|
BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO — Feliks Koneczny: Dzieje Ślązka - 4 |
|
Cz.1 II. W jaki sposób i jakiemi drogami dotarło do Ślązka światło ewangelii św. Początki państwa w Wielkopolsce III. Ślązk pod królami polskiemi Święty Wojciech, król Bolesław Chrobry i cesarz Otton III Cz.2 Zajęcie Czech. Wojny z Niemcami Waśń królewiczów Zbigniewa i Bolesława Bolesław Krzywousty. Wojny ślązkie IV. Ślązk pod zwierzchnictwem krakowskiem Mieczysław Stary i Mieczysław Raciborski Cz.3 Czterech kandydatów do korony polskiej Moralny upadek książąt ślązkich Ślązk przechodzi pod czeską koronę V. Stosunki wewnętrzne w okresie podziałów Cz.4 Kazimierz Wielki obrońca biskupstwa wrocławskiego VI. Ślązk pod Luksemburczykami Królowa Jadwiga i Wilhelm austryacki Jadwiga i Jagiełło. Małżeństwo Litwy z Polską Cz.5 Zaproszenie Jagiełły na tron czeski VII. Ślązk między Czechami, Węgrami a Polską Jak Wrocłwianie zapraszali polskiego króla Jan Olbracht i Zygmunt Stary książętami ślązkim Cz.6 Bracia Jerzy i Albrecht Brandenburscy Dlaczego luteranizm się szerzył Protestantyzm w Polsce a kardynał Hozyusz Król Zygmunt August i Barbara Radziwiłłówna IX. Stosunki wewnętrzne w okresie Jagiellońskim w Koronie Polskiej i na Ślązku Cz.7 X. Zwycięztwa w Polsce a klęski na Ślązku. Wojna trzydziestoletnia List majestatu cesarza Rudolfa Cz.8 Liga katolicka i Unia protestancka Ślązk hołduje kalwińskiemu królowi Zwycięztwo katolicyzmu na Ślązku Szwedzi w Niemczech i na Ślązku XI. Ostatni wiek panowania Habsburgów; podbój przez Hohenzollernów Szwedzi na nowo w Polsce. Król Jan Kazimierz na Ślązku Cud N. P. Maryi Częstochowskiej Niepodległość księstwa pruskiego Cz.9 Sankcya pragmatyczna i wojna o tron polski Ślązk przechodzi pod panowanie pruskie XII. Rozbiory odradzającej się Polski Szkoła Leszczyńskiego i ks. Stan. Konarski Rosya i Prusy przeszkadzają naprawie rządu w Polsce Pruski projekt rozbioru Polski Odrodzenie społeczeństwa polskiego Prusy i Rosya urządzają drugi rozbiór Polski Wojna o niepodległość w Ameryce Kościuszko naczelnikiem narodu Cz.10 XIII. Pierwsza połowa XIX. wieku Wojna z Napoleonem. Francuzi na Ślązku Legiony polskie i księstwo warszawskie Austrya germanizuje księstwo Cieszyńskie Oderwanie części Ślązka od dyecezyi krakowskiej Urządzenia administracyjne w państwie pruskiem
|
Dbał król Kazimierz Wielki bardzo o ścisłe przestrzeganie praw. Poświęcił się też gorliwie prawodawstwu. Za jego poprzedników, dzielnicowych książąt i jeszcze za jego ojca, dzielnego Łokietka, nie było czasu na układanie praw stosownych dla nowych czasów; do tego trzeba było pokoju, o który król - gospodarz tak usilnie się starał. Kiedy wstąpił na tron, inne były prawa w Małopolsce, a inne w Wielkopolsce; ten król orzekł, że skoro jeden król, więc też jedno prawo być ma w całej Polsce. Zwoływał więc ciągle na narady dygnitarzy i uczonych prawników, a sam bez ustanku prawie jeździł po kraju, nie tylko po miastach, ale też i pod wiejskie strzechy pilnie zaglądając, żeby się przekonać, czego lud potrzebuje, jakie prawa dla narodu najlepsze. Owocem tej pracy wiekopomnego króla jest ustawodawstwo Wiślickie, zbiór praw nazwany tak dla tego, że ogłoszony był narodowi na zjeździe w Wiślicy w roku 1347. Zniesiono tam przedewszystkiem kilka praw już przestarzałych i barbarzyńskich z dawnych czasów, jak np. że syn za ojca a ojciec za syna odpowiedzialny był przed prawem. Zaprowadzono porządki sądowe, oznaczając miejsca i terminy sądów, których spokój i powagą zabezpieczono surowemi karami; sprawy miały się sądzić według porządku pozwów, żeby uboższy, jeżeli wcześniej pozew wniósł, wcześniej też był odprawiony. Wprowadzono tę nowość, że każdy obwiniony miał obrońcę i to w osobie królewskiego sądowego urzędnika; najbiedniejszy tedy miał odtąd obronę i trudniej już było niewinnie kogo zaskarżyć. Pieniaczy powściągało się wprowadzeniem porządku apelacyj; kto przy apelacyi przegrał, ponosił dotkliwą karę pieniężną; od wyroku wydanego w obecności króla apelacyi już nie było.
W podróżach po kraju, przekonał się król, że z potomków dawnych jeńców wojennych powstał już spory zastęp ludu całkiem polskiego; ten król, który zniósł odpowiedzialność syna za ojca, nie mógł spokojnie patrzeć na to, że tysiące pracowitych i użytecznych ludzi cierpi za to, że przodkowie ich walczyli kiedyś przeciw Polsce. Postanowił tedy w Wiślicy, że każdemu, komuby się działa krzywda od pana, wolno grunt opuścić; gdyby pan dopuścił się gwałtu, albo gdyby popadł pod klątwę kościelną, cała osada miała prawo ruszyć się; w ten sposób zapewnił ludowi, że tylko u dobrych panów mógł zostawać. Za dług pański nie wolno było chłopa grabić; jeżeli pan na swoje długi cokolwiek mu chciał zabrać, wolno mu było opuścić osadę. Jeżeli zaś chłop bez przyczyny nawet opuścił grunt, wolno go było poszukiwać tylko przez rok jeden; kto przez rok ukrył się przed panem, ten był wolny. A ukryć się było bardzo łatwo, bo właśnie pełno otwierało się zarobków i można było ruszać choćby na Ruś Czerwoną. Za to wszystko nazwany jest król Kazimierz Wielki od wdzięcznego ludu polskiego królem chłopków. W całej historyi powszechnej, wszystkich czasów i wszystkich narodów, jeden tylko ten król polski nosi taki zaszczytny przydomek! Na pochwałę zaś ówczesnej szlachty i panów powiedzieć trzeba, że prawa te słuszne uznała i przystała na nie.
Działo się to wtedy, kiedy w Niemczech właśnie gnębiono chłopa coraz bardziej i zamieniano go w prawdziwego niewolnika, tak, że był u swego pana jak gdyby zwierzęciem domowem, które nawet zabić było mu wolno bezkarnie. Podobnież było w innych krajach europejskich - gdzie wieśniak żadnej a żadnej nie miał opieki prawnej. Równocześnie rycerze niemieccy rabowali po drogach kupców, kupcy handlowali - niewolnikiem - chłopem! Jedna tylko Polska zdobyła się na poszanowanie pracy ludu w pocie czoła. Toteż bardzo słusznie dumny jest naród polski z ustawodawstwa wiślickiego.
Jak już była mowa, miasta zniemczone nie słuchały polskich praw, ale rządziły się swojem magdeburskiem. O ile sprawa dotyczyła chłopa, chroniło go odtąd ustawodawstwo wiślickie także w miastach. Ażeby zaś przerwać ustawiczny sądowy związek miast z zagranicą, gdyż one miały najwyższą swoją apolacyę w Magdeburgu - ustanowił król Kazimierz dla miast sąd najwyższy na zamku krakowskim. O ile chodziło o sprawy tylko mieszczan, sądzono tam nadal według prawa magdeburskiego, bo król nikomu gwałtem ani języka, ani praw narodowych odbierać nie chciał; chodziło tylko o to, żeby po wyroki sądowe nie chodzili do Niemiec. Zresztą otoczył król niemieckich swoich poddanych, byle byli wierni, najzupełniejszą opieką prawną i nie wymagał od nich, żeby się mieli za Polaków. Ukrócono tylko o tyle prawa niemieckiego rozzuchwalonego mieszczaństwa, że wojewodom oddano nad miastami zwierzchni nadzór; zresztą rządzili się dalej sami, a kto Niemcem chciał pozostać, zostawał sobie Niemcem w spokoju. Będziemy mieli później sposobność przekonać się, jak inne miasta niemieckie, na bałtyckiem wybrzeżu, pod panowaniem rodaków swoich Niemców będące, spoglądały zazdrośnie na to, jak się ich braciom w Polsce dobrze wiedzie i jak same się wpraszały pod polskie panowanie. Ale to należy do późniejszych czasów. Tymczasem stwierdźmy, że nikomu gwałtem niemczyzny nie odbierano i nie brakło po miastach Niemców jeszcze w XVI wieku. Ale przygarnięci sprawiedliwością i ludzkością rządów niektórzy sami się polszczyli; z drugiej zaś strony wzmożony napływ ludności polskiej do miast coraz bardziej przydawał im polskiego żywiołu. Tylko na Ślązku nie dopuszczano Polaków do udziału w mieszczaństwie; Polacy Niemców dopuszczali w Krakowie do wszystkiego, ale Niemcy we Wrocławiu Polaków do niczego!
Przyjrzawszy się stosunkom wśród możnowładztwa, szlachty, mieszczaństwa i ludu wiejskiego, przejdźmy teraz do duchowieństwa i Kościoła, którego sprawy zawsze doniosłe, miały w tym okresie jeszcze większą ważność, albowiem rozbite na dzielnice państwo piastowskie znajdywało silną spójnię właśnie w Kościele; bo wszystkie te księstwa i księstewka tworzyły razem jednę polską prowincyę kościelną. Metropolitą jej był arcybiskup gnieźnieński, prymas Polski, który koronował polskich królów.
W czasach największego rozbicia, po mongolskim najeździe, spoglądał naród z wiarą na Kościół, jako na źródło pociechy, otuchy, i jako na ostoję odrodzenia. W wierze św. znalazł siły do odrodzenia potrzebne. Zasługuje też na wielką uwagę, że właśnie w tych groźnych czasach, w roku 1254 nastąpiła kanonizacya św. Stanisława, patrona królestwa polskiego.
Pobożny Wielki Książę Bolesław Wstydliwy i biskup krakowski, Prandota zajęli się staraniami o przysporzenie narodowi krajowego patrona; wysłali poselstwo do papieża Innocentego IV., który złożył komisyą, ażeby sprawę zbadać na miejscu, w Polsce. Zaczęło się śledztwo kanonizacyjne, najpierw prowadzone przez arcybiskupa gnieźnieńskiego Pełkę i biskupa wrocławskiego Tomasza, a potem przez komisarzów papiezkich. Długo spisywano zeznania świadków o cudach zdziałanych przy grobie świętego męża i przysyłano akta ciągle do Rzymu, ale kardynałowie jeszcze się wahali. Zwłaszcza sprzeciwiał się kardynał Reginald, biskup ostyeński; zdarzyło się tedy, że temu kardynałowi zjawił się we śnie błogosławiony biskup krakowski i przekonał go o swej świętości. Natenczas sam kardynał Reginald dokładał starań, żeby przyspieszyć sprawę. W roku 1254 ogłosił papież kanonizacyę w Assyżu, w mieście św. Franciszka we Włoszech; nowy cud stwierdził głos Ojca św., bo właśnie podczas samej uroczystości kanonizacyjnej dokonał św. Stanisław cudu Wskrzeszenia. Rozpisał papież listy do całego świata katolickiego, wyznaczył na cześć polskiego świętego dzień 8-go Maja, a pielgrzymującym do jego grobu nadał rok i czterdzieści dni odpustu.
Posłowie polscy wracali po kilku latach z radosną wieścią; od granic ziemi krakowskiej towarzyszyły im tłumy ludu w tryumfalnym dochodzie. Na dzień 8-my Maja, dzień podniesienia kości świętego Stanisława, zjechało się do Krakowa tyle ludu, że w mieście zabrakło miejsca i obozować musieli za murami, po sąsiednich polach. Stawili się wszyscy biskupi i wszyscy książęta polscy, także ze Ślązka; długą procesyą szli rozrodzeni Piastowie na Skałkę, przebłagać za zbrodnię swego przodka i oddać hołd patronowi kraju. Potem ruszył cały pochód na Wawel, do katedry, gdzie spoczywały zwłoki męczennika przy południowej bramie. Otworzono grobowiec, biskupi obmyli ciało winem, podnieśli je z trumny i pokazali ludowi. Następnie obdzielono relikwiami św. wszystkie kościoły katedralne i znamienitsze klasztorne i parafialne w Polsce; królowi czeskiemu Ottokarowi posłano część ręki; w Krakowie została tylko głowa z ramionami i te części ciała, które się już w popiół zamieniły były.
Okres ten był okresem świętych w Polsce. Na czele wymienia trzeba świętego Jacka, Ślązaka ze wsi Kamienia, który przybył do Krakowa za swym krewnym, biskupem krakowskim Iwonem Odrowążem. Tu przyjąwszy święcenia kapłańskie, został wkrótce kanonikiem; następnie jechał z biskupem do Rzymu. Przebywał tam naówczas św. Dominik, założyciel zakonu kaznodziejskiego Dominikanów; świątobliwość i uczoność tego wielkiego w Kościele męża tak się spodobały Jackowi, że zapragnął wstąpić do jego zakonu. Zezwolił na to chętnie biskup Iwo, bo pragnął mieć w Polsce Dominikanów. Po roku wrócił Jacek do Polski, jako założyciel nowego u nas Zakonu; w drodze do kraju nie próżnował, ale kazaniami i missyjnemi czynnościami czas swój zapełniał. W Tyrolu, którędy droga mu wypadła, nie chciała go nawet ludność puścić od siebie.
