zwycięzkich wypraw Bolesława Chrobrego i Śmiałego, byli już pół na pół na polskim szlaku. Oddzielająca ich od krakowskiej ziemi Ruś Czerwona padła za jednym zamachem; ztąd podzielili się na dwie hordy: jedna ruszyła na Węgry, a druga na Polskę.
Wnet przyszła kolej na Sandomierz, gdzie wycięto w pień ludność. Syn Leszka Białego, pan tej dzielnicy, Bolesław z przydomkiem Wstydliwy, miał dopiero lat 15; obrona należała do spadkobiercy jego opiekuna, który mu zabrał Kraków, do Henryka wrocławskiego i Wielkiego Księcia krakowskiego. Ale ten Henryk, nazywany przez współczesnych Pobożnym, był daleko i nie troszczył się los Małopolski. Bolesław pozostawiony sam sobie zebrał garść rycerstwa sandomierskiego i krakowskiego, która jednakże klęskę poniosła po Chmielnikiem w roku 1241. Stąd podążyła mongolska szarańcza do Krakowa, opuszczonego najzupełniej przez tego, który się mienił jego Wielkim Księciem. Całe miasto zamieniło się w gruzy w perzynę; przestał istnieć Kraków, na jego miejscu została pustynia. Dzicz pogańska pobiegła dalej na zachód, z nad Wisły nad Odrę. Pod Opolem trzeba było bronić przeprawy na Ślązk, ale ani tutaj nie byo wrocławskiego księcia, dziedzica Opola; próbowali nastawić piersi za niego książęta górnoślązcy, potomkowie raciborskiego Mieczysława, Mieczysław i Władysław, ale sami za słabi byli do tego i ulegli szalonej przemocy. Teraz Mongołowie ruszyli prosto na Wrocław; ludność w rozpaczy wolała sama podpalić miasto i uciec w lasy, niż wydać się na pastwę rozbestwionego pogaństwa. Książę ze swojem wojskiem zamknął się w twierdzy lignickiej; nie wiele miał tego wojska, zaledwie kilka tysięcy. Gdyby był spełnił swój obowiązek zwierzchniczego księcia polskiego, gdyby był pamiętał o Sandomierzu, o Krakowie, a choćby wreszcie tylko o Wrocławiu, byłby zgromadził pod swoją wodzą rycerstwo całej Polski. Tymczasem biła się z Mongołami każda ziemia z osobna, i rozdrobnionemi siłami nie mogła żadna podołać. Może książę miał nadzieję, że go lignicka twierdza ocali ? Słyszał, że wśród pogromu Krakowa ocalał jednak warowny kościół św. Andrzeja, w którym zgromadziły się kobiety i dzieci z małą zaledwie garstką starszych już mężczyzn.8) Zapewne, warowny był ten kościół, ale jeszcze bardziej warowny - bożym cudem, który się nad nim spełnił, gdy przedtem krakowskie rycerstwo spełniło swój obowiązek pod Chmielnikiem. Zawstydziło ono księcia; choć on ich opuścił, resztki Krakowian stawiły się teraz na obronę Ślązka i zgłosiły się pod dowództwo Henryka.
Podeszli Mongołowie pod Lignicę, poszukać pana tych krajów, które od kilku miesięcy pustoszyli. Książę trzymał się we warowni, aż głód zmusił go wyruszyć z wojskiem i stoczyć bitwę - bardzo nieszczęśliwą. Jakaś nieznana nam machina wojenna, dysząca czadem, dymem i smrodem, zatrwożyła obrońców Ślązka tak, że pierzchli w ucieczce. Sam książę Henryk II. poległ, a Mongołowie odcięli mu głowę i obnosili w tryumfie po obozie. Może tą śmiercią dane mu było okupić winy ze zaniedbania książęcego obowiązku; bądź co bądź, poległ w obronie wiary przeciw poganom.
Taka była jedyna pierwsza i ostatnia obrona Ślązka przez jego głównego władcę. Jak kraj wyglądał po tych odwiedzinach? Zgliszcza, ruiny, pustka, choroby; po miastach i wsiach trupy, pola nie zasiane, kościoły spalone.
Mongołowie rzucili się ze Ślązka na Morawy; tutaj dopiero pierwszą ponieśli klęskę pod Ołomuńcem. Z Moraw rzuciła się ta horda na Węgry, żeby się połączyć z drugą, która tam już od kilku miesięcy grasowała. Prawdopodobnie miały obie hordy ztąd ruszyć wspólnie dalej na zachód: znów przez Morawy i Ślązk na Czechy i Niemcy. Król czeski miał wojsko przygotowane; łudził księcia Henryka, (a był jego dziewierzem, szwagrem), że mu to wojsko pośle na pomoc, ale nie tylko nie dotrzymał słowa, ale nawet na Morawy nie wyruszył; szczęściem, Morawianie obronili się sami, dzięki cudownej pomocy N. Maryi Panny na Hostyńskiem wzgórzu.
Z pod Lignicy krok tylko mieli Mongołowie do Niemiec. Cesarz-król i jego niemieccy książęta wiedzieli dobrze, coby ich czekało, gdyby poganin ruszył kawałek jeszcze na Zachód. A książę wrocławski sam Niemcem był z przekonania, z wychowania; ojcu jego zawdzięczali Niemcy germanizowanie Ślązka, które on sam prowadził dalej aż nazbyt gorliwie. Wszak księstwo wrocławskie w myśl swego księcia miało być niemiecką krainą; więc należało Niemcom bronić takiego rozszerzenia niemieckiej ojczyzny. Ale z "cesarstwa" ani jeden człowiek nie pospieszył z pomocą wrocławskiemu księciu!
Co byłoby z Niemcami, gdyby Mongołowie dalej byli poszli w kierunku zachodnim ? Oczywiście byłyby tam te same zgliszcza i pustynie, jak w Polsce. Ale Niemiec miał szczęście: w stanowczej chwili umiera han hanów, w Azyi powstają zamieszki z powodów sporów o tron, a wojska mongolskie na tę wieść wracają do Azyi. Bliższa im Ruś pozostała w ich pętach; dalsza Polska doznała tylko strasznego pogromu, a Niemcy pozostały nietknięte. Jak zaś zaraz zobaczymy, zrobili nawet Niemcy na tem dobry interes.
Po śmierci Henryka II. pod Lignicą, objął obszerny spadek książąt wrocławskich najstarszy z jego synów, ale młody jeszcze Bolesław z przezwiskiem Łysy. Nierozważny był i płochy; miał, jak mawiano, w sobie "rogatą duszę", toteż nazywano go Rogatką. Zaraz na początek utracił Wielkie Księstwo, bo Konrad Mazowiecki zajął mu Kraków. Niedługo wprawdzie trwało tam panowanie Konrada, bo wystąpił przeciw niemu biskup krakowski Prandota, ale linia ślązka nie wróciła już na zwierzchnicze księstwo; rycerstwo krakowskie przyzwało na tron księcia sandomierskiego, Bolesława Wstydliwego. W ten sposób połączyła się cała Małopolska pod jednem berłem, a dzielnica ta była największa ze wszystkich w Polsce. Rozbicie państwa na dzielnice książęce postępowało coraz bardziej, tak że w tych czasach utworzyło się już w Polsce księstw, oprócz krakowskiego i sandomierskiego, jeszcze dwanaście: trzy na Ślązku (wrocławskie, opolskie, raciborskie), dwa Wielkopolskie, (poznańskie i kaliskie), dwa mazowieckie (płockie i czerskie), pięć Kujawskich (sieradzkie, inowrocławskie, brzeskie, dobrzyńskie, łęczyckie.)
Kraj tak rozbity, wyludniony mongolskim najazdem, potrzebował całego chyba wieku, żeby się na nowo zagospodarować; na razie brakło do gospodarstwa rąk. Po mongolskiej grabieży, po uprowadzeniu tylu tysięcy ludzi do niewoli pogańskiej, nie było nawet komu uprawić pól. Stolica Wielkiego Księcia, sam Kraków, stał pusty i składał się tylko ze stert rumowiska; podobnież wyglądał Wrocław. Książęta postanowili tedy sprowadzić ludność z zagranicy, z Niemiec z jedynego sąsiedniego kraju, który nie był tknięty mongolską powodzią. Rozwarły się teraz na oścież wrota kolonizacyi niemieckiej nie tylko na Ślązku, ale też w Wielko- i w Małopolsce - i to dzięki najazdowi Mongołów, żywioł niemiecki zyskał na sile i przestrzeni. Założone na nowo Wrocław i Kraków były miastami zupełnie niemieckiemi; obok nich stanął cały szereg miast mniejszych. Handel i rękodzieła zakwitnęły, ale nie były one polskie. Nieszczęsny zalew pogaństwa pozbawił Polskę stanu mieszczańskiego. Niemieccy osadnicy sprowadzeni byli z wielkiemi przywilejami; przyznano im zupełne uwolnienie od polskich krajowych praw, i pozwolono im rządzić się własnem niemieckiem na wzór urządzeń miasta Magdeburg w Niemczech. Nie w Polsce, ale za granicą, w Magdeburgu, upatrywali oni swą stolicę i swe źródło praw; sąd magdeburski uznawali za swoją najwyższą instancyę sądową i tam szły apelacye od wyroków. Gdy miasta te spotężniały, zaczęły tworzyć u nas jak gdy osobne państwo w państwie, stawały nieraz wrogo przeciw żywiołowi krajowemu, przeciw ziemiaństwu polskiemu, a każdy książę, który chciał rządzić w duchu polskim narodowym, znajdował opór u najbogatszych właśnie poddanych, u mieszczaństwa; bywały wypadki, miasta same narzucały krajowi książąt zniemczonych, którym chętnie otwierały swe bramy. Dlatego to zniemczona linia ślązkich Piastów cieszyła się wielką sympatyą wielkopolskiego i małopolskiego mieszczaństwa.
Gdzie książę sam był zniemczony, gdzie miasta niemieckie, już los kraju pod względem narodowym był zdecydowany; zniemczony władzca popierał Niemców przeciw Polakom tak długo, aż ziemia przybrała piętno niemieckie. Taki był los Ślązka. Innym dzielnicom dała Opatrzność książąt narodowych; toteż w późniejszym czasie Poznań i Kraków stały się znowu czysto polskiemi miastami, Wrocław pozostał już na zawsze niemiecką stolicą na polskiej piastowskiej ziemi.
Postęp germanizacyi ułatwiała jeszcze niesłychana lekkomyślność wrocławskiego księcia, Bolesława Łysego zwanego Rogatką. Książę ten nie miał na oku żadnej polityki, żadnego wytkniętego celu, i z dnia na dzień łupiąc i rozbijając swoich i sąsiadów, byle tylko nabrać pieniędzy, o które w ciągłych był kłopotach. Bogatsze niemieckie mieszczaństwo składało mu okupy, poczem znowu dawał im wytchnąć, żeby mieli czas zagospodarować się na nowy okup; tymczasem zaś wyprawiał się na posiadłości swych braci i na Ślązk górny. Wojen z braćmi prowadził bez liku, a nie chodziło mu nawet o powiększenie swego panowania, tylko o łupy i okupy wojenne. Nareszcie, gdy wszyscy do koła zubożeni nie mogli już dostarczyć łupów i zapełnić choć na chwilę wiecznie pustą sakiewkę tego książątka, zastawił on ziemię lubuską margrabiom brandenburskim, a przez to już z trzeciej strony otworzono wrota germanizacyi. Stopniowo, ale stale, przedzierała się niemczyzna na prawy brzeg Odry.
Książę Rogatka wziął sobie za wzór zwyrodniałych niemieckich rycerzy, t. zw. Raubritterów; panowie ci siedzieli na swych zameczkach na górach, nie mając z czego żyć, bo gardzili wszelką pracą, a zwłaszcza rolnictwem. Ale nie ubliżało ich honorowi zaczajać się po leśnych drogach na kupców i łupić ich! Żyli z prostego rabunku, jakoby zbóje leśni. Wstyd przyznać, że ten wybryk niemieckiej cywilizacyi przypadł do smaku wrocławskiemu księciu, odpadłemu od pnia narodowego. I Rogatka ze swoją drużyną wybierał się nieraz na takie polowania.
