|
BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO — Feliks Koneczny: Dzieje Ślązka - 9 |
|
Cz.1 II. W jaki sposób i jakiemi drogami dotarło do Ślązka światło ewangelii św. Początki państwa w Wielkopolsce III. Ślązk pod królami polskiemi Święty Wojciech, król Bolesław Chrobry i cesarz Otton III Cz.2 Zajęcie Czech. Wojny z Niemcami Waśń królewiczów Zbigniewa i Bolesława Bolesław Krzywousty. Wojny ślązkie IV. Ślązk pod zwierzchnictwem krakowskiem Mieczysław Stary i Mieczysław Raciborski Cz.3 Czterech kandydatów do korony polskiej Moralny upadek książąt ślązkich Ślązk przechodzi pod czeską koronę V. Stosunki wewnętrzne w okresie podziałów Cz.4 Kazimierz Wielki obrońca biskupstwa wrocławskiego VI. Ślązk pod Luksemburczykami Królowa Jadwiga i Wilhelm austryacki Jadwiga i Jagiełło. Małżeństwo Litwy z Polską Cz.5 Zaproszenie Jagiełły na tron czeski VII. Ślązk między Czechami, Węgrami a Polską Jak Wrocłwianie zapraszali polskiego króla Jan Olbracht i Zygmunt Stary książętami ślązkim Cz.6 Bracia Jerzy i Albrecht Brandenburscy Dlaczego luteranizm się szerzył Protestantyzm w Polsce a kardynał Hozyusz Król Zygmunt August i Barbara Radziwiłłówna IX. Stosunki wewnętrzne w okresie Jagiellońskim w Koronie Polskiej i na Ślązku Cz.7 X. Zwycięztwa w Polsce a klęski na Ślązku. Wojna trzydziestoletnia List majestatu cesarza Rudolfa Cz.8 Liga katolicka i Unia protestancka Ślązk hołduje kalwińskiemu królowi Zwycięztwo katolicyzmu na Ślązku Szwedzi w Niemczech i na Ślązku XI. Ostatni wiek panowania Habsburgów; podbój przez Hohenzollernów Szwedzi na nowo w Polsce. Król Jan Kazimierz na Ślązku Cud N. P. Maryi Częstochowskiej Niepodległość księstwa pruskiego Cz.9 Sankcya pragmatyczna i wojna o tron polski Ślązk przechodzi pod panowanie pruskie XII. Rozbiory odradzającej się Polski Szkoła Leszczyńskiego i ks. Stan. Konarski Rosya i Prusy przeszkadzają naprawie rządu w Polsce Pruski projekt rozbioru Polski Odrodzenie społeczeństwa polskiego Prusy i Rosya urządzają drugi rozbiór Polski Wojna o niepodległość w Ameryce Kościuszko naczelnikiem narodu Cz.10 XIII. Pierwsza połowa XIX. wieku Wojna z Napoleonem. Francuzi na Ślązku Legiony polskie i księstwo warszawskie Austrya germanizuje księstwo Cieszyńskie Oderwanie części Ślązka od dyecezyi krakowskiej Urządzenia administracyjne w państwie pruskiem
|
W tymże mniej więcej czasie wygasnęła prastara dynastya Piastów, najstarszy ze wszystkich monarszych domów w Europie, powołany przez Opatrzność do wielkich czynów na czele wielkiego szlachetnego narodu; niestety, ta właśnie gałąź tego szczepu, której danem było żyć najdłużej, gałąź ślązka, wyparła się swego posłannictwa; toteż skończyła bez sławy na małem księstewku, na wysługach obcego monarchy, a wygaśnięcie jej nie zwróciło nawet uwagi świata; sucha gałąź spadła na ziemię i nikt się o to nie troszczył, nikt się nie smucił, radowali się tylko spadkobiercy.
Ostatnim Piastem był książę Lignicy i Brzegu, Jerzy Wilhelm, który nastąpił po swym ojcu, Krystynie, w roku 1672, mając lat dwanaście. Nie było mu danem doróść, gdyż umarł w trzy lata potem, w roku 1675. Księstwa lignickie i brzeskie wracały tedy prawem lennem do "korony czeskiej", to znaczy stawały się bezpośrednią własnością Habsburgów.
Tego jednakże nie chciał dopuścić dom brandenburski, na którego czele stał wówczas elektor Fryderyk Wilhelm, zwany przez Niemców "der grosse Kürfurst", za to że zręczną polityką umiał pomnożyć potęgę swego rodu! Ten oświadczył, że dla niego ciągle jeszcze ma znaczenie układ zawarty pomiędzy przodkami w r. 1537, mocą którego Brandenburgowie mieli być dziedzicami Piastów. Układ ten został wprawdzie zniesiony przez cesarza Ferdynanda I. w roku 1546 i sami Brandenburgowie zrzekli go się potem, i nigdy przeciw temu nie protestowali, ale Fryderyk Wilhelm oświadczył, że jego to wszystko nic nie obchodzi. Wystąpił śmiało, bo cesarz Leopold był właśnie w ciężkich opałach i od Francyi i od Turcyi. W roku 1679 w warunkach pokoju z Francyą, wymówił sobie elektor od króla francuzkiego Ludwika XIV., że będzie popierał jego pretensye do Ślązka przeciw cesarzowi, na razie przynajmniej co do Karniowa, w którym niegdyś rządził, jak wiemy, margrabia Jerzy Brandenburski.
Cesarz, chcąc mieć spokój, ofiarował 200,000 talarów; elektor oznajmił, że gotów wziąć te pieniądze, ale tylko za sam Karniów, nie zrzeknie się jednak Lignicy i Brzegu. Ciągnęły się ciągle o to układy, których elektor nie przerywał ani nawet w roku 1683, w tym roku największej grozy tureckiej. Nareszcie ugodzono się w r. 1685. Elektor sam zaproponował, żeby zamiast Karniowa, Lignicy i Brzegu dać mu część księstwa głogowskiego, tak zwany okręg Świebodzinski (Schwiebus), obejmujący ośm mil kwadratowych. Cesarz się zgodzić nie chciał ani na to, twierdząc słusznie, że dom Brandenburski niema do Ślązka żadnych praw, chyba takie, które sam sobie wymyślił. Elektor opuścił tedy swe żądania tak dalece, że okręg Świebodzinski miał tylko dożywotnio przy nim pozostać, nie przechodząc wszakże wcala dziedzicznie na syna. Syn elektora, Fryderyk, wiedział o tym warunku i przystał nań, podpisawszy na to rewers dnia 28-go Lutego 1686.
Skoro więc chodziło już tylko o oddanie Świebodzina na pewien czas, cesarz się zgodził. Dnia 22-go Marca 1686 podpisano tę umowę, w Czerwcu objęli Świebodzin urzędnicy elektora. Elektor zrzekł się za to wszelkich pretensyj do innych części Ślązka i na znak tego odesłał cesarzowi do Wiednia wszystkie dokumenty odnoszące się do dawniejszych umów jego przodków z poprzednimi książętami ślązkimi.