Pozyskał sobie był Jacek w Rzymie towarzysza w osobie drugiego świątobliwego Polaka, Czesława. Z nim razem przybył do Krakowa i tutaj wprowadzono ich do parafialnego kościoła świętej Trójcy; Krakowianie zaś wystawili im obszerny i piękny klasztor w którym następcy ich do dziś dnia pozostają. Święty Czesław odbył z Krakowa podróż do Pragi, gdzie wiele dobrego zdziałał. W powrotnej drodze zatrzymał się dłużej we Wrocławiu i tutaj założył klasztor; tutaj też był kres jego żywota, nie było mu już danem powrócić do Krakowa. Sam zaś św. Jacek wybrał się na wschód, do Kijowa, pomiędzy schyzmatyków; tam cztery lata przebywszy i założywszy klasztor, podążył na północ i znowu w Gdańsku klasztor założył. Umarł w Krakowie, w roku 1257, kanonizowany w roku 1504.
W tychże czasach żyła w klasztorze Zwierzynieckim pod Krakowem pobożna mniszka, imieniem Bronisława, która za zezwoleniem przełożonych spędziła kilkanaście lat w pustelni na wzgórzach na zachód od Krakowa, zwanych Sikornikiem. Kanonizowana przez paieża Grzegorza XVI, (panował 1831-1846) w naszym dopiero wieku. Na miejscu jej pustelni wzniesiono piękną kapliczkę, przez którą się dziś przechodzi na Kopiec Kościuszki.
I na książęcych tronach nie brakło świętych. Świątobliwa małżonka Henryka Brodatego, święta Jadwiga, pochodziła z niemieckiego rodu frankońskich hrabiów, wyszła za mąż mając lat niecałych 13 13); powiła mężowi siedmioro dzieci, poczem zrobiła ślub czystości, w której wytrwała przez lat 30, żyjąc na ustroniu w klasztorze trzebnickim, gdzie ksienią była jej córka Gertruda. Odznaczała się niezwykłem miłosierdziem i zupełnem zaparciem się siebie: życie prowadziła jak najsurowsze, nie szczędząc sobie najgorszych umartwień i żyła, jakby pokutnica. Kanonizowana w 24 lat po śmierci w roku 1267 przez. papieża Klemensa IX.
Podobnież pokutniczy żywot wiodła św. Salomea, córka Leszka Białego, która przebyła 32 lat w klasztorze Klarysek w Zawichoście nad Wisłą; ciało jej dziewicze wydawało po śmierci długo przyjemną wonność.
Małżonka Bolesława Wstydliwego, Kinga, czyli Kunegunda, cały swój żywot w dziewictwie spędziła i męża do zupełnego zachowania czystości skłoniła. Trzynaście lat spędziła w klasztorze Klarysek w Sączu. Lud góralski opowiada o niej do dziś dnia wiele pięknych legend; jej cudownemu działaniu przypisują też odkrycie salin, t. j. kopalni soli w Bochni. Święta Kinga była za życia męża za jego przyzwoleniem tercyarką świętego Franciszka; po śmierci zaś mężowskiej habit zakonny przywdziała.
Oprócz tych trzech kanonizowanych świętych dwie jeszcze niewiasty Piastowskie z tych czasów zaliczone zostały w poczet błogosławionych; żona Leszka Białego, błogosławiona Grzymisława i Jolanta księżna kaliska, żona Bolesława Pobożnego.
Wśród takiej pobożności w panującym rodzie mnożyła się też chwała Boża na polskiej ziemi; przybywało sporo zakonów, fundowanych bogato i to tem liczniej, że przykład książąt i księżniczek naśladowali coraz częściej możni panowie. Główny zakon poprzedniego okresu, Benedyktyński, podupadł już; ale wyrosnęła zeń gałąź, zaszczepiona przez świętego Roberta we Francyi, który zaostrzywszy na nowo regułę, osiadł ze swymi towarzyszami w dzikiej okolicy mieściny Cistersium: ztąd nazwa Cystersów. Z tego-to Zakonu pochodził sławny św. Bernard Klerwejski, który wymową swoją skłonił Niemców i Francuzów na wyprawę krzyżową do Ziemi świętej, a takie miał znaczenie w całem chrześcijaństwie, że nawet papieże poddawali się jego sądowi. Za jego też głównie przyczyną rozszerzył się nowy zakon po całej Europie.
Jeszcze ośm lat przed śmiercią św. Bernarda, już w roku 1145 fundował im Mieczysław Stary klasztor w Lendzie nad Wartą; w dwa lata później poszedł za księcia przykładem możny pan z rodu Toporczyków i nadał Cystersom Wągrowiec. W roku 1154 założył bogate opactwo w Jędrzejowie biskup wrocławski Janik Gryf, który potem postąpił na arcybiskupstwo gnieźnieńskie. W roku 1170 fundował sławne opactwo w Oliwie pod Gdańskiem książę pomorski Sambor; w sześć lat potem stanął klasztor w Wąchocku staraniem Gedeona, biskupa krakowskiego, rodem Ślązaka. Szczególną opieką otaczał Cystersów Kazimierz Sprawiedliwy i założył dla nich 2 nowe opactwa: w Szuldjowie roku 1176 i w Koprzywnicy roku 1183. Nareszcie w roku 1218 fundował biskup krakowski Iwo sławne pod Krakowem opactwo w Mogile. W cztery lata później, roku 1222 założył Henryk Brodaty pierwszy na Ślązku klasztor dla Cystersów w Henrykowie, a wkrótce potem posiedli klasztory w Lubiążu 14), w Trzebnicy, w Kamieńcu i w Krasoborze. Klasztory cysterskie niezmiernie były ważne dla ludności, bo oni szkoły zakładali, książki przepisywali i oprócz tego wielkie mają zasługi około podniesienia rolnictwa, bo uczyli ludność lepszego gospodarstwa rolnego. Zakonnicy ci byli z początku cudzoziemcami, po większej części z Francyi; wkrótce jednak i Polacy garnęli się do nich. Tak n. p. sławny z uczoności historyk polski, biskup krakowski Wincenty Kadłubek, policzony także w poczet błogosławionych, złożył infułę, ażeby resztę świątobliwego życia dokonać w klasztorze jędrzejowskim; za tym przykładem poszli też inni i po niedługim czasie uchwalili nawet biskupi polscy na synodzie, żeby cudzoziemców już nie przyjmować do klasztorów w Polsce. Tylko na Ślązku, gdzie klasztory zakładali zgermanizowani książęta robiono często na odwrót: że Polaków właśnie do klasztorów przyjmować nie chciano; a z tego ten był smutny skutek, że ludność polska nieraz całkiem ze szkół zakonnych korzystać nie mogła, oświata zaś, której źródłem były klasztory, udzielała się bardziej ludności niemieckiej.
Z dawniejszych jeszcze czasów, z czasów Piotra Własta, była na Ślązku fundacya kanoników regularnych przy kościele na Piasku we Wrocławiu; zakonnicy ci posiedli następnie jeszcze kilka innych klasztorów, w Kamienicy, w Nowimburku, w Żeganiu. Ci zakonnicy byli pierwotnie pochodzenia wallońskiego, ale do nowych klasztorów przyjmowano już potem samych tylko Niemców. Klasztory te miały sobie nadane od pobożnych fundatorów rozległe bardzo obszary ziemi, które zaczęły kolonizować osadnikami sprowadzonymi znowu z Niemiec. W ten sposób dawne majątki Piotra Własta koło Wrocławia zamieniły się na okolicę niemiecką. Kiedy Benedyktyni ustąpili z końcem XII. wieku z klasztoru świętego Wincentego w Wrocławiu, sprowadzono na ich miejsce Premonstratensów z Niemiec, a zaraz zaprowadzili niemiecką kolonizacyę w wielkich swych posiadłościach koło Kostynlota. Germanizacyę Opola rozpoczęli Premonstratensi z Czarnowąsów itp. Wszyscy ci zakonnicy, pobożni, pilni i zacni stali się nieświadomem narzędziem w ręku świeckiej władzy do germanizowania kraju. Książęta ślązcy polskim zakonnikom nie byliby pozostawili fundacyj, a dobra klasztorne pozwalali kolonizować tylko pod tym warunkiem, że się sprowadzi Niemców; klasztory przyzwyczaiły się zwolna do tego trybu rzeczy, a w końcu pozapominały, że istnieje w ogóle polska ludność na Ślązku. Były one tylko dla Niemców, a polska ludność nawet religijnej opieki zażywała mniej od przybyszów; na nic się Polakom nie przydali księża, z którymi rozmówić się nie było można. Jedni tylko Dominikanie, wprowadzeni na Ślązk przez świętego Czesława, mogli dopomagać ludności polskiej w pieczy około religijnego doskonalenia się.
Wraz z klasztorami wznosiło się też wiele wspaniałych świątyń bożych. Biskup Iwo zasłynął w tym okresie tak, jak w poprzednim piotr Włast, z fundacyj kościołów: w samym Krakowie założył trzy: św. Trójcy (który oddał Dominikanom), św. Krzyża i sławny wspaniały kościół Maryacki; w Sandomierzu kościół św. Jakóba i wiele innych. We Wrocławiu pochodzą z tego okresu: wspaniały kościół świętego Krzyża, założony przez Henryka Probusa, kościół świętej Elżbiety (dzisiaj główny protestancki), pierwotna budowa dzisiejszego kościoła katolickiego ginmazyum, klasztor i kościół Klarysek (później Urszulanek), kościół Dominikański, kościół św. Maryi Magdaleny (dziś protestancki) tudzież kościół św. Doroty.
W zachodniej Europie pojawiły się w tym okresie różne herezye, z którymi w południowej Francyi nawet walczyć mieczem musiano. Do Polski przedostała się jedna tylko herezya, a bardzo cudaczna sekta niejakiego Dulcyna z północnych Włoch; założyli oni wśród gór sabaudzkich osadę, w której zaprowadzili wspólność majątku i wspólność małżeństw; nie uznawali bowiem ani pojęcia własności, ani życia rodzinnego, gorsi w tem zaiste od pogan. Osada ta niedługo trwała. W Polsce pojawili się dulcyńscy werbownicy w Krakowskiem i na Ślązku, ale nie długo tu popasali. Z rozkazu papiezkiego założono na nich w dyecezyach krakowskiej i wrocławskiej inkwizycyę duchowną; na Ślązk był głową inkwizycyi Dominikanin Peregryn z Opola. Po krótkim czasie pozbyto się tych wartogłowów, którzy zresztą mogli byli wpływ wywierać tylko na bardzo nierozumnych ludzi.
Na silnych tedy podstawach opierał się Kościół polski, wśród narodu przywiązanego gorąco do wiary św. Biskupi, hojnie wyposażeni, mieli potęgę większą od słabych książąt dzielnicowych. Wpływ ich wzmógł się też nadzwyczaj i śmiało powiedzieć możną, że w tym to właśnie okresie powstała potęga Kościoła polskiego. Biada księciu, któryby był popadł w zatarg z Kościołem. Kościół też oddał walne usługi zrastającej się na nowo Polsce. Nie byłby się mógł koronować Przemysław bez pomocy arcybiskupa gnieźnieńskiego, a koronacya Łokietka doszła do skutku, ponieważ sprawę tę popierali gorliwie biskupi; toteż papież Bonifacy VIII. sam udzielił wskazówki Łokietkowi, żeby koronacyę przyspieszył, ażeby uprzedzić króla czeskiego który roił sobie roszczenia do polskiej korony.
Z początku związek Polski z Rzymem był dosyć luźny; poprawił się jednakże w wieku XII., kiedy papieże zaczęli się coraz bardziej Polską zajmować. Z końcem wieku XII. przybywali do Polski papiezcy nuncyusze, którzy zajęli się przedewszystkiem uporządkowaniem stosunków wśród duchowieństwa. Przeprowadzono ścisłe przestrzeganie celibatu, urządzono należycie służbę bożą parafialna i postawiono wreszcie na tem, że stan duchowny, należycie zorganizowany, mógł się obejść bez pomocy władzy świeckiej, rządząc się własnem prawem kościelnem, t. z. kanonicznem. Odtąd tylko biskup sam był zwierzchnikiem kapłana, a biskup tylko papieżowi podlegał i tylko przed stolicą apostolską był odpowiedzialnym.
Biskupi, opaci i delegaci duchowieństwa parafialnego zjeżdżali się czasem na synody zwoływane przez arcybiskupa gnieźnieńskieg żeby się naradzić o sprawach Kościoła i udoskonalić spełnianie pasterskich obowiązków. Nieraz do synodu takiego przyłączył się też książę ze swymi dygnitarzami, a w takim razie radzono też o spr wach państwa, na które Kościół wywierał dobroczynny wpływ. Takim np. synodem i świeckim kongresem zarazem był sławny synod łęczycki w roku 1180 za panowania Kazimierza Sprawiedliwego. Zasiadł na nim arcybiskup gnieźnieński i siedmiu biskupów: krakowski, poznański, wrocławski, kujawski, płocki, pomorski i lubuski wraz z opatami wszystkich klasztorów w Polsce, z delegatami kapituł katedralnych i duchowieństwa dyecezyalnego, obok świetnego szeregu świeckich panów. Tutaj - to postanowiono zwrócić się do papieża z prośbą, żeby przeniósł prawo do tronu krakowskiego z najstarszej linii Piastów, łączącej się z Niemcami, na najmłodszą narodowa Tutaj też poraz pierwszy za wpływem Kościoła określono wymagania książęcego prawa względem poddanych. Zagrożono klątwą każdemu ktoby się targnął na posiadłości kościelne, które raz nadane jakiemu biskupowi, klasztorowi czy plebanowi, miały już pozostać także przy jego następcach. Uchwalono, że nie wolno odbierać człowieka niewolnego, który zbiegnie do dóbr kościelnych. Wezwano zakony, żeby się starały pozyskać sobie nowicyuszów z pośród ludności krajowej i zakazano, żeby żaden ksiądz nie władający dobrze polskim językiem nie mógł sprawować godności parafialnych. Ta ostatnia uchwała, kilkakrotnie potem powtarzana, zwrócona była do miast i do dyecezyi wrocławskiej.
