Ojczyzna.pl

 BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO  —  Feliks Koneczny:  Dzieje Ślązka - 7

 

 

 

 

SPIS RZECZY

Cz.1


I. Wstęp i ogólne pouczenie

II. W jaki sposób i jakiemi drogami dotarło do Ślązka światło ewangelii św.

Cesarstwo rzymskie

Frankowie i Karol Wielki

Państwo wielko-morawskie

Św. Cyryl i Metody

Początki państwa w Wielkopolsce

Margraf Gero

Nawrócenie Polski

Słowiańskie biskupstwa

III. Ślązk pod królami polskiemi

Mieczysław I

Święty Wojciech, król Bolesław Chrobry i cesarz Otton III

Cz.2


Zajęcie Czech. Wojny z Niemcami

Zdobycie Kijowa

Koronacya

Mieczysław II

Kazimierz Odnowiciel

Umowa o Ślazk

Bolesław Śmiały

Waśń królewiczów Zbigniewa i Bolesława

Bolesław Krzywousty. Wojny ślązkie

Sławna obrona Głogowa

Nawrócenie Pomorza

Podział państwa polskiego

Władysław II. i Piotr Włast

IV. Ślązk pod zwierzchnictwem krakowskiem

Mieczysław Stary i Mieczysław Raciborski

Henryk Brodaty

Zakony rycerskie

Cz.3


Sprowadzenie Krzyżaków

Utrata Pomorza

Początki germanizacyi Ślązka

 Najazd Mongolski

Osadnictwo niemieckie

Drugi najazd mongolski

Król czeski Ottokar II

Henryk Probus

Biskup Tomasz II

Czterech kandydatów do korony polskiej

Początki panowania Łokietka

Nawrócenie Probusa

Czech królem polskim

Krzyżacka zdrada

Łokietek królem

Moralny upadek książąt ślązkich

Ślązk przechodzi pod czeską koronę

V. Stosunki wewnętrzne w okresie podziałów

Możnowładztwo

Szlachta

Lud wiejski

Mieszczaństwo

Cz.4


Król chłopków

Niemcy w Polsce

Święci polscy patronowie

Klasztory i fundacye pobożne

Potęga Kościoła

Nauka i szkoły

Kazimierz Wielki obrońca biskupstwa wrocławskiego

Książę Bolko Świdnicki

VI. Ślązk pod Luksemburczykami

Król Ludwik Węgierski

 Władysław Opolczyk

Zygmunt Luksemburczyk

Zamiary polskich panów

Krzyżacy a Litwini

Ziemowit Mazowiecki

Królowa Jadwiga i Wilhelm austryacki

Jadwiga i Jagiełło. Małżeństwo Litwy z Polską

Chrzest Litwy

Sprawy ślązkie

Księstwo Opawskie

Koniec Opolczyka

Jagiełło w Wrocławiu

Wielka wojna

Sobór w Konstancyi

Cz.5


Husytyzm

Zaproszenie Jagiełły na tron czeski

Najazdy husyckie

Koniec wojen husyckich

Biskup wrocławski Konrad

VII. Ślązk między Czechami, Węgrami a Polską

Unia florencka

Turcy i Tatarzy

Sposobność odzyskania Ślązka

Bitwa pod Warną

Konrad Biały

Sprawa lignicka

Wojna trzynastoletnia

Jak Wrocłwianie zapraszali polskiego króla

Najazd węgierski

Król Władysław Jagiellończyk

Wojna o Ślązk

Jan Olbracht i Zygmunt Stary książętami ślązkim

Zygmunt Stary

Spisek przeciw Jagiellonom

Cz.6


Bracia Jerzy i Albrecht Brandenburscy

VIII. Reformacya

Dlaczego luteranizm się szerzył

Herezya na Ślązku

Habsburgowie

Szkaradne sekty

Spór o księstwo Opolskie

Zastawianie ziem ślązkich

Spór o księstwo lignickie

Królowa węgierska na Ślązku

Szereg protestanckich książąt

Protestantyzm w Polsce a kardynał Hozyusz

Król Zygmunt August i Barbara Radziwiłłówna

Plany Kościoła narodowego

Sprawa inflancka

Unia lubelska

IX. Stosunki wewnętrzne w okresie Jagiellońskim w Koronie Polskiej i na Ślązku

Święty Kazimierz królewicz

 Święty Stanisław Kostka

 Stosunki narodowe na Ślązku

 Stanowisko duchowieństwa

 Oświata w Polsce

Oświata na Ślązku

Cz.7


Sztuka drukarska

Sztuki piękne

Wielkie odkrycia geograficzne

 Handel oceaniczny

Rolnictwo

Rękodzieła

 Emigracya

Polityczny stan Ślązka

Moneta

Handel ślązki

Stan ludu wiejskiego

Andrzej Frycz Modrzewski

 Tortury

X. Zwycięztwa w Polsce a klęski na Ślązku. Wojna trzydziestoletnia

Pierwsza elekcya

Pacta conventa

Druga elekcya

Henryk IX. Lignicki

Król Stefan Batory Wielki

 Zwycięztwa nad Moskwą

 Królowa Anna i jej siostry

Król Zygmunt III

Sprawa religijna na Ślązku

List majestatu cesarza Rudolfa

 Cesarz Maciej

Cz.8


Unia Brzeska

Szwedzkie kłopoty

Dymitr Samozwaniec

Wojna turecka

Wojna trzydziestoletnia

Liga katolicka i Unia protestancka

Kardynał Klesl

Ślązk hołduje kalwińskiemu królowi

Lisowczycy

Bitwa na Białej Górze

 Zwycięztwo katolicyzmu na Ślązku

Wallenstein

Szwedzi w Polsce

Szwedzi w Niemczech i na Ślązku

Król Władysław IV

Szwedzi powtórnie na Ślązku

 Sprawy polskie

XI. Ostatni wiek panowania Habsburgów; podbój przez Hohenzollernów

Warunki pokoju westfalskiego

 Germanizacya Ślązka

Rządowy katolicyzm

Gwałt w Trzebnicy

Nędza na Ślązku

Niewola ludu wiejskiego

Ksiądz Piotr Skarga

 Kozaczyzna

Bunt Chmielnickiego

Szwedzi na nowo w Polsce. Król Jan Kazimierz na Ślązku

 Cud N. P. Maryi Częstochowskiej

Niepodległość księstwa pruskiego

Król Jan Sobieski

Cz.9


Koniec Piastów ślązkich

 Królestwo pruskie

Sasi na tronie polskim

Szwedzi znów na Ślązku

 Sankcya pragmatyczna i wojna o tron polski

Cesarzowa Marya Teresa

Ślązk przechodzi pod panowanie pruskie

Wojna siedmioletnia

Państwo polskie bez wojska

 Upadek Polski

XII. Rozbiory odradzającej się Polski

Szkoła Leszczyńskiego i ks. Stan. Konarski

Ostatni król Polski

Rosya i Prusy przeszkadzają naprawie rządu w Polsce

 Konfederacya Barska

Pruski projekt rozbioru Polski

 Odrodzenie społeczeństwa polskiego

Sojusz pruski

Konstytucya Trzeciego Maja

 Prusy i Rosya urządzają drugi rozbiór Polski

Tadeusz Kościuszko

Wojna o niepodległość w Ameryce

Bitwa pod Dubienką

Kościuszko naczelnikiem narodu

Cz.10


Trzeci rozbiór Polski

 Rewolucya francuzka

XIII. Pierwsza połowa XIX. wieku

Wojna z Napoleonem. Francuzi na Ślązku

Legiony polskie i księstwo warszawskie

Reformy w państwie pruskiem

 Napoleon oszukuje Polaków

 Kongres wiedeński 1815 roku

 Królestwo polskie kongresowe

 Austrya germanizuje księstwo Cieszyńskie

Polski namiestnik w Poznaniu

 Rządy policyjne w Prusiech

 Język polski na Górnym Ślązku

 Oderwanie części Ślązka od dyecezyi krakowskiej

 Urządzenia administracyjne w państwie pruskiem

Oświata narodowa polska

 Adam Mickiewicz

Powstanie 1831 roku

 Powszechny ucisk polskości

 Rewolucya berlińska

Związek Niemiecki

Zakończenie


 

 

 

 

    

  

Feliks Koneczny

  

Dzieje Ślązka - 7

 

    

 

Sztuka drukarska

 

Rozszerzaniu oświaty dopomogła nadzwyczaj wynaleziona z końcem XV. wieku sztuka drukarska. Przedtem były tylko pisane książki, których sporządzanie wymagało niezmiernie wiele czasu, a zatem były też nadmiernie drogie; toteż kto miał kilkanaście książek, mawiał już, że ma bibliotekę. Sztuka drukarska jest jednem z największych dobrodziejstw cywilizacyjnych, a to dobrodziejstwo zawdzięcza świat Niemcowi Janowi Guttenbergowi. Wielki to pokojowy wynalazek niemiecki i tak doniosły, że zupełnie słusznie Niemcy uważają go za swoją dumę; szkoda tylko, że nie uważają go za dumę największą jakby być powinno, ale wolą się chlubić wojnami. Bo też i z wynalazku Guttenberga Niemcy stosunkowo nie bardzo z początku korzystali. Sam wynalazca z wielkiemi walczył przeciwnościami i ciągle był w kłopotach pieniężnych. Pierwsza jego drukarnia, w Moguncyi, zgorzała w roku 1462; w sześć lat potem umarł. Czeladź Guttenberga rozeszła się po świecie, roznosząc z sobą dobroczynny wynalazek. W roku 1475 wydrukowano pierwszą książkę we Wrocławiu, w Pradze w roku 1478, w Wiedniu roku 1482. O dużo prędzej jednak, niż w Niemczech rozszerzyło się drukarstwo we Włoszech; w roku 1480 było w Niemczech drukarń 23, a we Włoszech 40; we Francyi było ich w tymże roku 7. W Węgrzech założono pierwszą drukarnię już w roku 1472, ale nim powstała druga, minęło lat sześćdziesiąt W Krakowie wyszedł pierwszy druk dopiero w roku 1491 - w Moskwie aż 1564 roku. Nowy wynalazek roszerzał się tedy najpierw w kierunku południowym, potem w zachodnim, a nareszcie we wschodnim. Nie można z tego wysnuwać żadnych wniosków o pochopności tego lub owego kraju większej lub mniejszej do książek. Zależało to od przypadku, w którą stronę powędrował kto z czeladników pierwszych drukarzów niemieckich; inaczej bowiem drukarnia nowa powstać nie mogła z początku. Z Paryża n. p. już w roku 1455 dopytywano się w Moguncyi o nowy wynalazek, - ale oczywiście nie zdradzono tajemnicy i Paryż musiał czekać na drukarnię aż do roku 1470, aż czeladnik jeden tam się osiedlił. O pochopności do książek wnioskować można tylko dopiero z tego, jak prędko drukarstwo się rozszerzało w jakimś kraju, skoro już pierwszą drukarnię raz przybysz założył. Otóż pod tym względem Włochy stoją najwyżej, zaraz za nimi idzie Polska, a Niemcy dopiero na trzeciem są miejscu. W połowie XVI. wieku było już w Polsce prawie dwa razy tyle drukarń, jak w Niemczech; nawet małe miasta posiadały drukarnie, a polska czeladź drukarska zawędrowała aż do Hiszpanii. Wyzyskała tedy Polska sztukę drukarską do rozpowszechnienia oświaty należycie, biorąc pod tym względem przykład z Włoch, z tej kolebki ówczesnej cywilizacyi.

 

 

Sztuki piękne

 

Wszystko w owym czasie brało wzory z Włoch, a w XVI w. włoska moda rozszerzyła się, po całej Europie. Z Włoch szła wyższa kultura i cywilizacya, Włosi rozchodzili się po świecie, przyjmowani wszędzie z otwartemi ramiony. Zwłaszcza tak zwani artyści, jakoto: muzycy, malarze, rzeźbiarze, snycerze i architekci poszukiwani byli na północy. Budownictwo zmieniło się zupełnie; weszło w modę stawiać budynki tak, jak je wówczas stawiali Włosi, którzy naśladowali budownictwo starożytnych Rzymian i ten sposób budowania nazywa się stylem renesansowym. Dawniejsze budynki miały dachy spadziste, okna wysokie a dość ważkie, z łukami ostremi, kościoły miały wysokie wieże, zwężające się ku górze. Teraz przestano stawiać wieże, a ustawiano natomiast kopuły i cały kształt budynku nie strzelał już tak ku górze. W Krakowie można oglądać tę różnicę na kościele N. Panny Maryi a kościele św. Piotra. Król Zygmunt Stary sprowadził z Włoch architektów i kazał im przerobić zamek królewski na sposób włoski; za królewskim przykładem poszło mieszczaństwo; przerobiono Sukiennice i wszystkie prawie kamienice w rynku, tak, że rynek krakowski wygląda, jakby przeniesiony z jakiego włoskiego miasta.

 

Ale najpiękniejsze zabytki budownictwa i sztuki ówczesnej widzi się w katedrze na Wawelu. Kościół ten jest prawdziwie murowaną historyą Polski; od samego początku, od XI. wieku, aż po dzień dzisiejszy, każde pokolenie coś tam doda, przystawi, żeby pamiątkę swego istnienia pozostawić w tej świątyni narodowych pamiątek. Niesposób tu rozpowiadać o tym kościele, bo do tego trzebaby napisać osobną książkę, t. z. przewodnik. Tu chyba tylko zwrócić można uwagę na prześliczną kaplicą Zygmuntowską, największe arcydzieło włoskiego stylu na północy, wykładaną krajowym kamieniem pińczowskim i krajowym polskim marmurem. - Marmury są w Polsce w kilku miejscach; najlepsze w Czerny o trzy mile od Krakowa; tego polskiego marmuru użyto też w sławnym wiedeńskim kościele świętego Szczepana.

 

Później nieco niż w Krakowie rozpoczęło się włoskie budownictwo we Wrocławiu. Najpiękniejsze jednak rzeczy pochodzą z dawniejszych czasów, jak piękna południowa strona ratusza, z 1471 roku. Budownictwo wrocławskie miało też jednak w tych czasach wielkie nieszczęście. Oto w roku 1529 zawaliła się wieża na pięknym kościele św. Elżbiety, zbudowana w latach 1482-1486.