W roku 1688 umarł elektor Fryderyk Wilhelm. Nastąpił po nim Fryderyk, ten sam, który dwa lata przedtem w roku 1686 podpisał rewers, że zaraz po śmierci ojca odda Świebodzin Habsburgom. Ale o oddaniu ani myślał. Cesarz Leopold musiał dopiero zmusić nowego elektora do dotrzymania słowa. Zmuszony w r. 1695 oddać Świebodzin, odparł na to, że odwołuje zrzeczenie się praw do Ślązka, dane przez swego ojca. Korzystał też z kłopotów wojennych cesarza Leopolda w inny sposób. Oświadczył, że pod tym tylko warunkiem będzie mu dostarczać posiłków, jeżeli cesarz uzna go królem. Musiał to Leopold zrobić, bo wojsko dynastyi Hohenzollernów było dobre i bitne, a gdyby nie przystał, byłby je miał z pewnością przeciwko sobie. Przyjęcie tytułu królewskiego nastąpiło jednak nie w Brandenburgii, ale w dawnem lennem księstwie Polski, w Prusiech, w mieście Królewcu dnia 18-go Stycznia 1701 r. Wten sposób powstało królestwo pruskie, z dawnych zdobyczy Krzyżackich. Pierwszy król Fryderyk I. panował do roku 1713; po nim nastąpił Fryderyk Wilhelm I., do roku 1740; trzecim z kolei był Fryderyk II., zwany przez Niemców Wielkim, 1740-1786, za którego rządów Ślązk przeszedł pod panowanie pruskie.
Nowy król powinienby się nazywać królem brandenburskim, ale nie pruskim; przecież nie w Prusiech, ale w Brandenburgii było gniazdo dynastyi i centrum jej potęgi. Prusy leżały gdzieś daleko na wschodzie oddzielone od reszty posiadłości brandenburskich prowincyami polskiemi. Zresztą tylko połowa Prus należała do Hohenzollernów, bo tylko t z. Prusy książęce, dawne lenno polskie; druga połowa zwana Prusami królewskiemi, należała bezpośrednio do państwa polskiego od roku 1454. Sejm polski nic też nie wiedział o zamierzonej koronacyi. Fryderyk I. umówił się o to sekretnie ze zdradzieckiem królem polskim Augustem II. i otrzymał od niego tajemne pozwolenie. Dlatego to, na złość Polsce, przybrał Fryderyk I. tytuł króla nie brandenburskiego, ale pruskiego i przeniesiono nazwę Prus i Prusaków także na prowincye, które nie mają najmniejszego związku z historycznemi, prawdziwemi Prusami.
Polityka wroga względem Polski wkrótce się okazała. Już w roku 1724 wydał król Fryderyk Wilhelm zakaz, żeby Polakom nie było wolno osiedlać się w Prusiech książęcych.
Nowe królestwo, Polsce nieprzyjazne, powstawało właśnie w czasach największego upadku Polski. Rozum polityczny przepadł i zniknął całkiem w narodzie, który dał się coraz bardziej wyzyskiwać polityce innych państw europejskich. Po śmierci Sobieskiego r. 1696 należało wybrać syna jego, Jakóba, ale dano się obałamucić Francyi, która sobie tego wyboru nie życzyła, popierając francuzkiego księcia Conti. Zwyciężył jednak ostatecznie kandydat inny, który w ostatniej dopiero chwili się zgłosił, ale za to - powiedzmy prawdę, choć gorzką - najhojniej sypnął pieniądzmi na przekupienie magnatów! Był nim książę saski, August, który wstąpił też na tron pod imieniem Augusta II. Będąc z rodu protestantem, musiał przejść na katolicyzm, żeby pozyskać koronę polską; wyznanie wiary uczynił w Piekarach, przed cudownym obrazem, w roku 1697. Król ten, zbierając owoce walk Sobieskiego, odzyskał ostatecznie od Turków Podole; był to jedyny jasny dzień w tem panowaniu.
August II. był lekkomyślny, a o Polskę nic nie dbał. Połączenie Polski z Saksonią pod jednem berłem wydało też fatalne skutki; król prowadził na polskim tronie dalej swoją niemiecką politykę. Tajnym układem związał się z elektorem brandenburskim, który za jego pozwoleniem napadł ni ztąd ni z owad (nie wypowiedziawszy wojny) na Prusy królewskie w roku 1699 i zajął miasto Elbląg! Rzecz się wydała, powstał hałas na sejmie, boć to była wyraźna zdrada kraju; powstało stronnictwo, myślące o zrzuceniu z tronu takiego króla. Elektor cofnął się wprawdzie, ale trzeba mu było zapłacić 300,000 talarów.
Ażeby się utrzymać na tronie, wprowadził król do Polski swoje wojska saskie i zawarł przymierze z carem rosyjskiem Piotrem. Za to musiał się carowi wysługiwać i poprzeć nawzajem cara w wojnie Moskwy ze Szwecyą. Car Piotr postanowił zagarnąć szwedzkie Inflanty; ta sprawa Polski nic a nic nie obchodziła, ale król wbrew woli senatu i sejmu do wojny tej przystąpił, jako sojusznik Piotra i przez to sprowadził na kraj nowy najazd szwedzki. Królem szwedzkim był wtenczas śmiały, przedsiębiorczy Karol XII. Szybko rozgromił wojska moskiewskie i ruszył na Polskę. Prymas i senatorowie zaręczali, że wojny ze Szwecyą nie pragną, nie mając żadnej do tego przyczyny, że tylko król bez wiedzy narodu na własną rękę sojusz zawarł z carem Piotrem, a w wojnie nie biorą całkiem udziału wojska polskie, ale tylko saskie, przez króla sprowadzone do Polski wbrew narodowi. Karol XII. zażądał tedy strącenia Augusta z tronu, a oddania korony Jakóbowi Sobieskiemu; żądanie to poparł wkroczeniem do kraju; w Maju 1702 roku był już w Warszawie, w Lipcu odniósł zwycięztwo pod Kliszowem, poczem bez oporu zajął Kraków. Sprawa była tem niebezpieczniejsza, gdy nowy król pruski zawarł przymierze ze Szwedami. Król August II. bojąc się, że Jakób Sobieski tron zajmie, chwycił się gwałtu. Sobiescy, Jakób i Konstanty, mieszkali w Oławie na Ślązku, którą sobie kupili w roku 1691 za 800,000 guldenów. W drugiej połowie Lutego 1704 byli we Wrocławiu; gdy ztamtąd wracali, napadł na nich w drodze pułkownik saski z kilkudziesięciu dragonami i uwiózł do Saksonii, gdzie ich osadził w więzieniu w twierdzy Pleissenburg. Władze ślązkie cesarskie żadnych nie stawiały przeszkód; jest tedy słuszne podejrzenie, że cesarz Leopold dobrze o tem wiedział.