Kościół ówczesny, to nie tylko stan kapłański, ale zarazem stan uczony, nie było bowiem innych uczonych, jak tylko księża. Szlachta i mieszczaństwo nie miały wówczas całkiem książkowej nauki; a kto się garnął do książki, ten z pewnością zostawał księdzem, bo tylko w tym zawodzie można było mieć spokój tak niezbędny do nauki. Ażeby nie zabrakło kleryków polskich, żeby nie trzeba był sprowadzać księży cudzoziemców, pozakładano szkoły przy katedrach biskupich, t z. katedralne i niższe parafialne przy większych farach po miastach. Nauka odbywała się po łacinie, bo tylko w tym języku pisano książki. Oprócz łaciny i nauk teologicznych uczono też rachunków, geografii, historyi, wymowy i muzyki; w niższych szkoląc tylko początków łaciny, katechizmu i śpiewu kościelnego. Studenci byli utrzymywani z funduszów biskupich, żyli i mieszkali razem. Gdy potem ilość ich powiększyła się tak, że biskup nie mógł nastarczyć na ich utrzymanie, zamożniejsi mieszkańcy dostarczali studentom bezpłatnie pożywienia. Zasłynęła najbardziej krakowska szkoła katedralna, która mogła się mierzyć z najlepszemi tego rodzaju szkołami za granicą.
Szkoły owych wieków miały wiele trudności do zwalczania. Książki były tylko pisane, a że przepisanie całej książki zabiera bardzo dużo czasu, więc musiały być drogie; student nie mógł o tem ani marzyć, żeby sobie książkę kupić; samego profesora nie było stać na to, więc nie było innej rady, jak tylko samemu książkę sobie przepisać. Do pisania używano pargaminu, t. j. skóry oślej cienko wyprawnej i krajanej w arkusze; pargamin gładki był kosztowny, trzeba więc było pisać w szkole na chropawym. Pisało się kołkami trzcinowemi, maczanemi w farbie, którą ciągle trzeba było rozcierać Nie chcąc bez ustanku pisać i przepisywać, trzeba się było bardzo wielu rzeczy uczyć po prostu na pamięć.
Klasztory niektóre, a zwłaszcza w tym okresie cysterskie, miały u siebie wielkie pisamie, gdzie po kilkudziesięciu pisarzów zajmowało się ciągle przepisywaniem książek. Tacy pisarze dochodzili do bań: wielkiej wprawy, robili ładne litery, a nawet książki ozdabiali małemi obrazkami, t, z. miniaturami. W starych bibliotekach, n. p. w bibliotece Uniwersytetu w Krakowie można oglądać dużo takich starych książek; obrazki do dziś dnia są tak świeże, jak gdyby wczoraj były malowane. Książki kościelne zwłaszcza zdobiono bogato; toteż nieraz za ładny mszał trzeba było dać wieś całą. Pismo ówczesne wyglądało z początku tak, jak nasze litery drukowane; później dopiero uproszczono je sobie.
Na wyższe jednakże nauki, chcąc n. p. zostać doktorem św. teologii, trzeba było jeździć za granicę. Szkół najwyższych, zwanych uniwersytetami, nie było w Polsce, nie było też w Niemczech; aż do czasów Kazimierza Wielkiego trzeba ich było szukać aż we Włoszech lub we Francyi. Była z tem wielka trudność i rzadko kto mógł tam zajechać. Dopiero w roku 1348 założono pierwszy uniwersytet w środkowej Europie, a mianowicie w Pradze. Przykład ten zachęcił Kazimierza Wielkiego; ludzie z wyższą nauką byli mu tem bardziej potrzebni, że zajęty był urządzaniem na nowo państwa i pracami prawodawczemi; do najwyższych sądów trzeba było biegłych prawników, a równocześnie kapituły potrzebowały znawców prawa kanonicznego; i jednych i drugich trzeba było wysyłać za granicę na wykształcenie, albo też z zagranicy sprowadzać cudzoziemców, którzy znów polskiego prawa i zwyczaju nie znali. Na założenie uniwersytetu trzeba było pozwolenia papiezkiego; uzyskał je Kazimierz Wielki, ale z początku tylko na wydziały prawniczy i medyczny; o teologiczny później dopiero miano się wystarać. Sprowadził tedy król sławnych profesorów z zagranicy, a młodzież polska z zapałem rzuciła się do wyższych nauk. W następnym okresie zajaśniał ten uniwersytet wielką sławą i przekonamy się, jakich wielkich wydawał uczonych. Tak tedy król chłopków o wszystkiem pamiętał.
Uniwersytet Kazimierza Wielkiego znajdował się z początku na gruntach wioski Bawół, obok nowozałożonego miasta Kazimierza, będącego dziś przedmieściem krakowskiem. Wioska ta byłaby się z czasem rozszerzyła na osobne profesorskie i studenckie miasto; ale niedługo przeniesiono uniwersytet do Krakowa, na ulicę św. Anny - to jednakże stało się już po śmierci Kazimierza Wielkiego. Uniwersytet, jako instytucya kościelna, poddany był władzy biskupa krakowskiego, który był z urzędu "kanclerzem" Uniwersytetu. Studenci mieszkali razem w "bursach" i ubierali się, jak klerycy.
Jakichkolwiek tknąć się spraw, wszędzie wypadło nam skończyć na wspomnieniu wielkiego Króla. I w historyi Kościoła polskiego ma on swoje zasługi. Zająwszy Ruś Czerwoną przywrócił tam istniejącą dawniej, ale upadłą już hierarchię katolicką, ażeby posunąć katolicyzm dalej na wschód, i przygotować na przyszłość nawrócenie shyzmatyckiego kraju; uposażył więc biskupstwa we Lwowie i w Przemyślu. Na widomy znak jednak, że nie pragnie nawracać gwałtem, pozostawił też biskupów schyzmatyckich na swoich miejscach, zatwierdził im ich posiadłości a nawet nowemi wzbogacił; poprzestał na razie na tem, że biskupstwa katolickie pilnowały, żeby polska ludność, idąca na Ruś, nie popadała w schyzmę.
Kazimierz Wielki obrońcą biskupstwa wrocławskiego
Ten król, który zrzekł się zwierzchności nad przeniewierczymi Piastami ślązkimi, pilnował jednakże z największą bacznością, żeby Ślązk pozostał w kościelnym związku z resztą Polski, żeby Niemcy nie oderwali dyecezyi wrocławskiej od metropolii gnieźnieńskiej. Miał też sposobność stanąć raz w obronie biskupstwa wrocławskiego przeciw królowi czeskiemu, Janowi Luksemburskiemu. Rzecz miała się tak:
Do biskupiego księstwa wrocławskiego należał też zamek i gród obronny Mielicza (Milicz), położony tuż na samej granicy państwa polskiego; z powodu tego położenia był niezmiernie ważny pod względem wojskowym. Zachciało się tedy królowi Janowi tego grodu i chciał go odkupić. Biskupem wrocławskim był natenczas Nankier, przedtem za Łokietka biskup krakowski; nie miał ochoty pozbywać się najlepszego swego grodu i niemiał również ochoty wydawać grodu granicznego w ręce nieprzyjaciół Polski. Bawił właśnie na Ślązku legat papiezki, który opisał całą te sprawę do Rzymu, a z kuryi papiezkiej nadszedł w odpowiedzi zakaz, żeby Mieliczy bezwarunkowo Czechom nie wydawać. Biskup dał tedy królowi odmowną odpowiedź, stosownie do rozkazu papiezkiego. Ale król czeski zjechał w roku 1339 do Wrocławia, a niemieckie mieszczaństwo na własny koszt uzbroiło hufce, które miały gród Mieliczę gwałtem wydrzeć biskupstwu; rzeczywiście też gród został zajęty. Biskup Nankier postanowił się o to upomnieć. Ubrany w szaty kościelne, z krzyżem w ręku, udał się w towarzystwie czterech kanoników do Wrocławia, do klasztoru św. Jakóba, gdzie król Jan odbywał właśnie naradę z rajcami wrocławskimi. Dowiedziawszy się, że biskup idzie, zamknęli się w jednej celi; biskup stukał jednak krzyżem tak długo, aż sam król wreszcie musiał mu drzwi otworzyć. Wtedy stojąc przed obliczem królewskiem, zażądał po raz ostatni wydania grabieży kościelnej. Król odezwał się: "To nie tak rychło nastąpi, jak sobie myślicie." Na to biskup podniósł krzyż w górę, i w myśl prawa kanonicznegt które za grabież kościelną groziło klątwą, rzucił klątwę na króla i pomagających mu rajców wrocławskich. Król Jan roześmiał się jednak szyderczo i rzecze: "Doprawdy, ten klecha chce osięgnąć palmę męczeńską, gdyby go kto męczennikiem chciał zrobić. Ja się tem nie przysłużę; niech sobie innego szuka króla." Uniesiony biskup odparł: "Czyżeś ty król? - królikiem jesteś, nie królem, nawet niemasz własnego arcybiskupa, któryby cię koronował, ale dopiero z Moguncyi musisz sobie najmować cudzego!"
Biskup odjechał do swojego grodu w Nysie, a król tymczasem mścił się i grabił dalej posiadłości kościelne; magistrat wrocławski położył areszt na wszystkich dochodach biskupich i kazał zaml katedrę. Biskup rzucił za to interdykt na miasto, t. j. zakazał w tem mieście nabożeństwa i jakichkolwiek posług duchownych. Magistrat jednak gwałtem zmuszał księży parafialnych do odprawiania mszy św., a gdy się opierali, wygnał ich z miasta i posprowadzał sobie innych, samych Niemców, którzy niepomni kościelnej karności gotowi byli bardziej słuchać magistratu, niż biskupa. Pokazało że wśród nich znajdują się heretycy, a mianowicie zwolennicy Waldensów. 15) Biskup posyła przeciw nim inkwizytora z zakonu Dominikańskiego; ten spostrzega, że sami panowie rajcy sprzyjają herezyi! Wtedy przywołuje król Jan oskarżonych rajców do Pragi, niby pozywając ich przed swój sąd i prosi, żeby inkwizytor też do Pragi przyjechał. Pojechali tedy wszyscy - ale inkwizytor w Pradze zginął, zamordowany skrytobójczą dłonią. Sprawa cała wlekła się; biskup Nankier bowiem umarł w Kwietniu 1341 (pięć miesięcy jeszcze przed owym mordem), a król Jan ociemniawszy zupełnie, odstąpił w następnym roku 1342 rządy Czech i Ślązka swemu synowi Karolowi. Tegoż roku umarł papież Benedykt XIII., który za sprawą Nankiera i króla polskiego zakazał przez swego legata ustąpienia Mieliczy. Trzeba było na nowo czynić starania u nowego papieża- Klemensa VI.; nie zaniedbał tej sprawy Kazimierz Wielki i Mielicza rzeczywiście pozostała nadal własnością biskupów wrocławskich. Skrupiło się na rajcach wrocławskich, którzy musieli
Pomny słów Nankiera, wyrzeczonych do ojca, że król czeski jest tylko "królikiem", wystarał się Wacław prędko, bo już 1343 r. o założenie arcybiskupstwa w Pradze (teraz dopiero przestały Czechy być zależne od Niemiec pod względem kościelnym). Mając już swojego arcybiskupa, postanowił zaraz oderwać dyecezyę wrocławską od rodzinnej metropolii gnieźnieńskiej a przyłączyć do nowej metropolii w Pradze. Byłby to już ostatni cios dla polskiego żywiołu na Ślązku. Ale Kazimierz Wielki także o tem wiedział; wszak on zrzekł się tylko zwierzchności nad tymi ślązkimi książętami, którzy hołd złożą królowi czeskiemu, ale nigdy nie powiedział, że królestwo polskie zrzeka się ziemi ślązkiej. Gdyby kiedyś w przyszłości nastały takie stosunki, że książęta ślązcy, choćby tylko pewna ich część, nie chciałaby hołdować królowi czeskiemu, mogli oni całkiem prawnie powrócić do związku z prawdziwą ojczyzną. Świdnica i Jaworze i tak nie złożyły jeszcze hołdu ani Janowi, ani Karolowi. Książę zaś Bolko Świdnicki pozostawał w ścisłych stosunkach z Kazimierzem Wielkim; teraz tedy, w obec tych zamiarów Karola, a po świeżych kłopotach o Mieliczę, tem bardziej obaj czuwali, żeby Ślązk do reszty nie odpadł od wpływu polskiego.
W roku 1345 wyprawił się margrabia Karol na pomoc Krzyżakom przeciw Litwie; kiedy wracał przez Polskę, kazał go Kazimierz przytrzymać w Kaliszu, ale Karol zdołał umknąć. Rozpoczęła się wojna: król polski wyruszył na Ślązk i zdobył Ceniawę, której gród spalił. Ojciec Karola, król Jan, bawił wtenczas nad Renem; prędko zjechał do Wrocławia, nabrał tu, jak zwykle, pieniędzy, i zebrał wojsko, z którem ruszył - nie na Polskę, ale na księcia Bolka Świdnickiego. W Kwietniu 1345 oblężono Świdnicę tak, że dostęp był niemożebny, ale książę zaopatrzony był dobrze w amunicyą przez króla polskiego, załoga zaś taki dzielny stawiła opór, że Jan ze wstydem musiał się cofnąć, a pokój zawierając, uznał niepodległość Bolka. Następnego roku umarł król Jan, a margrabia morawski i pan Ślązka, syn jego Karol, został królem czeskim, a potem także królem niemieckim ze zwykłym tytułem cesarza rzymskiego.
Tegoż roku 1346 umarł Henryk jaworzyński, a księstwo jego przypadło Bolkowi Świdnickiemu. Bolko stał się przez to najpotężniejszym księciem na Ślązku; panowanie jego rozciągało się od Strzygłowa aż do gór Olbrzymich na czeskiej granicy i od Bolesławia aż do ostatnich stoków gór zwanych Sowiemi. Kazimierz Wielki zaczął go znowu namawiać do wojny z Karolem i rzeczywiście ruszył się Bolko, a polskie wojsko wkroczyło na Ślązk; przez półtora roku trwała ruchawka, która żadnych nie przyniosła zdobyczy, ale wielką, bardzo wielką korzyść Kazimierzowi Wielkiemu. Oto w roku 1348 zażądał Karol pokoju; zjechali się obaj królowie i książę Bolko w Namysłowie, a za to, że Kazimierz obiecał pozostawić Karola w spokoju na Ślązku, przyrzekał Karol zerwać przymierze z Krzyżakami i nigdy im nie pomagać, nadto zawarł z Polską przymierze przeciw Brandenburgii. W ten sposób mądrą polityką pozbył się Kazimierz nieprzyjaźni potężnej dynastyi Luksemburskiej, a Zakonowi krzyżackiemu odjął głównego protektora. Bolko Świdnicki, wciągnięty do tego pokoju przez Kazimierza, miał też zapewniony spokój, nic nie utracił i hołdu Karolowi także nie złożył.
