|
BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO — Feliks Koneczny: Dzieje Ślązka - 8 |
|
Cz.1 II. W jaki sposób i jakiemi drogami dotarło do Ślązka światło ewangelii św. Początki państwa w Wielkopolsce III. Ślązk pod królami polskiemi Święty Wojciech, król Bolesław Chrobry i cesarz Otton III Cz.2 Zajęcie Czech. Wojny z Niemcami Waśń królewiczów Zbigniewa i Bolesława Bolesław Krzywousty. Wojny ślązkie IV. Ślązk pod zwierzchnictwem krakowskiem Mieczysław Stary i Mieczysław Raciborski Cz.3 Czterech kandydatów do korony polskiej Moralny upadek książąt ślązkich Ślązk przechodzi pod czeską koronę V. Stosunki wewnętrzne w okresie podziałów Cz.4 Kazimierz Wielki obrońca biskupstwa wrocławskiego VI. Ślązk pod Luksemburczykami Królowa Jadwiga i Wilhelm austryacki Jadwiga i Jagiełło. Małżeństwo Litwy z Polską Cz.5 Zaproszenie Jagiełły na tron czeski VII. Ślązk między Czechami, Węgrami a Polską Jak Wrocłwianie zapraszali polskiego króla Jan Olbracht i Zygmunt Stary książętami ślązkim Cz.6 Bracia Jerzy i Albrecht Brandenburscy Dlaczego luteranizm się szerzył Protestantyzm w Polsce a kardynał Hozyusz Król Zygmunt August i Barbara Radziwiłłówna IX. Stosunki wewnętrzne w okresie Jagiellońskim w Koronie Polskiej i na Ślązku Cz.7 X. Zwycięztwa w Polsce a klęski na Ślązku. Wojna trzydziestoletnia List majestatu cesarza Rudolfa Cz.8 Liga katolicka i Unia protestancka Ślązk hołduje kalwińskiemu królowi Zwycięztwo katolicyzmu na Ślązku Szwedzi w Niemczech i na Ślązku XI. Ostatni wiek panowania Habsburgów; podbój przez Hohenzollernów Szwedzi na nowo w Polsce. Król Jan Kazimierz na Ślązku Cud N. P. Maryi Częstochowskiej Niepodległość księstwa pruskiego Cz.9 Sankcya pragmatyczna i wojna o tron polski Ślązk przechodzi pod panowanie pruskie XII. Rozbiory odradzającej się Polski Szkoła Leszczyńskiego i ks. Stan. Konarski Rosya i Prusy przeszkadzają naprawie rządu w Polsce Pruski projekt rozbioru Polski Odrodzenie społeczeństwa polskiego Prusy i Rosya urządzają drugi rozbiór Polski Wojna o niepodległość w Ameryce Kościuszko naczelnikiem narodu Cz.10 XIII. Pierwsza połowa XIX. wieku Wojna z Napoleonem. Francuzi na Ślązku Legiony polskie i księstwo warszawskie Austrya germanizuje księstwo Cieszyńskie Oderwanie części Ślązka od dyecezyi krakowskiej Urządzenia administracyjne w państwie pruskiem
|
Podczas gdy w Niemczech myślano o nawracaniu się wzajemnem mieczem, Polska po swojemu myślała o dalszych uniach. Oto w roku 1596 zawarli schyzmatycy mieszkający w granicach państwa polskiego z katolikami unię w Brześciu litewskim, w której odnowiono unią florencką; schyzmatyccy biskupi poddawali się papieżowi i przeszli wraz ze swemi dyecezyami na łono Kościoła katolickiego, zachowując najzupełniej odrębny słowiański obrządek. Dwie tylko dyecezye schyzmatyckie nie przyjęły ani teraz jeszcze unii: lwowska i przemyska. Ale nie przyszło nikomu przez myśl, żeby je o to prześladować; czekano, aż się nakłonić dadzą - i czekano długo, aż się doczekano w roku 1710, ale miecza z pochwy nie wyjęto.
Protestantyzm zamarł już prawie całkiem; za Zygmunta III. Polska jest już państwem zupełnie katolickiem, a drobna garstka dyssydentów nie miała prawie żadnego znaczenia. Król sam podejmuje politykę katolicką na wielką skalę. Dziedziczny jego kraj, Szwecya, był zupełnie protestanckim, toteż korzystał z tego stryj Zygmunta, książę Karol Sudermański podburzając zawczasu przeciw katolickiemu dziedzicowi korony, żeby tron jemu się dostał. Widząc to ojciec Zygmunta, król Jan, chciał już w r. 1589, żeby Zygmunt przyjeżdżał do Szwecyi i jeszcze za życia ojca się koronował. Nie dało się to jednak wykonać. Dopiero po śmierci ojca mógł Zygmunt do Szwecyi przyjechać; koronował się wprawdzie w roku 1594, ale widocznem było, że się przy koronie nie utrzyma. Karol Sudermański tak wszystko urządził, że Zygmunt musiał nietylko zatwierdzić wolność wyznania augsburskiego, ale nawet podpisać ustawę wykluczającą katolików od urzędów; życiu jego zagrażało ciągle niebezpieczeństwo i zawdzięczał ocalenie tylko czujności otaczającej go zawsze straży polskiej. Tronu się wszakże zrzec nie chciał, nie mogąc się pozbyć nadzieji, że może mu się przecież uda sprowadzić dla Kościoła lepsze czasy w Szwecyi. Ale trzeba było nakoniec wracać do Polski, - a w takim razie krajem rządził znowu stryj Karol, który coraz bardziej psuł szyki Zygmuntowi. Toteż Zygmunt myślał nawet o tem, żeby się zrzec polskiej korony, ale o tem panowie polscy i słyszeć nie chcieli, bo Zygmunt chciał następstwo po sobie zapewnić Habsburgom, którzy już mir stracili. Polacy proponowali, żeby się zrzekł korony szwedzkiej, skoro i tak jasną było rzeczą, że jej nie utrzyma; ale tego znowu król zrobić nie chciał.
Do Polski trzeba było wracać, bo groziło niebezpieczeństwo tureckie. Już w roku 1590 domagała się Turcya haraczu, t j. daniny na znak uległości, a znaczne wojsko wyruszyło nad Dniestr. Udało się wtenczas zażegnać tę burzę, ale za to w dwa lata potem nastąpił straszny napad Tatarów na Ruś Czerwoną. Ażeby się lepiej zabezpieczyć od wschodnio-południowych kresów, wkroczył hetman Zamojski na Mołdawy, kraj oddzielający Polskę od Turcyi, którego książęta (czyli hospodarowie), często się z Turcyą łączyli, osadził tam na hospodarstwie przyjaznego Polsce księcia, a Tatarów rozgromił pod Cecorą w roku 1595.
Tymczasem w Szwecyi Karol Sudermański jawnie już mówił, że Zygmunta strąci z tronu i sam królem będzie. Pojechał tam tedy król Zygmunt w roku 1598, a zwyciężywszy stryja, zajął stolicę kraju, Stockholm. Potem jednak odwróciło się od niego szczęście, przegrał w drugiej bitwie, i Karol królem został rzeczywiście. Tej wojny króla o tron szwedzki nie uznał sejm polski za narodową, uważając to za sprawę królewską. Polacy zawsze byli tego zdania, żeby się Zygmunt zrzekł korony szwedzkiej, ale Zygmunt przy swojem obstawał i chciał, żeby wojsko polskie wywalczyło dla niego tron szwedzki. Polska sąsiadowała ze Szwecya w Inflanciech; kraina za granicą polskich Inflant, zwana Estonią, należała do Szwecyi. Szwedzi pragnęli jednak nadto zająć nietylko całe Inflanty, ale w ogóle zapanować nad całem wybrzeżem morza Bałtyckiego. Zamiary te były dla Polski nader niebezpieczne na przyszłość; należało tedy koniecznie Szwecyę upokorzyć, okazać Szwedom, że Polska nie pozwoli sobie bruździć nad Bałtykiem. Niestety, rzadko kto ze współczesnych rozumiał, że tu sprawa królewska łączy się z doniosłą polska sprawą polityczną. Król Zygmunt, żeby uzyskać pomoc państwa polskiego, zrzekł się w roku 1600 Estonii, jako król szwedzki, na rzecz państwa polskiego. Karol Sudermański zaraz jednak Estonię napada i dla siebie zajął; graniczny polski starosta, także teraz wkroczył do Estonii, bo skoro Polsce odstąpiona, więc należało jej bronić; a póki Zygmunt sam się nie zrzekł korony szwedzkiej, należało go za króla szwedzkiego uważać; więc czy Estonia miała należeć do Polski, czy do Szwecyi -jednako i należała do Zygmunta, a nie do Karola. Tak musiał myśleć każdy wierny poddany Zygmunta, tak też myślał ów starosta. Karol zapytał go, czy to Polska mu wojnę wypowiada? Odparł starosta, że on nie może dać odpowiedzi na takie ważne pytanie, że trzeba się zapytać sejmu, bo to do sejmu należy. Powinien był tedy Karol posłać przynajmniej kuryera do Warszawy, do kanclerza, byłaby się zebrała choć rada senatu, a odpowiedź brzmiałaby z pewnością, że Polska wojny nie wypowiada. Przewidywał to Karol, ale on właśnie chciał wojny, żeby Zygmunta zmusić do abdykacyi i dlatego też odrazu (sam wojny również nie wypowiadając) przekroczył granicę polską. W ten sposób Polska mimowoli znalazła się we wojnie, o której nikt nawet nie myślał. Skoro Karol był z wojskiem na polskiej ziemi, trudno było nie wojować z nim; trzeba go przecież było wypędzić! Szereg świetnych bitew oddał całą prawie Estonię w ręce polskie; najświetniejsze z nich było w roku 1604 pod Kircholmem, odniesione przez Chodkiewicza. Wtem wybuchł przeciw królowi rokosz, który owoce wszystkich tych zwycięstw zmarnował.
Był to rokosz Zebrzydowskiego, pierwszy rokosz w historyi polskiej. Z bronią w ręku stanęła część obywateli przeciw królowi, do wojny domowej. Przyczyną była niechęć do króla, a pozorem opór przeciw wojnie szwedzkiej. Jakkolwiek było, rokosz ten był bardzo złym i szkodliwym; już się stało, a skoro wojna była zaczęta, nie godziło się przerywać jej wojną domową, ale trzeba już było zgnębić nieprzyjaciela do końca. Jakkolwiek było, trzeba było pamiętać, że rokosz nietylko był dokuczeniem królowi, ale też osłabieniem państwa. Toteż większość narodu stanęła przy osobie królewskiej, a rokoszanie zostali pokonani w roku 1607. Rokosz ten przeszkodził też nie tylko sprawie szwedzkiej, ale też i drugiej, jeszcze ważniejszej, moskiewskiej.
Iwan Groźny miał dwóch synów: Fedora i Dymitra. Na tron wstąpił w roku 1584 starszy, Fedor, ale i ten był jeszcze małoletnim, wiec rządy sprawował, jako opiekun, Borys Godunow, magnat moskiewski. Godunow zamyślał jednak zagarnąć tron dla siebie. Fedor był słabowitym i bezdzietnym; tron po nim należałby się Dymitrowi, (je tego uprzątnął Godunow, kazawszy go w roku 1591 zamordować. I rzeczywiście, w siedm lat potem, po śmierci Fedora, w roku 1598 został Godunow carem.
W pięć lat później, w roku 1603, zjawił się w Kijowie mnich Bazylianin, mieniący się owym Dymitrem, synem Iwana Groźnego; twierdził, że oprawcy Borysa Grudonowa zamordowali inne podstawione im, dziecko, on zaś sam cudownie uszedł zasadzki. Polskie rodziny Wiśniowieckich i Mniszchów zajęły się losem owego Dymitra, o którym trudno jest z wszelką a wszelką pewnością powiedzieć, czy był prawdziwie carewiczem, czy też tylko oszustem samozwańcem. Król Zygmunt III. kazał go przed siebie zawołać i całą rzecz badać; ale Dymitr podawał rzeczywiście takie dowody, że wszyscy uwierzyli. Dnia 17-go Kwietnia 1604 roku przyjął Dymitr katolicyzm w krakowskim kościele świętej Barbary, sam nuncyusz papieski udzielał mu przy tem sakramentów. Oświadczył się o córkę wojewody sandomierskiego, Marynę Mniszchównę, a ożeniwszy się z nią, zyskał poparcie możnych polskich rodów. Król zaś widział w tem zrządzenie Opatrzności, narzędzie do rozszerzenia unii religijnej na Moskwę. Zresztą, skoro uważali Dymitra za prawdziwego, w takim razie należał mu się tron carski, a więc słuszną było rzeczą dopomódz mu; słuszną, a przytem także mądrą, boby się miało na carskim tronie przyjaciela Polski, skończyłyby się nieszczęsne wojny moskiewskie, a natomiast Polska w sojuszu z Moskwą mogłaby zabrać się do wykonania planów Batorego: do wypędzenia Turków z Europy. Na razie nie potrzebowało się nawet państwo mieszać do tej rzeczy; kilka magnackich rodzin postarało się o drużynę wojskową dla Dymitra i to wystarczyło. Lud moskiewski z radością przyjął Dymitra. Wdowa po Iwanie Groźnym uroczyście oświadczyła całemu ludowi, że to jest naprawdę jej syn; poświadczyło to też kilka osób, które dobrze znały młodego Dymitra. Dziecię to miało niektóre szczególne oznaki na ciele, a wszystkie były też u tego Dymitra, który teraz z Polski przyjeżdżał. Któż miał nie wierzyć, skoro matka przyznawała się do niego?
Dymitr zasiadł też na tronie carskim w roku 1606 wraz z żoną, polską szlachcianką, Maryną Mniszchówną. Ale katolicyzm jego i katolickie polskie otoczenie narobiło mu wnet nieprzyjaciół; Moskale nie chcieli ani słyszeć o papieżu. Dymitr brał się do rzeczy niezręcznie; wywołał bunt. Pokonał go wprawdzie, ale tymczasem zaczęto głosić, że jest prostym oszustem, samozwańcem. Nastąpił drugi bunt; carowa wdowa oświadczyła teraz, że Dymitr nie jest jej synem! (Któż dziś prawdy dojdzie, kiedy carowa prawdę mówiła, a kiedy , nieprawdę ?) Skończyło się na tem, że Dymitr utracił życie w buncie, a carem obwołano kniazia Wasyla Szujskiego. Ale teraz zaczęły się dopiero w państwie moskiewskiem straszne rozruchy, które trwały aż. do roku 1609. W tym roku umyśliło stronnictwo jedno w Moskwie przywrócić w kraju porządek przez wezwanie na tron polskiego królewicza Władysława.