Gwałt ten oburzył nawet stronników Augusta w Polsce. Strącono go z tronu, a w braku Sobieskich oddano koronę Stanisławowi Leszczyńskiemu, wojewodzie poznańskiemu, człowiekowi uczonemu i o dobro kraju bardzo dbałemu, jednemu z tych, którzy dobrze wiedzieli, czego Polsce potrzeba, żeby się znowu podniosła. Król szwedzki wygnawszy Augusta Sasa z Polski, ścigał go dalej, żeby mu zadać cios w jego własnym kraju, w Saksonii.
Droga wiodła przez Ślązk. Dnia 21-go Września 1706 przekroczył Karol XII. granicę ślązką. Cesarz Leopold zmarł właśnie przed rokiem, pozostawiwszy koronę cesarską, węgierską i czeską wraz z panowaniem Ślązką synowi swemu, Józefowi I. Ten nie miał tyle sił, żeby Szwedom zabronić przeprawy przez Ślązk, a co gorsza, że podczas przechodu wojsk szwedzkich okazały się rzeczy niebezpieczne dla habsburskiego panowania.
Oto niemieccy protestanci na Ślązku łączyli się z wielkim zapałem z królem szwedzkim, dlatego, że tenże był protestantem. Proszono go, żeby się wstawił do cesarza, ażeby przyznał ewangelikom wolność religijną; zapalczywsi wstępowali do wojska szwedzkiego. Karol XII., rad ze sposobności, że może rozszerzyć swój wpływ, wdał się chętnie w sprawy wewnętrzne Habsburskiego panowania i ujął się przed cesarzem za protestantami. Bitna zwycięska armia była stanowczym argumentem po stronie króla szwedzkiego. Tej armii cesarz się bał. Ciekawy przykład mamy na to w następujacem zdarzeniu: Karol XII. posłał oficerów do Wrocławia, żeby mu tam werbowali żołnierzy. Wrocławianie nie chcieli się przyłączyć do strony szwedzkiej; oficerów tych pojmali i zrobili im nadto te hańbę, że ich (według ówczesnego zwyczaju) obwozili na wozie wyścielonym słomą po ulicach miasta. Mieli do tego prawo, bo przecież rzecz niesłychana, żeby obcy monarcha śmiał w cudzym kraju publicznie sobie werbować żołnierzy, nie pytając nikogo o pozwolenie. Cesarz Józef I. powinien był Wrocławianów pochwalić za wierność. A tymczasem cesarz kazał na żądanie Szwedów wydać Karolowi XII. sprawcę tego rozkazu a miasto obłożył za to karą pieniężną! Bo też król szwedzki był coraz potężniejszy; w ciągu roku 1706 zajął Saksonię i zmusił króla Augusta do pokoju w Altransztadzie, mocą którego August Sas zrzekał się korony polskiej na rzecz Leszczyńskiego, a Sobieskim wracał wolność. Pokój ten zawarto 24-go Września 1706 roku. Pewny siebie król szwedzki pozostał nawet po zawarciu pokoju w Saksonii, a w lecie roku 1707 usadowił cztery pułki na Ślązku i zajął twierdzę Głogowską. Aż do Września 1707 pozostawały te szwedzkie załogi na Ślązku aż cesarz Józef I. podpisał dokument, mocą którego luteranie mieli mieć odtąd zupełną wolność wyznania na Ślązku. Kalwinów i tym razem jeszcze od tego wykluczono. To mieszanie się króla szwedzkiego w sprawy ślązkie nie bardzo było zaszczytne dla cesarza; nie byłoby tego, gdyby Habsburgowie nie byli mieszali zawsze religii z polityką!
Swoją drogą okazało się potem, że Karol XII. ujmował się za swymi współwyznawcami nie zupełnie bezinteresownie. Protestanci ślązcy złożyli na ręce ajenta szwedzkiego, Strahlenheima, 220,000 guldenów, z czego 200,000 dla króla, a 20,000 dla ajenta! Protestanci ślązcy ozdabiali swoje mieszkania portretem króla szwedzkiego, nie pomyślawszy, że za jego łaskę drogo się opłacili!
Załatwiwszy się z Augustem Sasem, zwrócił się teraz Karol XII. przeciw carowi Piotrowi. Ale w Moskwie opuściła go szczęśliwa gwiazda; w roku 1709 poniósł pod Połtawą ciężką klęskę. August II. Sas powrócił do Polski, Leszczyński musiał ustąpić i wszystko znowu było po dawnemu. Król Sas trwał przy sojuszu z Moskwą i doprowadził do tego, że w roku 1717 car Piotr stał się gwarantem urządzeń państwowych w Polsce, to znaczy, że car zyskiwał prawo pilnować, jak się Polska u siebie urządza i bez jego zezwolenia nie wolno było nic zmieniać. Do warunków tej umowy należało, że Polsce nie wolno mieć więcej wojska jak 24,000, gdy współcześnie wszystkie sąsiednie państwa starały się powiększyć swe armie jak najbardziej. Przyjęcie tego traktatu z roku 1717 jest chwilą najniższego upadku Polski. Lichy król utrzymał się w lichem społeczeństwie na tronie aż do śmierci w roku 1733.
Sankcya pragmatyczna i wojna o tron polski
Tymczasem zaszły ważne wypadki w łonie panującej na Ślązku dynastyi Habsburgów. Po Józefie I. nastąpił w roku 1711 cesarz Karol VI., który był jedynym potomkiem dynastyi i sam syna już nie miał, tylko córki. Dom Habsburski się kończył, zabrakło potomka męzkiego. Cóż miało się stać z tylu krajami, które ta dynastya zgromadziła w ciągu wieków pod swem berłem? A więc cesarz. Karol VI. wydał ustawę, którą nazwano "sankcyą pragmatyczną." Mocą tej ustawy miały wszystkie posiadłości habsburskie tworzyć nierozdzielną całość i przypaść drugiej córce cesarskiej, Maryi Teresie. Cesarz Karol VI. starał się wszelkiemi sposobami, żeby państwa europejskie uznały sankcyę pragmatyczną; ażeby ten cel osięgnąć, ponosił znaczne ofiary. Francyi oddał z tego powodu Lotaryngię w roku 1738. Najbardziej zależało na uznaniu domu saskiego, ponieważ starsza córka cesarska była zamężną za Augustem, synem Augusta II. elektora saskiego i króla polskiego; trzeba było koniecznie, żeby August zrzekł się praw, jakie przysługiwały jego żonie do udziału w habsburskiej spuściźnie. Karol VI. zobowiązał się tedy dopomóc za to Augustowi do zdobycia tronu polskiego.