Król Karol jednakże był tęgim politykiem; właśnie owdowiał, a widząc, że wojną na Ślązku nie wskóra, - oświadczył się o rękę siostrzenicy i jedynej dziedziczki księcia Bolka. Jak tu nie przyjąć takiego zalotnika do panny? Króla rzymskiego, króla czeskiego, księcia luksemburskiego, margrabiego morawskiego i pana Ślązka w jednej osobie! Trzynaście lat miała dopiero księżniczka Anna, ale drugi raz taki los jej się nie zdarzy! Wyprawiono więc wesele w Maju 1353, w kwartał zaledwie po pogrzebie pierwszej żony Karola. A kiedy w Lipcu tegoż roku księżniczka Anna odbyła w Pradze koronacyę, książę Bolko, (który sam nigdy dzieci nie miał, chociaż żonaty) dumny z korony w swoim rodzie, pogodził się do reszty z Karolem i odtąd niczego przeciw mężowi swej siostrzenicy nie przedsiębrał. W ten sposób król Karol, choć przegrał sprawą na wojnie, wygrał ją na ślubnym kobiercu, a król Kazimierz - musiał na wesele winszować.
Książę świdnicki miał szalone szczęście; kupnami, działami i w różne sposoby powiększał swoje posiadłości; wkrótce prawie pół Ślązka do niego należało; co więcej, kupił Łużyce Dolne i przez to jeszcze raz podwoił swoje panowanie. Król czeski nietylko temu przeszkadzał, ale owszem pomagał, boć przecież teraz on sam był dziedzicem Bolka. Wkrótce w roku 1368 umarł Bolko i reszta Ślązka przeszła też do korony czeskiej.
Skoro tylko Karol zapewnił się przez swoje małżeństwo, że będzie panem całego Ślązka, zaraz rozpoczął starania, żeby dyecezyą wrocławską przyłączyć do metropolii praskiej. Kazimierz Wielki pilnował jednak tej sprawy na dworze papiezkim, gdzie osobnego nawet w tym celu trzymał agenta; ażeby zaś utwierdzić polskie stronnictwo w kapitule wrocławskiej, zjechał w roku 1351 do Wrocławia i wziął ze sobą arcybiskupa gnieźnieńskiego. Wtenczas wybrano dziekanem katedralnym wrocławskim Jana Starzyka, kanclerza króla Kazimierza; ten oczywiście stanął po stronie polskiej i sam nawet pojechał do Rzymu, żeby poprzeć sprawę metropolii gnieźnieńskiej, prastarej matki polskich biskupstw. Gdyby zaś dwór papiezki skłaniał się do życzeń króla Karola, natenczas polecono posłowi, żeby się koniecznie wystarał o oderwanie całego Górnego Ślązka od dyecezyi wrocławskiej; zapewne przyłączonoby go w takim razie do krakowskiej, do której i tak połowa Górnego Ślązka należała od samego początku. papieżom wcale nie było spieszno dogadzać zachciankom czeskiego króla; ani Klemens VI., ani jego następca Innocenty VI. na to nie przystali. U późniejszego papieża zaś, Urbana V., nie czynił już Karol żadnych starań w tej sprawie, a to z tej przyczyny, że kiedy Kazimierz W. zaczął się z Węgrami zmawiać na Czechy, król Karol sam mu przyrzekł, że już da spokój i Wrocławia od Gniezna nie będzie odrywał, byle Kazimierz nie zawierał przeciw niemu sojuszów. W kapitule wrocławskiej brało też coraz bardziej górę stronnictwo polskie, tak że aż w roku 1369 zatrwożeni tem rajcy wrocławscy piszą na gwałt do swego króla, że kapituła knuje jakieś zdradzieckie spiski z królem polskim. - Właśnie bowiem wtedy po śmierci Bolka świdnickiego zamierzał Kazimierz znowu z Węgrami zawrzeć sojusz przeciw Czechom; ale już następnego roku śmierć zabrała wielkiego króla chłopków (1370).
Kapituła i magistrat stanęły ostro przeciw sobie; tam ostoja polskości, tu główna kwatera niemczyzny. Król Karol, chętny germanizacyi, stanął po stronie magistratu i wydał nawet prawa, ścieśniające gwałtownie swobodę kościelną. Przyznano magistratowi, że mu wolno więzić poddanych biskupa i pozywać przed sądy miejskie, a biskupowi zakazał król surowo, żeby nie rzucał z tego powodu interdyktu na miasto; zakazał też król apelacyi od sądów miejski w takich procesach. Było to wyraźnem zdeptaniem przepisów prawa kanonicznego.
Król Kazimierz Wielki pozostawił po sobie tylko córki. Całe życie trapił go brak męzkiego potomka, któremuby państwo mógł przekazać. Krewnych Piastów nie brakło wprawdzie: było ich SD na Ślązku i kilku na Mazowszu. Ale ślązcy już czarnego orła w herbie mieli, już się polskości wyparli i uroczystą uchwałą narodu byli za to od tronu wykluczeni: hołdownicy niemieckiej dynastyi Luksemburgów nie mogli prowadzić dalej posłannictwa Polski. Mazowieccy również zawarli już kilkakrotnie związki ze zniemczonymi i niemieckimi królami czeskimi. Nadto uwzględnić należało, że to były same drobne książątka, niedorosłe bynajmniej do wielkich zadań, które Kazimierz Wielki Polsce przeznaczał (a o których w następnym rozdziale); takie książątko, przyzwyczajone łupić biednych, zastawiać swoją ojcowiznę i swarzyć się ciągle o byle co, nie miało pojęcia, co to rząd wielkiego państwa; pod takiem panowaniem Polska chybaby się znowu cofnęła w tył. Cały zaś naród chciał wraz z królem iść naprzód, do coraz większej cywilizacyi, potęgi i chwały, żeby był mocarstwem europejskiem i wielkim narodem. Toteż zgodzili się wszyscy, gdy Kazimierz ustanowił swym następcą króla węgierskiego Ludwika, zaszczyconego przez Węgrów również przydomkiem Wielkiego. Smutna to była konieczność, obcego na tron powoływać, ale niesposób było próbować sprawy z tymi, którzyby Polskę Niemcom dalej oddawali po kawałku.
Na polskim tronie kończy się tedy w roku 1370 panowanie Piastów, kończy się okres historyi znany piastowskim. Zaczyna się okres nowy: jagielloński, od dynastyi Jagiellonów, która wkrótce, w 16 lat po śmierci Kazimierza Wielkiego, po Ludwiku Węgierskim na tronie polskim zasiadłszy, pchnęła naród na nowe tory, pełne zasług niespożytych dla cywilizacyi europejskiej.
VI. Ślązk pod Luksemburczykami
Po śmierci Kazimierza Wielkiego wstąpił na tron polski król Ludwik Węgierski, sławny w historyi Węgier, bo mu Węgrzy nadali nawet przydomek Wielkiego. Lecz o ile był dla Węgier ojcem, - o tyle dla Polski chyba ojczymem i uważał koronę polską tylko za środek do wzmocnienia swojego węgierskiego państwa. Nie wiele też w Polsce przebywał; W Krakowie pozostawił swą matkę Elżbietę, której węgierski dwór dawał dużo powodów do zgorszenia, a nawet do zwad i rozlewu krwi. Państwo było licho opatrzone, zwłaszcza od wschodniej ściany nowe nabytki Kazimierza W.; toteż zaraz następnego roku po śmierci Kazimierza zajęli Litwini Włodzimierz ruski. Pokazało się, że trzeba tu koniecznie obecności jakiegoś rządcy, któryby ustawicznie baczył na potrzeby kraju. Ludwikowi Węgierskiemu zależało najbardziej właśnie na utrzymaniu Rusi Czerwonej, z tego powodu, że miał skryte zamiary, ażeby ten bogaty kraj oderwać od Polski a przyłączyć do korony węgierskiej. Trzeba tedy było ustanowić takiego rządcę, któremu byłoby wszystko jedno, czy Polska, czy Węgrzy, któryby zupełnie był zależny od woli Ludwika i gotów zawsze być ślepem narzędziem w jego ręku. Takie narzędzie znalazł Ludwik w osobie jednego z książąt ślązkich: był nim książę opolski Władysław, zwany zwykle krótko Opolczykiem, który niemiał w sobie nic a nic polskiego.
Książę ten miał wielkie zdolności; był doskonałym gospodarzem i dobrym politykiem; ale cóż, kiedy brakowało mu charakteru. Za zyskiem tylko goniąc, był zawsze gotów sprzedać się każdemu, kto mu osobiste pokazywał korzyści. Niemiał żadnej ojczyzny, nie był ani Węgrem, ani Polakiem, ani Czechem, ani nawet Niemcem, ale do każdego narodu dla zysku przystać potrafił.
Władysław Opolczyk był synem księcia Opolskiego Bolesława II., który umarł roku 1356. Nie duże księstwo miało się podzielić pomiędzy dwóch synów, Władysława i Bolesława (III). Matka obmyśliła jednak inną przyszłość dla Władysława, i wyprawiła go w młodych latach na dwór spowinowaconego Ludwika węgierskiego, sądząc, że może się dorobi czego na Węgrzech i nie będzie żądał podziału z ojcowizny. Władysław dzięki wielkim zdolnościom zdołał sobie w krótkim czasie zapewnić wielkie znaczenie i godności na węgierskim dworze; niedługo tak się wyrobił, że go król Ludwik zaczął używać do poselstw do innych monarchów. I w sprawach wojennych nabył Opolczyk wiedzy. Kiedy w roku 1362 zanosiło się na wojnę między czeskim królem Karolem IV. a Ludwikiem Węgierskim, król Ludwik powierzył Opolczykowi dowództwo tego oddziału, który z Węgier miał wpaść na Morawy. Podjął się tego Opolczyk, jakkolwiek Karol był jego zwierzchnim panem, bo Ślązk był już pod koroną czeską a księstwo opolskie czeskiem lennem. A robił to nie dlatego, żeby miał być przeciwnikiem czeskiego zwierzchnictwa nad Ślązkiem, bo jemu to było zupełnie wszystko jedno, kto nad Ślązkiem panuje, tylko dla tego, że tak wymagał chwilowy jego interes, związany z interesem króla węgierskiego. Do wojny wtenczas nie doszło, monarchowie pokojowo się ułożyli. Karol IV. chciał mieć jednak odtąd kogoś zaufanego na węgierskim dworze, a znając Opolczyka, że za darmo nic, ale za zysk wszystko zrobi, zapukał do niego. Dał mu przywilej, mocą którego wolno mu było swoje ślązkie posiadłości zapisać córkom w razie braku męzkiego potomstwa. Przywilej ten krzywdził brata Władysławowego, Bolesława III. opolskiego, który wiernie służył królowi czeskiemu, w nadziei, że dostanie drugą połowę ojcowizny po Władysławie. Ale Władysław wystarawszy się o ten przywilej, pokazał, że nie myśli nic darować.
Pilnował odtąd dobrze interesów czeskich na Węgrzech. Król Ludwik nie miał synów, tylko same córki, które były najbogatszemi w całej Europie na te czasy dziedziczkami. Karol IV. poprosił tedy o rękę jednej z nich, Maryi, dla swego syna Zygmunta i wysłał w poselstwie o to do Budy, stołecznego miasta Węgier, jednego ze swych ślązkich lenników, księcia cieszyńskiego Przemysława. Dynastya luksemburska miała w ten sposób podwoić swą potęgą, bo kto miał rękę Maryi, ten miał nadzieję, że zostanie w przyszłości królem węgierskim albo polskim. Na potęgę Luksemburgów, mających już koroną cesarską i czeską, spozierała zazdrosnem okiem sąsiednia dynastya Wittelsbachów w Bawaryi, a książę sam pospieszył do króla węgierskiego, żeby go odwieść od związków rodzinnych z Luksemburczykami. Lecz Władysław Opolski, ujęty przez Karola IV., strzegł jego sprawy i małżeństwo to szczęśliwie do końca doprowadził. Ówczesny nowożeniec, Zygmunt Luksemburski, był potem zawziętym nieprzyjacielem Polski.
Opolczyk był już hrabią preszburskim, a wkrótce został palatynem, t j. pierwszą po królu osobą w państwie węgierskiem, gdy wtem śmierć Kazimierza W., a postąpienie króla Ludwika na tron polski dopiero mu na oścież rozwarło bramy szczęścia. Zaraz na początek dał mu Ludwik w Polsce ziemię wieluńską, jako lenne księstwo; nabytek ten tem był ważniejszy, że ziemia wieluńska sąsiaduje właśnie z opolską. Nie dosyć na tem, w roku 1372 powierza mu Ludwik rządy Rusi Czerwonej. Tam przebywał Opolczyk przez sześć lat, a rządy jego były dla kraju bardzo korzystne pod względem gospodarskim. Dwie jednakże rzeczy były szkodliwe; po pierwsze, że sprzyjał bardzo Niemcom, których ciągle na Ruś sprowadzał; Lwów zaczął się robić niemieckiem miastem i doprawdy, Władysław chciał chyba z Rusi Czerwonej zrobić dla Niemców coś podobnego, jak się już zrobiło ze Ślązka; ale losy tego kraju niedługo weszły na zupełnie odmienne tory. Drugiem złem było, że Opolczyk przygotowywał wszystko do tego, żeby, gdy stosowna nadejdzie pora, oderwać kraj od Polski a przyłączyć do Węgier.
To się też stało w roku 1378. Król Ludwik odwołał Władysława, a grody czerwono-ruskie obsadził swojemi węgierskiemi załogami, nie troszcząc się o prawa Polski. Opolczyk sam węgierskich żołnierzy porozmieszczał w kraju, a wdzięczny za to Ludwik dał mu znowu kawał polskiej ziemi, nadając mu lennem ziemię dobrzyńską, bydgoską i gniewkowską. Chciał go nawet zrobić wielkorządcą całego królestwa polskiego, ale ledwie mu tę godność powierzył, zaraz musiał odwołać, bo kraj się burzył przeciw księciu, który zatracił w sobie zupełnie poczucie ojczyzny.