Szczęściem, inni całkiem książęta byli w Wielkopolsce i w Małopolsce; tam w Poznaniu Bolesław Pobożny, a w Krakowie Bolesław Wstydliwy. Oni myśleli za siebie i za resztę dzielnic, a politykę swoją oparli na sojuszu z Węgrami, gdzie mądrze panował król Bela IV. Cel tego sojuszu był prosty; żeby związały się razem te kraje, które ucierpiały od Mongołów i żeby zawczasu wspólnie obmyślać wszystko na wypadek, gdyby ta szarańcza zamyślała powrócić, o co ciągle się obawiano, a jak się okazało, słusznie.
Do sojuszu tego wciągnięto Ruś Czerwoną. Rządził tam naonczas książę Daniel, na którego miano baczne oko z Krakowa, bo tamtędy wypadała droga Mongołom; dążono tedy do tego, żeby Daniela jak najściślej ze sobą związać. Wybrano do tego najstosowniejszą drogę, drogę religii. Ruś była schyzmatycka, ale pobożni książęta sprzymierzeńcy tak długo wpływali na Daniela, aż im się udało przekonać go o prawdziwej wierze. Uznał on zwierzchnictwo Rzymu, przyjął wyznanie katolickie; teraz nastąpił jeden z najświetniejszych ustępów w dziejach Rusi; oto w roku 1253 przybył legat papieski i koronował Daniela na króla Rusi. Powstawało nowe katolickie królestwo, Rusi uśmiechała się wielka przyszłość, a Polska, Ruś i Węgry złączone sojuszem byłyby tworzyły potęgę polityczną.
Niestety Ruś zdradziła! W roku 1259 nastąpił drugi najazd Mongołów, a wiedli ich na Małopolskę - dwaj synowie Daniela, Lew (założyciel Lwowa) i Wasylko. Daniel bowiem zdradził sromotnie; niepomny królewskiej godności, nietylko się nie opierał poganom, ale od razu sojusz z nimi zawarł. Rycerstwo polskie wybierało się na Ruś z pomocą, a spotkało w drodze Rusinów ruszających na Polskę razem z Mongołami! Zaczęło się znowu od Sandomierza. Sandomierzanie dzielnie się sprawiali, ale książęta ruscy namówili ich, żeby otworzyć bramy miejskie, poręczając wolny odwrót, t. j. że im będzie wolno bez przeszkody wyjść i z wojskiem Bolesława się połączyć; ale skoro zaczęli wychodzić z miasta, rzucili się na nich poganie i Rusini, i wszystkich wycięli w pień i potopili w Wiśle; i panny zaś i młodzieńców zabrali sobie Mongołowie do niewoli. Po Sandomierzu padł też Kraków, a Bolesław Wstydliwy musiał się schronić na Węgry.
Doskonałą mieli teraz sposobność do walki z pogaństwem Krzyżacy, osiedleni w ziemi chełmińskiej; przypominał im ten obowiązek papież Aleksander IV, ale nie usłuchali ci "zakonnicy-rycerze" papiezkiego wezwania i ani jeden Krzyżak nie ruszył się z pomocą. Między Prusakami zaś taką prowadzili apostołkę, że zaczęli sobie tam zakładać świeckie państwo a Prusaków tępili w istnych rzeziach. Prusacy zaczęli uciekać gromadnie i tem bardziej rzucali się na sąsiednie ziemie; pod Sandomierzem była ich cała gromada po stronie Mongolskiej! Wtenczas też poruszyli Prusacy swoich pokrewnych Litwinów, także pogan i ledwie się skończył ciężki najazd mongolski, rozpoczął się cały szereg najazdów litewskich i najokrutniejszych ze wszystkich Jadźwingów, siedzących na Podlasiu pomiędzy Prusakami a Litwą. Z Jadźwingami, którzy siedzieli najbliżej, radził sobie jednakże dobrze Bolesław Wstydliwy; w mieście Łukowie osadził zakon rycerski Templaryuszów (Krzyżacy byliby mu chyba przeszkadzali!) i pragnął nawet założyć biskupstwo bo na pograniczu Podlasia zaczęło się już nawet krzewić chrześcijaństwo. Po mongolskim najeździe zepsuło się jednak to wszystko, tem bardziej, że Rusini napadali odtąd ciągle na Polskę. Dopiero w roku 1964 udało się poskromić Jadźwingów, poczem we dwa lata przygotował Bolesław wielką wyprawę na Ruś, która również mu się powiodła; wygrał bitwę nad rzeką Swarną i odtąd miała Małopolska spokój od zdradliwej Rusi.
Ale te ciągłe najazdy fatalny miały skutek. Poganie zawsze brali do niewoli całą młodzież i tysiącami uprowadzali dziewice i młodzieńców na swoje wschodnie stepy. Ludność tedy coraz bardziej się zmniejszała, coraz bardziej trzeba było kolonistów i już nietylko miasta, ale wsie nawet zaczynały być "na prawie niemieckiem".
Podczas gdy Polska tak ubożała, łupiona nieustannie przez wrogów, sąsiednie Czechy zagospodarowały się i zaczynały być potężnem państwem pod panowaniem sławnego króla Ottokara II, któremu nawet jedno stronnictwo niemieckie ofiarowało koronę cesarską; nie przyjął jej jednakże, woląc rozszerzać granice czeskiego królestwa. Nadarzyła się do tego sposobność. Gdy w księstwach austryackich wygasł panujący ród Babenbergów, chciał z tego skorzystać już ojciec Ottokara, Wacław I; ale dopiero Ottokarowi powiodło się zająć te księstwa. Do spuścizny Babenbergów rościł sobie atoli prawa także król węgierski; żeby uniknąć z nim wojny, odstąpił mu Ottokar Styryę. Po pewnym atoli czasie zaczęto ze Styryi wypędzać węgierskie załogi; król węgierski, Bela IV, bronił się naturalnie i tak zaczęła się wojna między Węgrami a Czechami. Jak już wiemy, książę krakowski miał z Węgrami sojusz; z powodu sprawy mongolskiej zależeć mu musiało, żeby nie dopuścić do osłabienia Węgier. Wyprawił się tedy na Morawy, żeby pomóc królowi Beli. Przy tej sposobności okazał się po raz pierwszy rozdźwięk polityczny między Ślązkiem a resztą Polski; ze wszystkich książąt ślązkich jeden tylko Władysław Opolski oświadczył się za Wielkim Księciem Krakowskim i dał mu posiłki; reszta zaś ślązkich książąt sprzyjała Ottokarowi. Wojna ta skończyła się pomyślnie dla Ottokara, który Styryę przyłączył do swego państwa. Jeszcze raz powtórzyła się ta wojna w roku 1271.
Krakowskie księstwo i wielkopolskie, związane sojuszem z Węgrami, walczyły znowu po stronie Beli. Ale po przeciwnej stronie byli już teraz nie tylko wszyscy książęta ślązcy, nawet z Władysławem Opolskim, ale nadto pomagali Czechom Ziemomysł książę kujawski i Leszek Czarny. I ta wojna pomyślna była dla Ottokara; Węgrzy zrzekli się wszelkich praw do ziem austryackich. Szczęśliwy Ottokar niedługo potem nabył jeszcze Karyntyę. Tego jednakże Niemcom było za nadto; bali się, że Czechy zbyt potężne, nie zależne będą od Niemiec. Póki Czechy byłyby słabe, mogły służyć zawsze za przewodnika germanizacyi i uważano je też za proste księstwo cesarstwa niemieckiego; ale Czechy potężne mogłyby prowadzić śmielszą politykę i zamiast niemieckiej stacyi, stać się samoistną potęgą słowiańską. Gdy tedy w roku 1272 wybierano w Niemczech nowego króla, położono mu za warunek, żeby od Ottokara odebrał nowonabyte przezeń ziemie. Wybór padł na Rudolfa Habsburga (założyciela wielkiej dynastyi), który też zaraz w r. 1273 zabrał się do wojny z Czechami.
Odkąd korona węgierska zrzekła się praw do ziem austryackich, nie było już przyczyny, dla którejby Bolesław miał występować przeciw Ottokarowi. Gdyby nie sojusz węgierski, nie byłby żaden z polskich książąt wyruszył przeciw Czechom. Owszem, powstanie większego słowiańskiego państwa miłem musiało być dla Polaków. To też teraz, gdy sojusz z Belą już do tego nie przeszkadzał, zawart Bolesław Wstydliwy przymierze z Ottokarem, a krakowskie rycerstwo pospieszyło też na pomoc Czechom. Ale tym razem miał paść Ottokar ofiarą zdrady. W bitwie pod Dürnkrut roku 1278 na polach Morawy znalazł się ohydny zdrajca, Milota z Dziedzic, którego imię do dziś dnia wstręt budzi w Czechach; król zdradzony dostał się do niewoli, a rozzbrojonego zabił oszczepem rycerz austryacki Schenk; ciało Ottokara wystawiono go na widok publiczny w Wiedniu; tam też podążyć musieli zabrani do niewoli rycerze polscy.
Ziemie austryackie zagarnął zwycięzki Rudolf Habsburski dla swojej rodziny; Czechy zaś były już odtąd państwem pół na pół niemieckiem.
Bolesław Wstydliwy o rok jeden przeżył Ottokara; tegoż samego roku (1279) umarł też Bolesław Wielkopolski. I osławiony Bolesław Rogatka Lignicki położył się w tymże czasie do grobu (1278). Głównymi książętami wśród Piastów byli teraz: Leszek Czarny, wnuk Konrada Mazowieckiego, wyznaczony przez Bolesław Wstydliwego następcą na tronie krakowskim, Przemysław w Wielkopolsce i na Ślazku Henryk IV. wrocławski z przydomkiem Probus.
Ten ostatni był Niemcem na wskroś; nawet wiersze niemieckie pisywał.
Z początku dał się Probusowi we znaki stryj Rogatka; roszcząc sobie prawa do części spuścizny po Henryku III, rozpoczął z bratankiem wojnę, a napadłszy nocą, zabrał go nawet do niewoli. Probus wezwał pomocy króla Ottokara; ale król czeski zajęty był właśnie gotowaniami do wielkiej wojny z Rudolfem Habsburskim. Ujęli się za młodym dziedzicem Wrocławia Bolesław Pobożny Wielkopolski i Henryk głogowski, ale ulegli w Kwietniu 1277 w bitwie w okolicy Ząbkowic. Natenczas wdał się w sprawę Bolesław Wstydliwy i za jego pośrednictwem stanął na Ślązku pokój na tych warunkach, że Rogatce odstąpiono Strzygłów i Środę. Nie długo się cieszył książę lignicki temi nabytkami, bo już w następnym roku 1278, przyszło tej rogatej duszy zakończyć ziemski żywot.
W
tymże roku padł waleczny król Ottokar, a Henrykowi Probusowi udało się
uszczknąć część spuścizny po nim, mianowicie zaś zdołał zagarnąć
Kłodzko. Uśmiechała mu się bardzo nadzieja, że będzie sprawował
opiekę nad małoletnim synem Ottokara, Wacławem, ale tego samego zażądał
też dla siebie margrabia Otto Brandenburski;
W roku 1280 była znowu wojna z synami Bolesława Rogatki, którzy Brandenburczyków przyzwali sobie na pomoc; spustoszono sobie nawzajem dzierżawy, a z kłótni krewniaków skorzystać miał obcy: Brandenburczyk. Na wzrost brandenburskiej potęgi nie mógł patrzeć obojętnie Przemysław Wielkopolski i chcąc przeszkodzić, żeby na Ślązku czego nie zyskali, wdał się w te sprawy, a wkrótce wyruszył mu na Pomoc Wielki Kiążę Leszek Czarny. Udało się nareszcie przywrócić zgodę i Brandenburczyk nic na tej wojnie nie zarobił.