 

Skoro mowa o sztukach pięknych, trzeba tu wspomnieć o najsławniejszym polskim rzeźbiarzu tych czasów, tem bardziej że bardzo ciekawe są przygody jego życia. Był to Wit Stwosz, krakowianin. Jego dziełem jest prześliczny wielki ołtarz w kościele N. M. Panny na rynku krakowskim; pracował nad nim siedm lat bez ustanku. Potem zrobił pomnik grobowy króla Kazimierza Jagiellończyka, podziwiany przez wszystkich znawców, tak, że podobizna jego jest umieszczana we wszystkich większych zagranicznych dziełach opisujących historyę rzeźbiarstwa. W Gnieźnie jest jego dłuta płyta marmurowa na grobie Zbigniewa Oleśnickiego, synowca sławnego kardynała. Sława jego rozniosła się za granicą. W roku 1496 zaprosiło go do siebie niemieckie miasto Norymberga, chcąc mieć należycie ozdobione swe kościoły. Bardzo wiele tam pracował, a arcydziełem jego z tych czasów jest nagrobek świętego Sebalda. I jakaż za to wdzięczność mieszczan Norymberskich? Oto ten artysta, szanowany i poważany w Krakowie, znany na królewskim dworze, tam wśród Niemców spotkał się z zawiścią: potwarzą. Bogobojnego obywatela, który z pracy swej zarabiał znacznie więcej, niż potrzebował, oskarżono o marne fałszerstwo w sprawie pieniężnej, skazano go i wypalono mu na twarzy sromotne piętno, żeby się nie mógł już w świecie pokazać. Jest podejrzenie, że chodziło Niemcom norymberskim o to, żeby sławny artysta nie mógł już do Krakowa wracać. Na starość ociemniał, i żył samotny, mając przy sobie tylko wnuczkę. Umarł w r. 1533. Życie jego opisał pięknym wierszem poeta polski Wincenty Pol. W kilka lat po śmierci wydało się, że cały proces był tylko oszczerstwem. Jeden z fałszywych przekupionych świadków w tym procesie, umierając, wyznał wszystko; nastąpiło więc przywrócenie czci niewinnemu - po niewczasie. Odtąd przytacza się często przykład Wita Stwosza, gdy kto ze sławnych Polaków wybiera się żyć pomiędzy Niemcami. Niech każdy służy tej ziemi i temu tylko narodowi, w którym go sam Bóg stworzył.

 

Ale czas już przejść do materyalnych spraw tego okresu. Zacznijmy od handlu.

 

 

Wielkie odkrycia geograficzne

 

Handel europejski doznał zmian zasadniczych w ciągu XVI. w. Aż do XVI. wieku był głównym handel t. z. lewantynski, t. j. towarami wschodniemi sprowadzonemi drogą lądową przez Małą Azyę do Konstantynopola, skąd dowozili je Ormianie aż do Lwowa, a stąd przez Kraków rozchodziły się w kilku kierunkach; drugą drogę, morską, z wybrzeży małoazyatyckich i greckich mieli w swem raku kupcy włoscy, zwłaszcza obywatele miast Genuy i Wenecyi, któreto dwa miasta były najważniejszemi składami towarów lewantyńskich w południowej Europie. Była już o tem mowa, jak bogaciła się na tym handlu wschodnia Europa, a zwłaszcza miasta pod panowaniem polskiem: Wrocław zależał pod tym względem najzupełniej od handlu polskiego. Towary lewantyńskie pochodziły z dalekich krajów Azyi, po części z Afryki i nie było dla nich innej wygodniejszej drogi, jak owe utarte odwieczne szlaki handlowe, morzem przez Włochy, a lądem przez Polskę. Zachodnia Europa musiała czekać, aż kupcy wschodni dostarczą jej tego towaru.

 

Z końcem XV. wieku jednakże znalazła sobie zachodnia Europa inną drogę po te towary i po bogactwa wschodniego handlu. Oto mały kraik na półwyspie pyrenejskim, na samym południowo-zachodnim końcu Europy, Portugalia, począł wydzierać ten handel z rąk pośredników wschodnich państw. Portugalczycy żyli głównie z żeglarstwa, a im mniejszą i uboższą była ich kraina, tem usilniej i wytrwałej pracowali nad tem, żeby ich okręty jak najdalej w świat płynęły, szukając nowych dróg handlowych i nowych targów. Blizko mają do Afryki; zaczęli tedy zapuszczać się coraz dalej na południe zachodniem wybrzeżem Afrykańskiem, aż wreszcie w roku 1498 doprowadzili wytrwałością do tego, że opłynęli całą Afrykę (koło przylądka Dobrej Nadzieji), puścili się na morze indyjskie i dopłynęli szczęśliwie aż do Kalkutty w Indyach, wielkiego miasta, które było ogniskiem handlu i przemysłu indyjskiego, arabskiego i afrykańskiego. Odtąd byli sami Portugalczycy u samego źródła lewantyńskiego handlu. Co kupiec ormiański kupował w Konstantynopolu z piątej już nawet ręki pośredników, to kupiec z Lizbony (stolicy Portugalii) kupił w Kalkucie za piątą część ceny, a transport morzem o dużo tańszy od transportu lądem. Z początku jeździło mało okrętów; coraz bardziej jednak powiększano floty, coraz bardziej udoskonalono żeglugę, coraz więcej zabierano towarów wprost z Indyj i coraz bardziej upadał handel lewantynski lądowy, a przez to samo także handel polski i ślązki.

 

Za przykładem Portugalczyków pragnęli także sąsiedzi ich Hiszpanie odnaleść dla siebie drogę morską do Indyj. Portugalczycy swoją drogę trzymali rzeczywiście w sekrecie (póki się dało), a na stacyach tak się pourządzali, żeby im tam nikt nie mógł robić konkurencyi. Wielu uczonych łamało sobie głowy nad odkryciem tej drogi, nietylko w Portugalii, ale też w Hiszpanii i Włoszech. Między nimi był uczony Włoch, Krzysztof Kolumb, który całe życie tej sprawie poświęcił. Podczas gdy Portugalscy żeglarze opierali swe nadzieje na opłynięciu Afryki, żeby się dostać do zachodnich wybrzeży Indyj, włoski uczony pragnął dotrzeć do wybrzeża wschodniego, a więc od strony Chin. Wiedząc, że ziemia jest kulista, obrachował sobie, że jeżeli się z Europy ciągle popłynie na zachód, nareszcie się musi dopłynąć do Chin, a stąd do Indyj niedaleko; nie wiedział, że między Europą a Chinami jest cała olbrzymia część świata! I płynąc do Chin, natrafił w środku drogi na Amerykę! Podróż tę wykonał kosztem hiszpańskiego rządu, będąc admirałem niejako w służbie hiszpańskiej; nowoodkryte więc kraje należały do Hiszpanii. Kiedy w roku 1492 po raz pierwszy natrafił na wyspy archipelagu środkowo-amerykańskiego, sądził, że znajduje się blisko Indyj i stąd też archipelag ten zowie się nawet zachodnio - indyjskim, a czerwonoskórców zamieszkujących te ziemie nazwano Indyanami. Później dopiero odkryto ląd stały i przekonano się, że to nie kawałek Indyj, ale cała nowa część świata.

 

Odkrycie Ameryki jest epoką, t j. stanowi chwilę niezmiernie ważną w historyi handlu. Nowe źródła bogactw się odkryły. Zachodnie państwa europejskie, żeglowne, na wyścigi poczęły zakładać tam osady: Hiszpania, Portugalia, Francya, Anglia, stanęły teraz na czele handlu całego świata. Do Indyj właściwych, t. j. wschodnich w Azyi, znalazły też po pewnym czasie wszystkie te państwa dostęp, aż wreszcie Anglia opanowała prawie cały kraj. Narody wschodniej Europy, jak np. Polska nie brały w tem udziału, nie były żeglowne i nie były te sprawy w ich zakresie. Niemcy, choć bliżej Oceanu położone, nie miały też swojej żeglugi i żadnej korzyści odnieść z tych odkryć wówczas nie mogły; tem mniej Polska, odsunięta jeszcze dalej na wschód. Ucierpiał też wielce handel i w Niemczech i w Polsce, podczas gdy kraje zachodnie nadmorskie bogaciły się szybko.

 

 

Handel oceaniczny

 

Wielki handel świata, dotychczas lądowy, zamienił się teraz na oceaniczny. Kto nie był nad oceanem, ten już stał w drugim szeregu, a i w tym szeregu o tyle tylko się mógł ostać, o ile miał choć kawałek morza, po którymby mógł wypłynąć dalej, w stronę Oceanu i zawiązać stosunki ze szczęśliwszymi i bogatszymi. Dlatego-to tak każdemu państwu od tych czasów zależy na tem, żeby koniecznie mieć chociaż kawałek morza. Dlatego to Iwan Groźny tak walczył o Inflanty z Zygmuntem Augustem i jeszcze (jak w następnym rozdziale zobaczymy) z królem Stefanem Batorym. Morzem miał drogę wolną do Niemiec, Francyi, Anglii, morzem tylko mógł utrzymywać stosunki z Europą i podnieść handel, podstawę bogactwa i siły.

 

Polska sięgała "od morza do morza"; największe w Europie państwo, choć naród nie żeglarski, choć lądowe mocarstwo, oparło się jednak o dwa morza, na północy Bałtyckie i na południu Czarne.

 

Drogi do handlu, choć do drugiego szeregu, nie brakło tedy; była otwarta i na południu i na północy. Ale na południu siedzieli Tatarzy, ci rabusie, którzy bezustannemi napadami trapili południowe prowincye. Możnaby ich było zgnieść - bo oni sami nie byli tak bardzo silni - ale za nimi siedział Turek. Gdy Turek sam wojny nie chciał wypowiadać, posyłał Tatary; w rzeczy samej było to prawie jedno. Tatarzy uznawali zwierzchność turecką, i gdyby Polska się zabrała do zawojowania ziemi tatarskiej, Turecka potęga zwaliłaby się na Polskę. Tatar tylko rabował i z łupem uciekał; ale Turek raz przyszedłszy, zdobywał i zajmował kraj na stałe, a przykład nieszczęśliwych Węgier odstraszał każdego. O lidze zaś przestano już nawet mówić. Przez ustawiczne napady tatarskie kraj koło Czarnego Morza stał się prawie pustynią; nikt nie chciał się tam osiedlać, nie można było zakładać ani wsi, nie dopiero miast. Przez Tatarów nie miała Polska z morza Czarnego żadnej a żadnej korzyści; kraje tamte były właściwie nie tyle posiadłością Korony polskiej, jak raczej miejscem do wiecznych bojów z wrogiem chrześcijaństwa; zwano też tę stronę kraju "Dzikiem Polem".

 

Użytek mógł być tylko z morza bałtyckiego, nad którem kawałek spory wybrzeża należał do Polski od roku 1466, odkąd się Prusy z Polską połączyły; Tam płynie i uchodzi do morza główna polska rzeka, Wisła, płynąca przez całą szerokość Polski. Bieg rzeki wskazywał tedy drogę ku Bałtykowi, sama też rzeka była najlepszą drogą do morza. Na. Wiśle kwitnął handel od niepamiętnych czasów; osłabł jednakże, gdy Krzyżacy zajęli Prusy i nie puszczali polskich spławów dalej, jak do Torunia. Dopiero od roku 1466 wzmógł się ten handel znów prędko, gdy polskie spławy mogły dojeżdżać Wisłą aż do morza, do ostatniego miasta Gdańska, gdzie na polski towar czekali kupcy zagraniczni, z zachodniej Europy, z Niderlandów, z Francyi i z Anglii.

 

Jakiż to był towar? Już nie o lewantyńskie chodziło płody i wyroby, bo te kupowali sobie kupcy zachodni sami taniej z pierwszej ręki w zamorskich krainach; oni teraz zaczęli niejedno z tych towarów dowozić właśnie do Gdańska dla Polaków i coraz taniej wypadało sprowadzić coś np. do Krakowa od Anglika z Gdańska, niż od Ormianina ze Lwowa. Ten handel dla Polski już przepadł. Polska musiała teraz zacząć handlować towarem swoim własnym, krajowym.

 

 

Rolnictwo

 

Polska była i jest najżyźniejszym krajem w Europie: piaszczyste Niemcy, błotniste Niderlandy, wydmista Francya, jałowa Anglia, miały jedwabie, kobierce, cynamony i pieprze - ale nie miały zboża i po ten towar posyłały do Gdańska setkami okrętów. I przedtem także byłoby się tym krajom przydało polskie ziarno, ale nie było którędy go sprowadzać. Obliczmy sobie, ileby kosztowała fura żyta, gdyby ją końmi miano wieść z Poznania do Paryża, z Krakowa do Hamburga; same konie zjadłyby przez drogę dziesięć razy więcej, niżby wiozły. Transport zboża jest na większą odległość drogą kołową zgoła niemożebny; na nic się tedy zachodniej Europie nie przydała żyzność polskiej ziemi, póki nie było na polskie zboże transportu morskiego. Toteż Polska zboża przedtem całkiem za granicę nie wywoziła, a siano zboża u nas tyle, ile było potrzeba na własne wyżywienie; więcej nie, bo cóżby z niem było począć? Dlatego to szlachta, choć miała dużo ziemi, była ubogą i rada była, gdy wieśniaków dostała na niskie czynsze. Gospodarstwem szlachta nie trudniła się całkiem; dostatki, jeżeli jakie miała, płynęły ze służby wojskowej, do której ona tylko sama była powoływana. Bogaciło się mieszczaństwo, ale o bogactwie szlachty niema w Polsce mowy aż do XVI. wieku.

 

To wszystko zmieniło się nagle, gdy od roku 1466 był dostęp do morza, gdy tanim kosztem morskiego przewozu dało się polskie zboże wywozić za granicę, a zagraniczne te narody, zbogacone na handlu w Azyi, Afryce i w Ameryce, zbogacone też na przemyśle, miały pieniądze, miały za co polskie zboże kupować. W ciągu trzydziestu lat, w ciągu jednego pokolenia, tak rzeczy się ułożyły, że choćby niewiedzieć ile Polska miała zboża do sprzedania, nigdy kupców na nie w Gdańsku nie zabrakło, bo nie brakowało na Zachodzie głodu, ale też nie brakowało pieniędzy, żeby go zaspokoić. U nas zaś nie brakowało żyznej ziemi. I naraz taka zmiana, że ziemia, nie mająca przedtem żadnej wartości, którą milami całemi dawano w podarunku, stała się największem bogactwem, a zboże którego nie chciano przedtem siać za dużo, stało się najkorzystniejszym towarem.

 

Naraz stał się prawdziwym panem ten, kto najwięcej miał ziemi, t.j. szlachta, podczas gdy równocześnie ubożało mieszczaństwo przez upadek lądowego handlu lewantyńskiego. Zmienia się więc gospodarstwo; dawniej było czynszowe, a teraz robi się folwarczne; czem więcej obsiać ziemi, tem lepiej, każdy kawałek, jaki się posiada, zamieniłoby się na rolę, żeby tylko nie brakowało rąk do pracy.