Król Ludwik nie miał syna, ale nie chciał korony polskiej wypuścić ze swego domu. Już w roku 1373 wystarał się u panów małopolskich, że zapewnili prawo następstwa na polskim tronie dwom starszym córkom królewskim, Katarzynie i Maryi. Gdy Katarzyna wkrótce umarła, miała do tronu polskiego prawo tylko Marya. Ludwik chciał na wszelki sposób zapewnić to prawo także trzeciej córce, najmłodszej Jadwidze, zaręczonej z księciem austryackim, Wilhelmem habsburskim. Wielkopolska nie chciała się na to zgodzić, ale Ludwik poparty przez Małopolan postawił na swojem i na zjeździe w Koszycach 1374 roku przyznano też Jadwidze prawo następstwa. To, przeciw czemu tak bardzo opierali się Wielkopolanie, miało się stać niedługo potem nąjwiększem błogosławieństwem dla Polski, a księżniczka Jadwiga stała się szczęściem polskiej historyi.
Jakkolwiek na wszelki wypadek zapewnił Ludwik wszystkim córkom prawo do polskiego tronu, nie Jadwidze jednak przeznaczał on koronę piastowską, ale starszej Maryi, zamężnej za królewiczem czeskim, Zygmuntem Luksemburskim. W roku 1382 skłonił nawet wielu dygnitarzy polskich, żeby złożyli hołd temu Zygmuntowi, a następnie wyprawił go z wojskiem do Wielkopolski, żeby sobie kraj pomału już zajmował. Nieobliczalne klęski mogły spaść na Wielkopolskę; nie ulega wątpliwości, że Zygmunt byłby tam gospodarował tak samo po niemiecku, jak zniemczeni Piastowie na Ślązku. Niemieckie żywioły rozpanoszyłyby się na dobre, podając sobie od ziem Krzyżackich przez Wielkopolskę rękę aż na Ślązk.
Wtem nagle 11-go Września umiera król Ludwik, właśnie, kiedy zięć jego Zygmunt zabiera się objechać z wojskiem Wielkopolskę. Miasta, pół na pół jeszcze niemieckie, witały go z ochotą, ale szlachta polska i lud związali się w konfederacyę czyli związek, oświadczając, że nie chcą już takiego króla, któryby z zagranicy po cudzoziemsku nimi rządził. Myślał Zygmunt, że wszystko będzie dobrze, byle tylko prędko odprawić koronacyę i zwrócił się do Krakowa; ale Krakowa strzegła znowu małopolska szlachta i Zygmunta do miasta nie wpuścili. Nic nie wskórawszy, powrócił Zygmunt na Węgry, pilnować przynajmniej węgierskiej korony.
Małopolscy panowie umyślili, że tron polski zachowają dla młodszej Jadwigi, która jeszcze była niezamężna, więc można jej było dobrać męża takiego, jaki będzie najlepszy na króla polskiego, takiego, który w Polsce zamieszka i nie będzie uważał korony polskiej za dodatek tylko do innej. Mieli nawet upatrzonego kandydata, a mianowicie w osobie Wielkiego Księcia pogańskiej Litwy, imieniem Jagiełło. Plan ten trzymali jednak w najściślejszej tajemnicy i prócz kilkunastu małopolskich panów nikt o nim nie wiedział. Tajemnica była potrzebna, bo plan był daleki a śmiały! Wszak Litwa była pogańską, Jagiełło musiałby się ochrzcić, cała Litwa nawrócić się i przystąpić do związku z koroną polską - a nie mogli wiedzieć, czy Jagiełło na to wszystko przystanie, więc po cichu tylko w kilkunastu zabrali się do próby. A chociażby nawet mieli pewność, że Jagiełło przystanie, trzeba było tajemnicy, żeby się o tem Krzyżacy nie dowiedzieli przedwcześnie, bo nie omieszkaliby wytężyć wszystkich sił, żeby temu przeszkodzić, gdyż połączenie Polski z Litwą byłoby śmiertelnym ciosem dla krzyżackiego państwa, tej głównej warowni niemczyzny na północy. Przeszkadzałby też oczywiście i Zygmunt luksemburski, a siły Węgier, Czech, Niemiec i Krzyżaków zwaliłyby się na Polskę, żeby tylko nie dopuścić Jagiełły do tronu. Trzeba było największej ostrożności we wszystkiem i nie można było wystąpić z tym planem jawnie, pókiby się po cichu wszystkiego nie przygotowało. A nakoniec pozostawała jeszcze jedna trudność: choćby wszystko najlepiej i najroztropniej przygotować, kto zaręczy, czy Jadwiga zechce wyjść za mąż za Jagiełłę, skoro od dziecka zaręczoną jest z księciem austryackim? Doprawdy, w całej historyi niema przykładu trudniejszego a śmielszego planu politycznego.
Nie spieszno też było małopolskim panom sprowadzić Jadwigę do Polski; woleli sobie tymczasem przygotować trochę sprawę. Zresztą Jadwiga była młodziutką, miała dopiero lat jedenaście, kiedy umarł jej ojciec, Ludwik Węgierski. Z taką młodziuteńką królową można było jeszcze poczekać, tem bardziej, jeżeli chciało się jej dać koronę w tej tylko myśli, żeby ją stosownie wydać za mąż.
W historyi królowej Jadwigi łączy się Litwa z Polską; żeby więc lepiej zrozumieć i życie tej błogosławionej królowej i mądrość planu małopolskich polityków, przypatrzmy się trochę sprawom litewskim, które mają znów najściślejszy związek z historyą Zakonu Krzyżackiego.
Wiemy już, jak Krzyżacy mordem i zdradą rozszerzali swoje panowanie. Prusaków nie nawrócili, bo ich nawet nawracać nie próbowali, ale za to wytępili cały ten nieszczęśliwy naród dosłownie co do nogi. Po Prusakach miała przyjść kolej na Litwinów. Tymczasem Litwini założyli u siebie silne państwo, które podbojami ziem ruskich tak rozszerzali, że stało się największą potęgą na wschodzie. Wielkie Księstwo Litewskie było dwa razy większe od królestwa opolskiego! Prócz Litwy właściwej z głównemi miastami Wilnem i Trokami, należały do tego państwa liczne księstwa ruskie, aż na południe do Kijowa! Wielkie te obszary były po większej części chrześcijańskie, boć ziemie ruskie od wieków już były ochrzczone - ale schyzmatyckie. I na właściwej Litwie nie brakło schyzmatyków, nawet z młodszych książąt litewskich ten i ów często schyzmę przyjmował; tylko Wielki Książę w Wilnie był zawsze poganinem, podobnie, jak lud litewski. Ten lud nie lubiał schyzmy, ale przecież wolał ją od katolicyzmu; a to z tej prostej przyczyny, że schyzmę poznawał od podbitych Rusinów, z którymi już potem żyli w spokoju, podczas gdy katolicyzm mieli sposobność poznać tylko... na ostrzu Krzyżackich mieczów. Szczególna rzecz, że Litwa, mając w swojem państwie większą połowę schyzmatyckiej ludności, nie przyjęła także schyzmy. Ale schyzma sławną jest z tego, że nie ma szczęścia do nawracania; kto się jej przypatrzy, odchodzi i sam jej nie chce; tak też nie chcieli jej Litwini.
Od stupięćdziesięciu lat siedzieli w sąsiedztwie Krzyżacy, którzy przecież byli od tego, żeby nawracać; ale Litwini nic a nic nie poznali katolickiej wiary, bo Krzyżakom ani się śniło o nawracaniu. Wciągu tego półtora wieku nie słychać ani razu, żeby Krzyżacy byli wysłali choć jednego misyonarza na Litwę; za to prawie co roku, z bardzo rzadkiemi wyjątkami, posyłali na Litwę wojsko, żeby grabić, palić, łupić i mordować.
To się u nich nazywało nawracaniem. Ustawicznemi wojnami znękana Litwa była już nieraz tak osłabioną, że dziwić się wypada, jak to być może, że Krzyżacy nie zdobyli litewskiej ziemi? Kilka razy mieli do tego doskonałą sposobność, ale zawsze kończyło się na zniszczeniu kraju, poczem wracali sobie do Prus. Nigdy swojego wojska na Litwie nie zostawili, nigdy tego kraju do swojego państwa nie przyłączali. U Krzyżaków, którzy byli tacy zaborczy, zachłanni, a na cudze najłakomsi w świecie, rzecz dziwna. A jednak mieli oni w tem kapitalne wyrachowanie! Gdyby bowiem zajęli ostatni jeszcze w Europie kraj pogański - nie mieliby już z kim wojować! Zabrakłoby im pogan! - A wszak w imię walk z pogaństwem wspierała ich cała zachodnia Europa, dostarczając ciągle nowego rycerstwa i nowych bogactw. Przedstawiając się, jako obrońcy przed pogańskiemi najazdami, zyskali poparcie nieświadomych ludów zachodniej Europy i wyzyskiwali monarchów, wmawiając w nich, że gdyby nie oni, pogaństwo rzuciłoby się na chrześcijańskie państwa. Zająwszy Litwę, nie mieliby już czem straszyć i zasłaniać się. Co więcej, gdyby w ziemi litewskiej panowali, musieliby pogan albo nawrócić albo wytępić - ale skoroby tylko pogan zabrakło - Krzyżacy byliby niepotrzebni! Powinniby potem opuścić północne krainy i przenieść się gdzieś w inną stronę świata, szukać pogan! Tak tedy zajęcie Litwy lub jej nawrócenie byłoby śmiertelnym ciosem dla Zakonu, który nie o religii, ale o świeckiem panowaniu myślał. Krzyżacy więc nie chcieli, żeby się Litwa nawracała i dochodziły też nieraz do stolicy apostolskiej skargi na nich (od arcybiskupów z Rygi zwłaszcza), że oni przedewszystkiem przeszkadzają nawróceniu Litwy. Litwa była dla nich dobra właśnie do tego, żeby byli poganie i żeby mieć z kim wojować. Wojowali z nią ciągle, ale nie zdobywali jej; toteż zaczepiana ciągle od północy mogła się jednak Litwa spokojnie rozrastać ku południowi.
Ażeby nie stała się potęgą groźną dla Zakonu, mieli na to Krzyżacy swój sposób. Wśród książąt litewskich były ciągłe swary, a często walki o godność Wielkoksiążęcą. Otóż Krzyżacy podsycali starannie te niezgody, dziś temu książęciu, jutro tamtemu dopomagając. Zawsze prawie jakiś książę litewski był z nimi w sojuszu, ciągle bruździli i wtrącali się w wewnętrzne sprawy litewskie.
W tych właśnie latach, kiedy w Polsce rządził Ludwik węgierski, panowało na Litwie dwóch głównych książąt. Młody Jagiełło w Wilnie i stary, dzielny stryj jego, Kiejstut, w Trokach. Jagiełło z natury był podejrzliwy, a wysłannicy Zakonu dołożyli swoich starań, ażeby synowca poróżnić ze stryjem, tak, żeby się nawzajem mieli w podejrzeniu, że jeden czyha na zgubę drugiego. Z Jagiełłą zawarli sojusz przeciw Kiejstutowi; ale gdy Kiejstut ruszył na synowca, zostawili Jagiełłę bez pomocy. Niech się Litwini sami między sobą osłabiają! Kiejstut pozbawił tedy Jagiełłę Wielkiego księstwa, wyznaczył mu jednak dzielnicę. Wkrótce udało się Jagiełłę zebrać wojsko i odzyskać na nowo Wilno. Wtenczas przychodzą mu Krzyżacy z pomocą i pomagają zdobyć na Kiejstucie Troki. Kiejstut zawieziony w okowach do Wilna, ginie we więzieniu u synowca. Teraz Zakon domaga się od Jagiełły połowy Żmujdzi, a książę osłabiony wojną domową musi przystać; tem bardziej, że miał przeciw sobie oburzone w kraju cale stronnictwo Kiejstuta. Wtenczas też zażądali Krzyżacy od Jagiełły przyrzeczenia, że w ciągu czterech lat przyjmie chrzest św. Ale żeby Jagiełło przypadkiem przyrzeczenia nie spełnił, sami zaraz się postarali o rozbrat z nim, zawierając teraz przeciw niemu przymierze z synem Kiejstuta, Witołdem. Witołda nrzyciągają do siebie, sprowadzają do Prus, tutaj go chrzczą i nadają mu prawem lennem całą Litwą, którą mają mu pomagać zdobyć - od Jagiełły. Zaczyna się wojna domowa Witołda z Jagiełłą; ale Witołd przejrzał, jak Krzyżacy oszukują ich obydwóch i w roku 1384 pogodził się z Jagiełłą. Bardzo być może, że do zgody też dopomogły plany małopolskich panów, którzy w tym czasie porozumieli się już z Jagiełłą.
Gdyby Jagiełło te plany odrzucił, miałby nieustanną wojną to z Zakonem, to z Witołdem. Na Wielkiem Księstwie nie utrzymałby się inaczej, jak tylko będąc służką Zakonu, bo inaczej Zakon zarazby przeciw niemu popierał innego księcia. Obiecał Krzyżakom, że się ochrzci po katolicku. Jeżeli przyrzeczenia nie dotrzyma, będą o to (niby) prowadzić z nim wojnę; jeżeli przyjmie wiarę katolicką, popadnie w nienawiść u ludu, bo dla Litwinów wiara katolicka była wiarą niemiecką, krzyżacką, znienawidzoną. Będzie znowu wojna domowa, w której on sam miałby występować z Krzyżakami przeciw własnemu ludowi? Czy tak zrobi, czy owak, zawsze na to wychodziło, że utrzymać się przy Wielkiem Księstwie będzie mu bardzo trudno, a na wszelki wypadek Litwa poniesie szkodę, skorzystają zaś tylko odwieczni wrogowie Litwy, Krzyżacy. Gdyby to Litwa dosyć miała potęgi, żeby w zwycięzkiej wojnie rozgromić nienawistny Zakon! Ale jeżeli Polska do tego za słaba, cóż mówić o Litwie!