Zaraz po tej bratobójczej ślązkiej wojnie nastały znowu zamieszki w księstwie wrocławskiem: wielki zatarg księcia Henryka Probusa z biskupem wrocławskim Tomaszem II. Chodziło o sześćdziesiąt wsi, założonych w dawnym pasie granicznym pomiędzy Ślązkiem a Czechami i książę i biskup rościli sobie do nich prawo. Gwałtowny spór trwał przez siedm lat, a stał się zgorszeniem i zamieszaniem całego kraju. Książę wyklęty szydził sobie z biskupa i urządzał sobie igrzyska w biskupiej stolicy, w Nysie, którą gwałtem zajął. Biskup zażądał z Rzymu przysłania legata papiezkiego; przybył legat i skazał księcia na wielką karą pieniężną; ale książę broił dalej, szydząc sobie z wszelkiej powagi duchownej.
Natenczas całe wrocławskie księstwo podzieliło się na dwa stronnictwa: za księciem lub za biskupem. Wstyd powiedzieć, że nawet duchowieństwa znaczna część stanęła przeciw biskupowi, a zwłaszcza niemieckie klasztory. Po pewnym czasie tak się rzeczy ułożyły, że książęce stronnictwo było niemieckie, a biskupie polskie. Wygnany biskup schronił się do Raciborza, którego książęta pamiętali jeszcze coś o swem polskiem pochodzeniu. Wysłano znowu z Rzymu komisyę do zbadania całej sprawy; na czele jej stał arcybiskup gnieźnieński, jako metropolitalny przełożony biskupów wrocławskich. To się nie podobało księciu, ani też niemieckiemu duchowieństwu i wtenczas-to z 12 ślązkich klasztorów Minorytów odłączyło się ośm od prowincyi polskiej, a przystąpiło do niemieckiej saskiej. Ze sporu o posiadanie wsi zrobił się spór narodowy; książę posprowadzał na sporną ziemię osadników niemieckich, a biskup żądał, żeby ich odesłać do domu a przywrócić dawnych polskich rolników. O tem książę nie chciał słyszeć, a w zaciekłości swej posunął się do tego, że nie tylko pozagrabiał wszystkie posiadłości biskupie, ale rzucił nawet na biskupa jakąś przez siebie samego wynalezioną świecką książęcą klątwę. Zagroził, żeby nikt w całym kraju nie ważył się obcować z biskupem lub z kimkolwiek z jego sprzymierzyńców, zakazał sojuszników biskupa przyjąć na nocleg, dać im coś jadła lub napitku, chociażby nawet za pieniądze itp. Ponieważ z biskupem trzymała ludność polska, więc był to jakiś ogólny wyrok na cały lud polski. Nie poprzestał Henryk Probus na wyklęciu polskiego ludu we wrocławskiej dzielnicy; chciał, żeby i na G. Ślązku było tak samo. Najpierw wezwał Mieczysława Raciborskiego, żeby biskupa od siebie wypędził, a gdy książę nie chciał wygnańca rugować ze swego kraju, wyruszył Henryk na Racibórz z wojskiem. Rozpoczęło się oblężenie, które byłoby się może dłużej przeciągło; ale biskup Tomasz nie chciał, żeby przez niego znowu była wojna pomiędzy ślązkimi książętami, więc sam z miasta wyszedł do obozu Henryka, w ornacie i z pastorałem krocząc odważnie wśród nieprzyjaciół, aż do książęcego namiotu. Ta odwaga olśniła księcia, a zdobyła dla biskupa serca żołnierzy; w tej chwili wszyscy widzieli w biskupie nie wojennego przeciwnika, ale kościelnego zwierzchnika. Książę osłupiały nie wiedział z razu, co począć z tym księciem Kościoła, który sam w biskupich szatach oddaje mu się w ręce; mimowoli skłonił się przed tą godnością i pocałował biskupa w rękę.
Czterech kandydatów do korony polskiej
Zgoda we własnym domu tem potrzebniejszą była Probusowi, że zamierzał wystąpić na zewnątrz i za przykładem swego ojca pokusić się o Wielkie Księstwo, opróżnione po śmierci Leszka Czarnego, który tam wstąpił po Bolesławie Wstydliwym.
Bolesław Wstydliwy nie miał dzieci; następca po sobie wyznaczył Leszka Czarnego, księcia sieradzkiego, wnuka Konrada Mazowieckiego; zaczął tedy w roku 1279 Leszek II panować w księstwach krakowskiem. sandomierskiem i sieradzkiem. Był-to dzielny rycerz, a w sam raz takiego trzeba było w Malopolsce, zagrożonej ciągle od Litwi i Rusi. Podołał temu nowy książę; rozgromił księcia ruskiego Lwa, Jadźwingów starł do szczętu a Litwinów zwyciężył w krwawej bitwie. Nie umiał sobie jednak zyskać w domu serc poddanych; i on bowiem, dziwnym wyjątkiem w mazowieckiej linii Piastów, skłaniał się do niemieckiego obyczaju; lubialo go za to niemieckie mieszczaństwo, ale ziemianie krakowscy zapragnęli mieć innego pana i posłali sobie po jego stryjecznego brata, księcia czerskiego Konrada; niemieccy mieszczanie utrzymali jednak Kraków dla Leszka, który otrzymał też posiłki z Węgier.
Koniec jego rządów był smutny, bo doczekał się trzeciego najazdu Mongołów w roku 1287; wzięli naonczas 30,000 niewiast do sromotnej niewoli. Zmartwiony Leszek umarł w kilka miesięcy potem, bezpotomnie.
Miał Leszek Czarny rodzonego brata, Władysława z przydomkiem Łokietek, bo niskiego byt wzrostu; jak się jednak później okazać miało, w tem małem ciele chowała się wielka dusza. Udziałem jego było dotychczas księstwo brzeskie; po śmierci brata zajął teraz księstwo sieradzkie, a myślał też o Krakowie. Ale miał potężniejszych od siebie współzawodników: Na pierwszem miejscu młody król czeski Wacław, spadkobierca Ottokara, uważający się za zwierzchnika Ślązka, z tej przyczyny, że ślązcy książęta dostarczali już posiłków jego ojcu; radby też zdobył zwierzchność nad całą Polską, skoroby się tylko sposobność nadarzyła po temu. Książę Opolski, Kazimierz, złożył mu właśnie hołd w roku 1289 i byłby już jego sprzymierzeńcem. Myślał też o Krakowie książę Wielkopolski Przemysław, mąż dzielny i bardzo dobry polityk, wielki obrońca Wielkopolski przed brandenburską niemczyzną. I ślązki Henryk Probus zgłosił się także jako kandydat do wielkiego księstwa. Nie brakło więc Krakowowi lubowników.
Wszyscy czterej kandydaci mieli zamiar, żeby ustaliwszy się w Krakowie, wznowić po pewnym czasie dawną godność królewską; każdy z nich marzył o przywdzianiu polskiej królewskiej korony, a los zrządził, że trzech z nich rzeczywiście z kolei było królami polskimi.
Czy wszyscy czterej dobrzy byli na królów polskich? Dwaj z nich, Wacław czeski i Henryk wrocławski byli Niemcami, a dwaj drudzy, Przemysław i Łokietek gorliwymi Polakami. Gdyby Niemiec został na dłuższy czas królem polskim, gdyby w Krakowie usadowiła się niemiecka dynastya, czekałby prawdopodobnie Małopolskę taki sam los, jaki spotkał nieszczęsną ślązką ziemię; poszłaby w ręce Niemców, a Kraków byłby przedmurzem niemczyzny, Wisła byłaby niemiecką rzeką.
Ciekawa bardzo walka o tron krakowski była tedy w tych czasach walką żywiołu narodowego z cudzoziemszczyzną.
Obie pary kandydatów porozumiały się z sobą: Henryk z Wacławem, a Władysław Łokietek z Przemysławem. Król czeski, zajęty kłopotami u siebie w domu nie byłby mógł i tak teraz wystąpić skutecznie, skoroby mu ślązcy książęta nie pomagali; o Henryku Probusie zaś wiadomo było, że słabego jest zdrowia i długiego życia mu nie rokowano. Stanął więc między zniemczonym Piastem a zniemczonym Czechem układ, że teraz Henryk wrocławski sięgnie po Kraków, ale następstwo po sobie zapewni Wacławowi.
Po drugiej stronie stali Przemysław Wielkopolski i Władysław Łokietek brzeski i sieradzki książę. Przemysław już z dawna myślał o Pomorzu, jakby je na nowo do Polski przyłączyć. Wschodnie Pomorze uległo zwolna temu samemu losowi, co Ślązk: germanizacyi. pozostało jeszcze Pomorze Zachodnie ze stolicą Gdańskiem, narażone na niemiecki zabór z dwóch stron: od zakonu Krzyżaków i margrabiów brandenburskich. Było rzeczą niezmiernie ważną, jak się też rozstrzygną losy tej krainy nad dolną Wisłą; czy też germanizacya nie pożre równocześnie Krakowa i Gdańska, początku i końca Wisły? Książę pomorski Świętopełk był bardzo nieprzyjaźnie usposobiony dla książąt polskich: on to w Gąsawie zamordował Wielkiego Księcia Leszka Białego! Następcą jego był Mestwin; on miał rozstrzygnąć los Pomorza, tem bardziej, że był bezdzietnym. Otóż Przemysław Wielkopolski poświęcił całe życie swoje dopilnowaniu stosunków pomorskich i postanowił sobie dołożyć wszelkich sił, żeby księcia Mestwina odwrócić od niemczyzny, a na nowo pozyskać dla Polski i narodowej sprawy. Bezdzietny Mestwin zapisał już Pomorze margrabiom brandenburskim! Przemysław jednakże nie ustąpił i z największą wytrwałością próbował ciągle odwieść księcia od tego kroku, żeby tamten zapis zniósł, a księstwo zapisał na nowo jemu samemu, przezcoby Pomorze połączyło się z Wielkopolską.
Tą wielką sprawą zajęty niechciał się Przemysław oddalać z Wielkopolski i pozostawił Łokietkowi, żeby się sam ubiegał o Kraków.
W ten sposób z czterech kandydatów zostało dwóch: niemiecki Henryk Probus i polski Władysław Łokietek. Nierówne były ich siły. Łokietek był drobnem książątkiem, a do tego miał przeciw sobie całe to miasto, które pragnął zająć: Kraków zniemczony trzeba było dopiero mocą zdobywać, podczas gdy Probusowi mieszczaństwo dobrowolnie otworzyło bramy. Książę wrocławski do tego stopnia był pewny, że Krakowianie sami będą bronić jego sprawy i Łokietka nie dopuszczą, że małą tylko na zamku krakowskim zostawił załogę, a sam wrócił do domu. Tymczasem atoli Łokietek nie spał; lekceważył go sobie Henryk, że to słabe książątko, ale temu książątku do walki z Niemcami dostarczyli posiłków inni książęta mazowieccy; rycerstwo wielkopolskie posłał mu Przemysław a nawet z Pomorza, gdzie wzrastał wpływ Przemysława, przybyła garść wojowników. Na wieść, że Łokietek oblega Kraków, zdziwił się Probus; a właśnie chorował i wyruszyć osobiście nie mógł. Ale jak Łokietkowi gorliwi Polacy, tak też Henrykowi pomogli gorliwi Niemcy ze Ślązka: Henryk lignicki, syn Rogatki, Bolesław opolski i Przemysław sprotawski, syn Konrada głogowskiego. Ci Piastowscy potomkowie, polskie jeszcze nawet noszący imiona, poszli walczyć za niemiecką przewagę w Polsce! Spotkały się wojska pod Siewierzem 26-go Lutego 1289; nastała straszna bitwa, jedna z najkrwawszych bitew owego czasu, śmiertelna walka o polską lub niemiecką przewagę nad Wisłą. Książę opolski i sprotawski padli na polu walki, Polakom przypadło świetne zwycięztwo. Rychło zwrócili się pod Kraków, póki mieszczaństwo nie ochłonie z pierwszego przerażenia: Łokietek zasiadł na stolicy krakowskiej.