Zygmunt III. wypowiedział tedy wojnę carowi Szujskiemu. Hetman Żółkiewski odniósł świetne zwycięstwo w roku 1610 pod Kłuszynem i wszedł do stolicy, do miasta Moskwy. Bojarowie, t j. szlachta moskiewska, ułożyli się z nim o tron dla królewicza. Ale było też stronnictwo przeciwne, nie chcące sojuszu z Polską. Wszystko zależeć miało od pośpiechu, a tymczasem król syna nie przysyłał, a w końcu oświadczył, że on sam będzie carem! Tak tedy chciał dźwigać aż trzy korony: polską, szwedzką i moskiewską. Otem nie mogło być mowy; Zygmunta nikt na tron carski nie wzywał, tylko Władysława. Moskale wzywając na tron swój królewicza polskiego, nie mieli przez to na myśli, że będą pod jednym monarchą wraz z Polską; polskie berło mogło przypaść drugiemu królewiczowi, Janowi Kazimierzowi, który właśnie w roku 1609 przyszedł na świat. Uporem swym zmarnował król szczęście, które się samo wpraszało jego dynastyi, a Polsce odjął sposobność wywieranie stałego wpływu cywilizacyjnego na Moskwę, Kościołowi przeciął drogę na Wschód Dwukrotne wyprawy na Moskwę, w roku 1613 i 1617 nie zdołały już naprawić popełnionych błędów; w roku 1618 zawarto pokój w Dywilinie, dla Polski bardzo zaszczytny, bo powracający jej rozległe prowincye z miastami: Smoleńsk, Nowogród siewierski i Czernichów. Czemżeż to jednak było w porównaniu z tem, co być mogło!
Ledwie się skończyły zapasy moskiewskie, nastała wojna turecka. Wojewoda siedmiogrodzki, Betlen Gabor, ciągle wichrzył przeciw Polsce i brał udział w wyprawie tureckiej już 1617 roku. W r. 1618 trzeba było po raz wtóry rozprawiać się z półksiężycem, ale wielka wojna nastała dopiero roku 1620. Sędziwy hetman Żółkiewski nie otrzymał należytych posiłków od hospodara mołdawskiego, a zawiódłszy się na nim musiał stanąć pod Cecorą w dawnem obozowisku Zamojskiego, zkąd taborem miał się przedzierać na drugą stronę Dniestru. W porządku i z największą roztropnością kierował tem przedsięwzięciem i już był blisko Dniestru, gdy dosięgnął go los, poległ, głowy własnej za wiarę nastawiwszy.
Na rok następny, 1621, przypadła jeszcze większa nawała turecka. Wyznaczony na wodza Karol Chodkiewicz usadowił się w obronnym obozie pod Chocimem, gdzie przez trzy tygodnie wytrzymano straszne oblężenie, cudami męstwa odpierając szturmy. Nareszcie sułtan widząc, że nie poradzi, zgodził się na pokój. Wytrwałość polskiego wojska tem godniejszą jest podziwu, że podczas oblężenia zmarł wódz Chodkiewicz. Kiedy zawierano pokój, zostawała w obozie w sam raz jedna jeszcze beczka prochu! Takie były w Polsce sprawy, kiedy w Czechach buchnął groźny płomień, z którego miała ogarnąć całe Niemcy i zająć także Ślązk:
Wojna Trzydziestoletnia, do której opisu teraz przyjdziemy
Liga katolicka i Unia protestancka
Od dawien wrzała nienawiść pomiędzy protestanckiemi a katolickiemi stanami. Niemcy podzielone były na dwa zbrojne obozy: Ligę katolicką pod naczelnictwem księcia bawarskiego i protestancką Unię, na której czele stał kalwiński Palatyn Nadreński Fryderyk. Godność cesarska spoczywała w ręku katolickiej dynastyi Habsburgów; przeciw niej też zwracała się głównie niechęć protestantów. Habsburgowie pragnęli utrzymać stanowczą przewagę katolicyzmu przynajmniej w swoich krajach austryackich, ale i tam zaczęły się niesnaski religijne. W Czechach list majestatu cesarza i króla Rudolfa, chociaż potwierdzony przez Macieja, nie uspokoił bynajmniej umysłów, ale przeciwnie stał się powodem nowych kłopotów; katolicy próbowali ścieśnić, a protestanci chcieli rozszerzyć jego zastosowanie. O każdą parafię z osobna kłócono się, czy list majestatu ma mieć znaczenie, czy nie. Kiedy w Brunowie, blisko ślązkiej granicy, zamknięto zbór protestancki, wszczęły się krwawe rozruchy; kalwińscy czescy panowie w Pradze postanowili z bronią w ręku wystąpić przeciw Maciejowi, żeby zmusić króla do powolności, a gdyby nie chciał przystać na ich żądania, zdecydowano się odjąć panowanie Habsburgom a powołać na tron protestanta. Dnia 23-go Maja 1618 był w Pradze rozruch, podczas którego trzech cesarskich dygnitarzy wyrzucono przez okno z kancelaryi w zamku królewskim. Stało się to hasłem najstraszniejszej w historyi wojny.
Na Ślązku, najpotężniejszy z książąt, margrabia Jan Jerzy Hohenzollern, był też największym nieprzyjacielem Habsburgów. Wiedziano o tem na dworze królewskim i od dawien myślano tam już o tem, jakby się brandenburskiej rodziny pozbyć ze Ślązka. Ani Rudolf ani Maciej, nie uznawali prawności ich panowania w Karniowie. Król Maciej przystąpił też do walki z Hohenzollernami i zaczął od tego, że pozwał margrabiego przez sąd Stanów ślązkich o posiadanie Bytomia, który niegdyś pozyskał był margrabia Jerzy prawem zastawu; sąd też uznał, że teraźniejszy margrabia Jan Jerzy musi Bytom oddać cesarzowi, jako królowi czeskiemu, byle cesarz zapłacił mu należne pieniądze. Ale tymczasem właśnie zaczęła się wojna i margrabia, zamiast ustąpić z Bytomia, zbuntował się przeciw królowi, zawarłszy przymierze z Unią protestancką w Niemczech; być może, że sobie roił, iż po strąceniu Habsburgów sam zostanie królem czeskim. Czechom bowiem w tej wojnie wszystko jedno było, czy Niemiec, czy Słowianin, byle tylko nie katolik. Z margrabią połączył się zaraz książę Oleśnicki, Lignicki i miasto Wrocław. Zebrali też zaraz wojsko, 4000 piechoty i 2000 jazdy, gotowi na każde wezwanie czeskich rokoszan wkroczyć do Czech, na wojnę przeciw królowi, który Ślązka, ani żadnego z książąt, w niczem jeszcze nawet nie zaczepił.
Władza kościelna, widząc na co się zanosi, radziła cesarzowi umiarkowanie, przestrzegając przed niepotrzebnym rozlewem krwi chrześcijańskiej. Kardynał Klesl radził, żeby lepiej na razie przystać na żądania protestantów i pokojową drogą oddziaływać na nich, starając się wzmocnić Kościół innemi środkami, ale nie wyciągać miecza z pochwy. Ale cesarz chciał wojny, ażeby po zwycięstwie tem łatwiej przeprzeć swoją wolę; zamierzał po zwycięstwie gwałtem nawracać protestantów, upornych wygnać z kraju, a przy tej sposobności zamienić także tron czeski z elekcyjnego na dziedziczny, żeby się nigdy już nie wyrwał z rąk rodu Habsburskiego. Po wojnie spodziewał się być nieograniczonym panem, toteż nie w smak mu były rady kardynała. Możeby cesarz sam, już stary, dał się był przekonać, ale młodzi arcyksiążęta Ferdynand i Maksymilian podburzali go i zapomnieli się do tego stopnia, że kardynała uwięzili i do Insbruku w Tyrolu kazali wywieść, żeby im nie przeszkadzał. Widząc taką zapalczywośó Czesi ofiarowali tron w Listopadzie 1618 naczelnikowi niemieckiej Unii, elektorowi Palatynatu, Fryderykowi V.
Ślązk hołduje kalwińskiemu królowi
Cesarz Maciej umarł w kilka miesięcy potem, w Marcu 1619. Synowiec jego Ferdynand, zaraz objął rządy, nie dbając o wybór Fryderyka; postanowił sobie tron czeski wywalczyć. Zażądał też hołdu od Ślązka; protestanccy książęta odmówili go, domagając sią najprzód, żeby Ferdynand załatwił sprawę religijną w Czechach i żeby na Ślązku nie wolno było przebywać żadnemu Jezuicie pod karą śmierci, a do urzędów żeby katolicy nie mieli dostępu. Podobne żądania podali też panowie czescy. Znaczyło to tyle, co ogłosić protestantyzm religią panującą, a zabrać się do prześladowania katolików. Na to przecież Ferdynand nie mógł przystać, choćby nie wiedzieć jak pragnął pokoju; tem bardziej więc spełzły na niczem wszystkie próby układów, skoro Ferdynand gorąco wojny pragnął. Margrabia Jan Jerzy pragnął jej również i dlatego też dolewał ciągle oliwy do ognia, jeżdżąc do Pragi na zjazdy czeskich panów, a na Ślązku podburzając wszystkich przeciw Habsburgom. Za jego też staraniem i namową zgodzili się książęta ślązcy, (z wyjątkiem opawskiego i cieszyńskiego) szlachta i miasta z Wrocławiem na czele na śmiały a stanowczy krok; wypowiedziano posłuszeństwo Ferdynandowi i uznano królem czeskim i panem Ślązka Fryderyka z Palatynatu. Stało się to 21-go Sierpnia 1619. Odtąd był przez jakiś czas margrabia Jan Jerzy właściwym rządcą Ślązka; jego też wybrano wodzem ślązkiego wojska.
Wojsko to brało udział w wojnie od samego początku i ruszyło do Czech zaraz 1618 roku w ilości 3000 żołnierzy; różne choroby tak je zdziesiątkowały, że z wiosną roku 1619 było ich już tylko 500; zapędzili się aż do Austryi, nic tam nie sprawiwszy. Drugi oddział pozostał na granicy od strony Polski. Wiadomo bowiem było, że król polski Zygmunt III. był w przymierzu z Habsburgami i gorącym katolikiem. Biskup wrocławski, arcyksiążę Karol, nie mając podczas tej wojny znikąd ochrony, udał się pod opiekę króla polskiego. Jakoż Zygmunt III. napisał do Wrocławian i do gubernatora Ślązka, księcia Ziembickiego, że nie ścierpi żadnej krzywdy biskupa wrocławskiego, który przecież należał do polskiej prowincyi kościelnej. Bali się tedy ślązcy kalwini, żeby Zygmunt nie przysłał na Ślązk wojska dla biskupa i pilnowali granicy. We Wrześniu 1619 biskup nie czuł się już pewnym życia w Wrocławiu i wyjechał na dwór króla polskiego.
Polska nie chciała się mieszać do wojen religijnych, ale też nie życzyła zwycięstwa Kalwinom. Cesarzowi pozwolono werbować w Polsce do wojska, na ochotnika, za habsburskie pieniądze i ligi katolickiej niemieckiej, ale narodowego polskiego wojska nie posłano, boby to znaczyło, że państwo polskie bierze w wojnie udział. Znalazło się jednak i tak kilka tysięcy Polaków, którzy się pod habsburskie i katolickie chorągwie zaciągnęli; zwano ich Lisowczykami i dokazywali oni cudów męztwa w rozlicznych bitwach tej długiej wojny. W roku 1620 po raz pierwszy Lisowczycy przejechali w szybkim pochodzie przez Ślązk do Moraw, gdzie połączyli się z wojskiem cesarskiem. Byli to po większej części ludzie ubodzy, którzy spodziewali się zaszczytów i zysków w służbie cesarskiej; od rządu polskiego żołdu nie pobierali i rząd polski w ogóle do tego się nie mieszał. Król sam, wielki Habsburgów przyjaciel, pragnął bardzo, żeby potęgą całego państwa ruszyć im na pomoc i niemieckiej Unii protestanckiej i nowemu czeskiemu królowi, Fryderykowi palatyńskiemu wypowiedzieć wojną; ale sejm na to nie przystał.
Nowy ten król kalwiński przyjechał także do Wrocławia i tutaj w Lutym 1620 roku odebrał hołd Ślązka. Wrocławianie przyjmowali go z nieopisanym zapałem; nie był on wprawdzie luteraninem, tylko kalwinem, ale przecież nie katolikiem! Ten król pewnie zniesie zupełnie biskupstwo wrocławskie, pewnie nie dopuści żadnego katolika do urzędu! W dziewięć miesięcy później, dnia 8-go Listopada w krwawej bitwie na Białej Górze pod Pragą stracił Fryderyk całe wojsko, koronę i honor. Nie doczekał się w czeskiej koronie drugiej zimy, a że ją nosił tylko przez jedne zimę, ma w historyi przydomel "króla zimowego".
Po bitwie schronił się na Ślązk i już 17-go Listopada był znów w Wrocławiu, żądając pieniędzy na dalsze prowadzenie wojny. Chciał na podatek połowy rocznego dochodu, ale przyznano mu tylko 12%. Zebrawszy 60,000 guldenów opuścił Wrocław 23-go Grudnia 1620 żeby już nigdy ani Ślązka, ani Czech nie zobaczyć. Udał się do Berlina, na dwór swego szwagra, ale i ztamtąd musiał uciekać i stanął aż w Hollandyi. Pieniądze ofiarowane mu w Wrocławiu pochodziły głównie z konfiskat i kontrybucyj nałożonych na duchowieństwo katolickie.
Bitwa na Białej Górze była klęską protestantów, ale też zarazem klęską narodu czeskiego, który niepotrzebnie połączył swe losy z losami niemieckiego sekciarstwa! Na Białej Górze zginęła czeska niepodległość! Kalwinowi z nad Renu powierzyli narodowy sztandar; już to samo było wielkiem wykroczeniem przeciw narodowemu honorowi, toteż sztandar ten rzucony w ucieczce przez zimowego króla, leżał shańbiony przez trzysta lat, aż go dopiero w XIX wieku podniósł lud czeski. Od roku 1620 Habsburgowie uważali Czechy za kraj zdobyty, za dziedziczną swoją prowincyę.