 

Nastały w Polsce złote czasy dla rolnictwa; kto miał ziemię, miał skarb gotowy, a kto miał choćby tylko ręce zdatne do pracy około roli, nie bał się biedy, bo te ręce były na wszystkie strony wyrywane! Nie można tego powiedzieć o Ślązku. Tam nawet w najlepiej uprawnej cząstce kraju, w dawnem księstwie wrocławskiem w XVI. jeszcze wieku piąta część tej ziemi była nieuprawna, leżała odłogiem! Cóż dopiero gdzieindziej ? Była to pamiątka po wojnach husyckich i w ogóle po tych wszystkich przejściach, na które kraj był narażony przez oderwanie go od Polski.

 

Rozpoczęło się wielkie trzebienie lasów i urządzanie na karczunkach gospodarstw rolnych. Lasów było wówczas do zbytku i nie szkodziło nic krajowi, że je przetrzebiono. Z popiołów spalonych lasów robiono potas i popiół ten również był przez kupców poszukiwany.

 

 

Rękodzieła

 

Mieszczaństwo widząc, co za świetne dochody daje ziemia, jęło się kupować grunta. To się nie podobało szlachcie. Handel lewantyński nie upadł nagle, z początkiem też XVI. wieku kokurencya handlu oceanicznego była jeszcze nieznaczna i nikt nie przewidywał, jak potem rzeczy się zmienią. Rozumowała tedy szlachta tak: mieszczanie mają swoje źródła bogactwa, mają swój handel, pocóź mają wydzierać zarobek ubogiej szlachcie, której cała nadzieja teraz w ziemi; niechże ziemia żywi rolnika, a łokieć i kwarta niech żywią mieszczan. Dawne czasy dbały bardzo o to, żeby zarobek rozdzielić między wszystkich, żeby jeden drugiemu interesu nie psuł. W imię też tej zasady uchwalił sejm, że mieszczanom nie wolno nabywać ziemi, a nawzajem za to zakazano szlachcie trudnić się zajęciami mieszczańskiemi. Zdawało się, że to zupełnie sprawiedliwie; niech każdy swego pilnuje, a drugiemu nie przeszkadza. Ale gdy po pewnym czasie upadł handel lewantyński, gdy wyschnęły mieszczańskie źródła bogactw i rozpoczął się upadek miast, - natenczas nastąpił zwrot w stosunkach społecznych i zaczęło być wprost przeciwnie, niż dawniej: bogaciła się szlachta, a ubożało mieszczaństwo. Jedynym dla miast ratunkiem mógł być przemysł i rękodzieła; ale i ta gałąź dobrobytu zawiodła, a to z powodu błędnej polityki handlowej. Sejmy polskie uważały sobie za obowiązek starać się o to, żeby było tanio, sądząc, że to jest pierwszym warunkiem dobrobytu ludności. Żeby taniość utrzymać, zakazano wywozu towarów rzemieślniczych i przemysłowych za granicę, a nie wymagano żadnego cła od przedmiotów przywożonych z za granicy. Taniość też rzeczywiście była w Polsce taka, jak nigdzie indziej w Europie, a mieszczaństwo ubożało coraz bardziej. Zapóźno dopiero przekonano się, że nie taniość bynajmniej sprowadza dobrobyt, ale obfity zarobek, taki zarobek, żeby dla niego nawet drożyzna była obojętna. Rękodzielnik polski nie wytworzył przemysłu, bo mu nie było wolno wywozić za granicę, nie starał się udoskonalić, bo zagraniczny towar, bez cła, więc tani, i tak mu robił konkurencyę. Co mu było potem z tego, że wszystko miał tanio, skoro sam coraz taniej musiał dawać a i tak coraz mniej sprzedał? Padło tedy mieszczaństwo polskie ofiarą fałszywych, mylnych zapatrywań w sprawie dobrobytu narodowego. Nie dziwmy się owym czasom; iluż to ludzi dziś jeszcze myśli, że taniość sama jedna jest głównym warunkiem dobrobytu? Inne państwa nie starały się o taniość, bo rządy nie dbały o dobro poddanych, a poddani lepiej tam na tem wyszli, że o nich mniej dbano i doczekali szczęśliwie czasów, w których postęp nauki lepsze drogi wskazał do powszechnego dobrobytu.

 

Mieszczanin polski, nie mając w ręku przemysłu, jął się tedy roli i do dziś dnia jest rolnictwo głównem zajęciem małych miast w Polsce. Na to nie pomogły żadne ustawy, które zresztą zostały i tak tylko na papierze.

 

Zakazywała ustawa mieszczaninowi kupować ziemi od szlachcica; ale szlachcic i bez ustawy nie byłby jej sprzedał! Nie zakazywała zaś dzierżawić ziemi od fundacyj duchownych; w których ręku była blizko czwarta część gruntów; nie zakazywała też tworzyć gospodarstw miejskich, które ciągnęły się zwykle daleko poza murami miejskiemi. Korzystało też z tego mieszczaństwo polskie XVI. wieku. Był nawet sposób, żeby kupić dobra szlacheckie: a mianowicie samemu zostać szlachcicem.

 

Za czasów jagiellońskich było o to bardzo łatwo, zwłaszcza za panowania Zygmuntów. Kto tylko czemkolwiek się odznaczał, a chciał szlachectwa, dostawał je bez wszelkich trudów. Szlachectwo polskie nie było bowiem wówczas tak, jak za granicą, warstwą zamkniętą, zwróconą przeciw innym stanom, ale przeciwnie, składało się właśnie z nabytków ze wszystkich stanów; miało to być zebranie tych wszystkich, którzy się czemkolwiek społeczeństwu zasłużyli, bez względu na stan ich rodziców. Toteż w XVI. wieku pełno jest nobilitacyj, czyli przyjęcia do szlachty.

 

Nie trzeba też sobie szlachcica tych czasów wyobrażać, jako wielkiego pana. Na Mazowszu n. p. dużo było szlachciców, którzy ledwie mieli z czego żyć; tym nie pomógł nawet ożywiony handel zbożowy, bo za mało mieli gruntów, żeby z tego skorzystać. Toteż niejeden z tej zagonowej szlachty wynosił się do miasta i pług zamieniał na łokieć i kwartę, choć to niby było zakazane. Ale żadna. ustawa nie zdołała przeszkodzić wzajemnej wymianie stanów.

 

 

Emigracya

 

Dla ubóstwa jest po wszystkie czasy jedna jeszcze pomoc: emigracya. Te tysiące Hiszpanów, Francuzów i Anglików, które w XVI. wieku zaczęły emigrować do nowego świata, nie robiły tego z rozkoszy, ale z nędzy. Otóż dla ubóstwa nigdzie nie było tak dobrej emigracyi, jak w Polsce; bo nie trzeba było uciekać w zamorskie dzikie kraje, nie trzeba było odrywać się raz na zawsze od swego narodu; w Polsce wystarczało przenieść się w inne strony państwa do wschodnich prowincyj. Właśnie też za Jagiellońskich czasów odbywa się tłumna emigracya z prowincyj zachodnich, z t. z. Korony, do prowincyj wschodnich na Ruś. Ruś Czerwona już od czasów Kazimierza Wielkiego zapełniała się polskimi osadnikami. Za Jagiellonów przyszła kolej na Wołyń, Podole, ową ziemię "mlekiem i miodem płynącą", jak ją wszyscy zwali, wreszcie na Ukrainę aż do owych Dzikich Pól, gdzie już Tatarzy przeszkadzali dalszemu osadnictwu. Olbrzymie obszary ziemi leżały tu niewyzyskane, a gdy zboże zaczęło popłacać, rzucono się tu także raźnie do gospodarstwa. Za pół darmo dostawało się tu ziemię, najżyźniejszą z całej Europy, najlepszy rodzaj czarnoziemu. Toteż uboga szlachta, zwłaszcza mazowiecka, gromadami całemi tu się przenosi, a częściowo także na Litwę i Białoruś. Kto był tak szczęśliwy, że w tych stronach dostał od króla większy obszar, ten prędko się bogacił; i niejedna rodzina zwykła szlachecka, tam na Rusi zamieniła się na magnacką.

 

W Polsce nie było osobnego magnackiego stanu; szlachcice byli sobie wszyscy równi; nie znała Polska całkiem tytułów hrabiowskich, baronowskich, margrabiowskich i t. p. Czasem się zdarzało, że ktoś ze szlachty dostał ten tytuł za granicą od obcego monarchy, zwłaszcza od cesarza niemieckiego; ale w Polsce ten tytuł nic nie znaczył i nie wolno go nawet było używać. Na Litwie tylko i Rusi byli kniaziowie i książęta; były to rody spokrewnione niegdyś z tronem. W zasadzie tedy wszystka szlachta była sobie równą, najuboższy równy najbogatszemu; rozumie się jednak samo przez się, że bogacz więcej mógł i więcej znaczył, niż ubożuchny szlachetka, który przychodził do niego z prośbą o kawałek ziemi; na to nie poradzi żadna ustawa; ustawa może tylko warować, żeby bogactwo przed prawem nie miało żadnych przywilejów.

 

A teraz przejdźmy na Ślazk, żeby się przypatrzeć jeszcze tutejszym stosunkom, o ile poprzednio nie było o nich mowy przy zestawieniu z Polską.

 

 

Polityczny stan Ślązka

 

Książąt piastowskich było z początkiem XVI. wieku tylko trzech: Fryderyk lignicko-brzeski, Jan Opolski i Kazimierz cieszyński. Potomkowie czeskich Przemyślidów (nieprawej linii) siedzieli na Raciborzu, a Podiebradowice na Oleśnicy i Ziembicach. Siewierz, Oświęcim i Zator wróciły do Polski. Koronie czeskiej bezpośrednio podlegały dawne księstwa wrocławskie, świdnickie i jaworzyńskie.

 

Kraj cały dzielił się na trzy okręgi: Ślązk Dolny, obejmujący księstwa głogowskie, żegańskie, lignickie i jaworzyńskie; Ślązk Średni, obejmował księstwa wrocławskie, świdnickie, wołowskie, oleśnickie, brzeskie, mielickie, smogorzewskie (Stramburek) i sycowskie; Ślązk Górny, do którego oprócz krainy dziś tak pod panowaniem pruskiem zwanej należała także ta część Ślązka, która dziś monarchii austryackiej podlega. Na czele całego kraju stał mianowany przez króla gubernator (Landeshauptmann); z początku sprawowała ten urząd zwykle rada miejska wrocławska, później, za czasów narodowego ruchu w Czechach, przysłani z Pragi dygnitarze, rzadko kiedy który z książąt ślązkich, a przy końcu tego okresu, w XVI. wieku, prawie zawsze biskupi wrocławscy, którzy byli też świeckimi książętami, jako władcy księstwa nyskiego. Do załatwiania spraw ślązkich przy królu ustanowił król Ferdynand w Pradze osobny urząd t. z. kamerę ślązką.

 

 

Moneta

 

Ciężką plagą Ślązka, a zwłaszcza kupców, był brak wspólnej monety. Nawet taki mały kraik, jak Ślązk, nie miał jednej wszędzie monety, podczas gdy olbrzymia Polska już od początku jagiellońskiego okresu jedność pieniędzy zaprowadziła. Prawo bicia monety przysługiwało władcy kraju, monarsze, lub temu, komu monarcha na to zezwolił za osobnym przywilejem; otrzymywały takie przywileje niektóre miasta, niektórzy biskupi lub opaci. Zamieszanie monetarne było ciężkim kłopotem w całej zachodniej Europie; ale nigdzie nie doszło do takiego stopnia nieporządku, jak w Niemczech. W Rzeszy Niemieckiej roiło się od książąt, udzielnych hrabiów, landgrafów, pfalegrafów, udzielnych biskupów, opatów; ci wszyscy chcieli mieć własne mennice; dodajmy do tego cały szereg miast, tak zwanych wolnych miast Rzeszy, tj. podlegających samemu tylko cesarzowi, które też utrzymywały sobie mennice, a dojdziemy do smutnego wyniku, że co kilka mil bywała inna moneta. Mennica dawała gruby zarobek, jeszcze o wiele większy, niż dzisiaj, dlatego, że nie robiono sobie żadnego skrupułu, dawać lada blaszkę, która naprawdę nie miała prawie żadnej wartości i nadać jej kurs przymusowy. Cieniutkie blaszki z lichej mięszaniny, ze stemplem po jednej tylko stronie, dęte, zaklęsłe po stronie odwrotnej, nazywano brakteatami - i te leciuchne kawałeczki cienkiej blachy były pieniądzem w średnich wiekach. W Polsce były brakteaty za Mieczysława Starego, potem już znikały; jagielloński okres już ich w Polsce nie znał. Za Jagiellonów była w Polsce moneta gruba, pełna, mająca wartość rzetelną, którą od łacińskiego wyrazu "crassus-grassus" (znaczy gruby), zwano groszami. W Czechach wprowadzono grosze w mennicy praskiej i były one uczciwe, i przez to poszukiwane w całym świecie; ale obok groszów bito tam także dalej brakteaty. Ślązk pełen był czeskich i niemieckich brakteatów, obok polskich i praskich groszów. Ślązkie zaś mennice (wydzierżawiane żydom) biły monetę po większej części lichą. Tylko Świdniczanie, mający z dawien przywilej mennicy, biili grubsze grosze; ale poradzili sobie na to właściciele innych mennic, odmawiając kursu świdnickim pieniądzom w swoich posiadłościach, tak, że te grosze miały znaczenie tylko w Świdnicy, i tam miały wyższy kurs, a za Świdnicą już trzeba je było zmieniać ze stratą. Świdniczanie dobrze jednak na tem wychodzili; obcym kupcom przybyłym do ich miasta i wszystkim swoim wierzycielom w ogóle płacili oczywiście swoimi groszami; ci zaś, żeby na nich straty nie ponosić, zamieniali je zaraz w Świdnicy na towary, kupując od Świdniczan i płacąc im znowu tymi samymi groszami. W ten sposób zwiększał się obrót handlowy w Świdnicy, a odchodziło najbardziej sławne już wówczas świdnickie piwo, które aż na dwór królów polskich sprowadzano. Wygoda ta wyszła jednakże w końcu na złe Świdniczanom.