Mieszczaństwo atoli, ochłonąwszy z pierwszego strachu, wyprawiło do Probusa posłów, że zaraz mu znowu miasto wydadzą, skoro tylko przyśle nowe wojsko. Posyła tedy po raz drugi Henryka lignickiego, a ten znowu dwa razy pokonany w dwóch bitwach ze wstydem na Ślązk wraca. Natenczas Wrocławianie sami za swe pieniądze ofiarują Probusowi 3500 żołnierza, 1200 wozów do transportu i 100 wozów z przyrządami do oblegania miasta i proszą księcia, żeby jeszcze raz szczęścia próbował; dołącza tedy książę swoje rycerstwo, a sam nie mogąc z powodu ciągłej choroby ruszyć, powierza to trzecie wojsko znowu Henrykowi Lignickiemu. Tym razem nie odważono się już stoczyć z Łokietkiem bitwy, wymijano na wszystkie strony, żeby się tylko nie zetrzeć z polskiem wojskiem. O zwycięstwo im nie chodziło, bo inne mieli plany: oto zdrada, ułożona była z krakowskiem mieszczaństwem. Nocami, chyłkiem, podstąpili aż pod miasto, podczas gdy Łokietek myślał, że są jeszcze daleko, skoro o żadnej bitwie nie słyszał. Właśnie Łokietek wybrał się o zmierzchu przeglądać straże na murach, gdy wtem otwartemi zdradziecko bramami wpadają zastępy ślązkiego (niemieckiego) wojska do miasta i w ciemności, w zamieszaniu rzucają się na żołnierzy Łokietka, którzy w jednej chwili mieli też całe mieszczaństwo przeciw sobie. Każdy mieszczanin niemiecki gotów był Łokietka zdradzić, ująć i wydać. Niezwyciężony w polu mały, ale dziarski książę - nie umiał wojować ze zdradą; niechcąc być wziętym do niewoli i odstawionym do Wrocławia na pośmiewisko niemieckich mieszczan, trzeba było zaraz Kraków opuścić. Ale jak, skoro wszystkie bramy zajęte przez zdrajców? Natenczas zacni księża Franciszkanie pomyśleli o ratunku przyszłego króla narodowego. Tylna ściana ich muru ogrodowego wchodziła w mur miejski; tędy więc z muru na zamiejskie pole spuścili księcia, przebrawszy go przedtem na mnicha. Tak ocalał Łokietek dzięki pobożnym mnichom franciszkańskim.
Na zwolennikach Łokietka srodze się Niemcy ślązcy mścili. Co jeszcze w Krakowie było polskiej ludności, wszystkim popalono domy, a nawet plony w polu za miastem pomszczono; krakowskiego, zaś biskupa, Pawła, uwięziono. Było to w Sierpniu 1289.
Więc Henryk Probus zdobył ostatecznie Kraków, a z nim Wielkie Księstwo krakowskie i zarazem Księstwo sandomierskie. Miał polskiej ziemi sporo i mógł się gotować do koronacyi na niemieckiego króla w Polsce. Ale Opatrzność chciała, żeby zamiast na koronacyę - gotował się - na śmierć! Ani nawet jednego roku nie cieszył się posiadaniem Krakowa; umarł 24-go Czerwca 1290.
I co za dziwne zrządzenie Opatrzności. Henryk Probus przed śmiercią, przed samą śmiercią, przejrzał, że przez całe życie błądził i w sam dzień śmierci wydał dokumenty, któremi pragnął naprawić wszystko w obliczu grozy śmierci. I ten ciemięzca biskupów przyznał w ostatniej chwili życia słuszność biskupowi wrocławskiemu i przystał na wszystko, o co się dawniej przez 6 lat z nim spierał. I ten zażarty Niemiec, wróg wszystkiego, co polskie, w ostatnim dniu życia zapisał Kraków i Sandomierz - Przemysławowi Wielkopolskiemu! Ślązkie zaś swoje posiadłości zapisał jedynemu ze ślązkich książąt, który nie popierał nigdy jego zamiarów, jedynemu, który jeszcze na Ślązku polskiej się trzymał strony, Henrykowi głogowskiemu! A przecież nie brakło bliższych krewnych, którzy mu służyli przez całe życie, przecież żył Henryk lignicki, który mu trzy razy wodził wojsko na Kraków. Przecież w myślj dawniejszej umowy następcą jego w Krakowie miał być król Wacław czeski! Ale ci wszyscy pominięci a Probus na łożu śmierci pamięta tylko o tych, którzy polskiej służą sprawie, jakby chciał wołać z grobu na resztę ślązkich książąt: Widzę, żem zbłądził i zawróciłem; zawróćcie i wy i bądźcie tem, czem was Pan Bóg stworzył: Polakami! Prawdziwie nie sami ludzie kierują losami narodów, ale Opatrzność.
Przemysław Wielkopolski pilnował tymczasem Pomorza, które miał odziedziczyć gotowym już testamentem Mestwina. Do Wielkopolski, Pomorza, miała teraz jeszcze przybyć ziemia krakowska i sandomierska. Ale nie było danem Przemysławowi panować w Krakowie. Ubiegł go Wacław czeski, któremu obojętną była ostatnia wola Probusa. Zaraz na wieść o śmierci Henryka, wyruszył Wacław do Polski; po drodze, w Ołomuńcu, przystali do niego i złożyli mu hołd książęta ślązcy: Kazimierz bytomski, Mieczysław opolski i Bolesław cieszyński. Mieszczaństwo krakowskie z radością powitało Wacława.
Nie zajął jednakże król czeski całej spuścizny po Probusie: sandomierską przynajmniej ziemię zajął w sam czas Łokietek, który znowu do walki wystąpił; po krótkim czasie zdobył gród Wiślicę, zkąd trapił licznemi podjazdami czeskie załogi, ufny w pomoc polskiego rycerstwa krakowskiej ziemi.
Król Wacław zebrał wielkie wojsko i przyzwał na pomoc margrabiego brandenburskiego Ottona; przyłączyli się do nich czterej ślązcy książęta opolscy, którzy już dawniej hołd zniemczonemu Czechowi złożyli, a teraz pociągnęli jeszcze swoim przykładem nowego zaprzańca polskości, księcia Raciborskiego. Całe to duże wojsko ruszyło na Łokietka i zajęło rodzinny jego gród, Sieradz. Szczęście opuściło tym razem zupełnie Łokietka; popadł on w moc Wacława i pod tym tylko warunkiem otrzymał wolność, że hołd złoży Wacławowi. Uczynił to Łokietek, bo uczynić musiał, ale przecież zastrzegł się uroczyście, że składa hołd Wacławowi, nie jako królowi czeskiemu, (jak to czynili książęta ślązcy), ale jedynie jako Wielkiemu Księciu krakowskiemu. Było to w roku 1291. Zdawało się, że nadzieje narodowe już przepadły; jednak miała potem gwiazda Wacława, gwiazda cudzoziemczyzny, wznieść się jeszcze wyżej, a przecież nie zginęła myśl narodowa, pielęgnowana przez Łokietka i wielkopolskiego Przemysława.
Przemysław doczekał się w r. 1295 Pomorza; w Grudniu 1294 umarł Mestwin, a Przemysław w Lipcu 1295 bez najmniejszej przeszkody ze strony ludności kraj ten zajął i w ten sposób polskie panowanie do morza rozszerzył. Teraz miał ręce wolne na północy i należało oczekiwać, że książę zwróci się na południe i pokusi się o Kraków. Z Łokietkiem w zupełnem był porozumieniu; niskiego wzrostu, ale wysokiego umysłu książę Władysław byłby mu szczerze dopomógł. W Krakowie, zasiadłszy na Wielkiem Księstwie, połączywszy Małopolskę z Wielkopolską i Pomorzem, miałby Przemysław sięgnąć nareszcie po koronę królewską. Nagle jednakże postanawia Przemysław koronować się od razu, przed walką o Kraków! Jak gdyby miał przeczucie, że już za ośm miesięcy śmierć go czeka, że po ośmiu miesiącach będzie naprzeciw potężnego Wacława sam już tylko słaby Łokietek. Jak gdyby Opatrzność chciała, żeby wskrzeszenie polskiej korony od Polaka wyszło, a nie od cudzoziemca.
Tego samego jeszcze miesiąca, w którym objął rządy Pomorza, dnia 26-go Lipca 1295 roku, koronował się Przemysław w Gnieźnie na króla polskiego, za zgodą stolicy apostolskiej. Koronował go arcybiskup gnieźnieński Jakób, a assystowali biskupi krakowski, poznański, kujawski i wrocławski biskup Romka. Z książąt ślązkich nie było przy tym akcie nikogo, bo książęta byli za Wacławem który ze swej strony protestował przeciw tej koronacyi; ale biskup wrocławski przynajmniej ocalił honor Ślązka, assystując przy koronacyi króla polskiego.
Ten król połową tylko Polski rządził, ale bądźcobądź błysnęła znowu nad Polską korona. A korona była widomym znakiem zamiaru zjednoczenia na nowo wszystkich księstw polskich w jedno wielkie państwo. W koronie Przemysława było ognisko Polaków, w koronie polskiej duma narodu i jego otucha. Kto tę koronę na nowo na światło wydobył, ten był zaiste mężem Opatrzności, a narodowi strapionemu, rozdzielonemu na nowo dodał otuchy, wskazując wielki cel: żeby być na nowo królestwem w Europie, na nowo wielkim narodem i wielkiem państwem.
Rozumieli dobrze Niemcy, że korona Przemysławowa, to ich klęska; ten król będzie chciał mieć Polskę dla Polaków, nie dla Niemców!
Niemcy nie wydali Przemysławowi wojny; ale kiedy król w Lutym 1296 roku przepędzał mięsopust w Rogoźnie, napadła go zgraja łotrów i nocą, śpiącego, w łóżku zamordowała.
Takie były losy owego Przemysława, którego Henryk Probus, nawrócony niejako na łożu śmierci, pragnął mieć swoim dziedzicem w Krakowie. Przypatrzmy się teraz losom tego księcia, któremu Henryk Probus zapisał swoje ślązkie posiadłości. Historya księcia Henryka głogowskiego bardzo jest zajmująca ze względu na to, że w tych-to czasach rozstrzygała się ostatecznie polityczna przyszłość Ślązka.
Niemiecki Wrocław nie chciał ani nawet słyszeć o Henryku głogowskim, ale upierając się przy poprzednim układzie Henryka Probusa z królem Wacławem, chcieli miasto koniecznie wydać zniemczałemu Czechowi. Wacław zajęty gdzieindziej nie przybywał; więc Wrocławianie posłali sobie tymczasem przynajmniej po Henryka ligmckiego, tego, który ich na Kraków wodził i z Łokietkiem wojował. Ten przybywszy objął rządy pod imieniem Henryka V. Król czeski byłby wolał sam od razu zająć Wrocław, skoro to atoli było niemożebnem, zastrzegał sobie przynajmniej prawa do Ślązka; uczynił to zaś w tej formie, że w roku 1290 oddał Ślązk pod zwierzchnią władzę cesarza niemieckiego Rudolfa Habsburga, od którego przejął go dopiero jako lenno Rzeszy Niemieckiej! Na razie było to wszystko jeszcze tylko na papierze, ale dobrze jest wiedzieć, że król czeski jeszcze Ślązka nie miał, a już go z góry do Niemiec przyłączał.