Zaczęła się w Czechach straszna gospodarka zawziętego zwyciężcy. Prawie cała szlachta czeska wyginęła, już to poległszy na wojnie, już to dawszy głowę katom, już też wreszcie zmuszona do opuszczenia kraju po skonfiskowaniu majątków. Co zawinił kalwinizm czeski, za to pokutował teraz naród czeski. Na ślązkich kalwinów i luteranów padł też strach wielki. W Listopadzie 1620 wyprawili tedy poselstwo do Warszawy, żeby się wywiedzieć, co na polskim dworze o tych sprawach myślą, czyby się dało użyć polskiego pośrednictwa i przebłagać biskupa wrocławskiego, przebywającego ciągle w Polsce. Zygmunt III nie robił im żadnej nadzieji, a gdy prosili, żeby król odwołał przynajmniej Lisowczyków, odpowiedziano im, że oni nie podlegają władzy króla polskiego, a nie można cesarzowi zakazać werbować sobie w Polsce ochotników, bo taki zakaz znaczyłby tyle co wypowiedzenie wojny Habsburgom. I cóżby też Polska mogła była zrobić gorszego, jak ujmować się za Niemcami na Ślązku, za tymi, którzy prześladowali na każdym kroku lud polski w jego własnym kraju! Myślano sobie w Polsce: niech sobie Niemcy sami miedzy sobą zrobią porządek, Polski to nic nie obchodzi.
Zwycięstwo katolicyzmu na Ślązku
Cesarz skorzystał zaraz ze zwycięstwa, żeby dokonać tego, o czem już dawno myślano, t.j. żeby ród brandenburski ze Ślązka wykluczyć. Dnia 20-go Stycznia ogłosił wyrok na margrabiego Jana Jerzego, pozbawiający go za zdradę tronu wszelkich praw; wszystkich innych przyjął jednak napowrót do łaski. Margrabia tedy zebrał na nowo wojsko i zawarł sojusz z powstaniem na Węgrzech, które tam wybuchnęło pod wodzą Betlen Gabora. Ale Betlen Gabor zawarł jeszcze w tym samym roku pokój z cesarzem, dostawszy znaczny kawał kraju na Węgrzech i jeszcze na Ślązku księstwa Opolskie i Raciborskie. Margrabia musiał uciekać ze Ślązka i umarł na wygnaniu, w roku 1624. Księstwo karniowskie otrzymał od cesarza książę Karol Lichtenstein, ten sam, który już przedtem dostał był księstwo opawskie. Tak się skończyło na razie panowanie Hohenzollernów na Ślązku; aż w 220 lat później podnieśli na nowo swoje pretensye i przeprowadzili je wojną.
Betlen Gabor zerwał wkrótce pokój, więc odjęto mu Opolskie i Raciborskie, a księstwa te nadał cesarz roku 1624 swemu własnemu synowi, imieniem także Ferdynandowi, w roku 1625 przydano mu jeszcze księstwa jaworzyńskie i świdnickie. Oprócz księstw lignickich, t j. Lignicy z Brzegiem i Wołowem cały Ślązk był w katolickiem ręku. Rozumie się samo przez się, że nowe rządy naprawiały wszystkie krzywdy, wyrządzane dotychczas katolicyzmowi, że katolicy mogli teraz w całym kraju wyznawać śmiało swoją religię i odprawiać publicznie nabożeństwo; rozumie się, że poodbierano zagarnięte nieprawnie przez protestantów klasztorne dobra i kościoły, a duchowieństwo katolickie wszędzie wracało. To były rzeczy zupełnie słuszne. Ale niesłusznem było, gdy teraz nawzajem protestantom zakazywano w niejednem miejscu odbywać nabożeństwa i stawiać sobie za własne pieniądze zbory. W posiadłościach biskupich, w państwie nyskiem, nie wolno byto brać ślubu ani wyzwolić się na majstra żadnemu protestantowi, a to przecież, było zanadto! To był ucisk - "nawracanie mieczem." Nie można o to winić Jezuitów, którzy teraz otwarli w Nysie obszerny zakład; nie, Jezuici byli właśnie od tego, żeby nawracać pokojowo, słowem; ale świecka władza umyślnie dopuszczała się ucisku, żeby pokazać, że rządowi wszystko wolno i przy tej sposobności ugruntować nieograniczoną, czyli absolutną władzą monarszą. Religia była i wtenczas dla rządu płaszczykiem na zakrycie polityki.
Wojna ogarnęła już całe Niemcy; na północy oparto się rozporządzeniom zwycięskiego cesarza, przyzwawszy na pomoc króla duńskiego Krystyna IV. Hollandya i Anglia, państwa protestanckie, dostarczały protestantom niemieckim pieniędzy na werbowanie wojsk. Kondottierstwo rozpanoszyło się na nowo. Cesarskim głównym kondottierem był od roku 1625 Wallenstein, bogaty magnat z północnych Czech, wielki wojownik. Ten zebrawszy w krótkim czasie 20,000 wojska pobił w Kwietniu 1626 roku protestanckiego wodza Mansfelda. Mansfeld począł uciekać na Węgry, żeby się tu połączyć z Betlen Gaborem. Droga wypadła mu przez Ślązk; księstwo cieszyńskie, karniowskie i opawskie obsadził swojem wojskiem. W Sierpniu podążył za nim Wallenstein, dając się po drodze ciężko we znaki Złotoryi, Jaworzynowi, Świdnicy i Nysie; trzydziestotysięczne jego wojsko żywiło sią wszędzie kosztem okolicy, przez którą przechodziło, nigdy za nic nie płacąc. Mansfelda wojsko rozproszyło się na Węgrzech, a Wallenstein zwrócił się do Niemiec. Ale tymczasem wracające z Węgier resztki protestanckich pułków połączyły się z tymi, którymi Mansfeld obsadził Górny Ślązk. Podczas gdy Wallenstein zdobywał północne Niemcy, a wódz katolickiej Ligi, Tilly, zwyciężył króla duńskiego, równocześnie oddany był Ślązk bezbronny na pastwę resztek armii Mansfelda. Nałożyli kontrybucyę na Głogówek, zajęli sobie Żory, Pszczynę, Rybnik, spalili Gliwice, zrabowali w Lutym 1627 Bytom, zdobyli Ujazd; w Marcu zajęli Koźle i Toszek. Byli tu prawdziwymi panami kraju, i wygodnie sobie zimowali. Wallenstein zaś obrał sobie na zimowe leże Ślązk Dolny i Środkowy. Cały tedy kraj miał kogo żywić i komu dogadzać! Trwało to siedm miesięcy i obliczono, że Ślązk poniósł wtenczas szkody pięć milionów dukatów. Skarżono się u cesarza na srogi ucisk żołnierstwa Wallensteina, ale cesarz rad był, że ma dobrego jenerała; jeszcze Wallensteinowi darował księstwo żegańskie. W lecie 1627 zaczęła się dopiero wojna z temi pułkami, które na Górnym Ślązku stały niejako w imieniu duńskiego króla i do jesieni wszystkich ich Wallenstein wygnał, to prawda; ale mieszkańcy mówili, że im wszystko jedno, czy się ich zdziera ze skóry w imieniu króla duńskiego, czy czeskiego! A nawet było teraz jeszcze gorzej, bo nastało nowe nawracanie mieczem, i to dosłownie mieczem, bo odbywało się w assystencyi żołnierzy księcia Lichtensteina. Król duński wycofał się z wojny, zawarł w Lubece z cesarzem pokój, a cesarz będąc teraz powtórnie zwycięzcą, wydał t. z. edykt restytucyjny, t j. rozkaz, żeby protestantom odbierać wszystko, co posiedli po roku 1552. Edykt ten przeprowadzano na Ślązku z bronią w ręku, a więc kraj miał dalej nowe utrapienia, nie lepsze od jawnej wojny. W hrabstwie Kłodzkiem kazano wszystkim protestantom opuścić kraj. W wielu miastach dopuszczano się gwałtów! W Głogowie, w Żeganiu, w Świdnicy, w Jaworzu, które to miasta podlegały bezpośrednio cesarzowi i Wallensteinowi, nastały najcięższe czasy dla protestantów. Wielu z nich, żeby się jako ratować, udawało, że się nawracają, ale w sercu tem bardziej nienawidzili Habsburgów i katolicyzmu. I tak zamiast Kościołowi pomagać, cesarz mu tylko przeszkadzał swoją gwałtownością. Toteż przy pierwszej sposobności Ślązk łączył się znowu z wrogami cesarza. Znalazł się niedługo wróg nowy, sprowadzony przez elektora Brandenburskiego. Był nim król szwedzki, który już trzy lata prowadził wojnę z Polską.
W roku 1621, kiedy ledwie zdążono uporać się z Moskalem i z Turkiem, tegoż samego jeszcze roku wybuchnęła na nowo wojna szwedzka. Po śmierci Karola Sudermańskiego nastąpił w Szwecyi król Gustaw Adolf; ten znowu wzywał Zygmunta III., żeby się zrzekł korony szwedzkiej, a gdy nic nie wskórał, wypowiedział wojnę i w roku 1621 zajął Inflanty. Wódz polski zawarł rozejm do roku 1624, żeby tymczasem sprawę pokojowo załatwić. Sejm zapowiedział, że wojny Szwecyi wypowiadać nie będzie o zamorską koronę Zygmunta; sejm z roku 1625 wydał ustawę zabraniającą w ogóle wszelkiej wojny zaczepnej. Sądzono, że tą uchwałą okaże się Gustawowi Adolfowi, że mu z polskiej strony nie grozi żadne niebezpieczeństwo, byle tylko sam Polski nie zaczepiał. Ale nastąpił niespodziany zwrot, a mianowicie zdrada lennika polskiej korony, księcia pruskiego.
Rodzina Albrechta Brandenburskiego, pierwszego księcia Prus, wymarła; należało więc lenno ściągnąć t. j. Prusy przyłączyć do Korony. Król jednak nie zrobił tego, ale w roku 1611 nadał lenno krewniakowi książąt pruskich, elektorowi brandenburskiemu i to dziedzicznie. Odtąd Prusy połączone są z Brandenburgią; mała Brandenburgia zaczęła odtąd stawać się państwem w Europie i róść w znaczenie różnymi sposobami. Drugi z książąt pruskich elektorskiej linii, połączył się w roku 1626 z Gustawem Adolfom, otworzył dostęp do swego księstwa wojskom szwedzkim, swoje wojsko ze Szwedem połączył; dzięki tej zdradzie, temu sprzeniewierzeniu się przysiędze wierności, mógł Szwed przedostać się nad Wisłę. Skoro zaś tutaj stanął, musiała Polska zacząć wojnę, bo przecież trzeba było nieprzyjaciela z kraju wypędzić. Trwała ta wojna trzy lata; dopiero zwycięstwo pod Trzcianą, w którem hetman Koniecpolski pobił na głowę Gustawa Adolfa, skłoniło króla szwedzkiego do zawarcia sześcioletniego rozejmu w roku 1629.
O ten rozejm starała się bardzo Francya, już bowiem było umyślone, żeby Gustawa Adolfa pchnąć na Niemcy, do udziału w wojnie trzydziestoletniej. Łączy się też cała historya tej trzechletniej wojny szwedzko-polskiej ze współczesnemi wypadkami wojny w Niemczech. Wiadomo już, że sam król Zygmunt pozostawał w najściślejszej przyjaźni z Habsburgami, nawet wbrew woli narodu. Pozwalał Habsburgom werbować w Polsce do wojska (Lisowczycy), a nawzajem spodziewał się za to od nich poparcia. Otóż kiedy w roku 1627 Habsburgowie zgromiwszy Unię protestancką, byli chwilowo górą, sądził Zygmunt, że teraz mu na pewno dopomogą, a to niemieccy wojskiem lądowem, a hiszpańscy Habsburgowie flotą, konieczną na wojnę ze Szwecyą. Habsburgowie łudzili Zygmunta, a on im wierzył; przysłano wprawdzie w roku 1629 cesarskiego generała Arnheima, ale ten tak się zachowywał dwuznacznie, że hetman polski bał się użyć jego zaciągów, które też bardziej zawadzały, niż pomagały. Robiono też Zygmuntowi III. nadzieję, że cesarz odstąpi Ślązk jego synowi, Władysławowi (temu samemu, który miał być carem) ale to także były same obiecanki, których nie myślano dotrzymać. Celem wszystkiego tego było utrzymanie Zygmunta w oporze względem Szwecyi, żeby się nie zrzekał szwedzkiej korony, żeby król szwedzki wojując z Polską, nie mógł wmieszać się w sprawy niemieckie. Odkąd bowiem elektor brandenburski porozumiał się ze Szwecyą, należało się spodziewać, że i do Niemiec też sprowadzi Szweda. Jakoż obawa ta wypełniła się w roku 1630.