 

W roku bowiem 1519 postanowił król Ludwik Jagiellończyk skończyć już raz z uciążliwą różnorodnością monety i wprowadzić w małym kraju jednę stopę pieniężną. Świdniczanie oparli się temu, bo w takim razie traciliby przez to, że obcy kupcy nie byliby już zmuszeni kupować u nich od razu towary za pieniądze od nich zarobione. Podnieśli tedy istny bunt przeciw królowi, który skończył się dla nich smutnie tem, że w roku 1522 ścięto na rynku wrocławskim trzech głównych przywódców rozruchu. W cztery lata potem zginął król Ludwik pod Mohaczem, zostawiwszy na Ślązku tę pamiątkę po Jagiellonach, że skończyły się monetarne oszustwa. Król Ferdynand zrozumiał dobrze znaczenie tej sprawy i rzecz rozpoczętą przez Ludwika prowadził roztropnie dalej.

 

 

Handel ślązki

 

Na polu handlowem przeważał zawsze Wrocław, tłocząc inne miasta swojem wielkiem prawem składowem. Królowie polscy zatwierdzili je w roku 1417 i 1441, tak, że obowiązywało ono także kupców polskich. Wyjątków od tego przymusu, żeby zjeżdżać z towarami koniecznie do Wrocławia i tam je najpierw na sprzedaż wystawiać, dopuszczano bardzo rzadko, tylko na wielkie doroczne jarmarki w innych miastach. W roku 1490 udzielono też tego wyjątkowego przywileju Głogowowi i Brzegowi. Gliwice miały prawo składowe na drzewo i chmiel. Dla kupców, pragnących z towarem jechać dalej, był ten przywilej wrocławski bardzo niewygodny, toteż objeżdżali często Wrocław drogą północną na Łużyce i Poznań. Kupcy z Wielkopolski zaś próbowali drogi do Niemiec prosto na Lipsk, z czego korzystał handel w Głogowie. Urządzili też sobie Polacy składy swoje w Poznaniu i w Kaliszu, i tam przetrzymywano długo towary, które morską drogą doszły do Gdańska, a z Gdańska do Torunia, zanim dojechały do Wrocławia. Wogóle, w drugiej połowie XV. wieku stracili Wrocławianie mir w Polsce i Polacy woleli, żeby też inne ślązkie miasta zarabiały na handlu przechodzącym przez Ślązk. Skoro Ślązk należał do obcego państwa (do korony czeskiej), więc na towary ślązkie było cło w Polsce; urządzono wtym celu komory celne we Wschowie, w Poznaniu, Kaliszu, Sieradzu i w Poniecu. W roku 1515 potwierdzono te komory na kongresie wiedeńskim, ale nie długo one trwały, gdyż wkrótce potem wszelkie cła na zagraniczne towary w Polsce zniesiono.

 

Jakież to były towary ślązkie? Po większej części był to towar zagraniczny, który tylko przechodził przez ręce kupców ślązkich. Niektóre jednak rękodzieła i gałęzie przemysłu rozwinęły się na Ślązku w XV. wieku, a zwłaszcza sukiennictwo. Zajmowało ono sporo rąk w Lignicy, w Bolkowicach, w Bukowie, Świdnicy, w Prądniku, w Kłodzku, Strzygłowie i w Gorliczu. Później dopiero rozwinęło się płóciennictwo, które najlepiej się wiodło w Jeleniej-Górze w księstwie jaworzyńskiem. Trzeba wiedzieć, że średnie wieki długo nie znały całkiem bielizny; na Ślązku zaczęli jej używać zamożniejsi ludzie dopiero w XV. wieku. Ciekawa też rzecz, że długo uważano płóciennictwo za poniżające rzemiosło. Każdy wiek ma taki swój niemądry zabobon. Dawniej patrzano z góry na tkaczów, a dzisiaj docina się szewcom; jedno i drugie jednako niemądre. Na Ślązku umiano jednak wyrabiać tylko podlejsze gatunki sukna i płótna; lepsze trzeba było sprowadzać z Niederlandów i z Anglii, drogą na Gdańsk, a wiec przez pośrednictwo kupców polskich, zwłaszcza poznańskich i kaliskich.18)

 

Z końcem XV. wieku podniosło się na Ślązku górnictwo. Według pojąć średniowiecznych było ono monopolem rządowym, t. j. skarby ukryte w ziemi były własnością monarchy, a więc na Ślązku księcia miejscowego, a gdzie go nie było, króla czeskiego. Właściciel gruntu, chcąc na nim kopać, musiał na to mieć przywilej, za który drogo się musiał opłacić. Ślązk bogaty jest w płody kopalne. Już w XIII. wieku wydobywano złoto w Złotoryi, ale pokłady te wkrótce się wyczerpały; próbował tam potem szczęścia Fryderyk II. ale mu się nie udało. W roku 1498 znaleziono za to trochę srebra i złota na gruntach pod Jelenią-Górą; więcej trochę złota było w kopalniach Reichenstein i Cygmantorskich. Żelaza wydobywano na Ślązku niewiele; najwięcej w osadzie zwanej Żelazną-Górą; trochę miedzi kolo wsi nazwanej też z tego powodu Miedzianą-Górą w księstwie lignickiem. Było tego razem nie wiele i nie wystarczało nawet na potrzeby krajowe. Toteż przywożono dużo miedzi z Węgier, a żelazo ze Styryi; na Ślązku przerabiano te rudy i sprzedawano potem towar przemysłowy na północ do Gdańska, na południe do Wiednia i aż do Wenecyi. W drugiej połowie XVI. wieku orzeczono, że monopolem rządowym mają być tylko kruszce drogie, ale pospolite mają być własnością właściciela gruntu. Orzeczenie to wydano z powodu procesu wytoczonego margrabiemu Jerzemu o kopalnie ołowia w Bytomiu.

 

Ważnym niezmiernie był handel z Polską. Na pierwszem miejscu wyliczyć tu wypada sól, przywożoną na Ślązk z Wieliczki pod Krakowem, gdzie są największe na całym świecie kopalnie soli, czyli saliny, rozszerzające się ciągle do dziś dnia. W Olkuszu, niedaleko granicy, były kopalnie ołowiu i srebra; dużo górników ze Ślązka znajdowało tam zarobek. Obok soli handlowano też futrami i skórami kupowanemi w Polsce, których tam zwłaszcza na Litwie, zawsze była wielka obfitość. Z Wielkopolski zaś pędzono bydło na Ślązk; najbardziej słynęły w XVI. wieku wielkie targi na woły w Brzegu. Suszone ryby morskie z Prus także były bardzo poszukiwane przez ówczesnych kupców. Nawzajem za to dostarczali Polsce kupcy wrocławscy głównie pieprzu. Pieprz był wówczas bardzo drogi, tak, że między kupcami małe miareczki pieprzu zastępowały nieraz pieniądze; skazać kogoś w sądzie na miarę pieprzu znaczyło skazać go na grzywny pieniężne. Towar ten był bardzo intratny w handlu, a Wrocławianie umieli go skupić w swojem mieście i słynęli daleko po świecie pieprzowym handlem.

 

Ówczesne drogi handlowe na Ślązku były następujące: Z Węgier przez wąwóz jabłonkowski do Cieszyna, ztąd koło Odry do Raciborza i Koźla; potem na Opole. Do Opola też dochodziła droga Krakowska na Oświęcim. (W Krakowie gościniec wiodący ku zachodniej granicy zwie się do dziś dnia drogą wrocławską). Pod Opolem schodziła się tedy droga krakowska z węgierską; tutaj przechodziło się na drugi brzeg Odry i już wzdłuż rzeki na Brzeg i Wołowo do Wrocławia. Południowy handel z Wiednia szedł przez Opawę i Karolów do Nysy, a ztąd przez Grotkowo do Brzegu. Handel zachodni z Lipskiem, z krajami nadreńskiemi i z Niderlandami miał dwie drogi: Jedna przez Lignicę, Hajnów, Bolesław, Nowimburk, przez księstwo żegańskie do Górnych Łużyc; druga zaś wiodła do Magdeburga i Hamburga przez Świdnicę, Strzygłów, Jaworze, Lwów ślązki (Löwenberg) i Lubiany łużyckie. Droga do Frankfurtu i Szczecina była przez Krosno, Kożuchów, Nowe-miasteczko, Bolkowice, Bukowe, Partowice i Środę. Do Prus jeździło się na Toruń, koło Miliczy, przez rzekę Orlę pod Krotoszynem w Wielkopolsce, a ztąd do Strzelna i Inowrocławia; druga droga, nowsza, prowadziła przez Oleśnicę, Kalisz i Pyzdry. - W Polsce była Wisła największą drogą handlową; Odra na Ślązku jednak nie oddawała wielkich usług, chyba do spławu drzewa. Dopiero w drugiej połowie XVI. wieku zaczęto próbować spławności Odry, jako drogi handlowej.

 

Najbogatszą wtenczas w całej Europie była rodzina Fuggerów; byli to Rotszildowie XVI. wieku. Stolicą ich banków i kantorów był Augsburg, a filie mieli w różnych miastach Europy. Pożyczali pieniędzy rządom, a zwłaszcza królom niemieckim i hiszpańskim. Dużo zarobili na górnictwie w Węgrzech, skupiwszy cały szereg bogatych kopalni. Posiadłości ziemskich mieli mnóstwo na Węgrzech i w Bawaryi; z początkiem XVI. wieku zakupili sobie także na Ślązku miasteczko Freiwaldau. Rodzina Fuggerów spokrewniła się na Węgrzech z węgierskim rodem Turzonów, którzy też na spekulacyach górniczych dorobili się grubego majątku. Ci Turzonowie zaczęli wycofywać z Węgier swoje kapitały, kiedy nastały niespokojne czasy i przewidywać można było najazd turecki; skupowali dobra ziemskie gdzieindziej i na Ślązku zakupili też Pszczynę z okolicznemi wsiami. Jeden z nich, Jan Turzo był biskupem wrocławskim 1506 do 1520; wystawił za swoje pieniądze dla biskupów piękny zameczek letni na wzgórzu za miasteczkiem Jawernikiem.

 

Umyślnie na sam koniec zostawiliśmy pytanie: a jakiż był los ludu wiejskiego w tym okresie; nad tem trzeba się osobno zastanowić i dokładnie rzecz wyłożyć.

 

 

Stan ludu wiejskiego

 

Okres jagielloński jest złotym okresem wiejskiego ludu. Wsie rządziły się i sądziły same pod naczelnictwem dziedzicznego sołtysa, potomka tego przedsiębiorcy, który niegdyś rolników tu na grunt sprowadził. Względem pana, od którego przodkowie ich niegdyś grunt dostali, (szlachcica, biskupa, klasztoru itp.) obowiązani byli tylko do drobnego czynszu, bo aż do końca XV. wieku ceny ziemi były i tak niskie; czasem tylko wymówione były tu i ówdzie osobiste usługi i drobne robocizny dla pana (cztery dni w roku), a to wszystko z wzajemnej wolnej umowy, przez przodków zawartej, a spisanej formalnie obowiązującej obie strony i pozostającej pod opieką praw. Włościanin czyli chłop siedział na swym gruncie dziedzicznie z ojca na syna, urządzał sobie gospodarstwo, jak chciał i był zupełnie wolnym. Nawet ci, którzy byli potomkami dawnych niewolników jeńców wojennych, w okresie jagiellońskim mieli się znacznie lepiej, bo pochodzenie ich dawno poszło w zapomnienie, a oni sami, zupełnie spolszczeni, nie różnili się niczem od rodzinnego polskiego włościaństwa. Ciążyły na nich z dawnych czasów cięższe obowiązki; te jednak zelżały znacznie już w pierwszej połowie XV. wieku, bo byliby opuszczali grunt, gdyby im się gorzej powodziło, niż mieszkańcom jakiej sąsiedniej wsi. Świat dla nich był otwarty na Litwie i Rusi, gdzie brakowało rąk do pracy, a osadnik witany był ochoczo. Choćby więc kto nie chciał, musiał opuszczać ze swych wymagań względem tych potomków dawnych niewolników. Mnożyły się też dostatki w chacie wieśniaczej; dość powiedzieć, że na sejmie w roku 1496 narzekała szlachta, że kmiecie, żadnym prawem nie związani rosną w pychę, w kosztowności się stroją i czynią zbytkowne wydatki, które stanowi ich nie przystają. Cóż dopiero sołtysi! Wszyscy prawie byli bogatymi; było im jednak gorzej, niż prostym kmieciom, o tyle, że sołtysi obowiązani byli do służby wojskowej. Obowiązek ten wychodził jednak na dobre społeczeństwu, bo przez to sołtysi tworzyli warstwę łączącą lud ze szlachtą. Śmiało można powiedzieć, że Polska jagiellońska była w całej Europie najlepszym krajem dla chłopa.

 

Stan ten zaczął się jednak psuć; odkąd rozwinął się wielki handel zbożowy do Gdańska, odkąd szlachta rzuciła się sama do gospodarstwa. Siedząc pilnie na wsi, starając się o założenie jak największej ilości folwarków, znajdowała szlachta tamę i zaporę w braku robotnika. Wieśniak nie robił więcej, niż do tego był zobowiązany umową, a to było drobnostką w obec nowych potrzeb rolnictwa. Trzeba tedy było zawierać nowe umowy. Wieśniak godził się (jeżeli chciał) na powiększenie roboty na pańskim gruncie, ale w zamian za to musiał się szlachcic zobowiązać mieć o nim staranie w nieszczęściu, w głodowym roku lub po pożarze; zyskawszy pewność, że nigdy głodu nie zazna; jeżeli na nową umowę przystanie, mniej już dbał o swoje, bo służba pańska dawała mu to, czego nie mógł być pewnym nawet przy najpilniejszej pracy na swojem: było to dla niego zabezpieczenie od pożaru, gradu, powodzi, pomoru bydła i wszelkiej klęski; pan zawsze musiał mieć o nim staranie, bo taka była umowa, a zresztą interes szlachcica wymagał, żeby parę rąk roboczych przy zdrowiu i sile utrzymać. Wielu też z ochotą i najzupełniej dobrowolnie przystawało na nowe umowy, ograniczając bardzo dawną wolność; traciło się dużo wolności, ale pozbywało się najcięższych kłopotów. Czem mniej kto ufał własnym siłom, im kto był mniej samodzielnym, tem chętniej zobowiązywał się do robocizny. Nie każdy lubi sam o sobie ciągle myśleć i kłopotać się; dużo ludzi woli oddać trochę wolności, byle za to zastać misę gotową. Wszak i dzisiaj niejeden woli iść na służbę, niż uczyć się rzemiosła; rzemiosło daje zupełną wolność, ale służba zupełne, gotowiuteńkie utrzymanie; rzemieślnik swobodny, to prawda, ale musi codzień pamiętać o jutrze; służący musi się pokłonić, ale niema o jutro kłopotu. Tak też było i wtenczas pomiędzy ludem; byli tacy, co woleli swoje kłopoty przy zupełnej wolności, ale nie brakowało też takich, którzy woleli zapisać się w służbę. Było nawet takich coraz więcej, z tej prostej przyczyny, że tym, którzy przystali na robociznę, lepiej się wiodło, bo swoją drogą szlachcic ich żywił, a swoją drogą została im ich własność; nic im nie ubyło, a znalazła się sposobność nowego zarobku. Toteż niejeden, choć długo nie chciał, pogorzawszy lub doznawszy gradu, sam szedł potem do szlachcica z prośbą o przyjęcie na robociznę. Rozumie się, że jeżeli we wsi byli tacy i owacy, jedni na starych umowach, a drudzy już na nowych, szlachcic dopomagał tylko tym, którzy nowe zawarli umowy, a tamtym umyślnie żadnej nie robił przysługi, skoro oni nie chcieli mu robić nic więcej ponad stary obowiązek, on im też nic nie robił dobrego. Można tedy powiedzieć, że te nowe umowy powstawały na zasadzie: ręka rękę myje - jeden pomagał drugiemu. Stan materyalny, dobrobyt ludu, polepszył się nawet przez to jeszcze bardziej, niż z początku.