Tymczasem Henryk V, lignicki i wrocławski już książę, wiedział dobrze, że z księciem głogowskim trzeba będzie stoczyć walkę. Sprzymierzeńca naturalnego miał w bracie swym Bolku jaworzyńskim (który ożenił się z księżniczką brandenburską) ale Bolko kazał sobie za sojusz zapłacić i zażądał podziału spadku po Probusie; gdy Henryk V nie chciał przystać na wygórowane żądania brata, ten bez skrupułu obrócił chorągiewkę i połączył się przeciw bratu z księciem głogowskim. Teraz obaj razem żądali podziału kraju i wymusili go wreszcie ciągłą wojenką podjazdową. W roku 1291 nastąpił tedy podział ślązkiej spuścizny po Probusie i to w taki sposób:
Bolko dostał Strzygłów, Świdnicę, Rychbach, Ząbkowice, Ziembice i Strzelin, z których to posiadłości powstały księstwa świdnickie i ziembickie, - a Henryk głogowski dostał Bolesław, Hajnów, Ścinawę, a z drugiej strony Odry Górę, Milicz, Trzebnicę i Syców; pożądane mu bardzo były te właśnie miasta wzdłuż granicy Wielkopolskiej, bo się spodziewał, że będzie kiedyś spadkobiercą Przemysława Wielkopolskiego. Bolko założył sobie wśród swoich posiadłości nowy gród nazwany Fürstenberg i tytułował się odtąd księciem furstenberskim; żył w zgodzie z księciem wrocławskim i niczego już więcej nie chciał od Henryka V. Ale Henryk głogowski nie mógł zapomnieć, że z testamentu Probusa należało mu się całe dawne księstwo wrocławskie i przy nadarzonej sposobności wystąpił bezwzględnie przeciw Henrykowi V. Książę wrocławski naraził się nieopatrznie na niechęć jednej części swego rycerstwa, tak, że powstał przeciw niemu spisek. Głogowczyk połączył się ze spiskowcami i pojmał Henryka V-go w roku 1293 z nienacka, w kąpieli w Odrze, a pojmanego trzymali tak długo w srogiem i sromotnem więzieniu, aż nieszczęśliwy książki (w klatce przez dłuższy czas trzymany) podpisał, czego Głogowczyk żądał. Kazał sobie wtenczas zapisać wszystko, co tylko jeszcze do księstwa wrocławskiego należało na prawym brzegu Odry. Henryk V. złamany tem upokorzeniem, nie był odtąd zdatny do niczego; umarł w roku 1296, wyznaczywszy na opiekuna swych małoletnich dzieci Bolka fürstenberskiego, który kazał sobie za to dać gród Sobótkę pod Świdnicą, ale potem już opiekę sprawował rzetelnie, a nawet odzyskał od Henryka głogowskiego Hajnów i Bolesław, odebrawszy mu te grody, podczas gdy Głogowczyk zajęty był walką - z Władysławem Łokietkiem.
Król polski Przemysław naznaczył Henryka głogowskiego swym następcą, - lecz część Wielkopolan przyzwała Władysława Łokietka, Po krótkiej a wcale leniwo prowadzonej walce pogodzili się obaj w ten sposób, że Łokietek ustąpił Głogowczykowi zachodnią połowę Wielkopolski z miastem Poznaniem. Uczynił to Łokietek zapewne w tej myśli, że okupiwszy się tak ślązkiemu księciu zyska w nim za to sojusznika przeciw czeskiemu Wacławowi, który także sięgał po spuściznę Przemysławową. Ale zawiódł się srodze; Henryk głogowski opuścił Łokietka i pozostawił go samego w walce z nierównie silniejszym Wacławem. Skutek był fatalny: Łokietek wyzuty ze wszystkich swoich posiadłości, a Wacław przyłączywszy do księstw krakowskiego i sandomierskiego jeszcze połowę Wielkopolski, koronował się w roku 1300 w Gnieźnie na króla polskiego. Z polską koroną zrobił to samo co przedtem ze Ślązkiem: uznał nad Polską niemieckie zwierzchnictwo i wziął kraje polskie lennem od cesarza Albrechta. Po koronacyi wrócił do Pragi, zostawiwszy w Polsce swoich namiestników, którzy pozostawili po sobie pamięć najcięższych ciemięzców i zdzierców.
W rok po tej koronacyi niemieckiego lennika umarł książę Bolko, który jako opiekun dzieci Henryka V., zarządzał wrocławską dzielnicą. Wrocławianie zaprosili znowu Wacława. Wacław mógł był teraz Wrocław zająć, ale bał się Henryka głogowskiego, który mając pod sobą połowę Wielkopolski, byłby mu szkodził i na Ślązku i w Polsce; mogła z tego powstać wielka wojna i zachwiałaby może nowym tronem Wacława, tem niebezpieczniej, gdyby równocześnie przeciw niemu walczyło się i na Ślązku i w Wielkopolsce; możeby na Ślązku rozbudziła przy takiej sposobności polska tradycya, uśpiona, ale niezupełnie jeszcze wymarła. Wszak w samym Wrocławiu było jeszcze trochę Polaków a nie brakło niechętnych Wacławowi. Obywatel wrocławski, Walter de Pomerio, wywoływał głośno na posiedzeniu magistratu, że burmistrzowi i pisarzowi miejskiemu nogi połamie, jeżeli jeszcze jeden list do Wacława napiszą; widać miał za sobą stronnictwo w kraju, jeżeli tak śmiało sobie poczynał. Wiedział o tem Wacław i wolał nie budzić ze snu tradycyj, które rozbudzone mogłyby na zawsze oderwać Ślązk od polityki niemieckiej; nie przyjął tedy panowania nad Wrocławiem, odkładając to do sposobniejszej chwili. Przyjął tylko "opiekuństwo" dzieci po księciu Henryku V.; najstarszego z nich, jedenastoletniego Bolesława, kazał sobie przysłać do Pragi, gdzie go zaręczył ze swoją sześcioletnią córką Małgorzatą; do Wrocławia zaś przysyłał swoich namiestników. Młody książę musiał w Pradze odstąpić swemu opiekunowi tych posiadłości księstwa wrocławskiego, które Głogowczyk wymusił na jego ojcu; w ten sposób przygotowywał się Wacław do rozprawy z Henrykiem głogowskim, która wcześniej czy później byłaby nieuniknioną, gdyby jej nie usunęła śmierć Wacława w roku 1305. Nastąpił po nim syn jego, Wacław III., ale rok zaledwie panował, zabity przez skrytobójcę w Ołomuńcu. Na nim skończyła się czeska królewska dynastya Przemyślidów. - Czesi powołać mieli na swój tron nowy jaki dom panujący. Po krótkiej przerwie objęli panowanie książęta luksemburscy, a pierwszy z nich posiadł ostatecznie władzę nad Ślązkiem.
Zanim to nastąpiło, wzmogło się niemieckie stronnictwo na Ślązku jeszcze bardziej. We Wrocławiu katedra biskupia stanowiła dotychczas przytułek i opiekę polskiego żywiołu. Ale po śmierci biskupa Romka, (który assystował koronacyi Przemysława), przemogli w kapitule kanonicy niemieccy i wybrano na wrocławską stolicę biskupią pierwszego Niemca: Henryka von Würben, w roku 1301, właśnie, kiedy król Wacław był we Wrocławiu "opiekunem". Tak tedy sam początek czeskich rządów zadał tam ostatni cios polszczyźnie; już-to Czesi mieli zawsze ten szczególny dar, żeby dobrowolnie pracować na Niemców i szerzyć niemczyznę jeszcze zapamiętalej, niż rodowici Niemcy.
Po śmierci Wacława uwolniony z opieki książę wrocławski Bolesław wpadł zupełnie pod wpływ niemieckiego biskupa Henryka. Z Głogowczykiem próbował walczyć, ale bezskutecznie. Dopiero po śmierci Głogowczyka r. 1309 zaczyna się znowu walka o spuściznę po nim, po ostatnim księciu ślązkim, który opierał się zwierzchnictwu Niemców i Czechów, tych Niemców słowiańskich. Ale w roku 1309 panem Polski był już sam Łokietek i odtąd przynajmniej dla Wielkopolski i Małopolski nowa zaczyna się era. Polska miała się nareszcie odrodzić, - Ślązk niestety do tego odrodzenia przyłączyć się nie mógł, bo mu przeszkodzili zniemczeni ślązcy książęta. Po śmierci Henryka głogowskiego prawie wszyscy oni parli Ślązk nie ku Polsce, ale od Polski, ku niemieckim Czechom.
Odrodzenie Polski nie odbyło się jednakowoż bez wielkich trudności; podziwiać nam właśnie trzeba Łokietka, że nie upadł na duchu i pomimo, że co chwila los przeszkody mu sypał na drogę, jednak na swojem postawił. Zaraz na początek spotkała go ciężka klęska na Pomorzu. Tam ród możnowładczy Swięców chciał władzę zagarnąć dla siebie, a gdy Łokietek przytarł im rogów, przywołali na pomoc - Brandenburczyków! Margrabia brandenburski Waldemar zajął kilka grodów pomorskich, a wkrótce także stołeczny Gdańsk. Załoga polska trzymała się dzielnie, czekając na odsiecz Łokietka; wtem atoli nastała wojna z Rusią i Litwą i Łokietek nie mógł udać się na północ. Wtedy jeden z dowódców pomorskich, Bogusz, wpadł na pomysł, żeby przywołać na pomoc Krzyżaków; rozumował sobie bowiem, że oni, jako "jałmużnicy polscy", żyjąc na ziemi darowanej im przez polskich (mazowieckich) książąt, powinni Polsce dostarczyć pomocy, tem bardziej, jeżeli się im zwróci koszta poniesione na wojnę. Jakoż weszli Krzyżacy do grodu gdańskiego, Brandenburczycy odstąpili od miasta, - ale Krzyżacy i po wojnie zostali. Łokietek, bojąc się już podstępu, chciał ich co prędzej zapłacić i zażądał rachunku, aż tu oni za kilkumiesięczną obronę grodu (i to wespół z Polakami) zażądali 100,000 grzywien! (około czterech milionów marek!)9) Bezwstydne to żądanie było oczywiście obliczonem tylko na to, żeby pozostać w Gdańsku, żeby zyskać zwłokę. A w jakim celu? Oto zburzyli oni mury miejskie, rozzbroili mieszczaństwo, a w czasie wielkiego odpustu św. Dominika, który się łączył z walnym jarmarkiem w Gdańsku, napadli na bezbronną ludność i urządzili taką rzeź na ulicach, że 10000 ludzi wymordowali wtenczas na ulicach miasta, u progów świątyń i w zakątkach domowych. Podobnem haniebnem postępowaniem zajęli potem jeszcze grody Tczew i Świecie i opanowali całe nadwiślańskie Pomorze. Odtąd na polskiem Pomorzu urządzili sobie swoje państwo, założyli tu stolicę Malborg, gdzie zamieszkał też Wielki Mistrz Zakonu. Polskę zaś na długie lata odsunęli w ten sposób od morza; dorobek króla Przemysława poszedł na marne. Było to w roku 1309.
Następnego roku 1310 powołali Czesi na swój tron cesarzewicza niemieckiego, syna cesarza Henryka VII., z dynastyi luksemburskiej, imieniem Jana. Rodzina książąt luksemburskich była zupełnie niemiecka, a to podobało się książętom ślązkim. Król Jan, jako następca Wacława, przyjął zaraz tytuł króla polskiego i rościł sobie prawa do zwierzchnictwa nad całą Polską. Zawiązał stosunki z niemieckiem mieszczaństwem w Krakowie, gdzie wójt Albert, Czech rodem (zazwyczaj gorszy od Niemca!) i biskup Muskata, Ślązak rodem z Wrocławia, urządzili bunt przeciw Łokietkowi; przyzwali sobie do Krakowa tymczasem, na namiestnika niejako króla Jana, księcia Opolskiego Bolesława. Ale Łokietek Opolczyka wypędził i bunt stłumił, ukrócił butę niemieckiego mieszczaństwa w Krakowie i postarał się o to, żeby zarząd miasta spoczywał w ręku narodowem. Odtąd, od roku 1312 księgi miejskie krakowskie prowadzone są w języku łacińskim lub polskim, ale niemczyzna już w nich przepadła.