W roku 1733 umarł August II. (ojciec). Naród polski wybrał na tron znowu Stanisława Leszczyńskiego, którego popierała Francya. Ale elektor saski nie próżnował, pozyskawszy sobie cesarza uznaniem sankcyi pragmatycznej, a Moskwę odstąpieniem jej Kurlandyi. Taki to miał być król, który sam odrywał prowincye od państwa! Pozyskano w Polsce garstkę magnatów, która obwołała elektora królem, jako Augusta III. Elektor pospieszył zaraz na wezwanie złożywszy katolickie wyznanie wiary znowu na granicy w Piekarach. Wojsko moskiewskie wkroczyło do Polski, a złączywszy się ze saskiem, przystąpiło do oblężenia Gdańska, gdzie się znajdował Leszczyński, czekając na posiłki francuskie, które miały przybyć morzem. Tymczasem Francuzi wystąpili przeciwko cesarzowi w Lotaryngii, nad Renem i we Włoszech, gdzie Habsburgowie także mieli posiadłości. Francya pozostała tam wprawdzie zwycięzką, ale potrzebując wojsk na zachodzie, wyprawiła do Gdańska mały tylko oddział, który poniósł klęskę od Moskali i Gdańsk musiał kapitulować. W roku 1738 zawarto pokój: państwa wojujące uznały królem polskim Augusta III., a Leszczyński dostał dożywotnio Lotaryngię. Wsławił się tam mądremi i łagodnemi rządami; ludność lotaryńska wspomina do dziś dnia swego "króla dobrodzieja", albo "króla filozofa", jak go tam nazywano. Główny rynek w stolicy Lotaryngii, w Nansy, nazywa się do dziś dnia "placem Stanisławowskim", a akademia tamtejsza ciągle jeszcze nosi nazwę "akademia Stanisława". Szkoda, że Leszczyński nie utrzymał się na polskim tronie; pomimo to jednak był on i na obczyźnie użytecznym krajowi; założył w Lotaryngii szkołę, do której przyjmował na wychowanie polską młodzież a jak ją wychowywał, dość powiedzieć, że ta szkoła stała się początkiem narodowego odrodzenia, Król zaś August III. nie zostawił po sobie dobrej pamięci w Polsce; jedyną jego troską była własna wygoda.
Tymczasem Ślązk miał zmienić panów. Dnia 20-go Października 1740 umarł cesarz Karol VI., a nastąpiła po nim Marya Teresa, zamężna za księciem Franciszkiem Lotaryńskim, który też został cesarzem niemieckim. Skończyła się dynastya habsburska, a zaczęła habsbursko-lotaryńska, panująca dzisiaj w cesarstwie austryackiem. Jakkolwiek państwa europejskie uznały sankcyę pragmatyczną za życia Karola VI., jednakże po jego śmierci zmieniły nagle zapatrywanie, próbując, czyby się nie dało urwać czego dla siebie z obszernych, rozrzuconych po całej Europie posiadłości habsburskich. Marya Teresa była niespodzianie otoczona na wszystkie strony samymi nieprzyjaciółmi.
Ślązk przechodzi pod panowanie pruskie
Zwrócił się też przeciw Maryi Teresie król pruski Fryderyk II., zwany przez Niemców Wielkim. Ledwie Karol VI. oczy zamknął, podniósł żądania dawnych owych uroszczeń brandenburskiego domu do pewnych części Ślązka, domagając się, żeby mu je oddano natychmiast, a gdy tego odmówiono, wkroczył na Ślązk z wojskiem dnia 16-go Grudnia 1740 roku (w niecałe dwa miesiące po śmierci Karola VI.), nie wypowiedziawszy wcale wojny. Najniespodziewaniej tedy miano wojnę, której żadną miarą nikt nie mógł przewidzieć; król pruski uznał bowiem przedtem sankcyę pragmatyczną, a zresztą, jeżeli miał zamiar wojnę prowadzić, był obowiązany wypowiedzieć ją przedtem.
Tak zaczęła się pierwsza wojna ślązka. Ponieważ Marya Teresa wojny nie przewidywała, więc też nie była na wojnę przygotowana i król Fryderyk II. niemiał prawie żadnych trudności z zajęciem Ślązka, tem bardziej, że się z nim połączyła znaczna część protestantów na Dolnym Ślązku. Nadeszła wiosna, nim rząd wiedeński zdołał zebrać armię, która miała Ślązk na nowo zdobyć dla Austryi, czy też niby dla "czeskiej korony". Ale wojsko to poniosło zupełną klęskę dnia 10-go Kwietnia 1741 pod Mollwitz. Fryderyk II. był znakomitym wodzem i uchodził za niezwyciężonego.
Przykład Prus zachęcił inne państwa. Jakby na dane hasło, rzuciły się na Maryę Teresę Saksonia, Sardynia, Hiszpania, Francya i Bawarya razem z Prusami, żeby habsburską spuściznę pomiędzy siebie rozebrać. Elektor bawarski, wsparty przez wojska francuskie, zdobył Austryę Górną, doszedł aż pod Wiedeń, poczem zwrócił się do Czech i kazał się w Grudniu 1741 koronować na króla czeskiego. Następny rok był pomyślniejszy dla Maryi Teresy, przy której stanęli wiernie Węgrzy, oświadczywszy na swoim sejmie, że bronić będą jej praw do ostatniej kropli krwi. Odzyskano Czechy i zdobyto stolicę Bawaryi, Monachium. Ale zmieniło się to, gdy Fryderyk pruski wpadł do Czech i rozgromił austryackie wojsko pod Chotuzicami. Marya Teresa, chcąc się uwolnić od najgroźniejszego na razie nieprzyjaciela, zawarła z Prusami pokój w Berlinie dnia 28-go Lipca 1742 roku, mocą którego zostawała przy niej tylko drobna część Ślązka, a mianowicie księstwo Opawskie i część Ślązka Górnego, a mianowicie księstwa Cieszyńskie i Karniowskie, cała zaś reszta kraju, wraz z hrabstwem Kłodzkiem, przechodziła pod pruskie panowanie - i tak zostało do naszych czasów.
Dla ludu polskiego na Ślązku to było złego w pokoju berlińskim, że został rozerwany pomiędzy dwa państwa. Byłoby lepiej, żeby cały Górny Ślązk przeszedł był od razu pod panowanie pruskie. Czy Prusy, czy Austrya, oba te państwa jednako wtenczas germanizowały; nie było więc pod tym względem ani zysku ani straty. Król Fryderyk II., choć protestant, nie dopuszczał religijnego prześladowania katolików, równouprawnienie było u niego, więc pod tym względem straty nie było. Ale strata była i w Prusiech i w Austryi przez to, że żywioł polski i w jednem i w drugiem państwie był zanadto nieliczny, żeby miał coś znaczyć - i tu i tam znikał zupełnie, a przez to jeszcze bardziej odtąd ulegał germanizacyi.