Ale Litwa złączona z Polską miałaby może do tego dość siły? Żądają wprawdzie panowie polscy, żeby on i cała Litwa przyjęła wiarę katolicką - ale jej nie niosą na końcu miecza, nie chcą gwałtu, lecz tylko prawdziwego apostolskiego nawrócenia, nie przez żołnierzy, ale przez misyonarzy. Nie zmuszają, ale tylko zapytują, czy Litwa chce się dobrowolnie nawrócić. Katolicyzm przyjęty z Polski, to nie "niemiecka" wiara, której towarzyszą pożary i mordy. Lud widząc, że niema wśród nawracających ani jednego Niemca, całkiem inaczej będzie ich słuchać i może zniknąć uprzedzenie przeciw katolicyzmowi. Żądają też panowie polscy, żeby Litwę zapisać koronie polskiej; ale mówią zarazem wyraźnie, że niema to być zapis w poddaństwo, ale tylko związek czyli unia na równych prawach, a zresztą tę koronę polską on sam ma nosić. A trzeci warunek, żeby poślubić Jadwigę, to już warunek najprzyjemniejszy. Królewna młodziutka, sławna z urody i z najlepszego królewskiego gniazda! Nie o to pytanie, czy Jagiełło chce ją za żonę, ale o to, czy też ona zechce go przyjąć za męża!
Jagiełło w duszy dawno już nie był poganinem; od nawrócenia powstrzymywała go tylko obawa przed "niemiecką" wiarą, ale zgodził się przyjąć chrzest z polskiej ręki. Z początkiem roku 1385 wyprawił do Polski poselstwo.
Jadwiga co dopiero od kilku zaledwie miesięcy przebywała w Polsce. Trzeba ją już było koniecznie do Polski przysłać, bo inaczej byłaby ją minęła całkiem korona. O planach małopolskich panów aż do roku 1385 nikt nie wiedział, a tymczasem szlachta polska także miała swoje plany, lecz całkiem inne. Mając do syta obcych rządów w Polsce, pamiętając niewesołe rządy Ludwika, nie chcieli teraz żadnej z jego córek i to z powodów narodowych. Maryę wygnali niedawno dlatego, że była zamężna za Zygmuntem Luksemburskim. A wszakżeż Jadwiga była narzeczoną także Niemca, austryackiego Wilhelma! Dosyć niemieckiego panowania na Pomorzu i na Ślązku, poco ma się rozplemiać na całą Polskę? Niechaj nad Polakami Polak panuje, wszak mamy jeszcze Piastów na Mazowszu, którzy wcale nie są zniemczeni, zupełnie Polacy, a że ich ojcowie dawniej łączyli się z Czechami, to już dawno odpokutowali. Tak rozumowała większa część patryotycznej szlachty i zwołali zjazd do Sieradza.
Przyjechał tam też Władysław Opolczyk, żeby bronić węgierskiej królewny. Ten jeden jedyny raz ślązki ten książę działał na korzyść narodowej polskiej sprawy, ale mimowiednie, bo myślał oczywiście, że broniąc Jadwigi, broni zarazem Wilhelma austryackiego, który stałby się polskim królem przez małżeństwo z Jadwigą. Szlachta o tem słyszeć nie chciała, ale wołała głośno, że chce na króla księcia mazowieckiego, Ziemowita; żądano nawet od obecnego arcybiskupa gnieźnieńskiego, Bodzanty, żeby go zaraz królem ogłosił. Dopiero wdali sią w to panowie małopolscy; ciężko im było działać, bo nie mogli jeszcze ogłosić publicznie, co mają w zanadrzu. Powoływali się tylko na honor narodu, że przecież nie można łamać słowa danego nieboszczykowi królowi, że Jadwiga, choć zaręczona, ale nie wyszła jeszcze za Wilhelma, że zresztą, jeżeli z czego niezadowoleni, można przyszłej królowej podać warunki. Mazowieckie stronnictwo spostrzegło się tedy, że możeby Ziemowit ożenił się z Jadwigą i w tej myśli postanowili, że będą jeszcze na królową czekać do Zielonych Świątek 1383 roku. Skupiło się na Opolczyku, którego szlachta okropnie nienawidziła. Podając Jadwidze za warunek do korony, żeby Ruś Czerwona znowu do Polski, jak się należało, była przyłączona, dodano też, żeby odjąć Opolczykowi wszystkie te ziemie polskie, które lennem od Ludwika otrzymał był. Jeżeli Jadwiga tych warunków nie spełni, nie będzie królową polską.
Arcybiskup Bodzanta pojechał na Węgry po królewnę. Potajemnie przyłączył się do jego orszaku Ziemowit Mazowiecki, ażeby poślubić gwałtem młodą królowę, skoro tylko przybędzie do Krakowa. Ale panowie małopolscy mieli wszędzie oczy i uszy; rzecz się wykryła a Ziemowita nie dopuścili całkiem do Krakowa. Sami zaś na własną rękę odroczyli przyjazd królowej aż do jesieni.
Książę Ziemowit zaczynał miarkować, że go małopolscy wielmoże bezwarunkowo nie chcą dopuścić do tronu, że nie zezwolą na małżeństwo z Jadwigą. Rozpoczął tedy wojnę, a że Krzyżakom wojna domowa w Polsce bardzo była na rękę, więc wspierali Ziemowita. I tak narodowy piastowski kandydat znalazł się w spółce z niemieckim Zakonem! Ziemowit zajął ziemię kujawską i łęczycką, obległ Kalisz a w Czerwcu 1383 ogłoszono go w Sieradzu królem! Trzeba było koniecznie posiłków z Węgier; sprowadzili więc z tamtąd Zygmunta Luksemburskiego, który zaraz chętnie przybył z wojskiem, a tak obaj niemili im kandydaci nawzajem się bili i osłabiali. Próbował Zygmunt zająć przy tej sposobności Kraków, ale temu zawczasu przeszkodzono; Zygmunt zrobiwszy swoje na Mazowszu i pomógłszy przez to mimowiednie małopolskim panom, musiał znowu wracać z niczem na Węgry.
Królowa Jadwiga i Wilhelm austryacki
Teraz trzeba już było naprawdę, żeby Jadwiga przyjeżdżała. Zwołano zjazd do Radomia na dzień 2-go Marca 1384 roku i tu uchwalono, że jeżeli do dwóch miesięcy Jadwiga w Polsce nie stanie, utraci prawa do korony. Dwa miesiące minęły - a zamiast Jadwigi stanął na polskiej granicy Zygmunt. Tymczasem bowiem królowa matka Jadwigi zmieniła zdanie i postanowiła Jadwigę zatrzymać na Węgrzech, a Polskę przeznaczała znowu Maryi i Zygmuntowi; tak się umówiła królewska rodzina węgierska. O tem nie chciano ani słyszeć w Polsce, a gdy Zygmunt dopraszal się chytrze, żeby go tymczasem przyjęto, jako namiestnika Jadwigi, odpowiedziano mu, że go niechcą w Polsce ani na króla ani na namiestnika i ustawiono wojsko koło Sącza, żeby go z Węgier do Polski nie przepuścić. Natenczas królowa matka widząc, że albo Jadwiga, albo żadna z jej córek nie będzie królową polską, wysłała ją nareszcie do Krakowa. W Październiku 1384 przybyła trzynastoletnia królewna i koronowana w Krakowie na królową polską dnia 15-go Października 1384.
Panowie małopolscy mieli wreszcie Jadwigę; usunęli szczęśliwie i Zygmunta i Ziemowita. Ale do celu jeszcze daleko. Trzeba było teraz usunąć Wilhelma austryackiego, który oczywiście zgłosi się po królowę - a nie dosyć na tem, trzeba namówić Jadwigę, żeby oddała rękę Jagielle.
Co do praw Wilhelma, rzecz się miała tak: Mówiliśmy już, że w średnich wiekach dosyć często zawierano nawet małżeństwa między dziećmi, a cóż dopiero zaręczyny! Zaręczył tedy ojciec dziecinę Jadwigę z księciem austryackim, a miał przy tem rachubę polityczną, ażeby z koroną węgierską połączyć sąsiednie kraje austryackie. W układzie zawartym wówczas pomiędzy rodzicami dwojga dzieci zastrzeżono, że gdyby w przyszłości ta lub owa strona inaczej się namyśliła, zapłaci stronie drugiej 200,000 złotych odszkodowania. Wiedzieli o tem panowie małopolscy i postanowili zapłacić 200.000, żeby się pozbyć Wilhelma; ta grzywna przewidziana z góry bardzo była na rękę, bo dopuszczała zerwania zaręczyn w sposób zupełnie prawny, byle zapłacić. Jagiełło z całą ochotą obiecał ponieść ten koszt z własnej szkatuły.
Jagielle przeciwnym był Władysław Opolczyk, który życie swoje poświęcał pilnowaniu interesów niemieckich. Wpłynął on na matkę Jadwigi, królowę węgierską, żeby odnowiła teraz umowę z domem austryackim i jemu poruczyla dopilnowanie, żeby Jadwiga zawarła małżeństwo z Wilhelmem. W drugiej połowie roku 1385 przybył tedy do Krakowa naraz Wilhelm austryacki i Władysław Opolczyk. Było w średnich wiekach prawo kościelne, że po takich zaręczynach dzieci uważano małżeństwo za prawnie zawarte i już nierozwiązalne, skoro tylko dzieci te dorósłszy razem zamieszkały. Wilhelm, obecny w Krakowie, potrzebował tylko dostać się na zamek, zamieszkać choćby tylko dzień jeden z Jadwigą - a cały plan litewski przepadł! Na zamek niewpuścił jednak Wilhelma kasztelan; książę austryacki zamieszkał tedy w mieście, w kamienicy narożnej przy zejściu dzisiejszych ulic Szczepańskiej i Sławkowskiej. Jadwigą chciała poznać młodzieńca, którego jej rodzice przeznaczyli, bo uważała nawet za swój obowiązek poślubić go. Władysław Opolczyk nie zaniedbywał zachęcać jej do tego, a tak długo myszkował, aż w końcu obmyślił sposób i środki, żeby Jadwiga zeszła się z Wilhelmem w refektarzu franciszkańskiego klasztoru, dokąd się udała w otoczeniu swego żeńskiego dworu. Poznawszy Wilhelma, towarzysza niegdyś dziecinnych igraszek, - pokochała go całem sercem. Wilhelm wyrósł na bardzo przystojnego młodziana i umiał się podobać i pozyskać zupełnie serce królewskiej oblubienicy. Gdy to panowie małopolscy spostrzegli, chcieli położyć koniec spotkaniom u Franciszkanów; ale młodziuchna królowa, już koronowana, zaczęła rozkazywać i wręcz oświadczała, że pragnie Wilhelma za męża i że go na zamek do siebie sprowadzi. Zdwojono tedy straże na Wawelu i czuwano dniem i nocą na murach zamkowych.
Jadwiga zaczynała piętnasty rok życia; młode dziewczę szło za popędem serca. Nieprzyjaciele Jagiełły przedstawiali jej litewskiego księcia w najgorszym sposobie; córce najwspanialszego europejskiego dworu mówili, że władca litewski, to barbarzyniec, który żadnej niema cywilizacyi, że chłop ordynarny a przytem bardzo brzydki, z wykrzywioną twarzą i cały porosły rudym włosem; że Litwini skórami tylko się odziewają, w norach mieszkają, że to istni dzicy ludzie. Wmawiali w nią, że wstydem będzie, żeby taka księżniczka wychodziła za pogańskiego księcia, który (jak mówili) dlatego tylko się ochrzci, żeby pozyskać koronę, ale w duszy dalej poganinem będzie; twierdzili, że żaden z monarchów europejskich ręki mu nie poda i że cały świat z pogardą będzie patrzał na taki dwór królewski. Młoda dziewczyna, cała zastraszona, widziała w Wilhelmie zbawcę od wszystkich tych wymyślonych okropności.
Panowie małopolscy stali jednak twardo przy swojem i oświadczyli, że królowa musi przynajmniej pozwolić przyjechać do Krakowa dziewosłębom litewskim; liczyli na to, że przy tej sposobności królowa przekona się, iż Litwini nie są dzicy ludzie, że ją umyślnie okłamują stronnicy Wilhelma. Najbardziej przeszkadzał im Opolczyk; ale udało im się nareszcie przekupić go obietnicą, że się mu pozostawi lenna polskie; na razie nie żądano odeń nic innego, jak tylko żeby opuścił Kraków. Gdy Opolczyk wyjechał, Wilhelm ujrzał się bez pomocy. Czekając na poselstwo litewskie, pilnowano tymczasem królowej w zamku. Jadwiga postanowiła jednak znowu pójść do Franciszkanów; wychodząc zastała bramę zamkową zamkniętą. Kazała otworzyć; straż nie miała kluczów, które trzymał u siebie kasztelan. Gdy go królowa zawołać kazała, przybyli razem z nim inni panowie i rzucili się do kolan królowej, błagając, żeby zaniechała swego zamiaru. Królowa, w której wzburzyła się krew młoda, wyrwała wtenczas topór jednemu ze straży i zaczęła rąbać w bramę, żeby się wydostać na miasto. Słaba dłoń dziewicy nie wiele toporem sprawiła i po kilku uderzeniach poznała, że to na nic się nie zda. Wzruszeni panowie prosili o przebaczenie, bo im samym szczerze żal było młodziuchnej osoby, której przykrość wyrządzać musieli.
Musieli - tak, było to ich obowiązkiem. Małżeństwo z Wilhelmem, to zadowolenie jednego tylko serca i to może tylko nie na długo. A małżeństwo z Jagiełłą - to wielka sprawa przed Bogiem i światem. Nawrócenie całego narodu, rozszerzenie chwały Bożej w dużem państwie, koniec pogaństwa w Europie, wpływ na schyzmę ruską, posunięcie cywilizacyi europejskiej i katolickiej kultury o dwieście mil dalej na północ i wschód, odjęcie podstawy Zakonowi krzyżackiemu, zdwojenie sił do walki z nim, nadzieja, że odzyska się Pomorze, ujście Wisły i wybrzeże morza Bałtyckiego; wzmożenie Polski tak, żeby mogła odebrać to wszystko, czego rad nierad musiał się wyrzec Kazimierz Wielki; a nadto przez połączenie z Litwą trzykrotne powiększenie jej obszaru: - to wszystko było wianem, które Jagiełło dawał Jadwidze. Polska miała pozyskać wielką zasługę dziejową i sama stać się największem państwem w Europie! Czyż się będziemy dziwili, że panowie polscy uważali za swój obowiązek przerwać stosunki z Wilhelmem?