Szwedzi w Niemczech i na Ślązku
Na placu boju pojawił się nowy sprzymierzeniec protestanckiej Unii, król szwedzki Gustaw Adolf. Zawarłszy w roku 1629 sześcioletni rozejm z Polską, postanowił w porozumieniu z Francyą wmieszać się w stosunki niemieckie. Dnia 4-go Lipca 1630 wylądował król szwedzki niespodzianie w północnych Niemczech. Właśnie w tej chwili, dał cesarz dymisyę najzdolniejszemu ze swoich wodzów, owemu Wallensteinowi; skarżyli się bowiem na niego wszyscy katolicy, i słusznie, że każdy pochód jego wojska jest ruiną kraju; Gustaw Adolf wezwał wszystkich protestantów, żeby się z nim łączyli przeciw cesarzowi. Drobniejsi książęta usłuchali zaraz tego wezwania, ale dwa główne protestanckie dwory, brandenburski (kalwiński) i saski (luterski) trzymały się na uboczu. W Lutym 1631 zjechali się w Lipsku i tu postanowili dwaj książęta zachować się neutralnie, a zarazem podali do cesarza o odwołanie edyktu restytucyjnego. Ale podanie to było bezskuteczne. Tymczasem Szwed zdobył Meklemburgią i niemieckie Pomorze, poczem wrócił do Niemiec środkowych. Tam też wyruszył wódz cesarski Tilly i zdobył miasto Magdeburg. Skutkiem tego zdecydował się dom brandenburski i saski, że się ostatecznie połączyły ze Szwedem. Przewaga była stanowczo znowu po stronie protestantów, zwiększona jeszcze zwycięztwem Gustawa Adolfa pod Breitenfeldem (17-go Września 1631 roku). Teraz postanowili zdobyć Ślązk. Cesarz zmuszony był przeprosić się z Wallensteinem i powołać go na nowo. Wnet zebrało się duże wojsko, w sam raz w największej już potrzebie, gdyż Szwedzi zdobyli już Bawaryę, a Gustaw Adolf odbył uroczysty wjazd do Monachium. Brandenburczycy zaś zaczęli zajmować Ślązk, a za nimi przyszli Sasi pod jenerałem Arnimem i zdobyli Głogów w lecie 1632 roku i zbliżali się do Lignicy; zajęli też Stynawę. W Sierpniu połączyły się pod Głogowem wojska brandenburskie i saskie ze Szwedami i ruszyły pod Wrocław; cesarskie pułki, nieliczne i słabo w broń zaopatrzone, uciekły po kilku utarczkach na Górny Ślązk, a protestanccy żołnierze zajęli przedmieście Piasek i Biskupie, dopuszczając się najstraszniejszych bezeceństw po kościołach. Miasto musiało się zobowiązać do utrzymywania saskich żołnierzy; poddać się jednak królowi szwedzkiemu nie chciało. Podczas tego wyparli Szwedzi załogi cesarskie z Nysy, Opola i Raciborza. Byli już panami prawie całego kraju. Miała przyjść kolej na zdobywanie Wrocławia, strzeżonego tymczasem przez Sasów; do zdobycia i utrzymania w posłuszeństwie większego miasta trzeba było większych sił. Na Ślązku zaś były tak z cesarskiej, jakoteż i z protestanckiej strony tylko mniejsze oddziały; główna wojna toczyła się gdzieindziej.
Przedewszystkiem chodziło jednym i drugim o posiadanie Czech. W roku 1631 zdobył Pragę ów saski jenerał Arnim, podczas gdy Szwedzi ruszyli daleko do Niemiec, aż nad Ren; potem z wiosną 1632; roku wrócili do środkowych Niemiec i zdobyli Norymbergę. Wallenstein, objąwszy na nowo dowództwo, odebrał najprzód Pragę a następnie ruszył pod Norymbergę. Tutaj przez trzy miesiące stały oba wojska naprzeciw siebie, nie śmiejąc stoczyć walnej bitwy. Raz tylko Szwedzi napadli na obóz Wallensteina, ale bezskutecznie. Dopiero w Listopadzie, w innej stronie kraju, wydano sobie walną bitwę pod Lützen; Szwedzi wprawdzie wygrali, ale król Gustaw Adolf poległ. Protestanci utracili przez śmierć króla szwedzkiego zdolnego przewodnika, który ich łączył i jednoczył. Obecnie prowadził wprawdzie dalej wojnę kanclerz szwedzki Axel Oxenstierna, ale Sasi i Brandenburczycy zaczęli się wycofywać i stanęli na boku.
Wallenstein powrócił do Czech, skąd wkrótce zawitał znowu na Ślązk, gdzie prócz dawniejszych zdobyczy wpadły jeszcze w ręce szwedzkie Brzeg i Oława. Wallenstein postanowił Ślązk odzyskać, a cesarz przyrzekł mu z góry dodać do Żegańskiego księstwa jeszcze księstwo Głogowskie. Na początek zdobył Nysę, potem Ziembice i Niemcze, poczem kazał wojsku iść w stronę Świdnicy. Ale tego miasta bronili dzielnie Brandenburczycy i Wallenstein ustąpił, nie próbując dalszych szturmów. Odtąd też przez dłuższy czas pozostał zupełnie bezczynnym, żywiąc swe wojsko kosztem Ślązaków, ale nieprzyjaciela wcale z kraju nie rugując. Równocześnie Wrocławianie i protestanccy książęta ślązcy zawarli w Sierpniu 1633 roku przymierze z elektorem saskim, który znowu łączył się ze Szwedami; w przymierzu tem oświadczyli, że dla obrony protestantyzmu przyjmują nad sobą opiekę elektora i jego sprzymierzeńców, t. j. Szwedów i Brandenburczyków. Oderwali się tedy od cesarza już zupełnie. Wtem ruszył się znowu Wallenstein; zdobył Złotoryę a dnia 13-go Października 1633 odniósł walne zwycięstwo pod Stynawą, poczem wnet zajął Lignicę i Głogów; książęta pouciekali za granicę, do Polski. Naraz zmienił się stan rzeczy: Ślązk był znowu pod władzą cesarską, choć właściwie trzebaby powiedzieć: pod władzą Wallensteina, którego wojsko zabierało jedno miasto po drugiem.
Wallenstein urósł w pychę; za mało mu było księstw ofiarowanych przez cesarza, zapragnął ozdobić swą głowę czeską koroną. Układał się o to z niektórymi z czeskich panów, i przygotowywał wszystko od dłuższego czasu. Dlatego to czasami pozostawał bezczynnym, bo chciał wprawdzie zdobyć Ślązk dla siebie, ale nie chciał, żeby wrogowie Habsburgów byli zupełnie pokonani. Zaczął się też porozumiewać z Brandenburczykami, Sasami i Szwedami w tajemnicy przed cesarzem; nagle tajemnica się wydała! Właśnie Wallenstein powrócił ze Ślązka do Czech i odebrał od jenerałów przysięgę wierności dla siebie (nie dla cesarza), gdy dnia 25-go Lutego 1634 został zamordowany przez kilku własnych oficerów, na rozkaz cesarski. Zabójstwem i zdradą odbił cesarz grożącą sobie zdradę; bez sądu skazał Wallensteina na śmierć skrytobójczą. Dowództwo wojsk cesarskich objął cesarzewicz, imieniem także Ferdynand, a będący już królem węgierskim. Ten wypędził Szwedów z Bawaryi a jenerałowie jego odnieśli świetne zwycięztwo pod Nördlingen we Wrześniu 1634. Skutkiem tej bitwy zawarł elektor saski zaraz z cesarzem pokój w Pradze, w Maju 1635 roku, nie troszcząc się o swoich sprzymierzeńców Szwedów, ani o swych sojuszników rodaków Brandenburczyków, ani o Ślązk, który się przecież oddał pod jego opiekę, byle tylko sam co prędzej mógł się wycofać, póki był cały. Szwedzi się bali, żeby się Brandenburgia teraz nie wycofała z wojny; kanclerz szwedzki oświadczył więc elektorowi brandenburskiemu, że Szwecya i Francya zgodzą się, żeby po wygranej wojnie należały do brandenburskiego domu nietylko te księstwa ślązkie, który posiadał dawniej przez pewien czas, ale cały Ślązk! Elektor jednak nie dowierzał zwycięztwu. Protestanci ślązcy byliby go z pewnością poparli, byliby poparli każdego, ktoby tylko uchronił ich przed straszną zemstą cesarza. Ale elektor przystąpił także do pokoju. Natenczas protestanci ślązcy udają się z proźbami na dwór polski, żeby się za nimi wstawić do cesarza.
W roku 1632 umarł Zygmunt III., a naród wybrał jednomyślnie na tron starszego z jego synów, królewicza Władysława. Miał Władysław IV. już lat 37 i wsławiony był udziałem w wojnach z roku 1618 i 1621, posiadał zaufanie i serce narodu. Sejm elekcyjny zastrzegł się tylko znowu przeciw prowadzeniu wojny zaczepnej. Na tym sejmie zgłosił sią książę pruski o głos wyborczy; on, który się Polsce sprzeniewierzył, miał śmiałość żądać czegoś takiego! Gdyby z nim postąpić było według praw, należałoby go zbrojne wyrugować z księstwa; naród polski dał dowód dobroci i łagodności posuniętej aż do zgubnej przesady, że ścierpiał księcia na swojem lennie! Dano się przeprosić i elektorowi lenno pruskie znowu potwierdzono! Byłoby stokrotnie lepiej wypowiedzieć mu wojnę; czemżeż były jego siły w porównaniu z siłami olbrzymiego państwa? Ale byłaby się za nim ujęła Szwecya, więc trzeba było w paktach konwentach podać warunek, żeby nowy król przed koronacyą zrzekł się tronu szwedzkiego; nie zrobiono jednak tego. Taki warunek, wyraźnie zastrzeżony, byłby bardzo rozumny; natomiast byłoby się obeszło w tych paktach bez niemądrego warunku, żeby król zrzekł się podatku gruntowego od szlechty dwóch groszy z łanu. Ale za elektorem ujęłaby się jeszcze cała rodzina brandenburska, może cała Unia protestancka w Niemczech, możeby trzeba się było wdać czynnie w wojnę trzydziestoletnią? Otóż teraz, w takich okolicznościach, trzeba to było zrobić; ta wojna przestała już być wojną religijną. Trzeba było zawrzeć z Habsburgami sojusz wojenny przeciw Brandenburgom, od Brandenburgów odebrać Prusy książęce, a od Habsburgów wymówić sobie za pomoc w trzydziestoletniej wojnie, Ślązk. Jeżeli kiedy, to teraz powinna była Polska wyzyskać. Ale Polska była za łagodna, za dobra.
Poprzestano na tem, że na prośbę ślązkich protestantów wstawiono się za nimi do cesarza. Jakżeby teraz Niemcy ślązcy radzi byli pod panowaniem Polski! We Wrześniu 1635 musieli się wreszcie poddać znowu cesarzowi.
Ale nieszczęśliwa wojna nie skończyła się; miała trwać jeszcze całych lat trzynaście! Szwedzi nie ustąpili z Niemiec, a Francya, która dotychczas dostarczała tylko pieniędzy, przystąpiła teraz otwarcie do wojny. Wojna przestała już zupełnie być religijną. Francya prześladowała przecież u siebie kalwinów i miała z tego powodu także wojny religijne, a w Niemczech popierała protestantów, dlatego, żeby zachwiać potęgą Habsburgów. W wojsku cesarskiem coraz też częściej pojawiali się oficerowie protestanccy; bardzo często się zdarzało, że żołnierze przechodzili z jednego obozu do drugiego, zmieniając służbę, stosownie do tego, gdzio im przyświecały większe korzyści. Wojowano, żeby sobie zdobyć panowanie. Niemieccy książęta chcieli sobie wywalczyć niezależność polityczną od cesarza, cesarz ze swej strony próbował, czy mu się nie uda znieść politycznej udzielności książąt; Francya chciała zdobyć prowincye nadreńskie, a Szwecya urwać coś nad morzem bałtyckiem. A cóż na to wszystko lud niemiecki? Nic... szedł także do wojska, palił, rabował i żywił się z wojny, zdziczawszy zupełnie; żadnego poczucia nie widać w nim przez całą tę wojnę. A pod religijnym względem? Ot, przy Szwedach odprawiał nabożeństwa protestanckie, a gdy cesarscy weszli do miasta, była msza po katolicku.
Szwedzi spustoszyli elektorstwo saskie (za to, że elektor zawarł z cesarzem pokój w Pradze) i odnieśli w Październiku 1636 świetne zwycięstwo pod Wittstock, poczem wyparli cesarskie wojska do Czech. Drugie wojsko ruszyło do krajów nadreńskich i zajęło je w ciągu lat 1637 i 1638 wśród całego szeregu krwawych bitew. W tymże roku 1638 obawiano się nowego najazdu na Ślązk, więc cesarz odkomenderował tu dwanaście pułków. Był to już cesarz Ferdynand III., który nastąpił w roku 1637 po ojcu. Ale Szwedzi zajęci byli w Czechach i tylko ubocznie wysyłali na Ślązk drobniejsze oddziały; plądrowali okolice sąsiadujące z hrabstwem kłodzkiem; zdobyli też grody biskupie Odmuchów, Janowice, miasto Nysa zdołało się obronić. W Lipcu 1639 przysłali więcej żołnierza i usadowili się w Jeleniej Górze, Bolesławiu i we Lwowie księstwa Jaworzyńskiego, a w Sierpniu w Bytomiu, w Górze i Wąsoszu, potem jeszcze w Bukowej, w Partowicach i Szrodzie. Z początkiem roku 1640 przybył do tego Wołów. Cesarscy zdobyli wśród tego Jaworze. Jelenia Góra doznała w tej wyprawie czterokrotnego oblężenia; czwarte skończyło się na tem, że cała ludność opuściła miasto i poszła szukać schronienia po lasach. Bytom odzyskali cesarscy w roku 1641.
Przez rok 1639 i 1640 był jednak Ślązk znowu przeważnie w ręku Szweda. Cesarskie wojsko walczyło tymczasem głównie w Czechach, które udało się odebrać, a przewaga cesarza posunęła się chwilowo aż do Westfalii. Ale krótko to trwało, bo już w roku 1642 Szwedzi na nowo rzucili się na Ślązk. Właśnie cesarscy powypędzali byli szwedzkie załogi i zdobyli ostatnie miasto, będące w ich ręku, Wołów, gdy na czele szwedzkich wojsk stanął znakomity wódz, Torstenson. Od razu zdobył główną twierdzę cesarskich, Głogów, poczem z łatwością odzyskał Górę, Wąsosz i Wołów, zdobył Smogorzew, Partowice i zwrócił się pod Lignicę. Ztąd jednak nagle wśród oblężenia odszedł; dowiedziawszy się, że się zbliża nowe wojsko cesarskie, pospieszył naprzeciw niego i zadał mu ciężką klęskę pod Świdnicą, dnia 31-go Maja 1642. Po tem zwycięstwie poddały się Szwedom Nysa, Grotków i Wolawa. Po krótkiej wycieczce na Morawy, gdzie zdobył Ołomuniec, wraca Torstenson na Ślązk i zabiera Koźle i Opole; dopiero pod Brzegiem zdołano mu się oprzeć. Zajął za to Bolesławie i Lwów jaworzyński. Cesarz wyprawił przeciw niemu nowe wojsko, które Torstenson wyprowadził za sobą do Saksonii i tu zniósł je 2-go Listopada 1642 pod Breitenfeldem, w okolicy Lipska, na tem samem pobojowisku, gdzie niegdyś Gustaw Adolf odniósł był pierwsze stanowcze zwycięstwo. Następnego roku pustoszył Torstenson Czechy i Morawy; byłby znowu zawitał na Ślązk, ale tymczasem wybuchła wojna Szwecyi z Danią, więc rząd tam powołał zdolnego wodza. Cesarz posłał Duńczykom posiłki. Torstenson krótko się rozprawił; króla duńskiego tak pobił, że go zmusił do ucieczki z kraju, a posiłki habsburskie gnał przed sobą w 1644 roku aż do Czech, i zapędził się za nimi aż do Austryi, zagrażając samemuż nawet Wiedniowi. Z końcem roku 1645 musiał jednak złożyć dowództwo, złamany chorobą.