Któż jednak może wiedzieć, czy to rozbicie Górnego Ślązka pomiędzy dwa państwa, tak szkodliwe dla ślązkiego ludu, niema jakiego znaczenia i przeznaczenia?
Król Fryderyk II. miał co chciał, a więc wojna skończona? Gdzież-tam, widząc, że wojsko Maryi Teresy zaczyna zwyciężać Francuzów i Bawarczyków, rozpoczął w roku 1744 drugą wojnę ślązką. Powodziło mu się jak zawsze świetnie; zdobył nawet Pragę Czeską i trzeba było dopiero zbierać zewsząd wszystkie wojska austryackie, żeby go z Czech wyrugować. Fryderyk II. niezwykł był oddawać dobrowolnie, co raz zajął; toteż gdyby się nie było udało wyparcie wojsk pruskich z Czech, Czechy należałyby z pewnością także do Prus. Umarł tymczasem elektor bawarski, a następca jego zawarł pokój. Marya Teresa mając teraz więcej wojska do dyspozycyi, postanowiła odzyskać Ślązk, skoro król pruski sam zerwał pokój berliński. To jednak się nie udało, i Prusy w warunkach pokoju drezdeńskiego (w Grudniu 1745) zatrzymały Ślązk.
Trzy lata jeszcze musiała Marya Teresa wojować z innymi nieprzyjaciółmi, zwłaszcza z Francyą. Utraciła nieco posiadłości habsburskich we Włoszech, ale to było drobnostką w porównaniu ze strasznem niebezpieczeństwem, które jej groziło z początku. Monarchia habsburska utrzymała się, a korony czeska i węgierska zostały przy dziedziczce Habsburgów.
Z królem Fryderykiem II. trzeba jej było stoczyć jednak jeszcze jedne wojnę, trzecią ślązką, czyli siedmioletnią wojnę. Wybuchnęła ta wojna w roku 1756, a wywołała ją sama Marya Teresa, żeby odzyskać Ślązk. Udało się cesarzowej pozyskać przymierze Rosyi, a co więcej, Francyi, która w poprzednich wojnach ślązkich stała po stronie Prus. W największej tajemnicy przygotowywano zwolna plany do wojny; ale król pruski miał dobrą służbę dyplomatyczną; podczas gdy sprzymierzeni przekonani byli, że cios tym razem dobrze będzie wymierzony i Prusy zdruzgoce, podczas gdy zwolna gotowali się do rzeczy i oznaczyli sobie rok 1757 na tę wojnę, Fryderyk II. już w roku 1756 wiedział o wszystkiem i postanowił Austryę uprzedzić, póki jeszcze nie zupełnie przygotowana. W Czerwcu 1756 kazał się w Wiedniu zapytać, czy to na niego cesarzowa zbiera wojska i zażądał przyrzeczenia, że się nie będzie prowadziło z nim wojny ani tego, ani przyszłego roku. Marya Teresa odmówiła dnia 21-go Sierpnia jakichkolwiek wyraźnych zobowiązań. W tydzień potem Fryderyk II. zaczął wojnę, bo on miał zawsze wojsko gotowe do boju każdej chwili.
Fryderyk II. szedł na Czechy prosto przez Saksonię, chociaż Saksonii wojny nie wydał. Zażądał od Augusta III. jako elektora saskiego (był zarazem królem polskim), żeby się z nim połączył, a przynajmniej pozostał neutralnym. Ale August III. był wrogiem Prus, zaczęła się więc wojna w Saksonii. Sasi zupełnie pobici, cały kraj zajęty przez wojska pruskie, a August III. ucieka do Warszawy. Fryderyk II. wkracza następnie do Czech. Teraz jednak zaczęli się stawiać sprzymierzeńcy Maryi Teresy. Rzesza Niemiecka t. j. cesarz z książętami, oburzeni najazdem Saksonii, uchwalili posiłki dla Augusta II. Moskwa przyrzekła dać 100,000 żołnierza, a Francya 150,000 i nadto jeszcze 12 milionów guldenów rocznie! Nawet Szwecya wypowiedziała Fryderykowi wojnę! W razie zwycięstwa miano pozostawić Fryderykowi tylko Brandenburgię i część Pomorza, a resztę krajów jego mieli rozebrać pomiędzy siebie sprzymierzeńcy. Śląsk wróciłby w takim razie pod panowanie Maryi Teresy, a Prusy (dawne książęce, lenno Polski) miały przypaść państwu moskiewskiemu, które wówczas zaczynano już nazywać Rosyą.
Król Fryderyk II. bronił się dzielnie. Z początkiem roku 1757 napadł powtórnie na Czechy, odniósł świetne zwycięztwo pod Pragą, ale gdy cesarskim nadeszły posiłki, poniósł jednakże ciężką klęskę pod miastem Kolinem, w której poległo 14,000 pruskich żołnierzy. Wkrótce potem wkroczyły do posiadłości Fryderyka wojska francuzkie, odnosząc zwycięztwa w okolicach Wezery. Z drugiej zaś strony Moskale zajęli Prusy książęce. Austryacy zdobyli Ślązk Górny i Łużyce, zajęli Wrocław, a nawet na krótki czas Berlin. W tych opałach postanowił Fryderyk dać na razie spokój armii austryackiej i rosyjskiej, a za to wszystkie swe siły zwrócić naraz przeciw Francuzom; ruszył tedy na zachód i udało mu się; zadał bowiem francuzkiemu wojsku ciężką klęskę pod Rossbach. Teraz nagle wraca szybko na Ślązk przeciw armii Maryi Teresy, znowu odnosi zwycięztwo pod Lutolem; cały prawie Ślązk wraca pod jego władzę, tylko Świdnica z okolicą zostaje jeszcze w ręku Austryaków. Po tych zwycięztwach opuścili też Moskale Prusy książęce, a Anglia zawarła przymierze z królem Fryderykiem.
Z wiosną 1758 zdobył Fryderyk Świdnicę i wpadł na Morawy. Austryacki jenerał Laudon zdołał odciąć go tutaj od Ślązka, tak, że Prusacy chcąc się wycofać, musieli kołować przez Czechy i góry Olbrzymie, nim się dostali z powrotem na Ślązk średni. Podczas tego Moskale zajęli na nowo Prusy książęce i wtargnęli do Marchii; dopiero pokonani pod Zorndorf zabrali się do odwrotu. Teraz ruszył Fryderyk znowu na Saksonią, ale tutaj poniósł ciężką klęskę pod Hochkirch. Szybko przeniósł się na Ślązk i powetował sobie tutaj, dając skuteczną odsiecz Nysie i Koźlu, poczem jeszcze raz próbował szczęścia w Saksonii. Równocześnie na zachodzie wojska pruskie złączone z angielskiemi wyparły Francuzów z Hanoweru (który należał do króla angielskiego) i z Westfalii, i zadały im klęskę pod Krefeldem.