Takie były ciężkie początki rządów Łokietka. Pomimo to nie stracił on nigdy swej żelaznej zaiste wytrwałości i doprowadził do tego, że w roku 1320 koronował się uroczyście na króla Polskiego. Co zaczął Przemysław, - tego on dokonał; odtąd Polska wzrastać już miała w potęgę i sławę. Jan Luksemburski, król czeski, protestował przeciw tej koronacyi, twierdząc, że on jest prawym królem polskim; ale naród nie chciał już słyszeć o Czechach, szczęśliwy, że ma narodowego króla. Luksemburczyk tedy postanowił pospieszyć się przynajmniej z zajęciem Ślązka, który zniemczony krzywo patrzał na wzrost potęgi króla Władysława Łokietka.
Moralny upadek książąt ślązkich
Ślązk na coraz drobniejsze dzielił się cząstki. Trzebaby na to grubych książek, żeby opowiedzieć wszystko, jak jedno książątko napadało na drugie, jak siedząc w długach po uszy coraz większe prawa nadawali swoim wierzycielom, niemieckiemu mieszczaństwu, jak po kawałku kraj Niemcom zastawiali. Zwrócimy tylko uwagę na rzeczy najciekawsze.
Synowie Henryka V. wrocławskiego umówili się w roku 1311 o podział ojcowizny, dzieląc kraj na księstwa wrocławskie, lignickie i brzeskie. Te trzy księstwa dzieliły się potem znowu na cząstki. Dość powiedzieć, że samo małe już księstwo brzeskie rozpadło się potem jeszcze na księstwa brzeskie, niemczowskie, oławskie, strzeleckie i kluczborskie! Podziały te dawały coraz więcej przyczyn do zwady. Wrocławski Henryk VI., wielki niedołęga, uciekł się raz do opieki Łokietka, nie mogąc sobie dać rady z Wrocławianami. Łokietek uspokoiwszy mu księstwo, oddał mu je nie uszczuplone, niczego za to nie żądając. A niewdzięczny Henryk zaczął zaraz potem konszachty przeciw Łokietkowi z królem czeskim Janem. Co za różnica pomiędzy Krzyżakami, którzy chytrze i zbrodniczo zajęli sobie Gdańsk a uczciwością polskiego króla, który dobrowolnie oddał Wrocław, komu należało, choć sam sobie tem zaszkodził!
Dwaj bracia tego Henryka nieszczególnie się odznaczyli w historyi: Bolesław brzeski sławny był z tego, że wszystko pozastawiał: Lignicę za 8000 grzywien, Hajnów za 4000, Złotogórę i Niemcze po 3000; nareszcie nie mając już nic, dał Wrocławianom w zastaw własnych swoich synów, Wacława i Ludwika. - Drugi brat Władysław lignicki, był prostym rabusiem gościńcowym, plądrując po drogach z "rycerzem" niemieckim Hornsbergiem. Nareszcie zmówiło się raz nań 20 chłopów, pojmało i odstawiło do brata Bolesława do Brzegu, z prośbą, żeby go nie puszczał na ludzi. Brat kontent był, że się przez to obłowi posiadłościami Władysława i tak długo też trzymał go w ciężkiem więzieniu, aż książę Władysław dostał obłąkania. Potem go wypuścił, a Władysław odzyskawszy trochę zdrowia, zajechał sobie aż na Mazowsze, bo się dowiedział, że tam w rodzie mazowieckim jest księżniczka na wydaniu, stara panna i bardzo brzydka, ale z posagiem. Ożenił się, posag przehulał, aż mu został tylko jeden koń. Więc jeździł sobie konno po Ślązku od dworu do dworu, od proboszcza do proboszcza, po miasteczkach i klasztorach i tak się żywił.
I Henrykowi Głogowskiemu nie udały się dzieci; jeden z nich tylko Przemysław, dobrą po sobie zostawił pamięć, ale inni samych tylko kłopotów przysparzali Ślązkowi. Z działów pomiędzy nimi wyłoniło się księstwo Oleśnickie, które do największych i najzamożniejszych na Ślązku należało. Po śmierci ojca próbowali oni, czyby się nie udało utrzymać Wielkopolskę, ale Wielkopolanie woleli teraz Łokietka, który też w roku 1314 całą tę dzielnicę zajął; nie pomogło, że Głogowczycy zmawiali się z niemieckiem mieszczaństwem w Poznaniu. Potem jeszcze Łokietek musiał ich godzić przy działach na Ślązku; głównie też dzięki czynności Łokietka utrzymało się księstwo oleśnickie; i drugi raz jeszcze potem, w roku 1323 zmusił Łokietek książęta ślązkie do pokoju między sobą.
Niemcom na Ślązku nie podobało się, że król polski zaczyna wywierać przewagę nad niektórymi książętami. Wiedzieli oni dobrze, ze Ślązk jest polskiem lennem, że Wielki Książę krakowski, a tem bardziej teraz król polski, jest prawowitym zwierzchnikiem Ślązka i bali się, żeby książęta nie zawarli z Łokietkiem bliższych stosunków. W roku 1325 wysyłają tedy Wrocławianie aż dwa poselstwa do czeskiego króla Jana, żeby sobie Ślązk przywłaszczył, książę zaś wrocławski, ów Henryk VI., zawiera w następnym roku przymierze przeciw Łokietkowi z Krzyżakami. Król Jan dołączył się chętnie do tego spisku i w roku 1327 wypowiedział Polsce wojnę. Czechy, Zakon Krzyżacki i cały niemal Ślązk stanęły przeciw Odnowicielowi Polski; było już tych wrogów dosyć, a w ostatniej chwili przyłączyli się jeszcze także margrabiowie brandenburscy. Nie uląkł się mężny Łokietek i szybko wpadł do Brandenburgii, poczem rozpoczął czteroletnią wojnę z Zakonem, zakończoną świetnem zwycięztwem pod Płowcami w roku 1331.
Wojna ta byłaby się zapewne przyczyniła do jeszcze większego wzmożenia Polski, gdyby książęta ślązcy byli Polakami. Gdyby nie ślązka niemczyzna, nie byłby się mógł wmieszać w wojnę król Jan, który wyzyskał ją do tego, żeby Ślązk przyłączyć do czeskiej korony. Podczas gdy Łokietek zajęty był ciężką wojną z Krzyżakami, Jan Luksemburski zjechał na Ślązk dwa razy. Już w roku 1327 Henryk VI. oddał Wrocław Czechom i to nie jako lenno, ale wprost jako bezpośrednią własność, zastrzegłszy sobie tylko dożywocie; w ślad za nim składali skwapliwie hołd niemieckiemu królowi Czech książę opolski, lignicki, brzeski, oleśnicki, ścinawski, żegański i inni. Cóż ich do tego wiodło? Zniemczenie, germanizacya tak im wypaliła serca, że z niechęci, iż polskie imię znów blaskiem się okrywa, z zaciekłej zazdrości, iż dom Piastowski w innej linii znowu królewską koroną jaśnieje, woleli służyć obcemu domowi, niż znieść spokojnie przewagę Krakowa; nienawidzili innych linij swojego własnego Piastowskiego rodu, a przez to niecierpieli też wszystkiego, co polskie; w swym własnym kraju nie znosili przecież polskiego ludu, popierając Niemców.
Jeden tylko Przemysław głogowski odmówił hołdu królowi Janowi, i nakłonił też na polską stronę swego szwagra Bolka fürstenberskiego. Król Jan gotował wyprawę na Głogów; właśnie, gdy niemiecko-czeskie wojsko zdążało pod miasto, umarł niestety książę Przemysław, a Bolko nie zdołał grodu dostatecznie obronić i Czesi zajęli Głogów. (Łokietek był ciągle na wojnie z Krzyżakami.) Książę Bolko sam długo się jeszcze opierał, ale zbyt był sam słaby, żeby Ślązk ochronić od niemieckiego panowania.
Gdyby Ślązk był stanął po stronie Łokietka, a przynajmniej, żeby nie był pomagał Janowi czeskiemu, inaczejby się skończyła wojna z Krzyżakami. Rycerstwo polskie dokazywało wprawdzie cudów męztwa i odniosło pod Płowcami świetne zwycięztwo, ale Krzyżak pokonany w polu zamykał się w grodach, wiedząc, że Łokietek nie może się zabrać do długiego oblegania, skoro ma tyły od Ślązka niepewne. Chociaż pobici w roku 1331 pod Płowcami, zebrali się jednak na nową wojnę następnego roku, bo im król Jan, wzmożony posiłkami ślązkich książąt, wyruszył od Ślązka z pomocą. Krzyżacy zajęli Kujawy i posunęli się daleko w głąb Polski w roku 1332; zmartwiony Łokietek umarł roku 1333, bojąc się, czy jego praca całego życia nie pójdzie na marne. Ale nie zmarniał owoc pracy dzielnego króla, bo choć dużo było klęsk i nieszczęścia, choć utracone Kujawy i Ślązk i Pomorze, choć Łokietek przy śmierci znacznie szczuplejsze miał panowanie, niż z początkiem rządów, jednakże zrobił on jedno, co więcej warte od zwycięztw. Władysław Łokietek rozbudził ducha narodowego. Duch narodowy sprawił, że znalazło się jeszcze dosyć siły nietylko na odzyskanie Pomorza i Kujaw, ale też do znacznie większych jeszcze czynów. Klęski Łokietka miały tylko chwilowe znaczenie, a duch narodowy pozostał na wieki. I dlatego to zawsze wszyscy historycy sławić będą tego króla za jego dzielność, wytrwałość i niezłomną miłość ojczyzny.
Ślązk przechodzi pod czeską koronę
Po Władysławie Łokietku nastąpił na polskim tronie syn jego Kazimierz, nazwany Wielkim, a także królem chłopków. Wielkim nazwany jest za to, że mądrością swoją wyprowadził skołatane państwo z najniebezpieczniejszego położenia. Widząc, że Krzyżakom, Brandenburczykom i Czechom, złączonym naraz, nie poradzi, zaprzestał wojen i wolał na razie dać Krzyżakom Pomorze w lenno, zastrzegając sobie tylko roczną daninę na znak swego królewskiego zwierzchnictwa, byle tylko Krzyżacy oddali Kujawy, a wojen już zaprzestali. Polska musiała się bardzo dopiero zagospodarować, zanimby mogła wystąpić pewna swego; wolał Kazimierz mieć mniejsze państwo, byle tylko w tem państwie rosły spokojnie te siły, które potem będą potrzebne do rozszerzenia go. Dlatego to, żeby mieć pokój, tak potrzebny dla zagospodarowania się, dał Krzyżakom Pomorze na odczepne.
Król Jan wystąpił i przeciw Kazimierzowi z uroszczeniami do korony polskiej; ciągle też jeszcze tytułował się królem polskim. Żeby mieć od tej strony spokój, zrzekł się Kazimierz zwierzchnictwa nad tymi książętami ślązkimi, którzyby sami pod Czechy chcieli należeć. Wiemy, że prawie wszyscy książęta poskładali już przedtem hołdy Janowi i wiemy, że gotowi byli raczej do wojny, niż do uznania polskiej zwierzchności. Ustępując ich więc Janowi, ustąpił król kraju, który i tak już do Czech należał. Chcąc Ślązk odzyskać, trzebaby prowadzić wojnę z dynastyą luksemburską, a rozumiało się samo przez się, że do tej wojny wmieszałyby się zaraz Brandenburgia i Krzyżacy; odzyskać więc Ślązka teraz nie było można. Król Jan, nosząc tytuł króla polskiego, miał ztąd zawsze gotowy tytuł do wojny. Każdego roku trzeba się było obawiać, czy mu się nie zachce ten tytuł zamienić na rzeczywistość; każdego roku ta wieczna obawa, czy się nie będzie miało znowu na karku w sojuszu z Janem Brandenburgii i Krzyżaków. Skoro więc Jan gotów był za odstąpienie praw zwierzchniczych nad Ślązkiem zrzec się uroszczeń swych do korony polskiej, - należało skorzystać z tego.