Podczas nieobecności Torstensona, odzyskali cesarscy Lwów jaworzyński, Świdnicę, Wołów i Opole. Następca Torstensona, Königsmark, dał się ciężko we znaki Górnemu Ślązkowi, zwłaszcza księstwom karwińskiemu i cieszyńskiemu, ale całego kraju utrzymać pod szwedzką władzą już nie zdołał. Cesarz ostatnim wysiłkiem zbierał coraz nowe wojska; na koszta zbrojeń zostawił właśnie w 1645 roku Polsce księstwa Opolskie i Raciborskie, które przeszły pod władzę królewicza polskiego Karola Ferdynanda, tego samego, który był biskupem wrocławskim.
Zyskały na tem bardzo, bo Szwedzi dali im spokój, żeby nie zaczepiać Polski i księstwa te były już odtąd wolne od uciążliwości wojennych. Ale reszta kraju miała jeszcze sporo przecierpieć. Nad Renem i w Bawaryi wrzała ciągle wojna, a w roku 1646 miano się też jeszcze raz zetrzeć o posiadanie Ślązka.
Szwedzi przeszli cały Ślązk wzdłuż Odry; dotarli aż w Cieszyńskie. Główną twierdzą Szwedów w tej kampanii była Oława, a cesarskich Lignica. Otoczono ze wszystkich stron Wrocław, tak, że nikt ruszyć się nie mógł z miasta ani do miasta bez pozwolenia Szwedów, którzy zajęli wszystkie sąsiednie miasta i miasteczka (wsie dawno już były popalone i bezludne); kilka razy zapędziła się szwedzka konnica aż na przedmieścia wrocławskie. Po raz już drugi przygotowywano się do oblężenia tego miasta, ale Wrocław i tym razem wyszedł cało. Szwedzi nie mogli zebrać tyle wojska na jednem miejscu na dłuższy czas, bo cesarscy ciągle, krok za krokiem, próbując odebrać im jedno miejsce po drugiem i to w kilku stronach kraju równocześnie, zmuszali przez to Szwedów do rozdzielenia swych sił też na różne strony. Stanowczej przewagi nie było ani na jednej, ani na drugiej stronie, choć nadszedł już rok 1648. W Lipcu 1648 r. stoczono bitwę o Jaworze, który odzyskali wreszcie znowu cesarscy. Był to ostatni wypadek wojenny na Ślązku. Było wielkie niebezpieczeństwo, że jeszcze raz Ślązk popadnie w ręce szwedzkie, bo Szwedom dobrze się powodziło. Zdobyli ani na nowo Czechy i zabrali się do oblegania Pragi. Już szwedzki jenerał Konigsmark zdobył połowę Pragi, po jednej stronie rzeki Wełtawy i zabrał się energicznie do drugiej połowy, gdy w tem przyszedł rozkaz z wiadomością,. że pokój zawarty!
Po trzydziestu latach wojny nareszcie cesarz, królowie i książęta mieli jej dosyć. Pokój podpisywano w miastach Monasterze i Osnabryku, a że one oba są w Westfalii, więc też ten pokój zowie się w historyi pokojem Westfalskim. Pół Europy odetchnęło sobie dnia 24-go Października 1648; Ślązk zaś przetrwał w tej wojnie najstraszniejsze skutki oderwania się od Polski.
W Polsce zaś król Władysław IV. skierował swe plany nie na zachód, ale na wschód. Wybuchła nowa wojna moskiewska; król wyruszył na nią osobiście, zmusił w Lutym 1634 roku wojska carskie do kapitulacyi i zawarł pokój bardzo dla Polski korzystny. Moskwa zrzekała się znacznych przestrzeni spornych krain, nadto zrzekała się wszelkich uroszczeń do Inflant. Nawzajem za to zrzekał się Władysław tytułu cara, i bardzo dobrze uczynił, bo to już teraz nie miało i tak żadnego znaczenia.
Moskwa, jak zwykle, łączyła się teraz przeciw Polsce z Tatarami i Turkami. Pokonano w ciągu jednego roku, 1633, jednych i drugich, i to równocześnie z wojną moskiewską. Ale Turek w następnym roku znowu ruszył na Polskę i teraz jednak nic nie wskórał a w pokoju zawartym w roku 1635 przyznała Turcya Polsce wpływ na obsadzenie hospodarstw Mołdawy i Wołoszczyzny.
Tegoż roku przedłużono rozejm ze Szwecyą na lat 26. Szwedzi ustąpili zupełnie z Prus.
Król Władysław IV. marzył odtąd o wielkiej wyprawie, mającej Turków wygnać z Europy. Powoli, ostrożnie, przygotowywał do tego środki; po wielu latach udało mu się zawrzeć w tym celu sojusz wojenny z Wenecyą, (która posiadała wyspę Kretę na południe od Turcyi) i zebrać znaczne zaciągi wojenne. Ale jakieś dziwne nieszczęście ciążyło na tureckich przedsięwzięciach Polski. Władysław Warneńczyk poległ na wojnie tureckiej, Stefan Batory umarł w chwili, gdy zwoływał sejm dla tej sprawy; a tak samo umarł Władysław IV. właśnie wtedy, gdy już wszystko miał przygotowane, gdy już pierwszym zaciągom kazał wyruszyć w pole. Umarł w roku 1648, w tym samym roku, kiedy w Niemczech zgodzono się wreszcie na pokój westfalski.
XI. Ostatni wiek panowania Habsburgów; podbój przez Hohenzollernów
Z największą radością przyjęła ludność całych Niemiec wieść o pokoju westfalskim, jakkolwiek warunki jego były nader upokarzające. Szwecya dostała 5 milionów talarów kontrybucyi, kwota na owe czasy niesłychana, którą zapłacić musiała ludność wyniszczona trzydziestoletniemi klęskami wojennemi. Ale nie poprzestał Szwed na tem; usadowiło się panowanie szwedzkie w Niemczech; przyłączono do Szwecyi Pomorze przednie z wyspą Rugią i ujściami Odry, oddano im w Meklemburgii miasto Wismar, a nadto skasowane dwa biskupstwa osnabryckie i werdeńskie. Spory tedy kawał kraju zagarnęła Szwecyą. Król szwedzki stał się członkiem Rzeszy niemieckiej z prawem głosu w najwyższej radzie cesarstwa niemieckiego. Z książąt niemieckich zrobił kapitalny interes na tej wojnie dom brandenburski: Elektor brandenburski dostał drugą część Pomorza i cztery skasowane biskupstwa: magdeburskie, halbersztadzkie, mindeńskie i kamieńskie. Kilku innych książąt protestanckich obłowiło się innemi biskupstwami. Z katolickich książąt najwięcej zyskał książę bawarski, który odtąd był także elektorem i dostał Palatynat Górny nadreński po wygnanym "królu zimowym". Nad średnim Renem zabrała sobie kawał kraju Francyą z miastem Metzem i habsburskie posiadłości w Alzacyi.
Wszystkim książętom i t. zw. politycznym Stanom niemieckim przyznano prawo udzielności, tak, że odtąd każdemu z nich wolno było prowadzić polityką na własną ręką i nie pytając sią cesarza, zawierać przymierza z zagranicą, wypowiadać wojny i zawierać pokoje. Odtąd tylu było w Niemczech monarchów, ilu książąt, landgrafów, grafów i t p. Było ich przeszło trzystu. Władza cesarska zeszła zupełnie do zera; toteż cesarze nie troszczą się już odtąd o nic innego, jak tylko o swoją domową potęgę, a ich kraje dziedziczne poczynają zwolna tworzyć jakoby oddzielną monarchię habsburską. Możniejsi książęta, jak np. bawarscy i brandenburscy potworzyli sobie także osobne państwa, nie troszcząc się nic a nic o resztę Niemiec.
Kto tylko miał polityczne prawa stanowe, t. j. kto nie podlegał żadnemu książąciu, ale wprost cesarzowi, każdy taki (tak zwany "Beichsunmittelbar"), choćby był tylko prostym szlachcicem, miał prawo wyznaczać, jaką religię ma wyznawać ludność w jego księstwie, hrabstwie, czy choćby w jednej jego wiosce. Pokój westfalski orzekł, że "czyj kraj, tego też religia."; Oddał tedy panowanie nad sumieniem najzupełniej w race władzy świeckiej. Katolicki pan miał prawo powypędzać protestanckich poddanych, a protestant wygnać katolików ze swych posiadłości. Tyle krwi przelewało się przez lat trzydzieści, żeby skończyć na wydaniu takiego potwornego prawa! Jeżeli panujący zmienił wyznanie, miał prawo nakazać to samo swoim poddanym! Czyż można było wymyśleć coś wstrętniejszego! A więc przekonania religijne miały być tylko dla największych panów, a ludność miała brać religię według rozkazu z góry! Toteż wojna trzydziestoletnia jest plamą w historyi Niemiec, ale pokój westfalski jest hańbą i zakałą cywilizacyi.
Ślązk pozostawał pod panowaniem katolickich Habsburgów, jako królów czeskich. Ale o czeskiej koronie odtąd nic nie słychać. Habsburgowie, uważając odtąd Czechy za kraj zdobyty, nie troszczyli się o tytuł swego panowania. Naród czeski był nie tylko podbity, ale też ubity i odtąd aż do najnowszych czasów głucho o nim w historyi. Można śmiało powiedzieć, że naród ten na dwieście lat przestał zupełnie istnieć. Habsburgowie, "królowie czescy", niecierpieli Czechów i starali się usilnie o germanizacyę kraju, co im sią też doskonale i wszechstronnie powiodło. Tylko lud prosty pozostał czeskim i z niego wyszło dzisiejsze świetne odrodzenie narodu.
W obec tego nie było też mowy o czeskim wpływie na Ślązk; choć niby urzędowo Ślązk należał do państwa czeskiego, jednakowoż w rzeczywistości był tylko prowincyą domu Habsburskiego, którą oni sobie uważali także za "kraj podbity," a pod narodowym względem uważali ją za wdzięczne pole do popisów germanizacyjnych. Od czasów Ferdynanda III. żaden z tych "królów czeskich" nigdy nawet się nie pokazał na Ślązku. Dla ludu polskiego było to oczywiście wszystko jedno, czy z niego chcianoby zrobić Czechów, czy Niemców, jedno i drugie nie polskie. Zastanowiwszy się co lepsze, czy przerabianie na Czechów, czy na Niemców, nie można niestety, powiedzieć, żeby wpływ czeski był przyjemniejszy, choć słowiański; a to dlatego, że wpływ czeski był zawsze wygodnym pomostem dla niemieckiego, jak to stwierdza historya; korona czeska zawsze wcześniej, czy później, bywała filią niemczyzny.
Habsburgowie, panowie Ślązka, byli przynajmniej katolikami; przynajmniej więc pod religijnym względem mógł być Ślązk ocalony. Ale co innego katolicyzm papieski, a co innego katolicyzm rządowy. Kościół zakazuje nawracać mieczem t. j. gwałtem, przymusem, a rządy Habsburgów uważały sprawy kościelne tylko za szczebel do własnej politycznej potęgi. Całkiem to co innego, jeżeli się religię stawia ponad politykę i politykę przez religię pragnie ucywilizować, a zupełnie coś innego, jeżeli się sprawy religijne poddaje pod wpływ polityki, która zawsze ma skłonność do pogańskiego barbarzyństwa, żeby nie zważać na prawa, ale na siłę. Co się może zrobić z Kościoła, gdy pójdzie na wysługi władzy świeckiej, tego bolesny przykład daje schyzma, gdzie ksiądz jest prostym urzędnikiem państwa, i to lichym w dodatku.
Tak źle nie było nigdy na Zachodzie, daleko też do tego było (na szczęście) na Ślązku. Ale również daleko było do tego, żeby katolicyzm rządowy Habsburgów był prawdziwym katolicyzmem kościelnym. Pochwalić musi historya tę dynastyę za to, że otwarła na oścież wrota zakonowi Jezuitów, którzy pałali poświęceniem najszczytniejszem, żeby dokonywać dzieła nawracania. Zakon ten dokazał wielkich rzeczy pod tym względem w Polsce; ale też w Polsce nie przeszkadzała mu władza rządowa niepotrzebnem i nieproszonem - niby pomaganiem. Protestant wiedział w Polsce, że choć się nie nawróci, nie spotka go za to żadna kara od rządu; nawrócił się może trochę później, ale za to szczerze! A tymczasem na Ślązku protestantów gwałcili ciągle cesarscy urzędnicy i jakiż z tego skutek ? Oto sumienniejsi usuwali się od życia publicznego, a ci, którzy niby "najłatwiej" się nawrócili, to byli ludzie, dla których zmienić religię znaczyło tyle, co zmienić mundur. Udawali, że są katolikami, dlatego, żeby dostać urzędy i zaszczyty. Niema nic niebezpieczniejszego dla religii, jak wynagradzać po świecku za "nawrócenie." Jest przy tem wielkie niebezpieczeństwo, że podejrzywa się o świeckie intentencye nawet takiego, który się szczerze nawróci, i przykład jego nie działa, nie pociąga.
Było na Ślązku sporo domów jezuickich, a działały wszystkie gorliwie. Ślązk, a zwłaszcza Niemcy ślązcy, mają wielki obowiązek wdzięczności względem Jezuitów, oni bowiem są fundatorami uniwersytetu wrocławskiego, który tam założyli w r. 1702. Oto szereg miast, w których były klasztory Jezuitów: Wrocław, Kłodzko, Głogowa, Lignica, Nysa, Opole, Żegań, Świdnica, Opawa, Jelenia Góra, Piekary, Cieszyn, Brzeg, Tarnowskie Góry, Syców. Jak na taki mały kraj, jak Ślązk, byłoby to najzupełniej wystarczyło; a jednak cała gorliwość zakonu Jezusowego nie na wiele się zdała, dzięki niezgrabnej "opiece" rządowej. Myliłby się bowiem, ktoby sądził, że pod rządami tych katolickich władców Kościół miał swobodę; gdzietam! popierano Kościół dlatego tylko, ponieważ nawzajem żądano od niego poparcia do celów politycznych i biada było katolickiemu duchowieństwu, gdy nie chciało być narzędziem w ręku rządu. Rząd sam obsadzał stolicę biskupią w Wrocławiu, nie troszcząc się o względy kościelne. W roku 1608 kazano kapitule wybrać siedmnastoletniego arcyksięcia Karola, a królewicz polski, wybrany w roku 1625, miał lat dwanaście; oczywiście, że książęta ci mieli tylko tytuł i dochody biskupie, a zarządzał dyecezyą administrator w ich imieniu. Podobnież samowolnie postępowano sobie z duchowieństwem parafialnem, a nawet z zakonami.