W roku 1759 zebrało się nowe wojsko francuzkie, ale pobite w lecie pod Minden, musiało się schronić za Ren. Z Rosyi szła nowa armia, maszerując przez Polskę, wbrew woli narodu, za zezwoleniem Augusta III., który był elektorem saskim, i chciał koniecznie wmieszać Polskę do tej wojny. Gdy ta rosyjska armia połączyła się z austryacką, zadały obie razem pod Kundraczycami w Brandenburgii taką klęskę Fryderykowi, że gdyby pomiędzy sprzymierzonymi było więcej zgody i jedności w rozkazach ich wodzów, byłby Fryderyk chyba do reszty tę wojnę przegrał. Energiczny dalszy pościg byłby może doprowadził nowe pruskie królestwo do ruiny. Ale tylko Fryderyk był stanowczym i szybkim w postanowieniach i ruchach swoich a wodzowie austryaccy byli powolni, dali Fryderykowi dosyć czasu do wytchnienia i uzupełnienia wojska. Tymczasem zaś nastała coraz większa niezgoda między wodzami, z czego ten w końcu był skutek, że Moskale się wycofali i wrócili do Polski. Austryacy zajęli za pozwoleniem Augusta III. Saksonię i silnie się tu trzymali, Fryderyk rozpoczął wojnę na nowo, ale na razie nic nie wskórał w Saksonii.
Nie zdołał też zdobyć Drezna, stolicy Saksonii, ani w r. 1760. A tymczasem przybywało ze wschodu znowu nowe wojsko rosyjskie. Wódz austryacki Laudon, szedł im naprzeciw, żeby się z nimi połączyć, wpadł po drodze na Ślązk, a zwyciężywszy, zdobył Kłodzko; w dalszej jednak drodze doznał klęski pod Lignicą. Pomimo to zajęli Austryacy i Moskale na krótki czas Berlin. Lepiej się wiodło Fryderykowi na południu; zwyciężywszy pod Turgawą zapanował nad Saksonią.
W roku 1761 oszańcował się Fryderyk w warownym obozie pod Königszelt na Ślązku i tu się bronił od szturmów połączonych wojsk austryackich i rosyjskich dopóty, aż się doczekał znów niezgody między sprzymierzonymi i odejścia Moskali. Stracił jednakże jeszcze w tym roku Świdnicę, którą zdobył Laudon. Z końcem tego roku wojsko i kasa Fryderyka były już zupełnie wyczerpane; zdawało się, ze dłużej nie wytrzyma, gdy wtem śmierć carycy Elżbiety w pierwszych zaraz dniach roku 1762 zmieniła zupełnie stan sprawy. Następca jej na tronie, car Piotr III. zmienił zupełnie politykę, skłonił Szwecyę do pokoju z Fryderykiem, a sam nietylko zawarł z nim pokój, ale co więcej, przymierze, i przysłał mu 20,000 wojska na pomoc. Nagle Rosya stawała się z wroga Prus najlepszym ich przyjacielem! Dzięki temu poparciu odzyskał król pruski cały Ślązk, tak, że tylko jeszcze hrabstwo Kłodzkie pozostało w ręku Maryi Teresy.
Car Piotr III. panował tylko kilka miesięcy. Uduszono go na rozkaz własnej żony, Katarzyny, która po jego śmierci sama objęła władzę. Caryca Katarzyna odwołała wprawdzie rosyjskie posiłki, ale pokój z Prusami utrzymała i zachowywała się neutralnie. Austrya miała już tylko od Francyi pomoc; francuskie wojska poniosły jednak klęskę w Czerwcu 1762, poczem Francya wycofała się zupełnie z tej wojny. Prusom zaś pozostała pomoc Anglii, która tak była skuteczną, że Fryderyk mógł na rok 1763 przygotować wielką armię z 200,000 żołnierza. Książęta Rzeszy Niemieckiej poczęli zawierać z Prasami pokój, tak, że w końcu Marya Teresa została sama. Nie czekała tedy rozpoczęcia wojny na nowo, ale przystąpiła też do układów o pokój. Zawarto go dnia 15. Lutego 1763 w Hubertusburgu, zgodziwszy się, żeby wszystko było tak, jak przed wojną; nikt niczego nie zyskiwał, ani nie tracił. Siedmioletni rozlew krwi okazał się zupełnie zbytecznym: Ślązk pozostawał przy Prusach.
Przez tę wojnę cierpiała wiele Polska, chociaż w niej udziału nie brała. Już w roku 1748 przechodziła przez Polskę 30,000 armia rosyjska na pomoc Maryi Teresie, niszcząc kraj w tym pochodzie. Król August III. protestował wprawdzie przeciw temu bezprawnemu przemarszowi, ale bezskutecznie. Potem za siedmioletniej wojny w roku 1757 jenerał Apraksyn, ruszając przeciw Fryderykowi, szedł znowu przez Polskę, karmiąc wojsko polskim kosztem; przez cały też czas tej wojny uważały wojska rosyjskie Polskę za jakąś podstawę operacyjną przeciw Prusom. Podobnież Fryderyk pruski nie robił sobie żadnego skrupułu z ciągłego naruszania granic polskiego państwa; co więcej, przysyłał werbowników, żeby mu w Wielkopolsce ściągali ludzi do jego wojska, a gdy nikt do tego nie miał ochoty, urządzał w granicznych powiatach, formalne obławy na ludzi, których gwałtem porywał nocą i do wojska przymuszał. Jeszcze na dobitkę sprowadzała ta wojna klęskę ekonomiczną. Król pruski bowiem, nie mogąc podołać wydatkom wojennym, chwycił się dawnego średniowiecznego środka na wzmożenie skarbu: bicia fałszowanej monety i tą monetą zalewał Polskę.
Państwo polskie pozostawało w stanie zupełnego upadku, skoro wojska cudzoziemskie mogły sobie maszerować przez nią, nie pytając o pozwolenie. Zapewne pomyślał sobie każdy czytelnik: czemuż polskie wojsko na to pozwoliło? Odpowiedź na to pytanie da nam sposobność porównania stanu rzeczy w Polsce z państwami innemi, a zwłaszcza ze sąsiednimi Rosyą i Prusami.