 

Były jednakże okolice, w których większość ludu nie chciała umawiać się na nowo, pomimo to, że przez umowy nic na razie nie tracili majątkowo, owszem zyskiwali. Były to zaś te okolice, w których oświata ludu wyżej stała. Taka bowiem już jest natura rzeczy, że czem człowiek oświeceńszy, tem bardziej pokocha wolność i ceni ją sobie wyżej od majątku. Gdzie zaś znaczna większość była takich którzy woleli pozostać przy starych (zupełnie zresztą wystarczających) dochodach, byle starą zachować wolność, tam szlachcic nie mógł założyć gospodarstwa folwarcznego. Inni się bogacili, a on pozostawał w ubóstwie; inni pracowali, gospodarowali, a on musiał siedzieć z założonemi rękoma. Oczywiście, że mu to miło nie było, że nie bardzo kochał chłopów, którzy tego byli przyczyną i że myślał o tem, jakby ich zmusić. I gdzie nie chciano zawierać umów nowych dobrowolnie, tam zaczęto myśleć o przymusie, i to jest początek chłopskiej niedoli. Z kim się umowę zawrze, choćby umowę ciężką, tego się przecież szanuje; ale kogo się przymusi, tego się przymusza potem coraz bardziej i uważa za niewolnika. Pogorszyła się też potem dola ludu znacznie i nie zataimy niczego o tem w następnych rozdziałach; zresztą taić nie ma potrzeby, skoro dola chłopa w Polsce, wtedy, kiedy była najcięższą, była i tak jeszcze najlepszą w całej Europie.

 

W okresie Jagiellońskim dola ta była była aż do końca XV. wieku złotą; a choć z początkiem XVI. wieku psuć się zaczynała, do zepsucia było jeszcze bardzo, bardzo daleko. Za Zygmuntowskich czasów odzywały się jeszcze takie głosy, jak Frycza Modrzewskiego, o równych prawach dla wszystkich! Za Jagiellońskich czasów było poddaństwo ludu wiejskiego w Niemczech, gdzie dokonała go szlachta wśród przelewu krwi, ale nie było go jeszcze w Polsce, na którą później dopiero wywarł zły przykład wpływ niemiecki.

 

Z końcem XV. wieku wolno było w Polsce każdemu wieśniakowi opuścić wieś rodzinną i udać się w świat, gdziekolwiek chciał, byle zostawił w porządku to, co przodek jego wziął od przodka szlachcica, t. j. zagrodę i grunt w takim stanie, jakiego wymagała pora roku i stan gospodarstwa. Dzieciom zaś włościanina, choćby dorosłym, wolno było przebywać, gdzie chcą i opuścić wieś każdej chwili; bez jakichkolwiek zobowiązań, bez najmniejszej przeszkody mogli sobie pójść na zarobek do miast, do rzemiosła lub na naukę. Ojciec podążyć mógł za nimi po żniwach, wyporządziwszy chatę. W roku 1520 pogorszyło się położenie włościan przez to, że wtenczas wydano ustawę zmuszającą ich do robocizny jednego dnia w tygodniu; poczęło też obowiązywać prawo, że jeżeli syn koniecznie chce iść na nauki do szkół, musi się zdecydować przed skończeniem 12-go roku. To drugie prawo niewiele zaszkodziło, boć i tak, kto chciał syna kazać uczyć, zaczynał naukę z pewnością przed 12 rokiem! Do rzemiosła wolno było nadal odejść każdej chwili, byle o tem pana wcześniej zawiadomić. O jakiekolwiek ścieśnienie praw chłopskich, o przynaglanie do robocizny większej, niż dzień w tygodniu itp., można była zaskarżyć pana do sądu i były przykłady, że chłop prowadził proces aż do najwyższej instancyi, gdy mu się zdawało, że niższe instancye nie wymierzyły mu sprawiedliwości. Dopiero w roku 1518 ograniczono to prawo o tyle, że zakazano w tych sprawach odwoływać się aż do najwyższego sądu. Poddaństwo chłopów zaprowadzono dopiero w roku 1573, w rok po śmierci Zygmunta Augusta, po wygaśnięciu Jagiellońskiej dynastyi.

 

Za Zygmuntowskich czasów, chociaż szlachta chciała przymusić wieśniactwo, rzecz się nie udała, bo kto dobrowolnie nie chciał przystać na nowe umowy, wędrował sobie spokojnie na wschód, gdzie ich chętnie przyjmowały i miasta i starostowie królewscy. Nawet długo po roku 1573, po wydaniu ustawy o poddaństwie, emigracya na wschód sprawiła, że ustawa pozostała na papierze, jeżeli wieśniak dobrowolnie zgodzić się nie chciał. Bo też szlachta prowincyj zachodnich chciała poddaństwa chłopa właśnie przeciw interesom szlachty wschodniej, dlatego, że się obawiała, iż dużo gruntów na zachodzie pozostanie nieuprawnych.

 

Bądźcobądź, do rzadkich tylko wyjątków należały przykłady, żeby szlachcic chciał władzę swoją narzucić wieśniakowi. Zyskiwała szlachta władzę nad ludem w sposób zupełnie legalny, a mianowicie przez kupno sołtystw. Urząd sołtysa, naczelnika i sędziego gminy, był dziedziczny; dawał ten urząd pewne dochody, z niedużych taks sądowych i różnych opłat. Szlachta zaczęła tedy to dziedzictwo godności odkupowaó od sołtysów i w ciągu XVI. wieku zniknęli prawie wszędzie dawni sołtysi, a prawa sołtysów przeszły na szlachcica we wsi, całkiem po prawie, mocą kupna. To bez porównania bardziej zaszkodziło ludowi, niż wszystkie ustawy, pozostające po większej części na papierze. Skoro szlachcic stał się naczelnikiem gminy i sędzią gminy, przez to właśnie najbardziej powiększył swą władzę. Tę władzę wykonywała szlachta w wieku XVI. łagodnie, rozumnie i prawie zawsze sprawiedliwie; później było gorzej, ale nie szlachty wina, że sołtysi sprzedawali sołtystwa! Oni, urodzeni przewodnicy ludu, zdradzili go niejako i utorowali drogę poddaństwu, przez to, że zniknęło samoistne sądownictwo wiejskie. Ale szlachta nie użyła do tego żadnych gwałtów.

 

W tych czasach silną bardzo była w Polsce opinia publiczna; kto postępował nieuczciwie, ten narażał się na publiczną pogardę. Szlachta zwłaszcza trzymała się tego, że kto chce być szlachcicem musi być przedewszystkiem człowiekiem szlachetnym. Z bogatej literatury Zygmuntowskich czasów możnaby wybrać setki ustępów pisanych i wierszem i prozą, w których ta piękna myśl na różne sposoby się powtarza. O szlachectwie bez szlachetności powiedziano, że tyle ono warte, ile wiecha nad winiarnią, w której sprzedają fałszowane wina; mówiono publicznie i pisano w rozlicznych książkach, że ten tylko ma prawo szczycić się ze szlacheckich przodków, kto sam dodaje swemu rodowi nowego blasku przez szlachetność; dla ojczyzny zaś ten najlepszy szlachcic, kto jej najlepiej służy, bez względu na stan, w którym się rodził. Z tych to rozumnych i zacnych zapatrywań wyniknęło, że w owych czasach każdy, kto miał za sobą zasługę, bez żadnych trudności stawał się szlachcicem. Nie o to bowiem chodziło ówczesnemu społeczeństwu polskiemu, żeby powstał stan rządzący innemi i wyzyskujący je na swą korzyść, ale o to, żeby w tym stanie zjednoczyć wszystkich rozumniejszych, oświeceńszych a szlachetnych, dbałych o dobro publiczne.

 

 

Andrzej Frycz Modrzewski

 

I właśnie w XVI. wieku odzywają się w Polsce głosy, że nie wystarcza równość wszystkiej szlachty między sobą w obec prawa, że trzeba tę równość rozciągnąć także na inne stany co do prawa sądowego.

 

W średnich wiekach, w całej Europie, szlachcic więcej wartał w oczach sądu od nieszlachcica. Za zabójstwo szlachcica była daleko sroższa kara, niż za zabicie chłopa. Za zabicie chłopa nie było w całej Europie żadnej kary, z wyjątkiem jednej tylko Polski, gdzie zawsze na to była kara, chociaż lżejsza. I nie pomyślał nikt przez długie wieki, że to nie po chrześcijańsku. Prawodawstwo polskie najuczciwsze było pod tym względem ze wszystkich, bo w Polsce od tronu jagiellońskiego szedł wzniosły przykład uczciwości, od tronu aż do prostego szlachcica, który chętnie i często przyjmował do swego herbu mieszczanina i chłopa. Toteż z całego świata najpierw odezwał się w Polsce głos, że szlachcic, mieszczanin, czy chłop, jednako powinni znaczyć w obec sądu, że za każde zabójstwo jednakie ma być karanie i to nie karą pieniężną (grzywną), ale śmiercią, i że za każde w ogóle przewinienie jednaka ma być kara bez względu na stan obwinionego czy poszkodowanego. Głos ten śmiały, burzący wiekowe przesądy, wyszedł od polskiego uczonego Andrzeja Frycza, który potem przyjęty do szlachectwa, dostał nazwisko Modrzewski. Jak ten głos przyjęły stany wyższe, najlepsza wskazówka w tem, że mu nadano szlachectwo. I to dowód, że polskie szlachectwo nie miało być oznaką żadnej jakiej pańskości, ku upokarzaniu i krzywdzeniu innych, ale oznaką szlachectwa duszy, szlachetnego charakteru i pilnego spełniania obowiązków.

 

Pisze też za Zygmunta Augusta popularny bardzo pisarz Orzechowski, sam ze szlachty pochodzący, że szlachectwo nie poparte szlachetnymi uczynkami, niema żadnej wartości i nic nie znaczy ; pisze wyraźnie, że samo urodzenie w szlacheckim domu nie daje nikomu prawa wynosić się nad innych; powiada, że ten zasługuje na największe zaszczyty, kto najlepszy do pracy i rady, kto najzdatniejszy i najzacniejszy i sam, choć szlachcic, przytacza nazwiska zasłużonych mieszczan, którym (własne jego słowa) nie czuje się godzien rzemyka rozwiązać, choć oni nie ze szlachty. Gdzież w całej Europie było słychać drugi taki głos? W całej Europie szlachta zajęta była zdzieraniem skóry z ludu, a w Niemczech było równocześnie kilka krwawych wojen szlachty z mieszczaństwem w różnych stronach kraju. A w Polsce wszystko spokojnie, zgodnie, z miłością, z uczciwością rozważano i coraz bardziej poprawiano, żeby prawa uczynić coraz bardziej chrześcijańskiemi. Toteż Polska stała bliżej uznania powszechnej równości w obec prawa; zaczynano w Polsce o tem mówić przeszło o dwieście lat wcześniej, niż we Francyi. Gdyby też naród polski ciągle był tak postępował, jak w okresie jagiellońskim, byłby się stał wzorem dla wszystkich innych. Niestety, nastał potem upadek, którego nie będziemy wcale a wcale zatajali przed czytelnikami w następnych rozdziałach i wytłumaczymy też jego przyczyny. Obecnie przypatrujemy się okresowi jagiellońskiemu i dziwować się musimy, jak Polska tak wcześnie przodowała innym narodom pod względem moralności publicznej. Gdzieindziej zabór, tępienie drugiego narodu, prześladowanie i wojny religijne: a w Polsce na to wszystko: unia, braterstwo, równouprawnienie. Gdzieindziej setki rycerzów-rabusi, handel poddanym ludem wiejskim, który sprzedawano za pieniądze, a w Polsce słychać hasło o równości w obec prawa, o równość opieki sądowej. Gdyby Polska była postępowała tak, jak inne narody, nie byłoby w tem nic dziwnego; powiedziałoby się, że tak było wszędzie, a więc i u nas; ale to dziwne, że u nas było inaczej, i to potrzebuje wytłumaczenia.

 

Sprawiała to szlachetna natura narodu, w połączeniu z wielką oświatą. Szlachetność pochodzi od ludu, który jest zawsze rdzeniem narodu i od niego przeszła na wyższe stany, a te, szlachetności nie zmarnowawszy, dodały do niej oświatę. Oświata wywiera swe błogie skutki we wszystkich a wszystkich dziedzinach życia. Całe życie ludzkie, czy to domowe, czy publiczne, składa się przecież z ciągłego rachunku ze sumieniem i z rozumem; wszystko, cokolwiek tylko pomyśleć się da w świecie, od sprawy najprostszej do najtrudniejszej i najzawilszej, należy od tych dwóch wielkich fundamentów: uczciwości i oświaty. Życie rodzinne, zarząd gminy, prawodawstwo, sądownictwo i wreszcie polityka inną jest przy uczciwości i oświecie, inną przy uczciwości bez oświaty, a znowu inną przy oświecie bez uczciwości.