Ciekawy przykład zanieczyszczenia ołtarza polityką mamy w historyi klasztoru świętej Jadwigi w Trzebnicy. Stary ten polski klasztor miał też zakonnice po większej części Polki; w XVI. i XVII. wieku była tam także cześć Niemek, które jednakże nieszczególne po sobie pozostawiły wspomnienie, bo się skłaniały do herezyi. W r. 1610 niemiecka przeorysza przyjęła jawnie luterstwo, wystąpiła z zakonu i wyszła za mąż! Od tego czasu Polki miały w klasztorze stanowczą przewagę. W rok po pokoju westfalskim, w roku 1649 wyszedł rozkaz cesarski zakazujący przyjmować Polki do nowicyatu, aż przynajmniej 2/3 części zakonnic będzie Niemek! Rozkaz był iście pogański, bo klasztor każdy jest tak dobrze dla Polek, jak dla Niemek; a przytem nie łatwo go było wykonać, bo zkądżeż było nabrać nowicyuszek niemieckich, skoro Niemki były po większej części heretyczkami? Trzebaby chyba klasztor zamknąć! Ale rządowi chodziło o germanizacyę klasztoru; spór ten trwał długo i tak się wreszcie zaostrzył, że przy wyborze ksieni w roku 1705 komisarz cesarski zakonnice uwięził, zakuł w kajdany i tak, jak zbrodniarki jakie, trzymał o chlebie i wodzie; nadto przywołano do klasztoru oddział wojska na egzekucyę. W ten sposób klasztor trzebnicki stał się niemieckim. Ten sam rząd "katolicki" zagarniał bez ustanku dobra kościelne, pod pozorem, żeby w nich poprawiać administracyę.
Biedny Ślązk porwany w wir tej "kultury" niemieckiej przepadał po pokoju westfalskim coraz bardziej dla szlachetnego narodowego polskiego ducha. Na razie nawet pokojem jeszcze się nie cieszył, bo Szwedzi siedzieli jeszcze dwa lata w zajętych przez siebie miastach, póki nie dostali swoich pięciu milionów, a tymczasem trzeba było żywić ich załogi.
Smutno wyglądał Ślązk po wojnie trzydziestoletniej. Kraj był przedewszystkiem niesłychanie wyludniony; miasta podupadały i potrzebowały sporo czasu, żeby się jako tako podźwignąć. W Głogowie z 2500 obywateli pozostało zaledwie 122, w Górze z 700 domów stało 587 pustką, w Przybuziu pozostało wszystkiego razem 17 osób, Bolkowice całkiem nie miały mieszkańców. Lwów jaworzyński był kupą gruzów, po których koczowało czterdziestu żebraków, resztka z siedmiu tysięcy obywateli. W Świdnicy było przed wojną 1300 domów; po wojnie zostało 118, a reszta gruzy; w Niemczy zostało jedenastu mieszkańców, a w Stynawie ani jednego domu i ani jednego człowieka. Koźle należało do szczęśliwszych miast, bo tam jeszcze po wojnie zostało ludności 1200; ale przed wojną było mieszkańców cztery tysiące. Jeszcze w dwadzieścia lat po pokoju westfalskim liczyła Świdnica mieszkańców zaledwie 350, Jaworze 150, Trzygłów 100, Lwów jaworzyński 200, Bolesław 200, Rychbach 100 itp. Podobnież było w innych miastach. Niesposób tu opisywać losów każdego miasta i miasteczka osobno, boby na to chyba trzeba osobnego rozdziału; dużoby było pisać, jakie przygody ścigały ludność Ślązka. Za przykład niech posłuży jeszcze tylko szczegół z historyi Jaworza. Oto w ostatnim roku wojny, 25-go Lipca 1648 cesarscy wyparli ztąd Szwedów, którzy bronili się zacięcie; zgniewany tem pułkownik cesarski, zdobywszy wreszcie miasto, kazał je podpalić na 16 miejscach i zakazał gasić pożaru; nic dziwota tedy, że mieszkańcy opuścili miasto zamienione w perzynę. Podobnych przykładów zwierzęcego okrucieństwa możnaby przytoczyć nie setki, ale tysiące; można tedy sobie wyobrazić, co za klęska i ruina spadła na cały kraj. Cóż się stało z dawniejszą ludnością? Większa połowa zabita w wojnie; część nie mogąc się obronić żołnierzom, wolała sama do nich przystać i powiększała zbrojne zastępy, ginąc na różnych polach walki w całych Niemczech i Czechach; część uciekła, nie do Czech, ani do Niemiec oczywiście, gdzie ciągle wrzała wojna, ale za granicę polską, zaludniając tę część Ślązka, która należała do Polskiej Korony, i sąsiednie miasta wielkopolskie; resztka tylko drobna, schroniwszy się do lasów i jaskiń, wracała po wojnie do opustoszałych ognisk domowych. Kobiety powymierały po większej części z utrapień, głodu i hańby; znaczna ich część, straciwszy wstyd podczas wojny, przyłączała się do oddziałów wojskowych a które tego nie uczyniły, ponosiły śmierć od zdziczonego żołdactwa; tym tylko było błogo, które się zdołały schronić za polską granicę. Ale o mężach i dzieciach rzadko która miała wiadomości; wszystkie rodziny porozbijały się; tu mąż zabity, tam żona porwana, syn wstępuje sam do wojska, żeby mamie zakończyć życie na barłogu o setki mil od domu. W takich stosunkach gdzież mogły się utrzymać węzły rodzinne? Kto chciał być czystym, musiał być męczennikiem, a kogo na męczeństwo stać nie było, popadał w rozpacz i grzązł w błocie.
Rozumie się samo przez się, że ludności wiejskiej wiodło się jeszcze gorzej, niż mieszczanom. Wsie, dostępne bez przeszkody dla każdego wojska, ucierpiały jeszcze więcej; jeżeli nawet niektóre miasta były po wojnie zbiorem rumowiska, toć wsie niemal wszystkie były zamienione w istne pustynie. Kto też miał siać i orać podczas trzydziestoletniej wojny? Dla kogo? Dla końskich kopyt! Szlachta osiadła po wsiach albo pouciekała do Polski, albo przystała do wojska, nie troszcząc się o posiadłości, które nie dawały ani grosza dochodu, tylko przysparzały kłopotów z ciągłem niebezpieczeństwem życia. A wieśniacy? Przytoczmy kilka tylko przykładów. Oto w księstwie brzeskiem zabierają się po pokoju westfalskim do robienia porządków; książęcy urzędnicy spisują, co zostało i spostrzegają, że przeszło trzecia część dawniejszych łanów stoi od dawna ugorem, nieużytki same! W księstwie świdnickiem 26 wsi niemiało ani jednego mieszkańca, 20 zaledwie po kilka osób; w okolicy Oławy trzech wsi nie mogli się doszukać, bo śladu nie zostało, gdzie one dawniej stały; w Nyskiem zatraciło się podobnież pięć wsi. A ci, co zostali, cóż to byli za ludzie?
Oto zastanówmy się nad tem, że wojna straszna trwała lat trzydzieści; to znaczy, że kto w roku 1648, miał czterdzieści lat, ten już nie pamiętał innych czasów, jak tylko wojenne; wyrósł wśród mordów, podpalania, gwałtów itp., a więc miał aż zanadto sposobności, żeby przytępić w sobie wszelki zmysł moralny. Całe tedy pokolenie dorosłych ludzi nie przywykłe było ani do porządku, ani do uczciwości, ani do regularnej pracy. A stosunki wzajemne gospodarskie i handlowe pogmatwały się przez ten czas w najstraszniejszy sposób. Sporo posiadłości było teraz bez pana, bo nie można się było dopytać nawet najdalszych krewnych właścicieli. Podobnież wierzyciel nie mógł się doszukać swych dłużników, a chociażby ich znalazł, cóż z tego, skoro wszyscy pogrążeni byli jednako w nadzy. Rząd chciał podatków, ale nie było z czego ich brać! Jeden tylko Wrocław trzymał się jako tako wśród powszechnej biedy; jedynem był bowiem miastem, które ani razu me było splądrowane przez nieprzyjaciela; ale i Wrocławianom dała się wojna we znaki, i nie dopisywały im kupieckie rachunki. Jeszcze w dziesięć lat po wojnie, w roku 1658 trzeba było ogłosić na Ślązku t zw. "moratorium", t. j. uwolnienie dłużników do pewnego czasu od obowiązku płacenia długów, żeby się choć trochę mogli zagospodarować; a przez ten czas musiał oczywiście biedować także wierzyciel.
Po wsiach brakowało rąk do uprawy roli. Panowie dawniejsi nie wrócili już po większej części; ich dobra szlacheckie zagarnął rząd, nadając je w nagrodę oficerom wojsk cesarskich. Z tej to przyczyny nazbierało się na Ślązku dużo nowej szlachty, pozbieranej ze wszystkich stron świata, którzy nie mieli żadnego historycznego związku z krajem i jego ludnością. Wartość ziemi obniżyła się w dziesięcioro; kto choć trochę miał pieniędzy (z wojennego łupu przedewszystkiem), kupował sobie od rządu dobra na Ślązku. Obszerne gospodarstwo chłopskie można było kupić za dziesięć talarów. W niektórych okolicach dawano rok za darmo, byle się zobowiązać wystawić dom i stodołę na gruncie. Po większej jednak części tak się działo, że opuszczone gospodarstwa chłopskie zabierał sobie bez pytania szlachcic, który dostał sąsiednie dobra od cesarza i wypuszczał po kawałku zbiedzonym, z głodu ginącym ludziom, tylko pod warunkiem, że mu się zapisali w poddaństwo. Chłopek musiał się zobowiązywać pracować darmo na pańskiem, wyrzec się, że synów nie będzie posyłał do szkół i zrzec się wszelkich praw. Szlachta posprowadzana przez rząd z Niemiec zaprowadziła na Ślązku to, co widziała u siebie w domu, gdzieś w Turyngii lub w Westfalii, to jest zupełną niewolę ludu. Kto się nie chciał zapisać w tę niewolę, kto nie chciał uznać nad sobą pańskiego prawa życia i śmierci, ten musiał być prostym wyrobnikiem i wędrować za dziennym zarobkiem od wsi do wsi, próbując, gdzie mu będzie lepiej. Ale i na tych wynalazła sposób niemiecka szlachta. Umówili się, ile mają płacić wiejskiemu robotnikowi, a w roku 1654 wydali ustawę zagrażającą surową karą każdemu szlachcicowi, któryby się poważył płacić u siebie lepiej robotnika. Odtąd nie można już było szukać w świecie polepszenia doli i nie było dla chłopa innej rady, jak zdać się na łaskę i niełaskę pana, pod którego batogiem chłopskie dziecię przyszło na świat.
Dla nas zaś najsmutniejsze to, że ten gorszący niemiecki przykład oddziałał na sąsiednią szlachtę polską. Chłop ślązki, wygnany z kraju przez wojnę, chronił się do Polski, przystając tu na dwa najcięższe warunki, byle mu dano kawałek gruntu; jeżeli się zdarzył szlachcic bez serca, mógł go wyzyskać; w każdym zaś razie ta konkurencya wieśniaków ze Ślązka pogarszała dolę ludu w graniczących ze Ślązkiem Wielkopolsce i w ziemi Krakowskiej.
Już podczas wojny trzydziestoletniej zaczęła się pogarszać ta niedola chłopska także w Polsce. Przedtem jeszcze spostrzegł to pierwszy ksiądz Piotr Skarga Powęski, sławny pisarz kościelny i kaznodzieja nadworny króla Zygmunta III-go. On to w swoich kazaniach sejmowych, które wygłaszał do posłów zebranych na sejm, przepowiadał upadek państwa polskiego, jeżeli Polska nie poprawi rządu, t. j. jeżeli nie nada królowi większej władzy, a wolności szlacheckiej jeżeli nie rozdzieli równo między szlachtę i lud.19) Niejeden sobie myślał, słuchając wówczas tych kazań: czemuż Polska ma upadać, skoro inne państwa robią o dużo gorzej, a przecież wzrastają? Dzisiaj, kiedy po blizko już trzystu latach czytamy te przepowiednie świątobliwego kapłana, dziwmy się też nie mało, że one się spełniły, bo wiemy już dzisiaj dokładnie, że w Polsce było potem źle, ale w innych krajach jeszcze dziesięć razy gorzej! Widać Bóg powołał Polskę do togo, żeby była przykładem dla innych narodów, a odkąd przestała być lepszą od innych, odjął od niej swą opiekę. Zostawił w tryumfie naszych nieprzyjaciół, którzy byli stokrotnie gorsi od nas; widać z tego, że od nas więcej wymaga i przez ciężką wiedzie szkołę, żebyśmy się zahartowali na lepszych. Polak musi być lepszy od innych, inaczej minie się z błogosławieństwem bożem. Taka wola Boga, takie zaszczytne przeznaczenie naszego narodu. Zrozumiał tę misyę narodu polskiego ksiądz Skarga i dlatego przepowiadał upadek za rzeczy, za które żaden inny naród niepodległości wcale nie tracił.