W Polsce wojska prawie całkiem nie było, więc nie było komu bronić przemarszu wojskom rosyjskim, nie było komu skarcić samowolne werbunki Fryderyka II. Dziś tak to dziwnie brzmi: państwo bez wojska - dziś, kiedy w każdem większem mieście przyzwyczajeni jesteśmy co kroku spotykać na ulicy żołnierza, kiedy dwie trzecie części podatków idą na utrzymanie armii, która na skinienie rządu może się każdej chwili uzupełnić do liczby miliona. Ale dawniej tak nie było! Dużo setek lat obchodziło się chrześcijaństwo bez stałych armij, a były państwa i kwitnęły narody. Na wojny ruszała szlachta; w Polsce pospolite ruszenie szlachty broniło ojczyzny. Dopiero, w XV. wieku zmieniło się to. Najpierw we Francyi pomyślano o zawodowym żołnierzu. Przypomnijmy sobie, co się mówiło o tych sprawach przy sposobności wojny trzynastoletniej za króla Kazimierza Jagiellończyka, jak zaczęto używać żołnierza zacieżnego. Zaciężnemi wojskami prowadzono wojnę trzydziestoletnią. Po tej wojnie zaczęły rządy trzymać zacieżnego żołnierza zawsze i tak wprowadzono stałe wojska we wszystkich państwach europejskich. Wojska te zaczęto powiększać coraz bardziej, ale pomimo to były one bardzo jeszcze szczupłe w porównaniu z dzisiejszemi armiami. Dopiero Fryderyk II. orzekł, że utrzymanie armii jest głównym celem państwa, przed którym wszystko inne ustąpić musi. On jest ojcem militaryzmu.
Militaryzm jest koniecznie potrzebny, jeżeli się prowadzi politykę zaborczą. Kto chce zdobywać, musi mieć potężną armię. W całej zaś Europie jedno tylko było państwo, które nie pragnęło zdobywać, które nie czyhało na cudze, a więc obywatele tego państwa sądzili, że się bez militaryzmu obejdą. Państwem tem była Polska. Wojsko stałe było w Polsce bardzo nieliczne i stało tylko na granicy tatarskiej i tureckiej, żeby ztamtąd nie dopuścić najazdu. W innych stronach, wzdłuż całej granicy, wojska stałego całkiem nie było; po prostu dlatego, że nie przypuszczano, żeby ze strony chrześciańskiej miał nastąpić najazd, skoro się do niego nie daje żadnej przyczyny. Trzymano się w polityce uczciwości i wierzono w uczciwość innych.
Ta wiara w uczciwość - oto największy błąd Polski; czy to jednak było grzechem?
Były jednak w Polsce także inne błędy, które już stanowczo były grzechami. Nie mamy zamiaru niczego zasłaniać. Urządzenie państwa stało się w tym okresie takiem, że dla nie - szlachcica zamkniętą była droga do nauki, do urzędów i godności. Minęły już te czasy, kiedy to mieszczanina a nawet chłopa chętnie przyjmowano do herbu szlacheckiego. Wieśniak stał się zupełnie poddanym szlachcica, odkąd zakazano mu wnosić przed sądami skargi na pana. Przepadła dlań nadzieja polepszenia sobie losu przez emigracyę na Podole i Ukrainę, odkąd wojny kozackie zawieruszyły te prowincye, które potem przeszły pod władzę turecką, a częściowo moskiewską; gdy zaś Podole i przeddnieprska Ukraina wróciły pod panowanie polskie, zmieniły się już tymczasem stosunki i tam taka sama panowała niewola, jak na zachodzie. Dola i niedola chłopka zawisła od tego, czy trafił na dobrego, czy na złego pana; ale nie mógł przestać być chłopem, bo już mu nie wolno było ani samemu przenieść się do miasta, ani syna posłać na nauki. Słowem, zaczęło być w Polsce tak samo, jak przedtem już było za granicą.
Gdyby kwitnęły miasta, zakazy te byłyby pewnie zostały na papierze. Ale miasta pogrążone były w wielkim upadku; wyniszczone wojnami, nie mogły się już podnieść, bo szlachta nie pozwoliła na żadną ustawę, któraby mogła podnieść materyalnie mieszczaństwo. Swoją drogą, mieszczaństwo polskie samo sobie winno; nigdy o nic się nie upominało, żadna a żadna myśl nie wyszła z tej warstwy, w ruchu narodowym nie brało żadnego udziału i o swoje własne sprawy nawet się nie troszczyło. Zapanowało w miastach najstraszniejsze niedołęztwo, z dawnych kupców porobili się ladajacy kramarze, a z rzemieślników partacze. Za granicą, w ilużto państwach, ileżto razy był prawdziwy i ciężki ucisk miast; ale mieszczanie bronili się i umieli się bronić, a wydając z pośród siebie liczny zastęp intelligencyi, zyskiwali na znaczeniu i zmuszali innych do szacunku, a następnie też do ustępstw politycznych. Kto sam sobie nie radzi, trudno, żeby mu inni radzili! Trudno, żeby mieszczaństwo polskie miało coś znaczyć w państwie, skoro składało się z nieuków; burmistrzowie podpisywali się w tych czasach po większej części krzyżykami, bo pisać nie umieli! Szlachta była zaślepiona, zapalczywa - a mieszczaństwo wielce niedołężne. Szlachta miała ciężki grzech na sumieniu, że nie dotrzymano przysięgi Jana Kazimierza złożonej w katedrze lwowskiej, ale jeszcze cięższy grzech mieszczaństwa, że się nie troszczyło o nic a nic, prócz łokcia i kwarty i zamykając dobrowolnie oczy na wszystko, pozwoliło bez najmniejszego głosu protestu, żeby szlachta opanowała całe państwo i miastom nawet prawa dyktowała. Szlachta straciła poczucie obowiązku, ale mieszczaństwo straciło nawet poczucie godności!
Nie trzeba też myśleć, że szlachta cała naprawdę rządziła państwem! Jak chłop był niewolnikiem szlachcica, tak większa połowa szlachty była niewolnikami magnatów. Magnat szlachcica uciskał, krzywdził, zabrał mu wieś, rujnował go i nie dopuścił do żadnego urzędu, jeżeli ten szlachcic nie był posłusznym służką pańskim. Cała szlachta wybierała posłów na sejm, ale jak? Biada temu szlachcicowi, który głosował inaczej, niż mu "poradził" magnat z sąsiedztwa; na prawdę więc wyszło na to, że posłów po prostu mianowali magnaci; oni też mieli w swem ręku sejm i króla. Oni trzęśli Polską i robili, co chcieli. Gdyby między nimi była jedność, byliby przynajmniej w polityce coś zrobili; ale między nimi były wieczne swary i zazdrość o dygnitarstwa i majątki. Oni to najmowali niesumiennych ludzi, których kazali wybierać na posłów, po to tylko, żeby taki poseł krzyczał "nie pozwalam" i zrywał sejm, jeżeli któremu z nich zagrażała na sejmie jakaś nieprzyjemność. Oni to nie dopuścili do wzmocnienia władzy królewskiej, żeby król nie mógł krótko ich trzymać. Szlachta była po większej części igraszką i narzędziem w ich ręku; toteż niema sensu wołać "szlachta Polskę zgubiła", bo za to odpowiedzialność spaść musi na tych, którzy mieli w ręku rządy, wpływy, dygnitarstwa i majątki, na tych, którzy w tym okresie jedyni mieli na prawdę władzę. Magnaci doprowadzili Polskę do poniżenia i upadku. W tym okresie nie wiele jest o nich dobrego do powiedzenia; sprawiedliwość każe jednak zwrócić uwagę, że inaczej bywało przedtem i zmienili się oni też potem.