 

 

Tortury

 

Nasuwa się tu ciekawy przykład. Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że w średnich wiekach używano tortur, żeby wymusić wyznanie na obwinionym. Można po muzeach, zwłaszcza niemieckich, oglądać te straszne narzędzia do dręczenia i kaleczenia ludzi. Otóż w całej Europie stanowiła Polska znowu wyjątek. Prawo polskie tortur nie znało i nie znało też skazywania na kalectwo wyrokiem sądowym, jak n. p. ucięcie ucha, ręki itp. Dowodem przynależności historycznej Ślązka do Polski jest też okoliczność, że i na Ślązku także tortur nie znano, bo prawa krajowe wywodziły się tam od prawa polskiego. Dopiero za króla Ferdynanda, kiedy przestała panować na Ślązku dynastya jagiellońska, wprowadzono do ślązkiego prawa "kulturę" niemiecką i tortury.

 

Jakiż z tego przykładu wniosek? Gdyby dziś sędzia jaki mając przed sobą winowajcę, który podejrzany jest o zbrodnię, ale się jej wypiera, chcąc wymusić na nim wyznanie, postanowił wpleść go na koło łamiące mu członki, albo świeczkami podpalać mu stopy, albo wykrzywiać mu kości, cobyśmy powiedzieli? Każdy, nawet najniższy i najgorszy z dzisiejszego społeczeństwa, byłby chyba przejęty zgrozą, powiedziałby że to grzesznie, nieszlachetnie, nieuczciwie. Każdy zrozumiałby od razu, że taki środek nie doprowadza i tak do celu, bo na torturach z bólu i strachu nawet niewinny sam siebie oskarży. Wyobraźmy sobie całkiem niewinnego człowieka, który przez osobistego nieprzyjaciela, przez jego złość oskarżony jest o przestępstwo; gdyby tego niewinnego wpleść na torturowe koło, kto wie, czy on nie zawołałby nagle: " przyznaję się", tylko dla tego, żeby choć przerwać tortury. Gdy trzeszczą i łamią się kości, gdy całe ciało przejęte najstraszniejszym bólem, ten niewinny myśleć będzie tylko o tem, żeby się uwolnić od męczarni i sam siebie niesłusznie oskarży! Tak też bywało! A więc tortury są sposobem głupim, nieprzydatnym do śledztwa.

 

A przecież były czasy, kiedy cała Europa (prócz Polski) wierzyła w skuteczność tortur! Czy powiedzieć o tych wszystkich pracodawcach i sędziach, że byli nieuczciwi? Nie, oni byli tylko za mało oświeceni.

 

Dał Bóg Polsce uczciwość połączoną z oświatą i były czasy, w których Polska godną była być wzorem dla innych narodów, - i dlatego to okres jagielloński jest najpiękniejszym okresem historyi, dlatego słusznie nazywamy te czasy złotym okresem dziejów narodowych. Ten okres sumienia połączonego z rozumem nie skończył się nagle. Jeszcze po śmierci ostatniego Jagiellona (w r. 1572) przymioty te pozostały w narodzie dość długo, bo co było dobre, nie stanie się nagle złem. Najbliższe czasy, króla Stefana Batorego, są jakoby prostym tylko dalszym ciągiem Jagiellońskiego okresu; ale już to i owo psuć się zaczyna. Zwyczajne oko nie dostrzegało, że się psuje naród; ale było oko bystre i prorocze, które to spostrzegło.

 

 

 

X. Zwycięstwa w Polsce, a klęski na Ślązku. Wojna trzydziestoletnia

 

 

Pierwsza elekcya

 

W ostatnich latach życia Zygmunta Augusta myślano nieraz o tem, kto będzie jego następcą. Wielką ochotę do tronu polskiego miała dynastya habsburska, która już od r. 1564 krzątała się około tej sprawy. Rok przed śmiercią ostatniego Jagiellończyka zgłosił się nowy kandydat, w osobie Henryka z francuskiej dynastyi Walezyuszów, brata francuskiego króla Karola IX. Zygmunt August pragnął, żeby następstwo tronu rozstrzygnęło się jeszcze za jego życia, ale śmierć przerwała te starania.

 

Nastała tedy elekcya; naród miał sam sobie wybrać króla wolnemi głosami. Każdy szlachcic był wyborcą, co więcej, każdy szlachcic miał prawo sam o tron się starać i mógł być królem wybrany. Prawo to dziś wydaje się bardzo dziwnem i niestosownem, jako mogące prowadzić do zgubnych następstw. Ale niezapominajmy, że w owych czasach oświata w Polsce stała bardzo wysoko, a uczciwość była główną cnotą narodu i dla uczciwych a rozumnych ustawa ta wcale złą nie była, bo nie było obawy, żeby z niej większość narodu zrobiła użytek zły i niemądry. Potem dopiero, gdy oświata upadła, prawo takie stawało się niebezpiecznem. Na razie przepis taki miał tylko stanowić rękojmię, że królem ten zostanie, kto się okaże korony najgodniejszym.

 

Kandydatów do tronu potężnego mocarstwa polskiego oczywiście nie brakło. Prosił o polską koronę arcyksiążę Ernest, syn cesarza Masymiliana (króla Czech, Węgier i pana Ślązka), Henryk Walezyusz, car Iwan Groźny i król szwedzki. Nadto czterech możnych panów próbowało skorzystać z prawa przysługującego polskiej szlachcie i zgłosiło się też do tronu; ale ogół szlachty śmiał się z tych zachcianek, i ośmieszył magnackie domowe kandydatury, dodając, jako piątego szlacheckiego kandydata, jakiegoś ubożuchnego biedaka ze szlachty ruskiej; spostrzegli tedy ci panowie, że szlachta z nich żarty sobie wyprawia i siedzieli już cicho ze swymi planami. Król szwedzki niewielu miał zwolenników. Iwan Groźny, słynny z okrucieństwa car, byłby się musiał oczywiście inaczej zachowywać w Polsce; za jego wyborem przemawiało to, że możeby się udało unie Polski z Litwą rozszerzyć daleko na wschód, aż do Moskwy, aż tam popchnąć cywilizacyę europejską i zaszczepić katolicyzm; ale pokazało się wnet, że car Iwan kandydaturę swoją na króla polskiego w ten sposób rozumiał, że Polska poddałaby się niejako pod panowanie moskiewskie; nie mogło tedy o nim być mowy.

 

Zostawało tedy dwóch kandydatów: arcyksiążę Ernest i królewicz francuski. Kandydat habsburski sam sobie zaszkodził niezręcznością. Oto chcąc tem bardziej tron sobie zapewnić, chciał próbować, czyby go Litwini od razu nie wybrali swoim Wielkim Księciem; potem Polacy, chcąc unię utrzymać, musieliby go także wybrać królem. Było to na pozór bardzo dowcipne; ale właśnie popsuło sprawę habsburską. Gdy się bowiem rozeszła wieść, że Ernest spekuluje na osobną elekcyę tu i osobną tam, wnet stopniało koło jego zwolenników; zasadniczem przecież prawem unii było, że Polacy i Litwini mieli wspólnie wybierać króla, a Ernest chciał tę zasadę podkopać. Brakiem uczciwości w polityce nie zdobywało się zaufania Polaków. Sam też kardynał Hozyusz polecał Walezyusza i w ten sposób francuski królewicz został królem polskim.

 

Elekcya odbywała się na błoniach pod Warszawą; brało w niej udział około stu tysięcy osób, a porządek był taki wzorowy, że obecni tam cudzoziemcy wydziwić się nie mogli tej karności. Teraz zaś dwór francuski i Paryż podziwiał świetne poselstwo polskie, wyprawione po nowego króla, poselstwo świadczące o wysokiej cywilizacyi, oświacie i polorze polskiego społeczeństwa. Historyk Marcin Kromer napisał dla Henryka osobne dzieło po łacinie, z opisem Polski, jej dzielnic i miast, rzek i gór, zwyczajów i praw. Podano królowi do zaprzysiężenia warunki, pod któremi miał w Polsce królować: były to tak zwane pacta conventa, które odtąd musiał zaprzysięgać każdy nowo-obrany król polski. O tych pactach conventach Niemcy tyle złego wygadują, że trzeba im się trochę przypatrzeć.

 

 

Pacta conventa

 

Król miał zaprzysiądz, że nie zacznie wojny bez pozwolenia senatu. Warunek ten powstawał z dwóch przyczyn; po pierwsze, naród polski, nie będąc zaborczym, nie chciał zabierać sąsiadom ziemi, choćby się to może nawet jakiemu królowi podobało. Powtóre, zdarzało się tak często w historyi, że dwa narody biły się i mordowały same nie wiedząc dobrze, o co i poco, dlatego tylko, że królom tak się zdało; wojny niepotrzebnej i niesłusznej Polska nie chciała. Król pochodzący z zagranicy, mógłby chcieć użyć sił polskich do jakiego zagranicznego interesu, który Polaków nic a nic nie obchodził, mógł wreszcie z zagranicy wojnę na Polskę sprowadzić, bez najmniejszej potrzeby narodu, a tylko dla swojego familijnego interesu; otóż temu wszystkiemu miały zapobiedz pacta conventa. Przebija w nich zasada, że czem mniej wojen, tem lepiej, a gdy już koniecznie wojna być musi, powinna być słuszna, sprawiedliwa. Dopóki na tronie polskim była dynastya Jagiellońska, nie było obawy o najstraszniejsze nadużycie królewskiej władzy, o niepotrzebny rozlew krwi; dynastya ta, na polskim wychowana tronie, zrosła się duchowo z narodem. Ale teraz miał przybywać król obcy, mający tradycye całkiem innej polityki, tej polityki, dla której wszystkiem jest zręczne matactwo, a uczciwość niepotrzebnem dzieciństwem.... Któż mógł zaręczyć za tego króla i za wszystkich jego następców?

 

Drugi warunek: Król nie miał odtąd wydawać praw według swego własnego zdania, ale tylko tak, żeby te prawa odpowiadały polskim prawom i wolnościom. Wobec króla cudzoziemca warunek ten zrozumieć łatwo.

 

Trzeci warunek: Zupełna wolność wyznania dla protestantów i schyzmatyków. Sam król jednak musiał być katolikiem i musiał zaprzysiądz, że będzie strzegł praw i przywilejów katolickiego Kościoła. Jeżeli dodawano do tego, że inne wyznania, czyli tak zwani "dyssydenci" mają mieć zupełną swobodę, znaczyło to, że Polska nie chce wojen religijnych. A właśnie urządził król francuski w swojem państwie straszną rzeź kalwinów, zwaną w historyi: pod nazwaniem "rzezi w nocy św. Bartłomieja"; Francya była przez kilkadziesiąt lat krwawem widowiskiem bratobójczych walk, w których religia służyła często za płaszczyk zbrodniczej polityce. Niemcy miały już za sobą dwie wojny religijne, a wkrótce czekała na nie najstraszniejsza wojna, jaką tylko zna historya! Od tego chciała się Polska uchronić, chciała, żeby i nadal dzieła nawrócenia dyssydentów dokonywać przekonywaniem sumienia, a nie krwią i pożogą. Katolickiem państwem miała pozostać bezwarunkowo, zastrzegając, że król musi wyznawać tę religię, ale nie chciała religijnych wojen, bo to nie po chrześcijańsku.

 

To są trzy główne warunki paktów konwentów. Ograniczały one władzę królewską o tyle, ażeby ta władza podobną była i nadal do tej, jaką sprawowali Jagiellonowie. Przekonamy się niedługo, co za nieszczęścia spadły na Ślązk przez to, że nad jego władcami takich paktów nie było! Nie pakta konwenta przywiodły Polskę do późniejszych nieszczęść, ale coś innego. Nie one też były przyczyną upadku rządu, ale dożywotność urzędów.

 

Pakta konwenta jedno tylko miały złe w sobie: oto znosiły one w tytule króla polskiego słowo "dziedzic korony polskiej." Tron miał odtąd pozostać elekcyjnym. Był on wprawdzie elekcyjnym już za Jagiellonów, ale to było tylko na papierze; przez wzgląd na Litwę koniecznym był zawsze wybór Jagiellona. Od unii lubelskiej ten wzgląd ustawał, bo Litwa miała wybierać króla zawsze razem z Polską; należało tedy teraz zaprowadzić tem bardziej dziedzictwo tronu. Król, wiedzący, że po nim nastąpi jego syn, skłonniejszym też będzie być ojcem narodu, a dla narodu niema nic lepszego, jak ustalona narodowa dynastya. Ciągłe elekcye mogły prowadzić do zaburzeń i wichrzeń zagranicznych, i doprowadziły też potem smutnie do tego. Czyż ta oświecona szlachta nie wiedziała o tem w roku 1573?

 

Wiedziała, ale rozumowano widocznie tak: zobaczymy, czy syn będzie godnym być następcą po ojcu, - jeżeli będzie godnym, wybierzemy go, a jeżeli niegodny, pocóż się krępować ? Z pewnością nie myślano o tem, żeby pominąć kiedykolwiek godnego następcę tronu (i niedługo też potem trzech królów wybrano jednego po drugim z tej samej rodziny); owszem, życzono sobie w takim razie następstwa syna po ojcu. Ale nie pomyślano o jednej rzeczy: że pomiędzy szlachtą może się obniżyć poziom oświaty i uczciwości, a wtenczas nie koniecznie najgodniejszy będzie im najmilszy. Oni sami pełni oświaty i rozumnej uczciwości, nie przypuszczali, że mogą nadejść pokolenia, którym tych cnót zabraknie, a wtenczas elekcya stanie się plagą Polski. Ten więc warunek paktów konwentów stanowczo potępić należy.

 

Król Henryk Walezyusz, panował w Polsce zaledwie kilka miesięcy. Nagle bowiem i niespodziewanie zmarł brat jego, król francuski Karol IX.; korona francuska spadła tedy na Henryka i zaraz też wyjechał do Francyi. Nie zrzekał się przez to wcale korony polskiej, owszem, zastrzegał się, stanowczo, że ją także zachować pragnie i obiecywał czasem do Polski przyjeżdżać. Ale Polacy chcieli mieć króla do rządzenia, a nie tylko do noszenia korony. Rządzić Polską z Paryża ciężko, a Francyą z Krakowa także ciężko. Oświadczyli tedy, że król musi stale przemieszkiwać w Polsce. Na to nie byliby zaś przystali Francuzi, więc oświadczenie to znaczyło tyle, żeby wybierał pomiędzy koroną francuską a polską. Rzecz rzeczywista, że Francuz wybrał koronę francuską i nie można mu tego było brać za złe.