Stanął tedy w Trenczynie w roku 1335 układ, mocą którego zrzekał się król Kazimierz praw nad tymi książętami ślązkimi, którzy złożą hołd koronie czeskiej; znaczyło to, że gdyby jednak który książę odmówił Czechom hołdu, może pozostać przy Polsce. Trzech tylko książąt skorzystało z tego zastrzeżenia: książęta świdnicki, jaworzyński i ziembicki nie przystali do Czechów, reszta wyrzekła się Polski i odtąd był Ślązk pod koroną czesi Jakie go tam czekały rozkosze, dowiemy się w następnych rozdziałach.
A właśnie oddalił się Ślązk od pnia ojczystego, gdy pień ten na nowo zakwitał. Skończyły się wojny z Litwinami, a nawet zaczynał się sojusz obojga narodów, gdyż król Kazimierz miał Litwinkę za żonę, córkę Wielkiego Księcia Litwy, Gedymina, która na chrzcie św. przyjęła imię Aldony. Krzyżacy dokuczali Litwie jeszcze bardziej, niż Polsce; przeciw Krzyżakom wiązała się też Litwa z Polską, aż wreszcie wspólnemi siłami zmiażdżono wspólnego wroga.
Chwilowy ubytek Pomorza wynagrodził król Kazimierz zajęciem Rusi Czerwonej. Zajął ją roku 1341, gdy wymarli książęta tej ziemi, i gdy Tatarzy chcieli ją zająć całkiem dla siebie.
Lud polski na Ślązku, jedyny prawy tej ziemi obywatel, został przez swych książąt do reszty zaprzedany niemczyźnie właśnie w chwili, gdy w Polsce panował król chłopków, nazwany tak dla wielkich dobrodziejstw świadczonych ludowi wiejskiemu. (Będzie o tem jeszcze w następnym rozdziale).
Zniemczeni ślązcy Piastowie zaczęli odtąd używać za herb orła czarnego, zamiast polskiego białego. Naród polski odpowiedział im to uchwałą, że żaden ze ślązkich Piastów nie może być nigdy dopuszczony do dziedzictwa tronu polskiego, ani do sprawowania opieki w razie małoletności króla, ani do wielkorządztwa, ani nawet do wojewodzińskiej godności w Polsce.
Król
czeski starał się jeszcze usilnie o to, ażeby teraz biskupstwo wrocławskie
oddzielić od metropolii gnieźnieńskiej, a przyłączyć do
arcybiskupstwa prazkiego. Był w tym czasie biskupem potomek dawnej
szlachty polskiej, imieniem Przecław; zasiadał długo na stolicy
biskupiej, bo od roku 1342 do 1376. Imię miał polskie, ale król
Kazimierz Wielki uważał go za niepewnego Polaka i nie był rad z jego
wyboru; tem bardziej też pilnował, żeby biskupstwo zostało pod władzą
arcybiskupa gnieźnieńskiego. Na dworze papiezkim krzyżowały się długo
starania obydwóch królów: czeskiego i polskiego;
Ten biskup Przecław ważny jest w dziejach biskupstwa wrocławskiego, ponieważ je bardzo zbogacił. Nabył on Grotków w ziemi opolskiej i wielkie dobra na granicy morawskiej; od jego czasów biskupstwo wrocławskie zaczęło nazywać "złotem" z powodu niezmiernych dostatków.
V. Stosunki wewnętrzne w okresie podziałów
Przebyliśmy w poprzednim rozdziale okres Polski podzielonej na dzielnice książęce i przyjrzeliśmy się w końcu, w jaki sposób te dzielnice znowu się zrastać poczęły w jedno państwo. Od śmierci Bolesława Krzywoustego, który testamentem podzielił kraj pomiędzy synów, upłynęło do śmierci Kazimierza Wielkiego, który na nowo Polskę zagospodarował, lat 231 (1139-1370); półtrzecia blisko wieku! Dużo czasu, ośm pokoleń ludzkich - przestrzeń czasu aż zbyt wielka, żeby się nie miały zmienić stosunki kraju i jego mieszkańców. I zmieniły się też rzeczywiście bardzo. W poprzednimi rozdziale, zajęci ciągle walkami i zmianami książąt, nie mogliśmy zwrócić uwagi na niejedno, co dotyczy ustroju społeczeństwa i tak zwanych spraw wewnętrznych; teraz poświęcimy temu osobny rozdział.
Samo przez się rozumie się, że przez podziały osłabiła się bardzo władza monarsza. Wszyscy ci książęta i książątka razem nie mogli mieć takiej potęgi, jak dawniej jeden król jednolitego państwa. Widzieliśmy, że byli oni słabymi nie tylko w obec zewnętrznego wroga, ale nawet w obec własnych poddanych; widzieliśmy, jak zależni byli nie tylko od możnych rodów wielkopańskich, ale nawet od mieszczaństwa, które też nieraz rozstrzygało, kto ma zasiadać na stolicy książęcej.10) Czem drobniejsze księstwo, tem słabszy i uboższy książę, tem bardziej zależny był od możnych i bogatych, ale za to, jeżeli miał złą naturę (co się ślązkim książętom nieraz zdarzało), tem sroższy dla nizkich i ubogich. Nie dziwota więc, że gdy Kazimierz Wielki wstępować miał na tron, były bardzo dobre czasy dla bogactwa, ale ubóstwo miało się o dużo gorzej, niż przedtem i dopiero ten wielki król miał to przemienić, o ile to było w jego mocy.
Coraz więcej było możnowładztwa, z tego choćby powodu, że coraz więcej było urzędów, które prowadziły do godności i majątku. Dawniej na całą Polskę jeden był tylko wojewoda, t. j. naczelny wódz wojska i zastępca niejako królewski; ale potem każde księstwo wojewody potrzebowało i utworzyło się sporo województw. Gdy któremu z książąt udało się połączyć pod sobą dwa lub trzy księstewka, nie mógł tych wojewodzińskich godności poznosić, boby przeciw sobie oburzył całe możnowładztwo; zostawił je tedy nadal i każda ziemia miała odtąd już na zawsze swojego wojewodę. Łokietek miał ich już kilkunastu. W ten sposób urządził się podział Polski na województwa, a podział ten trwał aż do końca państwa; wojewoda był potem dygnitarzem nie tylko wojskowym, ale też sądowym i administracyjnym, jako najwyższy urzędnik swojej ziemi.
Powiększyła się też w tym okresie ilość grodów, to jest miejsc warownych. Dawniej, w jednolitej Polsce, nie trzeba było wielu grodów w środku kraju; w okresie podziałów każde książątko, choćby najmniejsze, starało się mieć gród na wypadek wojny ze swoim sąsiadem, drugiem jakiem książątkiem; nie ufał jeden drugiemu i obaj stawiali grody - przeciw sobie. Prawdziwa zaś nastała przyczyna stawiania nowych grodów, gdy Litwini, Rusini, a wreszcie Krzyżacy zaczęli na kraj napadać; granice od ich strony musiały być koniecznie wytyczone warowniami. Ztąd coraz większa ilość kasztelanów, tj. naczelników grodów i przełożonych załóg w nich pozostawionych.
Dostatki możnowładztwa opierały się na rozległych posiadłościach ziemskich, których większa połowa pochodziła z darów książęcej hojności. Prócz plonów rolnictwa korzystał możny pan z myt przewozowych na rzekach, z opłat targowych, z targów ustanowionych za książęcym przywilejem i z czynszów osadników.
Zwykła szlachta stanowiła właściwą rycerską warstwę narodu. Posiadłości ich dziś uchodziłyby za dość znaczne i starczyłyby na świetne utrzymanie domu; ale przy ówczesnym stanie gospodarstwa i małej wartości ziemi można tę warstwę uważać tylko za średnio zamożną. Kto z nich kilkoro miał dzieci, był w kłopocie, jak je wyposażyć. Nie ziemia też, ale służba książęca była głównem źródłem dochodu szlachcica; towarzysząc księciu w objazdach dworu po krają i miał utrzymanie na książęcym dworze, i miał sposobność przysłużenia się czy-to czynem i usługą prawdziwą, czy-to zręcznem słówkiem powiedzianem w dobrą godzinę; książę, szafarz całego kraju, bardzo często robił podarunki, a komu szczęście na dworze służyło, wracał zbogacony. Głównem jednakże źródłem zarobku była wojna, łup wojenny; rycerstwo niosło swe życie na plac boju, ale też nawzajem żyło z wojny i niejeden stary żołnierz chował w domu skarby z wypraw wojennych. Co zaś najważniejsza, na wojnie była sposobność odznaczenia się; podać księciu swojego konia, gdy książęcego ubito, odwrócić cios nieprzyjaciela na księcia wymierzony, wytropić zasadzkę wroga, - a fortuna była zrobiona, bo książę rycerskie przysługi cenił nadewszystko. Kto miał sposobność nadzwyczajnie się odznaczyć, ten był pewnym nadzwyczajnej nagrody i nie brakło też przykładów, że niejeden szedł na wojnę chłopem, a wracał panem w pełni łask i zaszczytów książęcych. Pochodzenie bowiem było rzeczą obojętną i panowała wówczas w tej mierze najściślejsza sprawiedliwość; kto się na wojnie zasłużył, ten odbierał nagrodę, choćby niskiego był rodu. Męztwo osobiste i dzielne serce było pewną drogą do wyniesienia: toteż chętnie się garnęli do wojskowych drużyn księcia, a w pokoju| pilnowali pańskiego dworu. W domu bywał rycerz rzadkim gościem, rolnictwem się nie zajmował. Gospodarstwo zostawiał żonie i włódarzowi.
Rolnictwo spoczywało przeważnie w ręku swobodnego ludu, którego wówczas było jeszcze sporo. Chłop swobodny coraz częściej jednakże próbował szczęścia na wojnie, a choć był w wojsku z początku na szarym końcu, i z szarego końca mogła mu się wydarzyć sposobność, żeby powrócić do domu - szlachcicem. Ci, którym się poszczęściło, pozostawali szlachtą, a którzy szczęścia nie mieli, zaniedbali próżno gospodarstwa i popadli w nędzę. Stan ten coraz też mniej liczył członków, a w miarę, jak role trzeba było dzielić między dzieci, coraz był słabszym: jedni ze swobodnych chłopów poszli wyżej, a drudzy niżej, spadając do rzędu chłopów niewolnych.
Niewola powstawała głównie z wojny, jeniec wojenny był niewolnikiem, którego osadzono po większej części na gruncie, gdzie musiał pracować na cudzem, nie mając prawa zmienić miejsca pobytu. Do dziś dnia takie nazwiska wsi, jak np. Prusy, Pomorzany, Rusie, Czechy, Węgrzce itp. są pamiątką, ze wieś powstała z osady jeńców wojennych pruskich, czeskich itp.; taka wieś od samego początku była niewolna. W wielu też dokumentach owych czasów spotykamy nazwiska chłopskie, świadczące o cudzoziemskiem pochodzeniu. Pierwotnie bowiem Polak w Polsce niewolnikiem być nie mógł; jeżeli popadł na wojnie do niewoli, natenczas stawał się niewolnikiem nieprzyjaciela, np. Rusi, Czechów, Niemców i gdzieś za granicą stawał się także chłopem niewolnym; ale u siebie w domu był człowiekiem wolnym, chociażby był najuboższym. Niewoli ludu Polska ówczesna nie znała; niewolny lud, to był lud cudzoziemski, pojmany na wojnach. Potomkowie atoli tych niewolnych obcych spolszczyli się i w ten tylko sposób powstała u nas polska warstwa niewolnego ludu. O tem zresztą będziemy jeszcze mieli sposobność mówić w następnych rozdziałach. Historyi prostego ludu nigdy nie spuścimy z oka.