Ksiądz Skarga zawołał głośno: "Upadamy!" - w czasach, kiedy państwo polskie było największem w Europie, kiedy Batory rozgromił Moskwę, kiedy wkrótce potem carowie byli jeńcami w Warszawie, gdy Turek, groźny wszystkim innym, musiał się cofnąć przed polską potęgą. Były to czasy największego politycznego rozkwitu Polski, czasy największej potęgi państwowej w Polsce, która była wielkiem mocarstwem opartem dumnie o dwa morza. Jakżeż takie czasy nazywać - początkiem upadku? Niemiec wołałby na naszem miejscu, że to czasy złote, bo wszystko się darzyło: Tatarzy, Turcy, Moskale, Wołosza, Szwedzi, wszyscy pobici, zwyciężeni, a sława polskiego wojska rozbrzmiewała po całym świecie! Zapewne te tryumfy wystarczyłyby Niemcowi, ale Polak szuka w historyi czegoś więcej. Nauczył nas ksiądz Skarga, żeby od siebie wymagać więcej, niż od innych narodów, żeby naszą historyę mierzyć droższą, surowszą miarą. Historykom innych narodów wystarcza ciągle jeszcze miara - szczęścia i powodzenia, ale my mierzymy sobie historye na - zasługi. Otóż w czasach trzydziestoletniej wojny dużo, bardzo dużo było w Polsce powodzenia, więcej nawet, niż przedtem, ale już mniej zasługi. I dlatego to powiadamy, że Polska zaczynała upadać. Ten sąd własny nad sobą samymi pozostanie oczywiście zawsze niezrozumiały dla tych, którzy nigdy w historyi o żadne zasługi nie dbali i dziś jeszcze dbać nie chcą.
Pokonanie Moskwy było szczęściem wielkiem, ale skoro nie skorzystano z tego szczęścia tak, żeby dalej na wschód przeszczepić katolicką cywilizacyę, zwycięstwo to nie stało się zasługą. Podobnież zwycięstwa nad Turkiem powinny były porwać naród na nowo do myśli wypędzenia Turków z Europy; nie stało się to i one tedy nie stały się zasługą. Była jeszcze w narodzie wielka siła i potęga, ale opuszczała go już idea. Ciężka też za to plaga nawiedziła Polskę. W roku 1648, kiedy w Niemczech zawarto pokój westfalski, zaczynają się ciężkie wojny w Polsce, a choć nie można ich ani nawet porównywać z trzydziestoletnią wojną, sprowadziły jednak na kraj wielkie klęski.
Wojny te zaczynają się daleko na wschodzie, nad rzeką Dnieprem. W kraju tym, zwanym Ukrainą, pod dostatkiem było żyznej gleby, ale sąsiedztwo tureckie i tatarskie przeszkadzało należytej uprawie. Kto się zdecydował wywędrować w te dalekie strony, miał się dobrze, bo tam w XVII. wieku panowie zadowalniali się jeszcze czynszem z gruntu oddanego wieśniakowi; o niewoli ludu nie można było myśleć tam, gdzie trzeba było prosić się, żeby ludność się osiedlała. Sporo też ludności z Polski tam się przenosiło, a ta ciągła emigracya na Ukrainę opóźniała też wprowadzenie niewoli ludu w prowincyach zachodnich, bo szlachta musiała mieć względy dla chłopa z obawy, żeby nie zbiegł na wschód. Nieliczny lud rodowity Ukrainy nie był skłonny do rolnictwa. Ciągłe utarczki z Tatarami zaprawiły go do żołnierki i już z końcem XVI. wieku potworzyły się nad Dnieprem hufce orężne, utrzymujące się z odbijania łupów tatarom. Gdy się wieść o nich zaczęła rozchodzić po Polsce, niejeden spodobał sobie to swobodne życie żołnierskie i szedł daleko nad Dniepr, gdzie nie miał nad sobą żadnego pana. Nazywano te wojenne drużyny Kozakami. Gdyby je należycie uformować, mogła Polska mieć z nich tęgie wojsko; zrobił to król Batory, ale następcy jego zaniedbali potem tej sprawy i w ogóle mało się o Kozaków troszczyli. A tymczasem wzrastały ciągle ich zastępy: kogo sąd w Polsce ścigał, kto nigdzie miejsca zagrzać nie mógł, czy chłop, czy szlachcic, szedł do Kozaków. Tam nie pytano, co on robił dotychczas, byle tylko przystał wiernie do żołnierskiego życia, przyjmowano go z otwartemi ramiony; wszyscy tam byli sobie równi, a o świadectwo moralności nie pytano nikogo, skoro tylko na wojnie dobrze bił, mógł sobie potem hulać i dokazywać, jak mu się żywnie podobało. Kozacy wzrośli w siłę i zaczęli sami zaczepiać Turków i Tatarów; spaliwszy i zrabowawszy to lub owo miasto, cofali się za polską granicą, której tamci nie mogli przekroczyć, skoro nie wypowiedzieli Polsce wojny. Ciążki przez to był z nimi kłopot, bo Turek myślał, że to rząd polski Kozaków wysyła, podczas gdy Polska miała właśnie z Turcyą pokój. Kozacy bowiem podawali się przed Turkami za poddanych państwa polskiego, ale swoją drogą króla polskiego nie słuchali. Osiedlili się w sam raz na granicy państw: polskiego, moskiewskiego i tureckiego, dla wszystkich tych państw jednako niebezpieczni. Polska nie mogła pozwolić, żeby na jej granicy gromadziło się coraz to większe wojsko, niezależne zupełnie od polskiego rządu; dążono tedy do tego, żeby połowę Kozaków zatrudnić na Ukrainie na roli, a z drugiej połowy zrobić rządowe wojsko na polskim żołdzie. Ale Kozacy za długo już przywykli nie słuchać nikogo, nie chcieli o tem ani słyszeć, a zwłaszcza o roli. Ludu wiejskiego było już między nimi sporo, a zwłaszcza ruskiego. Nie brakło także chłopstwa z pod panowania cara moskiewskiego; lud ten na pół dziki uciekał ze swoich gruntów przed okrucieństwem moskiewskich bojarów, żeby sobie żyć swabodnie i hulać wśród Kozaków. Religii naprawdę nie mieli żadnej, bo obchodzili się bez księży i kościołów; z domów rodzinnych powynosili tylko niejasne wspomnienia religijne. Około połowy XVII. wieku większość znaczna Kozaków pochodziła z okolic schyzmatyckich, a to przyczyniło się jeszcze bardziej do ich niesforności, wzbudzało nawet nienawiść do polskich dygnitarzy na Ukrainie, których król przysyłał, żeby z Kozactwem zrobić porządek, bo panowie ci byli katolikami. Doszło nareszcie do tego, że nie chcieli słyszeć o polskiem panowaniu nad sobą, ale chcieli być sami dla siebie niepodlegli, żeby się utrzymywać z granicznego rabunku. W takim razie byliby dla Polski, dla osadnictwa Ukrainy, również niebezpieczni, jak Tatarzy.
Król Władysław IV. przygotowując się do wielkiej wojny z Turcyą, postanowił użyć do tych planów także Kozaków i umówił się z nimi o służbę wojskową. Kozacy stanęli pod bronią, gdy w tem król nagle umarł. I cóż się dzieje? Kozacy, zamiast na Turcyę, ruszają na Polskę, żeby wymusić dla siebie te przywileje, których się spodziewali od Władysława IV. za udział w wojnie tureckiej. Wśród bezkrólewia powstało takie zamieszanie, że Kozacy mogli się bezkarnie posunąć daleko w głąb państwa. I stała się rzecz dziwna; te polskie wojska, które przywykły odnosić najświetniejsze zwycięztwa nad Turkiem, Szwedem, Moskwą czy Niemcami, te same zastępy ponosiły klęskę po klęsce od czerni kozackiej! Byłaż to kara boża, czy może dopiero przestroga?
W ciężkich czasach przyjmował koronę nowy król, brat nieboszczyka, Jan Kazimierz, którego panowanie miało być pasmem samych nieszczęść. Wojny kozackie przewlekały się, a to przez podmawianie ze strony Moskwy. Kozacy znaleźli energicznego wodza w osobie Bohdana Chmielnickiego, który z carem nawiązał stosunki; myślał, że wsparty przez Moskwę, wszystko na Polsce wymusi i marzył nawet o założeniu osobnego państwa dla siebie na Rusi. Córkę wydał za hospodara mołdawskiego, schyzmatyka i sam zaczął się podawać za obrońcę schyzmy przeciw panowaniu katolików - Polaków. Nie o schyzmę mu chodziło, lecz o siebie; ale to hasło schyzmy pociągało ciemny lud schyzmatycki, w który wmawiano złe rzeczy na Polskę i unię, żeby tylko zwabić jak najwięcej ochotników do kozackiego wojska. Car nie myślał bynajmniej popierać planów Chmielnickiego; chciał tylko doprowadzić do tego, żeby pomiędzy Polską a Kozakami wykopać jak największą przepaść. Przewidywał, że skoro Chmielnicki pozrywa wszystkie stosunki z Polską, nie mogąc już nawrócić, będzie musiał poddać się Moskwie. Niesposób bowiem było przypuścić, żeby sam mógł sobie wywalczyć niepodległość i żeby Kozacy zdołali ostatecznie zwyciężyć w tym boju. Początkowe klęski tłumaczyły się niedbalstwem wodzów i niezaradnością w obec niespodzianego nieprzyjaciela, którego się nikt nawet spodziewać nie mógł. Ale wkrętce przyszło opamiętanie; oręż polski znowu zyskał przewagę, a Chmielnicki poddał się natenczas w roku 1654 carowi moskiewskiemu. Wywiązała się z tego powodu wojna z Moskwą, prowadzona długie lata ze zmiennem szczęściem.
Szwedzi na nowo w Polsce. Król Jan Kazimierz na Ślązku
Równocześnie przybył nowy nieprzyjaciel. Właśnie skończył się rozejm, który zawarł ze Szwecyą król Władysław IV. Król Jan Kazimierz pragnął go przedłużyć, ale nowy król szwedzki, Karol Gustaw, koniecznie chciał wojny. Wziął sobie za przykład owego Gustawa Adolfa, który w wojnie trzydziestoletniej zyskał zdobycze w ziemiach niemieckich. Teraz zaś Karol Gustaw, widząc Polskę w wojnie z Moskwą, postanowił Polskę zawojować. Zdrada kilku magnatów utorowała mu drogę do Wielkopolski, podczas gdy na Litwie Moskale właśnie zajęli stolicę kraju, Wilno. Naród stracił zupełnie głowę: jedno województwo po drugiem poddawało się Szwedowi. Niedawno temu pod Kircholmem Szwedów bito, a teraz Szwedzi zawojowali całą Polskę, aż po Kraków i to bez wielkiego trudu. Cały świat zdumiał się, co w tem być mogło; i my dziś jeszcze dziwujemy się, co za zaślepienie naród ogarnęło, że nawet większa część ze Szwedem się łączyła. W roku 1655 cała Polska była w ręku Karola Gustawa, który nawet używał tytułu króla polskiego. Gdy mu zwracano uwagę, że przecież nie został wybrany na króla, ani koronowany, odparł, że na ostrzu swego miecza nosi prawo do polskiej korony.
A król prawdziwy, Jan Kazimierz, pozbawiony państwa, musiał szukać schronienia za granicą. Udał się na prastarą ziemię Piastów, na Ślązk. Tutaj w Opolu i w Głogówku była przez jakiś czas rezydencya króla polskiego, podczas gdy Warszawa i Kraków były w ręku szwedzkiem.
Część Ślązka, a mianowicie księstwa Opolskie i Raciborskie, były zastawione koronie polskiej od roku 1645; rządził tam brat króla polskiego, Karol Ferdynand, ten sam, który przed laty trzydziestu (mając wówczas lat 12) wybrany został biskupem wrocławskim. Do brata tedy schronił się Jan Kazimierz. Panujący wówczas cesarz Ferdynand III. nie miał z tą sprawą nic wspólnego. - Następca jego, Leopold I., który wstąpił na tron w roku 1657, wykupił potem Opolskie i Raciborskie od króla polskiego w ten sposób że posłał mu mały oddział żołnierzy na pomoc przeciw Szwedom.
Karol Gustaw, wkroczywszy na Wawel, zwiedzał kościół katedralny i groby królewskie. Oprowadzał go kanonik Starowolski; uczony i pobożny kapłan, a autor licznych dzieł polskich i łacińskich. Kiedy stanęli przy grobowcu Władysława Łokietka, kanonik opowiadał, jak ten król trzy razy z Polski wygnany, trzy razy powracał i przecież na tronie się utrzymał i dokonał sławnych dzieł. Karol Gustaw zagadnął szydersko księdza Starowolskiego: "Ale wasz Jan Kazimierz pewno już nie wróci." Odrzekł na to rozumny kanonik: "Szczęście zmienne a moc Boga cudowna. " Król szwedzki się zawstydził i nic nie odpowiedział. Słowa zaś Starowolskiego o cudownej mocy bożej niedługo miały się sprawdzić.
Cud N. M. Panny Częstochowskiej, królowej Korony Polskiej
Powiedzieliśmy, że w r. 1655 cała Polska była w ręku Szweda. Doprawdy, że cała, bo cóż tam znaczyło, że w całem takiem wielkiem państwie utrzymał się jeszcze jeden mały grodek, nic nie znaczący pod względem wojskowym, drobna forteczka na wzgórzu, za której murami nie było nawet porządnego wojska, bo nie dla żołnierzy była zbudowana, tylko dla mnichów. Właściwie nawet nie była to forteczka, tylko prosty klasztor opasany warownym nieco murem. Z całej Korony polskiej ta tylko została drobnostka; dla wojsk szwedzkich, które już tyle dużych miast zdobyły, nie warto się było fatygować o ten klasztorek i możeby nawet zapomnieli o tem, gdyby nie to, że w klasztorze były wielkie bogactwa. Wyprawili się więc pod ten "kurnik", jak go nazywali. Dla wielkiej zwycięzkiej armii, prawdziwie, że to tylko kurnik, który się zapewne zdobędzie za kilka godzin.
"Kurnik" ten, tak lekceważony przez szwedzkie wojsko, stoi do dziś dnia na Jasnej Górze pod miastem Częstochową. Mało tam było broni, nie wielu żołnierzy, ale tam była święta Królowa Korony Polskiej, Matka Boska Częstochowska. I udzielił Bóg naszej historyi narodowej łaski cudu. Szata niebiańskiej Królowej starczyła naszym za setki armat i dziesiątki pułków, Jej łaska sprawiła, że na wodza wystarczył zakonnik, mnich, przeor Częstochowskich Paulinów, ksiądz Kordecki, który, jako kapłan, nie mógł nawet używać broni! Długo oblegali Szwedzi cudowne miejsce, przyprowadzeni do wściekłości w walce o swój honor wojskowy - z mnichami! Stracili tam tysiące ludzi i ostatecznie musieli się ze wstydem cofnąć, z pod tego klasztoru, na którego zdobycie według ludzkiego rozumu powinien był wystarczyć jeden oddział żołnierzy i jeden dzień czasu.