 

 

Druga elekcya

 

Zaraz tedy nowa elekcya! Kłopot, o którym nikomuby się nie przyśniło, że tak prędko się powtórzy. Dynastya habsburska znowu wystąpiła i cesarz wyprawił do Polski świetne poselstwo, na którego czele stał książę Ziembicki, Karol II. Habsburgowie mieli licznych popleczników; ale zamiast wybrać arcyksięcia Ernesta lub brata jego Ferdynanda, wybrało stronnictwo habsburskie samego cesarza Maksymiliana. W ten sposób Ślązk znalazłby się pod jednem berłem z Polską, bo ten sam cesarz Maksymilian był królem czeskim i panem Ślązka. Ale znowu zaczęłaby się sprawa, gdzie ten król polski ma mieszkać stale? W Niemczech, Węgrzech, Czechach czy w Polsce? Widocznie stronnictwo habsburskie mniemało, że cesarz tamte kraje puści jednemu ze swych synów, a sam w Polsce osiędzie z drugim synem i postara się o zapewnienie mu następstwa tronu. Habsburgowie byliby z pewnością dążyli do tego, żeby tron elekcyjny zamienić na dziedziczny i to byłoby bardzo a bardzo dobrze; toteż pewnie było główną myślą ich stronników w Polsce. Ale Habsburgowie pod innemi znowu względami używali złej sławy. Zarzucano im, że gdziekolwiek tron zajmą, wszędzie łamią prawa krajowe (smutne tego były przykłady w Czechach), a nawracać na katolicyzm umieją tylko gwałtem i sprowadzają przez to wojny religijne. Większość tedy narodu nie miała serca do Habsburga. Skończyło się też na tem, że dokonano podwójnej elekcyi: mniejszość wybrała Maksymiliana cesarza, a większość wojewodę siedmiogrodzkiego, Węgra, Stefana Batorego. Wszędzie indziej byłaby z tego wojna domowa; w Polsce zupełnie się bez niej obeszło. Zależało wszystko od tego, kto pierwszy przybędzie i koronę na swoję głowę włoży; po koronacyi sprawa była rozstrzygnięta! Cesarz brał się leniwo do dzieła; myślał może, że będzie o niego wojna domowa i wtenczas także przybędzie z wojskiem. Ale gdy Batory pospieszył, gdy się ukoronował, nikt nie myślał podnosić dla Maksymiliana buntu przeciw ukoronowanemu królowi, z wyjątkiem jednego tylko miasta Gdańska, które Batory pokonał i upokorzył dzielną dłonią. Cesarz Maksymilian umart zresztą wkrótce, już w roku 1576.

 

 

Henryk XI Lignicki

 

Podczas tej elekcyi rożni także byli inni kandydaci, ale o nich nie myślano na prawdę. Zapisać jednak trzeba, że pomiędzy kandydatami stawił się także w Warszawie - książę lignicki, Henryk XI, potomek starej polskiej dynastyi Piastów - ale jaki potomek! Że był zupełnie zniemczonym - to jeszcze nic, bo na polskim tronie byłby musiał przestać być Niemcem; że lignickiemu drobnemu książątku za wysoko było do polskiego tronu, o który ubiegał się sam cesarz, to także nic; po wyborze byłby i tak królem polskim, i ten tron dałby mu potęgę. Ale Henryk XI. był prostym awanturnikiem, który wyciskał od swoich poddanych pieniądze więzieniem i głodem; był człowiekiem po prostu ladajakim. Śmiesznym też był jego pomysł, że mogłaby mu się dostać polska korona. Ani jeden głos nie podniósł się za nim, ani nawet na żart nikt go nie zalecił; z historyi polskiej nie wiadomo też nic a nic o tej szczególnej kandydaturze, i tylko wiemy o tem z pamiętników podróży tego księcia. Henryk XI. bowiem włóczył się po całej Europie, szukając, czy gdzie nie znajdzie czego dla siebie. Zajechał aż do Anglii, proponując królowej angielskiej, Elżbiecie, żeby go wzięła za męża; ale tyle miał szczęścia w Londynie, co w Warszawie. Potem wstąpił do wojska we Francyi - i znów wrócił obdzierając swych podddanych. Tak gospodarował, że nareszcie wszystkim się zmierził i w roku 1581 zrobiono na niego wyprawę; pojmany, stawiony przed sąd króla czeskiego, odsiadywał wiezienie w Pradze i we Wrocławiu przez trzy lata. W roku 1585 udało mu się uciec z więzienia; zemknął do Polski, z tego prostego powodu, że w tą stronę najbliżej mu było za granicę. Żył jeszcze dwa lata, jeżdżąc sobie po Małopolsce, ale już skromnym kosztem; w roku 1587 przydybala go śmierć w Krakowie, gdzie o pogrzeb postarało się z litości kilku Ligniczanów, będących tam wówczas w cechu białoskórniczym.

 

 

Król Stefan Wielki Batory

 

Wybór Stefana Batorego okazał się bardzo szczęśliwym; był to jeden z najdzielniejszych monarchów, jakich w ogóle zna historya. Zaraz na wstępie swych rządów zajął się reformami różnemi, a zwłaszcza sądownictwem, które uprościł; ustanowił osobne najwyższe trybunały do spraw ważniejszych i do apelacyj, ażeby nie trzeba było chodzić ze sprawą aż do samego tronu i wyczekiwać długo, aż król przyjedzie i będzie miał czas. Wszystkie sprawy rządowe wziął na swe własne ręce i trzymał ster państwa silną dłonią; gdy na pierwszym sejmie zaczęli mu się niektórzy sprzeciwiać, zawołał, że chce być królem prawdziwym a nie malowanym. Otaczały tego monarchę szacunek i miłość wszystkich dobrych obywateli; tom bardziej atoli krzywili się na niego tacy, którzy chcieli sprawy publiczne wyzyskiwać na swoją korzyść, a których nigdy nigdzie nie brakuje. Można rodzina Zborowskich, urażona, że król (jak się im zdawało) za mało daje im godności i urzędów, próbowała wichrzyć przeciw królowi; skutek był taki, że Samuela Zborowskiego ścięto ręką kata, a Krzysztofa Zborowskiego skazano na wygnanie. Dla dobrych był za to dobrym i prawdziwym ojcem; za jego panowania najwięcej właśnie mieszczan i wieśniaków przyjęto do stanu szlacheckiego.

 

 

Zwycięstwa nad Moskwą

 

Był też Batory znakomitym wodzem i rycerzem. Podczas bezkrólewia Iwan Groźny zagarnął prawie całe Inflanty: trzeba je było odebrać. Ruszył tam król z wojskiem niewielkiem, ale doborowem. W roku 1579 zdobyto Połock, w następnym roku Wielkie Łuki; podczas trzeciej wyprawy posunięto się daleko na północ i zabrano się do oblegania Pskowa. Iwan Groźny, ponosząc klęskę po klęsce, prosił o pokój; Batory jednakże chciał skorzystać ze sposobności, ażeby złamać potęgę moskiewską i zmusić Iwana Groźnego do sojuszu przeciw Turcyi. Król bowiem Stefan pojął dobrze historyczne powołanie Polski, żeby być przedmurzem chrześcijaństwa: wypędzenie Turków z Europy wziął sobie za cel życia. Polska zaś dopóty nie mogła zaczynać wielkiej wojny z Turcyą, pókiby od Moskwy nie była zupełnie bezpieczną; inaczej można było być pewnym, że Moskwa połączy się z Turkiem, ażeby zabrać wschodnie prowincye. Car Iwan Groźny nie taił śię z tem wcale i często się odzywał, że Ruś trzeba do Moskwy przyłączyć. Jedna na to tylko była rada: zgromić Moskwę tak, żeby się ruszyć nie śmiała i narzucić jej swoją wolę; tak ją pokonać, żeby car na wszelkie warunki pokoju musiał przystać; a we warunkach nie miało być uszczuplanie państwa moskiewskiego, ale oddanie moskiewskiego wojska pod rozkazy króla na wojnę z Turkiem. Polska i Moskwa miały razem dokonać tego dzieła.

 

Iwan Groźny pokoju pragnął gorąco, bo wojna była dla niego bardzo nieszczęśliwą, ale ani myślał przystać na warunki te, o których marzył Batory; a przedewszystkiem zrozumiał wybornie, że Batory zna carską politykę i wie doskonale, że dobrowolnie niczego się tam nie dostanie, tylko trzeba koniecznie przymusić; rozumiał przeto, że Batory będzie go gnębić, aż zgnębi i prędzej pokoju nie zawrze, choćby miał jeszcze kilka wypraw urządzić. Ale poradził sobie Iwan:  oto wyprawił poselstwo do papieża Grzegorza XIII., udając, że on chce ruszyć na Turka, tylko mu Polacy przeszkadzają tą wojną; co więcej, udawał, że chce przejść na wiarę katolicką z całym swoim narodem, tylko ta wojna mu przeszkadza! Papież kazał Polakom zawrzeć pokój od razu, bo papież uwierzył Iwanowi; przestrzegali Polacy, ale papież wierzył Moskalom. Zawarł tedy Batory pokój: Inflanty były odzyskane, Moskwie na długie lata odechciało się próbować zaborów; polskie interesy były zupełnie zaspokojone - ale interesy europejskie, interes całego chrześcijaństwa przepadł. (Car wprawdzie do ostatka mówił papieskiemu posłowi o katolicyzmie, ale na spełnienie tej obietnicy czekają w Rzymie do dziś dnia.) Wojny te rozbudziły w Polakach rycerskiego ducha, wyćwiczyły polskie wojsko, które odtąd przez długie lata coraz większe czyniąc postępy, doprowadziło do tego, że stało się najlepszem w Europie.

 

Wojny te są też znamienne w historyi polskiego ludu. Oto król Stefan powołał chłopa pod broń, nie tylko samą szlachtę. Z wieśniaczego stanu uformował piechotę, zwaną łanową, która na wojnach tych sprawiła się bardzo zaszczytnie. Udział w obronie ojczyzny, przelewanie krwi wspólnie ze szlachtą, miało się stać dla ludu szczeblem do życia obywatelskiego. Bardzo też wielu chłopów wracało z wojny do domu szlachcicami. W pochodach wojennych oddawali chłopi nieraz bardzo wielkie usługi wojsku; król Stefan też całe wsie obdarzał czasem szlachectwem.

 

Jest rzeczą ważną wiedzieć, czy król robił to wbrew woli szlachty, czy też większość narodu zgadzała się na takie postępowanie? Otóż król Stefan opierał się na szlachcie; pierwszym swoim ministrem, kanclerzem, i hetmanem, zrobił przywódzcę szlachty, Jana Zamojskiego, z którym o wszystkiem się naradzał. Większość znaczna szlachty zupełnie się zgadzała na postępowanie królewskie.

 

Ten król był gorliwym katolikiem i zdziałał dużo dla nawrócenia dyssydentów. Jezuitów popierał z całych sił; w Wilnie założył dla nich akademię. W Inflanciech zupełnie zlutrzonych, gdzie dawniejsze biskupstwa luteranie skasowali, założył na nowo biskupstwo i wprowadził do kraju Jezuitów. Ale nigdy, ani razu, nie dozwolił robić protestantom gwałtu; mieczem nawracać nie chciał, a może właśnie dla tego przerzedzały się w Polsce coraz bardziej protestanckie szeregi.

 

Mądrością, sprawiedliwością i dzielnością zyskał sobie król przywiązanie całego narodu. Z początku znaczna część nie chciała go mieć królem (bo wybrali Habsburga), potem były jeszcze takie warchoły, jak Zborowscy - a przy końcu cały naród, jak jeden mąż stał przy swoim wielkim królu. Największy poeta tych czasów, Jan Kochanowski, miał podczas elekcyi mowę za Habsburgiem, a więc przeciw Batoremu; ale gdy Batory zasiadł na tronie, ten sam Kochanowski głosił, że naród pozyskał prawdziwą perłę i w poezyach swoich uwielbiał króla. Czuł naród, że ten król prowadzi Polskę do wielkich dzieł.

 

O swych planach tureckich pamiętał król dobrze. Gdy w roku 1584 umarł Iwan Groźny, a na tron moskiewski wstąpił syn jego Fedor, człowiek słaby, bezdzietny i poddany zupełnie wpływom swoich dworzan, umyślił król pozyskać teraz Moskwę do swoich zamiarów, a gdyby car nie chciał sprzymierzyć się przeciw Turcyi, zmusić go do tego. Miał możność rozpocząć na nowo wielkie wojny, bo cała szlachta, naród cały, gotów był iść z zapałem wszędzie, dokąd ten król, taki król, powiedzie; sejm gotów był każdej chwili uchwalić wszystko, czego król zażąda. Zaczął tedy król Stefan przygotowania; porozumiał się z Rzymem, a ówczesny papież, Sykstus V. popierał go gorliwie. Ułożono wielki plan, na podstawie którego miano zaczepić Turcyę równocześnie i w Europie i w Azyi; król wyprawiał poselstwa na wszystkie strony, a rokowania dyplomatyczne w tej sprawie sięgały od Hiszpanii aż do Persyi. Zwołał król nareszcie sejm na Luty 1587; na tym sejmie miał wystąpić ze swoim planem, ale nie doczekał go; po krótkiej chorobie zmarł 12-go Grudnia 1586.

 

Śmierć Stefana Wielkiego, to najcięższe nieszczęście Polski. Dziesięć lat tylko rządził, gdyby mu było dodano jeszcze drugie lat dziesięć, byłby z Polakami wielkich dzieł dokonał i byłby zmienił w Polsce wszystko, co w niej było niedobrego. On byłby prowadził dobrych obywateli do coraz lepszych urządzeń państwa; on byłby zrobił obywatelem chłopa polskiego i on byłby przeprowadził dziedziczność tronu. Historycy polscy twierdzą wprost, że gdyby Stefan Wielki był pożył dalej, polskie państwo istniałoby do dziś dnia.

 

 

Królowa Anna i jej siostry

 

Żebyż ten król był miał przynajmniej syna! Nie ulega żadnej wątpliwości, że naród byłby mu ofiarował koronę, ale Stefan był bezdzietny. Wola narodu dała mu za żonę Annę Jagiellonkę, siostrę Zygmunta Augusta, ostatnią latorośl Jagiellonów; naród chciał w ten sposób uczcić pamięć Jagiellonów, - ale na żonę Anna była już za starą.