Jadwiga i Jagiełło. Małżeństwo Litwy z Polską
Powoli zaczynała to wszystko rozumieć Jadwiga; nie przystawała jeszcze na nic, ale przynajmniej mówić sobie o tem pozwalała i do Wilhelma już się nie wyrywała. Wilhelm widząc, że Jadwiga nikogo do niego z wiadomością nie posyła, zdradzony przez Opolczyka, opuścił wreszcie Kraków.
Przybyli dziewosłębi z Litwy, bracia Jagiełły i królowa przekonała się, że nie ustępują w niczem rycerzom zachodniej Europy. Z ich własnych ust dowiedziała się, jakie na Litwie stosunki, jak Krzyżacy budzą narodową nienawiść przeciw religii i przekonała się, że Litwa przyjmie katolicyzm tylko od Polaków, albo go wcale nie przyjmie; pozostanie w pogaństwie lub chyba przejdzie na schyzmę, ale o chrzcie z rąk wrogich Krzyżaków nie chce ani słyszeć. Przekonała się teraz sama, że losy całej wschodniej Europy są w tej chwili w jej ręku: od jej woli zależy przygarnąć Litwę do prawdziwego Kościoła, albo ją od niego na zawsze odepchnąć; od jej zależy woli zrobić z Polski potężne mocarstwo, lub też zostawić ją nadal w niebezpiecznem otoczeniu Luksemburgów i Krzyżaków, którym bez związku z Litwą nie podoła; od niej zależy przysporzyć Polakom w Litwinach serdecznych braci, albo też zrobić z nich zawziętych wrogów.
Dotychczas myśleć mogła Jadwiga, że panowie polscy tylko tak mówią, bo ich interes tego żąda; teraz spostrzegła, że mówili prawdę. Zrozumiała teraz piętnastoletnia królewna, iż korona nakłada wielkie obowiązki na tego, kto się nią ozdobić pragnie. Zrozumiała, ile to wielkich spraw zależy od jej postanowienia, jaka to ciężka odpowiedzialność na nią spada, odpowiedzialność wobec Boga, bo wobec Kościoła i wobec dwóch narodów: polskiego i litewskiego. Zaczął wołać głos sumienia, że tutaj trzeba serce złożyć na ofiarę Kościołowi i narodowi; ale głos serca, taki silny w młodych latach, także się jeszcze odzywał. W rozterce duszy pobiegła do kościoła, u stóp ołtarza szukać otuchy, pociechy i siły.
Jest w królewskim kościele na Wawelu, w lewo za wielkim ołtarzem, cudowna figura Zbawiciela na krzyżu. Olbrzymich rozmiarów krzyż, czarno szmelcowany, srebrną siatką ogrodzony, zdaleka wygląda poważnie, posępnie; zwieszona głowa Ukrzyżowanego do dziś dnia spogląda na klęczących u stóp wiernych, wzywając, żeby każdy dźwigał ten swój krzyż, który mu Opatrzność wyznaczy, jako obowiązek za przykładem Boga - człowieka, który najcięższy sobie wziął krzyż do dźwigania. Tutaj u stóp tego ołtarza, klęczała Jadwiga, pogrążona w gorącej modlitwie. Legenda opowiada, że Zbawiciel przemówił do niej z krzyża. To pewna, że już się nie namyślała, ale dziękowała Bogu, że w Opatrzności swojej ją właśnie wybrał za narzędzie cudownych swoich w historyi wyroków.
Przystała królowa, żeby posłać po Jagiełłę. Cała Polska tryumfowała i dziękowała Bogu. O Ziemowicie Mazowieckim nikt już nie mówił, skoro się dowiedziano o planach małopolskich.
Dnia 15-go Lutego 1386 roku przyjął Jagiełło chrzest w katedrze na Wawelu; po trzech dniach odbył się ślub, a 4-go Marca koronacya. Był przy tem obecny legat papieski. Ofiarą szlachetnego serca dźwignęła się Polska i rozpoczęła nowy, najświetniejszy okres swojej historyi, zwany okresem Jagiellońskim. Nowa dynastya królewska założona przez Jagiełłę, panowała w Polsce od roku 1386 do 1572 i pozostawiła po sobie najlepsze wspomnienia w historyi. Ze wszystkich dynastyi wszystkich narodów ta była najszlachetniejszą, jak będziemy mieli sposobność przekonać się. Z Bożej woli miała ona władać przez jakiś czas także nad Ślązkiem.
Na
ojca chrzestnego zaprosił Jagiełło Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego,
zwierzchnika tych, którzy mieli w swoich ślubach nawracanie pogan, a więc
radować się powinni, że pogaństwo się skończy. Ale Wielki Mistrz nie
przybył, a swoją drogą Krzyżacy najechali na Litwę, porozumieli się
z nieprzyjaznymi Jagielle książętami na Rusi i rozpoczęli wojnę, zwaną
wojną białoruską. Wojna ta miała przeszkodzić Jagielle, żeby nie mógł
wyjechać do Krakowa.
Następnego roku 1387, powrócił na Litwę z duchowieństwem, a cały naród bez najmniejszego oporu przyjął światło wiary z rąk życzliwych, które nie niosły mu pęt niewoli. Towarzyszyła królowi w tem dziele Jadwiga, przypatrując się owocom swego poświęcenia. Potem dzielna ta niemniej, jak dobra, królowa podążyła do Lwowa, i tutaj Ruś Czerwoną odebrała od korony węgierskiej, a przyłączyła znowu do polskiej. Tutaj też we Lwowie stawił się hospodar wołoski, t. j. książę panujący nad Wołoszczyzną (czyli Rumunią) i złożył hołd Jagielle. Przez to zwierzchnictwo panowanie Polski rozszerzyło się aż do morza Czarnego.
Królowa Jadwiga pamiętała ciągle o nawróconej Litwie i potrzebującej jeszcze nawrócenia schyzmatyckiej Rusi. W Krakowie na Kleparzu założyła klasztor Benedyktynów słowiańskich, zkąd na Ruś mieli się rozchodzić katoliccy misyonarze; dla Litwinów, którzyby chcieli wstąpić do stanu kapłańskiego, założyła fundacyą w uniwersytecie w Pradze. Krakowski bowiem uniwersytet niemiał jeszcze wydziału teologicznego. Szkoła ta upadała w ogóle po śmierci swego założyciela Kazimierza Wielkiego, bo król Ludwik nic się o nią nie troszczył. Królowa Jadwiga dopiero znowu zajęła się jej losem i zapisała na odnowienie i rozszerzenie jej wszystkie swoje klejnoty.
Matką dynastyi zostać nie było jej dano. Dopiero w czternastym roku małżeństwa powiła córeczkę; ta jednak żyła tylko trzy tygodnie a w cztery dni po niej umarła też królowa Jadwiga, dnia l-go Lipca 1399 roku, w dwudziestymdziewiątym roku życia.
Od roku 1400 miał uniwersytet krakowski już teologię. Za klejnoty Jadwigi rozpoczął nowy okres rozwoju, a okres świetny i pełen chwały: stał się najgłówniejszą szkołą środkowej Europy, zwań odtąd uniwersytetem Jagiellońskim.
Kiedy Polska tak się rozszerzała pod berłem Jagiełły, Ślązk przechodził najgorsze czasy pod władzą Luksemburskiej dynastyi. Karol IV. miał dwóch synów; z tych jeden Zygmunt, znany nam już mąż Maryi, zięć Ludwika węgierskiego, niedoszły kandydat do tronu polskiego, posiadł koronę węgierską. Drugi, imieniem Wacław, zasiadł na tronie czeskim i otrzymał też cesarską w Niemczech koronę. Ten cesarz i król był prostym pijakiem, który często sam nie wiedział, co robił; namiętny, niesprawiedliwy, tyrański; czasem, gdy przejrzał, żałował popełnionych błędów i zbierał się na dobre chęci; ale cóż, skoro niedługo znów opętał go nałóg pijaństwa i bywało jeszcze gorzej, niż przedtem. Wszystko u niego zależało od humoru. Kto na zły trafił humor, nie był pewien życia, ale za to, gdy dobrze był usposobiony, bywał szczodrym aż do rozrzutności i umiał ocenić przysługi sobie oddane. Tak np. poszczęściło się w roku 1381 księciu cieszyńskiemu Przemysławowi. Król Wacław wydawał swoją córką Anną za mąż za króla angielskiego Ryszarda II, a książę cieszyński stał na czele poselstwa wyprawionego w tej sprawie do Londynu; dostał za to od Wacława wszystko, co korona czeska posiadała bezpośredniej własności na Ślązku Dolnym, tj. połowę dawnego księstwa głogowskiego, tudzież Stynawę i Górę. (Swoją drogą dostał od króla angielskiego pensyę roczną 500 funtów szterlingów tj. 3000 talarów rocznie; na dzisiejszą wartość pieniędzy więcej niż 30,000 talarów.)
Na Górnym Ślązku była w tych latach prawie ciągle wojna między książętami. Książęta gómoślązcy niezadowoleni byli, że w Raciborzu panowali obcy. Jeszcze bowiem król Jan Luksemburski odebrał Racibórz Piastom a nadał go książętom opawskim, których historya taka:
Ziemia opawska nie jest bynajmniej prawdziwą częścią Ślązka; jest to kawałek Moraw, z którego król czeski Ottokar II. zrobił osobne księstwo dla swego nieprawego syna Mikołaja. Było to w roku 1261. W ciągu lat rozrodził się ten dom książęcy, tak, że w roku 1377 podzielono księstwo opawskie na trzy drobniejsze: karniowskie, opawskie i głubczyckie. Ta nieprawa linia czeskich Przemyślidów byłaby zupełnie zubożała, gdyby nie łaska króla czeskiego Jana. Kiedy w roku 1327 zmarł bezdzietnie książę, raciborski Leszek, należało się księstwo według prawa polskiego jego stryjecznym krewnym. Król Jan jednak pogwałcił prawo polskie i orzekł, że w jego państwie obowiązuje tylko feudalne prawo niemieckie, mocą którego księstwo raciborskie, jako będące zupełnie bez pana, przechodzi na własność zwierzchniczego monarchy, t. j. króla czeskiego. Nie chodziło mu jednak o to, żeby raciborską ziemię dla siebie zagarnąć, ale pragnął nią wynagrodzić wierne usługi księcia opawskiego, Mikołaja II., któremu je też podarował. Książęta piastowscy, krewni Leszka, ledwie zdołali dla siebie wyprosić i ocalić Koźle i Gliwice, które były dotychczas częścią raciborskiego księstwa. Gdy z końcem XIV. wieku książęta opawscy musieli się dzielić dziedzictwem, Racibórz pozostł pod jedną władzą z miastem Opawą. Książęta opolscy, ufając bogactwom Władysława Opolczyka, mieli nadzieją, że może im się teraz uda Racibórz odkupić, a gdy opawscy nie mieli do tego ochoty, zaczęli im dokuczać. Sposobności do tego nie brakło, bo całe Morawy pogrążone były właśnie w waśniach domowych, w które wmieszani byli także książęta opawscy. Dwaj młodsi bracia królów Wacława i Zygmunta Luksemburskich, Prokop i Jodok, margrabiowie morawscy, ciągle z sobą wojowali; biskup ołomuniecki trzymał z Jodokiem, więc Prokop grabił jego posiadłości. Za biskupem ołomunieckim ujął się potężny biskup wrocławski i książęta opolscy też stanęli po jego stronie. Nic to dla nich nie znaczyło, że król Wacław oświadczył się za margrabią Prokopem; bo władza króla Wacława nie miała żadnej powagi. Książęta opawsko-raciborscy trzymali z królem i Prokopem; to tem bardziej zachęcało opolskich, żeby się ciągle mieszać w te sprawy, w nadzieji, że w mętnej wodzie może im się uda łowić ryby i ułowić od Opawczyków dawny piastowski Racibórz. W ciągu walki zyskali też przewagę nad opawskimi Przemyślidami i zajęli Karniów. Można było, mając Karniów w ręku, zacząć targi o Racibórz; ale wszystko zepsuł chciwy Władysław Opolczyk, który o niczem nie myślał, jak tylko o swoim zysku i Karniów sprzedał zaraz margrabiemu Jodokowi roku 1390. Z zemsty za to napadli książęta opawscy wraz z wojskiem Prokopa posiadłości opolskie i zniszczyli je pustosząc. Tak tedy Władysław Opolczyk wszędzie był jednaki.
W najbliższych latach historyi polskiej pozyskał jeszcze smutniejszą sławę. Już w roku 1389 próbował zamachem zdobyć Kraków, żeby go wydać Zygmuntowi Luksemburskiemu, ale sprawka sią nie udała. Bezczelny, śmiał potem wszystkiem prosić króla Jagiełłę żeby synowca jego, Jana z przydomkiem Kropidło, zrobił arcybiskupem gnieźnieńskim; król oczywiście odmówił. Natenczas Opolczyk staje się jawnym wrogiem Polski. Z lennych swoich posiadłości w Polsce zastawił w roku 1391 pograniczną ważną twierdzę Złotoryę, a w roku 1392 ziemię Dobrzyńską; a komu zastawił! Oto największym nieprzyjaciołom Polski, Krzyżakom. Nadto zawarł spisek przeciw Polsce z Krzyżakami, z margrabią Prokopem i królem węgierskim Zygmuntem Luksemburczykiem, żeby wszyscy naraz na Polskę najechali a pobiwszy wojska Jagiełły mieli urządzić rozbiór Polski, podzielić się zupełnie jej ziemiami, tak, żeby państwo polskie zupełnie przestało istnieć. Ale król Zygmunt bał się królowej Jadwigi; właśnie bowiem wkrótce po tym spisku umarła jej siostra Marya, żona Zygmunta i królowa Jadwiga mogłaby była teraz wystąpić z prawami do Węgier; zaczęła nawet umyślnie używać tytułu dziedziczki korony węgierskiej. Nastraszony tem Zygmunt ustąpił, a Jagiełło zabrał się teraz do zdradzieckiego Opolczyka. W ciągu roku 1396 zdobył będące w posiadaniu ślązkiego księcia grody Olsztyn, Wieluń, Krzepicę, Ostrzeszów, aż podstąpił pod Bolesławiec, graniczny gród ślązki (dzisiaj pod Moskalem) i wkroczył do księstwa opolskiego, którego część otrzymał wówczas od Jagiełły możnowładca małopolski, Spytek z Melsztyna. (bardzo zasłużony około sprowadzenia Jagiełły do Polski.) W mieście Opolu przebywali natenczas synowcy Władysława Opolczyka, książęta Bolesław i Bernard. Ci, widząc, że niema rady, ukorzyli się przed królem polskim, wyparli się wszelkiego wspólnictwa ze sprawkami stryja i zawarli z Jagiełłą układ dnia 6. Sierpnia 1396. Mocą tego układu mieli oni obsadzić swojemi załogami ślązkie posiadłości stryja i pilnować, żeby z jego ślązkich grodów: Opola, Strzelców i Domaracza nie przedsiębrano żadnego nieprzyjaznego kroku przeciw Polsce. Pośrednikami przy tej ugodzie byli biskup wrocławski Wacław i książęta Konrad oleśnicki i kozielski i Przemysław opawski; poręczycielem wierności książąt opolskich był książę Ludwik z Brzegu. W cztery lata potem umarł Władysław Opolczyk, wydziedziczony roku 1401. Pozostała po nim ziemia Dobrzyńska w ręku krzyżackim; ale po dalszych trzech latach, w roku 1404 musieli Krzyżacy wydać tę ziemię Jagielle.