Otworzyły się teraz oczy narodowi. Pod wpływem cudu zdziałanego w Częstochowie porwał się cały naród, zmieniony nagle nie do poznania. Naraz się garną do Jana Kazimierza, zbierają wojska, król wraca ze Ślązka i rozpoczyna równocześnie wojnę z Moskwą i Szwedami. W katedrze we Lwowie, przed ołtarzem Boga Rodzicy, składa król z wiernymi sobie senatorami uroczyste śluby, ślubując poprawić dolę ludu wiejskiego, jeżeli Polska wolność odzyska, a on koronę. Było to dnia 1-go Kwietnia 1655 roku. Pobłogosławił Bóg temu ślubowi. W osobie dzielnego a zacnego Stefana Czarnieckiego znalazł naród wodza, który przepędził Szwedów z kraju i ścigał ich aż na morzu. Karol Gustaw, widząc, że z nim źle, zawarł spółkę z elektorem brandenburskim, który był zarazem księciem pruskim, z Chmielnickim, a z Węgier powołał sobie do pomocy dzikiego księcia siedmiogrodzkiego, Rakoczego; ze wszystkich stron uderzyli na Polskę wrogowie, ale nie przemogli Polski, już ocuconej łaską Najświętszej Panny. Szwedzi musieli nareszcie zawrzeć pokój w Oliwie w roku 1660, w którym przyjęto rzekę Dźwinę za granicę między Polską a Szwecyą w Inflanciech.
Niepodległość księstwa pruskiego
Na wojnie tej zyskał znowu książę pruski, t. j. elektor brandenburski. Zmawiał się ze Szwedem o podział Polski, potem jawnej dopuścił się zdrady, łącząc swoje wojska ze szwedzkiemi przeciw Polsce, przeciw swemu zwierzchniemu panu, któremu zaprzysiągł wierność, jako książę lennych Prus. Widząc, że najazd szwedzki tak ciężko dolega Polsce, ofiarował się nagle z posiłkami przeciw Szwecyi, pod warunkiem, że Polska uwolni go od hołdu, że się zrzeknie zwierzchnictwa nad Prusami książęcemi. Pamiętajmyż, że elektor, jako lennik polski, był mocą swej przysięgi obowiązany do wierności i do posiłków. Niestety, polityka polska względem Prus była zawsze ślepa! Zamiast walczyć do upadłego i za zdradę wygnać elektora z Prus, przystano na jego propozycyę i w roku 1657 w umowie, zawartej w Welawie zrzeczono się zwierzchnictwa. Naród, który się obronił tylu nieprzyjaciołom, byłby jeszcze w sobie znalazł dosyć siły do ukarania pruskiego księcia.
Tegoż roku 1657, Kozacy, zaprzedani przez Chmielnickiego Moskwie, spostrzegli się, jak złą zrobili zamianę i wrócili w poddaństwo polskie. Nowa o to wojna z Moskwą trwała aż do roku 1667. Pomimo wielkich zwycięstw musiała Polska odstąpić Moskwie kilka miast; odtąd Dniepr był granicą pomiędzy Polską a Moskwą. Do warunków pokoju należało także, że w mieście Kijowie pozostanie moskiewska załoga przez dwa lata; po dwóch latach mieli wyjść z miasta, ale już nie wyszli.
Królowi Janowi Kazimierzowi korona prawdziwie nie była rozkoszą. Dwadzieścia lat panowania - dwadzieścia lat wojny. Udało się wprawdzie królowi wygnać nieprzyjaciół z kraju, - ale nie udało mu się poprawić rządu. Znękany złożył tedy sam koronę w r. 1668, żeby zrobić miejsce młodszemu, silniejszemu i energiczniejszemu. Miał upatrzonego po sobie następcę w osobie księcia francuskiego. Ale wybór padł na polskiego księcia Michała Korybuta Wiśniowieckiego, który był do rządów zupełnie niezdatnym. Za jego panowania poniosła Polska straszną klęskę od Turków, którzy zajęli Ukrainę i Podole; pozdejmowali tam z kościołów krzyże i zamienili je na mahometańskie meczety. Po niewczasie uchwalono wielką wojnę turecką; hetman Jan Sobieski odniósł świetne zwycięztwo pod Chocimem dnia 11-go Października 1672. Właśnie dzień jeden przedtem umarł król Michał, a wdzięczny naród wybrał teraz na króla zwycięzcę Turków, Sobieskiego, który wstąpił na tron pod imieniem Jana III.
Ten odzyskał od Turka znaczną część Ukrainy, ale przerwał wojnę w roku 1676 i zawarł z Turcyą pokój. Uczynił to zaś dlatego, ponieważ nadarzała się sposobność, żeby przez sojusz z Francyą odzyskać Prusy książęce. Król chciał w przerwie wojny tureckiej rozprawić się ze zdradzieckim elektorem brandenburskim. Była to myśl bardzo mądra, ale sejm się sprzeciwił i wojny pruskiej nie uchwalił, a pokoju z Turcyą nie zatwierdził. Nie mogąc odzyskać Prus, zwrócił się król na nowo do sprawy tureckiej, a idąc za przykładem Batorego i Władysława IV. marzył o wielkiej lidze całej Europy przeciw Turcyi. Ale Europa była na to głucha. Dopiero gdy Turek ruszył na zdobycie Wiednia, zgłosił się z prośbą o przymierze cesarz Leopold I.
Było to roku 1683. Już od dłuższego czasu zanosiło się na walną wyprawę wyznawców Mahometa na chrześcijańską Europę. Nad Węgrami ciągle jeszcze zawisł miecz turecki; połowa kraju była już to w bezpośredniem władaniu Turków, już to od nich zawisłą ; druga połowa należała do Habsburgów, ale tam właśnie wybuchnęło powstanie, którego przywódzcy nie zawahali się wejść w przymierze z wrogami chrześcijaństwa. Król francuski, potężny Ludwik XIV., chciał skorzystać z tego, żeby skruszyć potęgę habsburskiej dynastyi; powstańcom węgierskim posyłał pieniądze, a z Turkiem zawarł układy. Toteż całe prawie panowanie cesarza Leopolda odbywało się pod grozą turecką. Już w roku 1663 zapędzili się byli Turcy aż na Morawy, przez co taki powstał przestrach na Górnym Ślązku, że np. zakonnice z Raciborza i Czarnowąsów schroniły się do Polski. Ślązkowi nakazano wtenczas zwerbować na koszt kraju 7000 żołnierzy. W dwadzieścia lat potem znowu Turcy zapędzili się daleko na północ. Cesarz Leopold I. w ciężkich był opałach, tem bardziej, że w samej Rzeszy niemieckiej nie był pewny wszystkich książąt, czy mu pozostaną wierni. Zwrócił się tedy z prośbą o pomoc do Polski. Król francuski wytężył wszystkie siły, żeby nie dopuścić do przymierza Polski z Habsburgami; pragnął wciągnąć Sobieskiego w sojusz z Francyą i pozyskał nawet do tego dość znaczne stronnictwo w Polsce. Ale król Sobieski stanowczo trwał przy interesie chrześcijaństwa i cywilizacji i sojusz z cesarzem zawarł.
Już Wielki wezyr sultański, Kara Mustafa, zajął całe Węgry, Styryę i ruszał pod Wiedeń. Stawił mu opór książę lotaryński, Karol, ale był porażony. Dnia 14-go Lipca 1683 roku stanęli Turcy pod stolicą cesarstwa i rozpoczęło się oblężenie miasta. Cesarz Leopold uciekł i schronił się do Lincu. Wyprawił tylko posła do Warszawy, który przybył do zamku królewskiego właśnie w chwili, kiedy król przechodził korytarzem do kaplicy zamkowej na mszę św. w towarzystwie nuncyusza papieskiego. Spostrzegłszy króla przyklęknął na jedno kolano, wołając: " Królu, ratuj Wiedeń" - a nuncyusz dodał: "i chrześcijaństwo." Prawdę powiedział nuncyusz, bo gdyby Turcy zdobyli Wiedeń, usadowiliby się w samym środku Europy, rozprzęgłaby się była Rzesza Niemiecka, przepadłoby cesarstwo. Sobieski zaraz ruszył do Krakowa, gdzie się zbierało wojsko. Stąd poszedł przez Górny Ślązk, w Piekarach przed cudownym obrazem oddał wojsko pod opiekę N. Panny, potem przez Tarnowskie Góry i Morawy spiesznemi pochodami ruszył pod Wiedeń. Blisko Wiednia połączyli się z nim ci tylko książęta niemieccy: książę lotaryński Karol, bawarski Emanuel, i saski Jan Jerzy; książęta poddali się pod rozkazy Sobieskiego, który objął naczelne dowództwo i ułożył plan bitwy. Cesarz Leopold całkiem nie przybył do wojska. Dnia 12-go Września uderzono na rozległy obóz turecki i polska husarya rozstrzygnęła bitwę, która się skończyła zupełnym pogromem Turków. Wybawieni Wiedeńczycy witali swego wybawiciela z największym zapałem; gdy król wjeżdżał do miasta, ludność cisnęła się, żeby ucałować choć szatę królewską. Cesarz nawet nie podziękował, a urzędnicy cesarscy żałowali obroku koniom rycerstwa polskiego. Sam król pisze to w listach do królowej, stwierdzając, że zbiera tylko same dowody niemieckiej niewdzięczności. Niektórzy radzili, żeby wracać do domu; ale król postanowił dalej jeszcze ścigać nieprzyjaciela. Wkroczył na Węgry; tu pod miastem Parkanami zwiódł jeszcze większą bitwę, niż pod Wiedniem; pierwszego dnia opuścili go Niemcy, toteż przeważające siły tureckie omal że nie zadały mu klęski; król jednak nie cofnął się z pola bitwy, po dwóch dniach na nowo poszedł na bój z samymi Polakami i odniósł zwycięztwo. Zaraz potem zdobył miasto Ostrzyhom. A Niemcy opuścili go do reszty; czekali widocznie, żeby król poniósł klęskę, bo zazdrościli mu sławy. Woleli, żeby Węgry pozostały pod jarzmem tureckiem, niż żeby Sobieski miał mieć zasługę ocalenia tego kraju. Urzędnicy cesarscy na każdym kroku zaczęli przeszkadzać ruchom polskiego wojska, które nieraz nie miało żywności. Tego było już zanadto nawet łagodnym Polakom. W Grudniu 1683 wrócił król do Polski.
Sojusz z cesarzem zobowiązywał nawzajem Niemców do posiłków Polsce, żeby Sobieskiemu dopomódz do odzyskania Podola od Turków. Ale nie zobaczył nikt nigdy w Polsce ani jednego niemieckiego żołnierza z tych posiłków.
Król walczył przez dwa lata sam z Turkami w Polsce; odnosił świetne zwycięztwa i byłby może odzyskał Podole w roku 1685, gdy wtem straszny wylew Dniestru zmylił wszystkie wojskowe plany. Na rok 1686 obmyślono nową wyprawę; król chciał przez Podole, Ukrainę, przebić się na Wołoszczyznę i marzył o tem, że gdy zwycięży, pójdzie jeszcze dalej, zaczepi Turka w własnem państwie i nie spocznie, aż pod murami Konstantynopola. Sojusz z cesarstwem niemieckiem zobowiązywał ich przecież do posiłków! Przyrzekli Niemcy dać tedy posiłki na ten rok 1686 i musiało się nareszcie rozpocząć wypędzenie Turka z Europy.
Mówiliśmy już raz, że do stanowczej rozprawy z Turkiem przeszkadzała Polsce zawsze Moskwa; ilekroć bowiem była turecka wojna, zawsze korzystali z tego Moskale, żeby Polskę szarpać z boku. Wielkiemu celowi obrony Krzyża i tryumfu Chrystusa postanowiono tedy złożyć wielką ofiarę. Odstąpiono Moskwie całkiem Kijów, żeby tylko skłonić do przymierza przeciw Turcyi. Moskwa miała przecież także swój interes w pokonaniu Turka, bo też dużo miała kłopotów z Tatarami. Tak samo miał w tem interes cesarz, któremu Turcy turbowali kraj węgierski.
Staje tedy liga Polski z cesarstwem niemieckiem i carstwem moskiewskiem; ztąd i ztamtąd mają przybyć posiłki. Bohaterski nasz król Jan zbiera wojsko i wyrusza na wojnę. Dobrze mu się darzy, przezwycięża wszystkie przeszkody, a choć z uszczuplonem wojskiem, dociera rzeczywiście do Wołoszczyzny, staje nad Dunajem. Tu mają nadejść posiłki niemieckie i moskiewskie - wszak i cesarz i car zebrali duże wojska. Zebrali to prawda - ale Sobieski nie zobaczył z nich ani jednego żołnierza, bo wojska te całkiem nad Dunaj nie ruszyły! Niemcy i Moskale po to tylko zbierali wojska, żeby Sobieskiego do pochodu na Turcyę zachęcić, a potem zostawić samego, żeby Turek Polskę wojował. Nie dosyć na tem; podmówili hospodara wołoskiego, który miał się połączyć z wojskiem polskiem, żeby się połączył z wojskiem tureckiem! W takich warunkach trudno było ruszać na Konstantynopol; trzeba było wracać i dużo trzeba było roztropności i męztwa, żeby wojsko do domu odprowadzić, wśród ciągłych podjazdów wołoskich i tureckich. Ażeby utrudnić Polakom ten odwrót, podpalono stepy, przez kilkumilowe kłęby dymu wracało rycerstwo polskie z tej spółki z Niemcem i Moskalem; głodne wracało przedtem z pod Wiednia - i teraz z Wołoszy. - Dunaj jakoś Polakom nie służył.
A Polacy dziwnie łatwowierni, dali się po tem wszystkiem jeszcze raz w pole wywieść w roku 1690. Znowu ruszył król na Wołoszczyznę i znowu nie znalazł posiłków niemieckich!
Wojenne pochody Sobieskiego, sławna odsiecz Wiednia z r. 1683 są ostatnim blaskiem historyi polskiej, która odtąd aż do roku 1791 niema do zapisania, niestety, żadnego wielkiego czynu. Oświata upadała coraz bardziej, a za tem szedł upadek moralności w życiu publicznem i prywatnem. O tyle jednak była Polska lepszą od innych narodów, że nie grabiła sąsiadów i nie uważała za cel państwa roznoszenie mordów i pożogi.
| Część poprzednia | Góra | Strona główna | Część następna |
|