 

Królowa Anna zażywała wielkiej powagi w Polsce; ze wszystkich sióstr ona jedna przebywała w kraju. Król Zygmunt Stary miał pięć córek. Z tych najstarsza, Jadwiga, wyszła za mąż za elektora brandenburskiego i tam o Polsce prawie że zapomniała; druga, Zofia, była za Henrykiem ks. Brunświckim i pozostała zawsze wierna tradycyom rodzinnym. Następna z kolei, Izabella, była żoną króla węgierskiego Jana Zapolyi, który całe życie walczył o koronę z Habsburgami, mając do tego nad sobą przewagę turecką; toteż i życie Izabelli bardzo było smutne, a w ciągłej niemal tułaczce po Siedmiogrodzie, Węgrzech i Polsce; przez jakiś czas (jak o tem była mowa) miała księstwo na Ślązku. Czwartą była Anna, która późno dopiero wyszła za mąż, za Batorego. Najmłodsza, Katarzyna, została żoną Jana, księcia inflandzkiego, z królewskiej szwedzkiej dynastyi Wazów; ówczesny król szwedzki podejrzywał Jana o wrogie zamiary względem siebie i uwięził go. Katarzyna dzieliła z mężem więzienie przez cztery lata, aż znowu w roku 1568 książęca para odzyskała wolność. W tem więzieniu powiła syna, Zygmunta, którego wychowała po polsku i po katolicku. Skutkiem zmian w rodzinie królewskiej został ten Zygmunt następcą tronu szwedzkiego, w kraju zupełnie protestanckim. Były o to ciężkie kłopoty i przykre bardzo sprawy w rodzinie królewskiej; młody Zygmunt tak był jednakże przez matkę Jagiellonkę utwierdzony w wierze, że niczem od prawdziwego Kościoła odstraszyć się nie dał.

 

 

Król Zygmunt III. Waza

 

Tego-to Zygmunta umyśliła polska "ciotuchna" Anna wprowadzić teraz na tron polski. Nie brakło innych kandydatów i habsburgowie po raz trzeci stanęli do walki wyborczej, tym razem walka ta miała się przenieść na pole bitwy. Arcyksiążę Maksymilian, wyznaczony z habsburskiej rodziny na polskiego króla, wystąpił zbrojno, gdy większość oświadczyła się za Zygmuntem, głównie przez przywiązanie do pamięci. Jagiellonów, których był potomkiem, chociaż po kądzieli. Habsburgowie postanowili gwałtem zająć stolicę i wojsko niemieckie podeszło pod sam Kraków, nie mogąc tu jednak nic sprawić, zaczęło się cofać. Arcyksiążę zamierzał zapewne postarać się o większe wojsko. Ale hetman Zamojski ścigał go zebranemi na prędce hufcami, widząc to Maksymilian uszedł szybko za granicę, na Ślązk, sądząc, że Polacy nie będą śmieli przekroczyć granicy habsburskich posiadłości. Ale co wolno Niemcom w zaczepce, wolno Polakom w obronie. Hetman postanowił dać nauczkę, że tronu polskiego się nie zdobywa, przekroczył granicę i pod Byczyną na Ślązku stoczył bitwę, w której rozgromił nieprzyjacielskie wojsko, a samego Maksymiliana wziął jeńcem. Przebywał arcyksiąże przez dwa lata w polskiej niewoli, na hetmańskim zamku Krasnymstawie. Obchodzono się tam z nim jak najlepiej i z wszelkiemi honorami; sam to przyznał chwaląc polską rycerskość; tylko żeby pamiętał, że jest w niewoli, kazał hetman stół, na którym jadał, otoczyć łańcuchem - ale złotym.

 

Kuszenie się o tron polski z wojskiem, było taką samą niezręcznością, jak przedtem próbowanie osobnych konszachtów z Litwą. Habsburgowie przez te grube błędy odstręczyli sobie do reszty Polaków; przy następnych elekcyach mowy już o nich nie było. Co więcej, zaczęto ich w Polsce, gdzie z razu silne mieli stronnictwo, powszechnie nienawidzieć, a gdy król Zygmunt Waza wszedł z nimi następnie w przymierze, były o to wielkie kłopoty na sejmach. Zygmunt III. Waza zawarł zaś sojusz z Habsburgami dla tego, że marzył o wielkim związku państw katolickich, a Habsburgowie przedstawiali właśnie katolicyzm w środkowej Europie, podobnież, jak Polska na wschodzie. Polacy zaś obawiali się, że Zygmunt III., mogąc być królem szwedzkim, odstąpi Habsburgom tronu polskiego.

 

 

Sprawa religijna na Ślązku

 

Głową dynastyi Habsburskiej, cesarzem, królem węgierskim (o ile tam nie panowali Turcy), królem czeskim i panem Ślązka był od roku 1576 cesarz Rudolf II. W rok po wyborze, w roku 1577 przyjechał do Wrocławia odebrać hołd Ślązka, ale potem już nie zajmował się sprawami ślązkiemi prawie całkiem i wpływu osobistego na nie nie wywierał. Stosunki ślązkie zawisły najzupełniej od wpływów miejscowych. Pod względem religijnym znać było coraz większe szerzenie się protestantyzmu, który zajmował coraz więcej miejsca także na Górnym Ślązku. W księstwie Cieszyńskiem rządził od roku 1596 książę Adam Wacław, który wprost wypędzał katolików ze swych posiadłości. W Opawie było w roku 1580 tylko 14 katolików w całem mieście. Szczęściem kapituła wrocławska zaczęła się gorliwiej krzątać koło sprawy katolickiej i w roku 1580 przyjął biskup wrocławski ustawy soboru trydenckiego. (W Polsce zrobili to biskupi, o trzy lata wcześniej, w roku 1577, na synodzie piotrkowskim; biskup wrocławski, wezwany na ten synod przez prymasa gnieźnieńskiego, jako jeden z biskupów polskiej prowincyi kościelnej, nie stawił się.) W rok po przyjęciu ustaw trydenckich, w roku 1581, zamieszkali we Wrocławiu pierwsi dwaj Jezuici, ale domu swego nie mieli przez długie jeszcze lata. W roku 1600 wybrała kapituła biskupa wielce gorliwego, Jana von Sitsch; równocześnie o rok tylko wcześniej, 1599 roku zasiadł na biskupstwie ołomunieckiem kardynał Franciszek Dietrichstein. Obaj ci biskupi zaczęli zwalczać protestantyzm. Biskup wrocławski starał się o gorliwsze duchowieństwo dla swej dyecezyi, działał zachętą i przekonaniem. Ołomuniecki posunął się dalej, za daleko, bo aż do miecza. W roku 1603 wystarał się o wyrok infamii na miasto Opawę, t. j. że cesarz na jego żądanie wyjął Opawę z pod prawa. Gdy kardynał tam przyjechał, przyjęto go kamieniami. Za to w cztery lata potem wyprawiono na Opawę pułk żołnierzy, którzy zdobywszy miasto, przez 8 miesięcy w niem gospodarowali, a tymczasem kardynał przywracał katolickie nabożeństwo. Tak tedy w roku 1607 po raz pierwszy polała się na Ślązku krew, po raz pierwszy spróbowano nieszczęsnego nawracania mieczem.

 

W sąsiedztwie Opawy, w Karniowie (a także w Boguminie i w Bytomiu) władali Hohenzollernowie. Po margrabi Jerzym nastąpił tu jego syn, Jerzy Fryderyk, który był bezdzietny. Karniów miał tedy w braku dziedzica wrócić do korony czeskiej, pod bezpośrednią władzę króla czeskiego, cesarza Rudolfa. Ale Jerzy Frydederyk, umierając w roku 1603 zapisał swe księstwo elektorowi brandenburskiemu Joachimowi Fryderykowi, który odstąpił je znowu w roku 1606 swemu młodszemu synowi Janowi Jerzemu. Rudolf II. protestował przeciw testamentowi i objęciu rządów przez elektora i jego syna, ale niemiał siły, ażeby wymusić posłuszeństwo dla swego zdania. Tak więc pozostali dalej na Ślązku Hohenzollernowie, jako główny filar protestantyzmu w kraju.

 

 

List majestatu cesarza Rudolfa

 

Cesarz i król Rudolf był od roku 1600 bardzo niedołężnym monarchą; dostał choroby umysłowej, która mu często pamięć odbierała. Stawał się zupełnie niezdatnym do rządów, toteż nie brakło niezadowolonych, którzy go chcieli zrzucić z tronu. Na czele niechętnych stanął rodzony brat cesarza, arcyksiążę Maciej, który zebrawszy wojsko, zmusił Rudolfa, że mu odstąpił w roku 1608 rządów Austryi, Moraw i Węgier. Zostały przy Rudolfie Czechy i Ślązk. Czechy dochowały mu wierności, ale nie za darmo. Cesarz, jako król czeski, musiał ogłosić dla Czech t z. "list majestatu", mocą którego nadawał w Czechach luteranom zupełne równouprawnienie z katolikami. Ślązcy książęta i większe miasta postanowiły tedy też skorzystać z tej sposobności; z początku się wahali, po czyjej stanąć stronie, Rudolfa czy Macieja. Kiedy w roku 1608 Maciej wysłał do nich poselstwo, nie dali żadnej stanowczej odpowiedzi. Właśnie umarł wtenczas biskup Sitsch, a gubernatorem był protestancki książę ziembicki, Karol II. Zwoławszy stany ślązkie przeprowadził uchwałę, żeby nie płacić królowi podatków, póki nie uczyni zadość dwom żądaniom: żeby o luteranizm nikogo nie prześladować i żeby nigdy biskupa wrocławskiego nie mianować gubernatorem. Rudolf, widząc, że i Ślązk mógłby odpaść do Macieja, przystał na wszystko, i "list majestatu"; z roku 1609 obowiązywał także na Ślązku. Tyle w tem było dobrego, że wykluczało prześladowanie przez władzę rządową za religię. Ale na Ślązku luteranizmu nie miał kto prześladować, bo wszyscy mający siłę (z wyjątkiem jednego biskupa) i tak już byli lutrami. List majestatu dobry był, że bronił protestantów od ucisku tam, gdzie katolicy będąc w większości okazywali ochotę do nawracania mieczem.. Ale dla krajów, gdzie większość była luterską, miał list majestatu złą stronę w tem, że pozwalając protestanckim książętom i magistratom urządzać się według własnej woli w sprawach religijnych, nie dawał ochrony katolickim poddanym, będącym w mniejszości na wypadek, gdyby luteranie ich mieczem nawracać zapragnęli, t. j. gdyby chcieli dopuszczać się na nich gwałtów, jak to było n. p. w księstwie cieszyńskiem.

 

List majestatu z roku 1609 tyczył się tylko luteranów, tj. konfessyi augsburskiej; kalwini i inne sekty nie miały doznawać jego opieki.

 

 

Cesarz Maciej

 

Rudolf wydawszy to rozporządzenie tylko pod przymusem, radby je cofnął; myślał też o odebraniu krajów wydartych przez brata Macieja. Żeby wzmocnić stanowisko katolików w sąsiedztwie Czech, postarał się, że równocześnie obsadzono dwie stolice biskupie arcyksiążętami habsburskimi. W r. 1608 wybrano w Wrocławiu arcyksięcia Karola, który też protestował przeciwko listowi majestatu. Jeszcze dalej posunął się arcyksiążę Leopold, biskup passawski. Ten zebrał w roku 1611 wojsko i ruszył wprost na Pragę; zdobył nawet przedmieście zwane Małą Stroną; gdyby się przedsięwzięcie było udało, byłby Rudolf ogłosił Leopolda swoim następcą i odebrał prawa pozwolone luteranom. Czescy protestanci zażądali posiłków od książąt i miast ślązkich i zaczęto też zbierać na Ślązku wojsko przeciw Leopoldowi, a więc też przeciw Rudolfowi, który go sobie przyzwał. Ale sprawa rozstrzygnęła się, zanim nawet ślązkie wojsko zdążyło przybyć. Powodzenie Leopolda zatrzymało się i skończyło na praskiem przedmieśeiu, Maciej przybył spiesznie ze swojem wojskiem i rzecz cała skończyła się na tem, że Rudolfa strącono z tronu czeskiego w roku 1611. Już 18-go Sierpnia był Maciej w Wrocławiu i odebrał hołd Ślązka; a Ślązkowi było też to zupełnie wszystko jedno, czy Rudolf, czy Maciej i przyjęto nowego króla tak, jak gdyby Rudolf już był umarł. Książę Brzegu, Jan Krystyn, wyjechał naprzeciw Macieja aż do Lignicy z świetnym orszakiem, a Wrocławianie takie wyprawiali festyny, że aż osobne książki pisano o tem przyjęciu nowego pana. List majestatu musiał Maciej oczywiście potwierdzić. Skorzystała z niego .... ksieni trzebnickiego klasztoru, przyjmując luteranizm i wychodząc od razu też za mąż za jednego z urzędników w dobrach klasżtornych. Wypadek ten był prawdziwym skandalem. Jakby na wynagrodzenie tej straty, nawrócił się w roku 1613 książę cieszyński. W tymże roku nadał cesarz księstwo opawskie gorliwemu katolikowi Karolowi Lichtensteinowi, a w księstwach opolskiem i raciborskiem, (które od roku 1598 były znów bezpośrednio pod władzą korony) poobsadzał urzędy katolikami. Nawrócony książę cieszyński został też w roku 1617 gubernatorem Ślązka; umarł jednakże już tego samego roku. Godność tę otrzymał po nim Jan Krystyn z Brzegu, protestant, ale pod warunkiem, że się nie będzie sprzeciwiał biskupowi wrocławskiemu, który w swojem księstwie Nyskiem nie chciał protestantyzmu. Niedawno przedtem nie było na Ślązku ani jednego świeckiego księcia katolickiego; teraz przynajmniej w południowej części kraju było ich dwóch, cieszyński i opawski. Toteż na Górnym Ślązku katolicyzm znowu się podniósł.

 

Lutrami zaś w tym czasie byli książęta: Karol II. Ziembicki (z rodu Podiebradzkiego), Jan Krystyn książę Brzeski (Piast) i brat jego Rudolf Lignicki tudzież margrabia Jan Jerzy, książę Karniowsid, któremu i Maciej także odmawiał uznania. Otóż ci trzej ostatni luterscy książęta przeszli teraz za cesarza Macieja, na kalwinizm, a przez to stracili prawa, które list majestatu przyznawał tylko luteranom. Wrocław pozostał przy luterstwie.

 

Tak stały sprawy, kiedy wybuchła straszna religijna wojna trzydziestoletnia. Zaczęła się ona w Czechach, ogarnęła całe Niemcy, a Ślązk wciągnięty w nią musiał przez nią cierpieć, dlatego, że należał do czeskiej korony, a nie do polskiej, która o wojnach nic nie wiedziała. Przebieg tej wojny łączy się w kilku zdarzeniach z historyą polską; toteż zanim zaczniemy o niej opowiadać, musimy uzupełnić sobie wiadomości o tem, co się przedtem działo w Polsce.

 

| Część poprzednia | Góra | Strona główna | Część następna |