Czasem jednakże i swoi stawali się niewolnikami, t. j. przypisanymi do gleby i to dwojako: dobrowolnie i niedobrowolnie. Niedobrowolnie, najczęściej za długi; surowe bowiem prawo orzekało, że dłużnik nie mogący się wypłacić gotówką, powinien się wypłacić pracą, czyli, że miał pracować dla wierzyciela, a od pracy przymusowej na cudzem już tylko krok do niewoli. Ale o wiele częściej ludzie dobrowolnie w niewolę się oddawali. Swobodny chłop, gdy, zubożał i niemiał już z czego wyżyć, prosił się szlachcica lub klasztoru, żeby go przyjęli pomiędzy swoich niewolnych osadników. Wyznaczano mu tedy kawał gruntu, z którego musiał się plonem dzielić ze swym panem, tak że mu zostawało tyle, ile na utrzymanie potrzebował; więcej nic, ale też i nie mniej, bo panu zależało na tem, żeby robotnika utrzymać w sile i zdrowiu. Inwentarza musiał oczywiście pan dostarczyć. Takie dobrowolne oddawanie się w niewolę było w tym okresie rzeczą bardzo pospolitą; widać z tego, że ta niewola nie była tak straszną. Jakoż nie było mowy o żadnych nadużyciach, a chłop niewolny miał się pod względem materyalnym dużo lepiej od ubogiego swobodnego. Niewola ta polegała na dwóch tvlko zakazach: nie wolno było bez pozwolenia opuścić gospodarstwa i nie wolno było chodzić na wojnę. Robocizny na "pańskiem" wtenczas jeszcze nie było, bo szlachta całkiem jeszcze gospodarstwa folwarcznego nie prowadziła i w ogóle sama się rolnictwem nie zajmowała.
Jeżeli chłop niewolny był na gruncie książęcym, biskupim, klasztornym, lub możnego a ludzkiego pana, któremu nie zależało na tem, czy dostanie o kopę żyta mniej czy więcej, mógł się nawet zbogacić. Często bowiem umawiano się z nim tylko, ile z każdego żniwa odstawi do pańskiego spichrza, a cała reszta pozostawała jego własnością; czasem też nie o plony się umawiano, ale o czynsz roczny w gotówce. Chłop niewolny mógł bowiem mieć swoją własność z dochodów wyznaczonej mu roli, skoro tylko uczynił zadość swoim zobowiązaniom względem pana. Zobowiązania te były przeróżne, stosownie do umowy. Co pozostało i własnością było chłopa, z tem mógł sobie robić, co chciał i nikt nie krępował jego woli, byle tylko gruntu nie opuścił.
Przy rolnictwie jednak najmniej jeszcze było niewolnego ludu, większa część osad niewolnych trudniła się wyzyskiwaniem surowych płodów albo rzemiosłem jakiem, albo też przeznaczoną była do pewnych usług na dworze pańskim. Wiele było osad bartniczych, zajętych wyłącznie hodowlą pszczół i wyrabianiem miodu (piwa i wina prawie całkiem nie pijano); hodowano przeważnie roje pszczół leśnych, toteż i osady takie zakładano wśród lasów. Nad brzegami rzek i jezior zakładano osady rybackie i bobrownickie. Bobrów było wówczas w Polsce dużo, a kosztowne ich futra stanowiły znaczny dochód; na bobrowniczą osadę trzeba było osobnego pozwolenia książęcego. W niektórych okolicach prowadzono gospodarstwo wyłącznie pastewne, ztąd osady osobne skotników; gdzieindziej znowu osady koniarzy, gdzie pan chował stadniny. W pobliżu grodów, miast biskupich lub bogatych klasztorów powstawały osady rzemieślnicze: łagiewnicy do wyrobu drewnianego statku, zduny do glinianych naczyń, cieśle, kołodzieje, korabnicy do sporządzania łodzi i galarów do przewozu na rzekach, szewcy, kowale itd. Przy stolicach biskupich bywały też osady kucharzy, piekarzy, którzy kolejno musieli na dwór biskupi dostarczać wyrobów swojego rzemiosła; a także osady chłopów do posługi w kościołach i klasztorach. Pamiątką tych czasów i stosunków zostały po dziś dzień różne nazwy wsi, jak np. Bartnicze, Bobrowniki, Skotniki, Końskie, Łagiewniki, Zduny, Kowalewo, Kuchary, Piekary, Świątniki i t p.
Stan mieszczański polski wytwarzał się powoli; przeszkadzały szybszemu wzrostowi miast owe niewolne osady rzemieślnicze, które oczywiście odbierały zarobek rękodzielnikom po miastach; ale jeszcze bardziej przeszkadzały inne okoliczności, które utrudniały niezmiernie powstanie stanu dla miast najważniejszego, a mianowicie kupieckiego. Handel zwraca się zawsze tam, gdzie lepsze drogi, gdzie dogodniejsza komunikacya, bez której nie może się obejść. W owych czasach komunikacya, była przeważnie wodną; rzeki polskie, należąc do dorzecza Wisły lub Odry, wskazywały drogę ku morzu bałtyckiemu, a tymczasem dostęp do tego morza nie był w polskiem, ale niemieckiem ręku, w posiadaniu Krzyżaków. Póki wybrzeże bałtyckie nie wróciło do Polski, nie mógł się też rozwijać handel w tym kierunku. Drugi handlowy kierunek był na wschód, przez Ruś ku morzu Czarnemu: ale Ruś jęczała pod jarzmem tatarskiem, czyli mongolskiem. Dopiero gdy Kazimierz Wielki zajął Ruś Czerwoną, rozbudził się nagle handel wschodni, zwany lewantyńskim. Kosztowne wschodnie towary, purpura, kobierce, wyroby złotnicze i płody dalekich krajów, pieprz (nader drogi), muszkatowa gałka itp. przechodziły przez różne pośrednictwa na składy do Konstantynopola, gdzie zakupywali je kupcy Ormianie11) i przewozili aż do Lwowa, gdzie mieli swoje własne przedmieście. Tutaj skupowali ten towar kupcy krakowscy, od nich znowu wrocławscy i tak lewantyńskie towary dostawały się na zachód Europy. Druga takaż droga wiodła na Kalisz do Poznania.
Średnie wieki nie znały wolności handlowej. Kupiec miał przepisaną drogę, którędy i jak daleko wolno mu było wieść towary; po drodze musiał ustępować do wyznaczonych na to miast i przez przepisany czas towar swój tam wysprzedawać, a dopiero z resztą wolno mu było dalej jechać. Niektóre miasta miały w tym celu tz. prawo składowe i bogaciły się na niem. Urządzenie to miało na celu, żeby zarobek rozdzielić na różne miejsca.
Handel lewantyński zakwitnął dopiero z końcem tego okresu, za Kazimierza Wielkiego. Przedtem ograniczał się on na handlu z miastami Niemiec, który nie dawał ani połowy tych dochodów, jak pośrednictwo pomiędzy dalekim Wschodem a zachodnią Europą. To też miasta, nawet najbogatsze, jak Kraków i Wrocław, były niewielkie; dopiero od czasów handlu lewantyńskiego wzrastają one nagle i otaczają się dużemi przedmieściami.12)
Z poprzedniego handlu niewiele też korzystała ludność polska, bo miasta były zniemczone; dopiero od czasów Łokietka poczyna się zwolna, stopniowo, ich polszczenie. Kiedy Kraków zbuntował się przeciw Łokietkowi za wójta Alberta, król srogo buntowników ukarał i ukrócił przywileje niemieckie. Do roku 1312 księgi krakowskie spisywane były po niemiecku; odtąd jednakże już po łacinie, a następnie po polsku. Podobna zmiana zaszła za Kazimierza Wielkiego w innych miastach; tylko Wrocław, do czeskiej już należąc korony, niemieckim pozostał.
Za tegoż samego Wielkiego króla zakwitnęły wreszcie rękodzieła, a zwłaszcza te, które potrzebne są przy budownictwie lub do ozdoby gotowych już budynków. Król ten bowiem był budowniczym na wielką skalę. Słuszne jest o nim przysłowie, że zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną, bo bardzo wiele drewnianych miasteczek pozamieniał na murowane miasta, a wystawionych przezeń grodów, zamków, kościołów jest bez liku. Obok Krakowa założył nowe obszerne miasto, zwane od jego imienia Kazimierzem, z pięknemi kościołami Bożego Ciała i świętej Katarzyny; szkoda, że dzisiaj to miasto zajęte jest przez żydów. Dalej jeszcze nad Wisłą stanął drugi Kazimierz z olbrzymiemi spichrzami królewskimi na składy zboża; spichrze takie były po krótkim czasie w każdej ziemi. On też urządził sławne saliny w Wieliczce i zorganizował górników. On też opasał kilkanaście miast warownemi murami, a od krzyżackiej, czeskiej i brandenburskiej granicy wystawił szereg grodów. Zająwszy Ruś Czerwoną zrobił ze Lwowa duże miasta a w zaniedbanym tym kraju zakładał nowe miasta i stawiał wiele kościołów. Oto szereg grodów tego króla budowniczego, które strzedz miały granic jego państw: drogi węgierskiej pilnuje jeden tylko Czorsztyn, bo z Węgrami w najlepszej jest przyjaźni; ale od granicy ślązkiej, od zniemczałych Piastów ślązkich i Czechów stawia grodów sporo: Skawina, Lanckorona, Olkusz, Bendzin, Lelów, Wieluń, Bolesławiec, Ostrzeszów; przeciw Brandenburczykom i Krzyżakom wystawił Międzyrzec, Wieleń, Nakło, Bydgoszcz, Złotoryą i Przedecz. Nadto zawdzięczają temu królowi obwarowanie następujące jeszcze miasta: Kruszwica i Płock; na Rusi Czerwonej Lwów, Przemyśl, Krosno, Lubaczów, Trembowla, Halicz, Tustan i Włodzimierz.
Ileż tedy tysięcy i tysięcy murarzów, cieśli, kamieniarzów znalazło obfity zarobek za tego króla gospodarza! Ilu ślusarzów, blacharzow, kowalów, stolarzów potrzebnych było do wykończenia tylu budowli! A do zamków i kościołów ileż potrzeba było roboty złotniczej, malarskiej, snycerskiej! Rzecz więc prosta, że rzemieślnicy garnęli się, jak na miód, do miast otoczonych królewską opieką i niejeden chłop niewolny zemknął z osad służebnych za mury miejskie, żeby tu swobodnie wykonywać swoje rzemiosło. Odkąd rozmnożyły się zarobki, nie potrzebowali się już ludzie oddawać możniejszym w niewolę, ażeby się przy życiu utrzymać.
A chleb powszedni był w średnich wiekach rozumniej rozdzielony na porcye, niż dzisiaj. Dziś jeden rzemieślnik skupuje kamienice, a drugi z głodu przymiera; to się wówczas tylko próżniakowi wydarzyć mogło. Niemożebnem było wtenczas, żeby rzemieślnik mający więcej pieniędzy w ręku przygniatał takich, którzy się jeszcze nie dorobili. Byli oczywiście i wtenczas bogatsi i ubożsi, ale nie było ani dziesiątej części tej różnicy, jaką widzimy dzisiaj. Było bowiem przepisane, ile najwięcej czeladzi wolno trzymać i gdy kto doszedł do znacznego majątku, nie mógł go już mnożyć w nieskończoność, bez potrzeby; w ten sposób starczyło i miejsca i chleba dla wszystkich. Rzemieślnicy nie byli w jarzmie u handlarzy, bo wyrobów rękodzielniczych tylko u rzemieślnika można było nakupić; a każdemu to tylko wolno było sprzedawać, co ściśle do jego rzemiosła należało.
| Część poprzednia | Góra | Strona główna | Część następna |
|