Jagiełło, wkroczywszy już raz zbrojne na ziemię ślązką, nie zapomniał jej nigdy; wśród narodu polskiego objawiała się wielka ochota, żeby tę prastarą polską dzielnicę znowu przyłączyć do prawej ojczyzny, do korony polskiej. Było to gorącem pragnieniem króla, ale niestety niewykonalnem z powodu Krzyżaków, którzy nigdy nie dawali spokoju ni wytchnienia. Trzebaby chyba tę książkę dwa razy powiększyć, żeby opisać wszystkie ich złości; jak z początku starali się o unieważnienie małżeństwa Jagiełły z Jadwigą, jak przeciw niemu buntowali stryjecznego brata, księcia litewskiego Witołda, jak zabrali Zmujdź (północną część Litwy, nad morzem), jak wyprawiali wojska pod stolicę Litwy, Wilno, jak na zachodniej znów granicy zajęli twierdzę Drezdenko i inne nieprawości. Zawsze z nimi albo była wojna, albo wisiała na włosku. Mając od północy takiego sąsiada, a od południa Zygmunta Luksemburczyka, musiał się Jagiełło bardzo mieć na baczności i starać się, żeby przynajmniej z trzeciej strony nie był otoczony wrogiem. Dlatego to był w sojuszu z królem Wacławem czeskim, a że Wacław, jako król czeski był zwierzchnim panem Ślązka, więc nie mogło być mowy o odzyskaniu tej prowincyi, póki sojusz czeski był potrzebny. W roku 1404 zjechali się obaj królowie, Wacław i Jagiełło w Wrocławiu. Wacław prosił przy tej sposobności Jagiełłę, żeby rozsądził kilka sporów ślązkich, a zwłaszcza przewlekający się już długo spór książąt opolskich z miastem Wrocławiem. Jagiełło bowiem więcej miał powagi od pijanego często Wacława.
Wrocławianie, poniemczeli, nie bardzo byli radzi tym odwiedzinom polskiego króla; ale co tylko jeszcze było polskiego na Ślązku, miało wtenczas zwrócone oczy na Wrocław, podobnie, jak w r. 1396 na oblegane przez wojsko polskie Opole. Ale Jagiełło nie chciał ruszać sprawy ślązkiej, pókiby się nie załatwił z Krzyżakami.
Długo przygotowywała się Polska i Litwa do wielkiej wojny z niemieckim Zakonem. Nareszcie dnia 10-go Sierpnia 1409 wydał Jagiełło w Opatowie manifest wypowiadający wojnę. Po stronie Zakonu stanął Zygmunt luksemburski, zdrajca z książąt litewskich Świdrygiełło (najmłodszy brat Jagiełły) i zdrajca z Piastów, ślązki książę Konrad Oleśnicki (który za młodu był paziem u królowej Jadwigi). Po stronie Jagiełły pogodzony z nimi książę litewski Witołd, tudzież bardzo wielu ochotników ze Ślązka, z Moraw i z Czech. Wojna ta bowiem była nie tylko wojną Polski z Zakonem, ale po prostu wielką wojną świata słowiańskiego z niemieckim, germańskim. Zakon był główną warownią niemczyzny; zgnieść go, stłumić, a nietylko Polska będzie miała spokój, ale też przycichną niemieckie żywioły w Czechach i na Ślązku. Wojna ta rozbudziła słowiańskie poczucie u Czechów, którzy już prawie że ginęli pod niemieckim uciskiem; nie mogąc u siebie dać rady z Niemcami, pospieszyli pod chorągwie króla polskiego, żeby w ten sposób zmyć plamę z imienia czeskiego; boć Czesi bywali przednią strażą germanizacyi, tonęli w niemczyźnie i pomagali ją roznosić - aż hasło wydane przez króla polskiego, że będzie "wielka wojna" na Niemców, ocuciło część tego narodu i dobrane czeskie pułki wyruszyły Polsce na pomoc. (Po raz pierwszy i ostatni w historyi pomagali tu Czesi Polakom). Co zaś do udziału Ślązaków, tego tłumaczyć nie trzeba; gdy Jagiełło posłał na Ślązk swoich werbowników, w ludzie ślązkim ozwała się krew polska! Ten lud, zdradzony przez swoich własnych książąt i wydany na łup obcym, zoczywszy polskie sztandary, zrozumiał, że to jego własne znaki bojowe. Książęta nie śmieli przeszkadzać; a górnoślązcy tak się nawet zachowywali, że zdawało się, jakoby sympatye ich także były po stronie polskiej (ale sam żaden z nich na wojnę nie wyruszył!) I w szlachcie ślązkiej nie brakło jeszcze tu i ówdzie tradycyj polskich; niejeden rycerz ze Ślązka wyruszył też z gromadką uzbrojonego polskiego ludu. A na północy, w ziemiach Zakonu, czekał niecierpliwie nowy sojusznik: szlachta ziemi chełmińskiej, wyczekująca wybawienia od krzyżackiego jarzma.
Dnia 10-go Lipca roku 1410 stoczono jedną z największych bitew w historyi. Bitwa pod Dąbrownem w Prusiech (zwana zwykle bitwą pod Grunwaldem) rzuciła Zakon niemiecki do stóp połączonych Polski i Litwy; zginął w bitwie mistrz wielki Zakonu, 52 chorągwi krzyżackich padło w ręce polskie, a ślązki książę Konrad Oleśnicki dostał się do niewoli. Od tego czasu zaczyna się przewaga słowiańszczyzny w historyi wschodniej Europy; niemiecki żywioł niemiał już. nic do rzeczy w dziejach Polski. Polska zaś stała się wielkiem mocarstwem w Europie i losy połowy Europy spoczywały w jej ręku.. Wszystkie ludy sąsiednie: Czesi, Węgrzy, Wołosi, Rusini, Litwini miały w Polsce historyczną gwiazdę przewodnią i skupiały się koło niej, jak to w dalszym ciągu zobaczymy. A polska ta gwiazda świeciła jasnym, a łagodnym blaskiem; przewagi swej nie używała nigdy do zamieniania drugich w niewolników, nie chciała Polska nikomu panować, nikogo poniżać. Nie chciała nigdy łączyć ludów w wielkie państwo przez zabór i nie prowadziła nigdy ani razu ani jednej wojny zaborczej, t j. takiej, żeby gwałtem zabrać cudzą ziemię i do swego państwa przyłączyć. Polski naród wynalazł inną formę łączenia się ludów: dobrowolny, pokojowy związek, czyli unię. Unia jestto połączenie narodów na zasadzie: równi z równymi, wolni z wolnymi. Na czele tej wielkiej myśli dziejowej czyli idei, stała dynastya jagiellońska; ztąd też tę wielką a prawdziwie chrześcijańską ideę zowią też ideą jagiellońską.
W trzy lata po zwycięstwie pod Dąbrownem stanęła w mieście Horodle unia z Litwą (roku 1413): Litwinom nadano uroczyście wszystkie te prawa, których używali Polacy. Postanowiono też, że Litwa ma być po wszystkie czasy z Polską złączona. Oba narody dochowały święcie tej umowy aż po dzień dzisiejszy. Jedyny to przykład w całej historyi powszechnej, że dwa narody zlały się w jednę polityczną całość, zgodnie, bratersko, po chrześcijańsku, bez dobycia miecza. Unia, to największy wynalazek historyczny, to wcielanie zasad chrześcijaństwa w politykę! To wieczna chluba historyi polskiej!
Zwycięstwo nad Zakonem niemieckim odniesione było tem świetniejsze, że w ciągu wojny zdradził właśnie ten, który za przyjaciela się udawał: król czeski Wacław. Przez tę zdradę nie mogli Polacy wyzyskać należycie zwycięstwa; kraj cały prawie był już zajęty i nietylko ludność polska, ale nawet niemieckie miasta, syte ciężkich rządów Krzyżaków, same oddawały się w ręce Jagiełły. Ale obawa o czeską i węgierską granicę nie pozwoliła królowi działać bezwzględnie i wyzyskać owoców zwycięstwa. Cała dynastya luksemburska, najpotężniejsza wówczas w Europie, mogła się była rzucić na Polskę; trzeba tedy było wojnę na północy zakończyć. Ale pomimo to klęska Zakonu była stanowczą: odtąd Zakon Krzyżacki już tylko charlał, a dni jego państwa już były policzone. Pogan już nie było! to było dlań ciosem najgorszym.
Rozumiał to doskonale chytry Zakon, że Europa wcześniej, czy później musi się spostrzedz, że on tu już do niczego niepotrzebny i bezczelnego chwycił się fortelu.
Obradował wtedy właśnie sobór powszechny w Konstancyi (w Szwajcaryi); sobór Kościoła był największą powagą chrześcijańskiego świata, sędzią królów, rozjemcą politycznych sporów. Jagiełło rozpoczął w roku 1414 drugą wojnę z Krzyżakami i brał gród po grodzie; już zajął znowu znaczną część kraju, gdy w tem papież Jan XXIII i sobór z Konstancyi wysłali do Polski legata z wezwaniem, żeby król spór z Zakonem oddał pod sąd soboru. Przystał na to Jagiełło, jako posłuszny syn Kościoła, choć w kilka miesięcy byłby mógł opanować i już na zawsze ziemie krzyżackie (a druga taka sposobność nie prędko miała się zdarzyć).
Na soborze powykrywały się najrozmaitsze sprawki Krzyżaków. Przyciśnięci do muru Krzyżacy, przekonani, że Zakon założony do celów chrześcijańskich, popsuli i zrobili z niego świecką tłuszczę do grabienia ziem cudzych, do tępienia słabszych narodów i urągania się z wszelkich przykazań chrześcijaństwa, gdy ich wzywano, żeby dali spokój wojowaniu z chrześcijanami, skoro pogan już niema - tak się bronili: Oto twierdzili przed książątami, biskupami i uczonymi zebranymi z całej Europy, że to nieprawda, jakoby Jagiełło był chrzęścijaninem; że on tylko udawał chrzest przyjmując (a na Litwie było biskupstwo i pełno parafij, założonych przez Jagiełłę!), że Jagiełło i jego bracia ochrzczeni są za sprawą djabła ojca swego, którego wolę i pragnienia pełnią i dalej pełnić się sposobią i odgrażają. Wołali, że ten chrzest był tylko dla oszukania świata, a Polacy, wspierający tego króla, gorsi od pogan; więc Polacy obowiązani są wszystko Krzyżakom zwrócić, nagrodzić im wszystkie straty; co więcej, powinni razem ze swoim królem stracić koronę i królewski tytuł i ponieść karę śmierci. Wytępić należy Polaków, jak Krzyżacy wytępili naród pruski. Tak uważali Krzyżacy, nazywający się "Zakonem Najświętszej Maryi Panny niemieckiego narodu."
Najęty i zapłacony przez Krzyżaków pisarz, Jan Falkenberg, napisał i rozszerzał na soborze pamflet, t. j, zelżywe pismo na króla Jagiełłę. Ojcowie soboru kazali go za to wtrącić do więzienia, w którem przebył lat kilka, wypuszczony potem za zgodą Jagiełły. Udał się wtedy Falkenberg do Krzyżaków po zapłatę; dano mu tylko cztery grzywny. Tem oburzony Falkenberg napisał drugi paszkwil, jeszcze zajadlejszy, ale już nie na Polaków, tylko na Krzyżaków; za to miał być przez nich utopionym w Wiśle, ledwie go obronili mieszczanie Toruńscy.
Sobór starał się pokojowo załatwić sprawę polsko-krzyżacką i wysłał w tym celu do Prus kardynała; ale misyi tej Krzyżacy tyle stawiali trudności, że spełzła na niczem. Krzyżakom o nic innego nie chodziło, jak tylko o ciągłe przedłużanie zawieszenia broni, niby-to wciąż dla zyskania czasu do polubownego załatwienia sporu. Polacy, chcący działać uczciwie dali się wywieść w pole. Zygmunt luksemburski, który był też cesarzem, chciał koniecznie dostać tę sprawę w swoje ręce. Przez kilka lat udawał teraz zaciętego nieprzyjaciela Zakonu, nawet obiecywał Jagielle pomoc wojenną przeciw Krzyżakom; a to wszystko zrobił dla tego, żeby król polski przystał, aby on był sędzią w tym sporze. Gdy wreszcie dobroduszny Jagiełło dał się zaślepić, wydał Zygmunt wyrok we Wrocławiu w roku 1420 taki, że Krzyżacy we wszystkiem a wszystkiem mają zupełną słuszność; posłowie polscy odrzucili ten wyrok z oburzeniem. W następnym roku rozpoczął papież Marcin V. proces kanoniczny przeciw Zakonowi, ale Zakon nie stawił się wcale przed papieżem.
| Część poprzednia | Góra | Strona główna | Część następna |
|