Ale w czemże tkwi przyczyna tego wszystkiego złego? Czemże wytłumaczyć, że szlachta, która miała w swem ręku wszystkie prawa, sama ich nie wykonywała, ale robiła tak, jak kazali magnaci? Przecież według ustawy polskiej nie było osobnego magnackiego stanu i najpotężniejszy książę nie miał według ustawy większych praw, jak najuboższy szlachcic. Było przecież nawet przysłowie, że "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie." Jak mieszczaństwo samo sobie winno, że stało się niczem, tak też szlachta sama sobie winna, że była piłką w ręku wielkich panów.
Posiadać prawa, to nic nie znaczy, jeżeli się tych praw nie umie wyzyskać. Przypatrzmy się, jak dziś się dzieje. Dziś lud ma prawa polityczne i jest równy zupełnie innym stanom; a przecież rzadko kiedy lud te prawa wyzyskuje. Przypatrzmy się wyborom: ludowi wolno głosować, jak mu się podoba, a za gwałcenie tej wolności są prawem przepisane kary. A przecież nie przy każdych wyborach na Ślązku zwyciężał kandydat ludowi miły i bardzo wielu daje głos na takiego kandydata, któremu w sercu wcale nie są życzliwi. Otóż kropka w kropkę tak samo głosowała wówczas szlachta polska.
Do należytego korzystania z posiadanych praw potrzebną jest oświata. Kto niema oświaty, ten daje się nastraszyć, skoro tylko ktoś na niego huknie; kto ma oświatę, ten odpowie "nie masz tu prawa hukać" i robi swoje; a gdy hukający przekonają się, że hukanie nic nie pomoże, dadzą temu spokój. Ale człowieka nieoświeconego można wyposażyć wszelkiemi prawami, na nic mu się nie zdadzą, on i tak da się zwodzić i będzie się wysługiwał pierwszemu lepszemu, kto na niego huknie.
Otóż szlachta polska bardzo a bardzo upadła pod względem oświaty. Za czasów saskich stanowczo większa połowa szlachty była ciemnym tłumem; przestali się garnąć do nauk, do literatury, rzadko kto z nich skończył szkoły. Upadek oświaty obniżył w nich poczucie obowiązku, a w polityce nie dawał im odróżnić dobrego od złego; z tego wypłynęła zła ustawa rządowa i przewaga magnatów, którzy śmiali się w kułak z "głupiej szlachty". Tak jest, wszystkiego złego w Polsce źródłem jest upadek oświaty. Ciemna szlachta i ciemne mieszczaństwo złożyli się na spółkę na upadek rządu, upadek handlu, przemysłu i bezbronność państwa.
W czasie, kiedy sąsiedzi zabrali się do polityki zaborczej na wielka skalę, - trzeba było przecież zrozumieć, że ci sąsiedzi uderzą prędzej, czy później na Polskę, nie utrzymującą prawie całkiem stałego wojska. Jakżeż było można nie widzieć tego, co było tak jasnem i prostem? Ha, można było nie widzieć i nie widziało się - bo się nie miało oświaty.
Czyż wszyscy a wszyscy w Polsce byli ciemni, czyż nikt nie miał oświaty? Tak źle nie było; ale głupich była większość, a za nimi stała władza skupiona w ręku możnowładztwa. Obalić tę władzę nie było łatwą rzeczą i na to trzeba było czasu, a przedewszystkiem trzeba było podnieść oświatę w narodzie. Byli tacy, którzy to rozumieli wybornie; nawet w czasach największego upadku nie brakło rozumnych patryotów, którzy dobrze wiedzieli, co robić i jak robić. Byli ludzie, którzy uważali za cel swego życia: zmienić formę rządu w Polsce, zmienić złe ustawy. Ci postanowili wprowadzić w Polsce tron dziedziczny, znieść prawo posła do zrywania sejmu, znieść dożywotność dygnitarstw, a powiększyć za to wojsko, powiększyć skarb, pociągnąć szlachtę do podatków i umniejszyć władzę szlachty nad ludem. A więc była nadzieja, że stosunki w Polsce się zmienią, że zapanuje ład i porządek w rządzie.
Państwo będące w porządku, nie mogłoby się tak łatwo stać łupem sąsiadów. Rozumiały to dobrze Rosya i Prusy. Otóż kiedy podczas wojny siedmioletniej państwa te zawierały ze sobą przymierze dnia 8-go Czerwca 1762 roku, wśród artykułów tego traktatu było także zobowiązanie, żeby nie dopuścić do zmiany ustawy w Polsce, żeby utrzymać elekcyjność tronu i prawo zrywania sejmów. Zapamiętajmy sobie to dobrze!
Niemcy tak się lubią wyśmiewać z tych ustaw, tak szydzą z polskich nieporządków. A któż-to był tych nieporządków protektorem i opiekunem? Kto to w roku 1782 zobowiązał się wypowiedzieć Polsce wojnę w razie, gdyby chciano w Polsce wprowadzić porządek? Kto-to zawierał przymierza gwarantujące te nieporządki?
XII. Rozbiory odradzającej się Polski
Powiadają słusznie, że oliwa i prawda zawsze na wierzch wyjdą; choćby nie wiedzieć jak mącić ciecz w naczyniu, oliwa wyjdzie na wierzch; chociażby nie wiedzieć jak mącić sprawy publiczne, rozumniejsi dojdą wreszcie do swego, byle tylko pracowali energicznie, a bez ustanku. Widzieliśmy, w jakim-to stanie upadku było społeczeństwo polskie za czasów saskich; a jednak wkrótce miało się to samo społeczeństwo tak podnieść, że znowu mogło służyć innym narodom za wzór cnót obywatelskich.
Mówiliśmy, jak-to Polska podczas wojny siedmioletniej służyła jakby za karczmę zajezdną wszelkiemu cudzoziemskiemu żołdactwu: wojskom pruskim, saskim i moskiewskim. Byli obywatele, którzy czuli doskonale to poniżenie godności państwa; byli oni w mniejszości, ale nie zakładali rąk bezczynnie i zabrali się do dzieła; zabrali się do siejby, poruczając żniwa szczęśliwszej przyszłości.
Szkoła Leszczyńskiego i ksiądz Stanisław Konarski
Pierwszym siewcą zdrowego ziarna na niwy polskie był król Stanisław Leszczyński, o którego szkole w Lotaryngii już była mowa. Napisał on też dla Polaków książkę p. t. "Głos wolny", w której wykazuje, jak szlachta powinna używać swoich wolności, żeby się nie wyrodziły w swawolę i jakie zmiany trzeba zaprowadzić w rządzie, żeby Polska znowu była potężnem mocarstwem. Wychował też w tym duchu grono młodzieży, którą z Polski do siebie sprowadzał; śliczny przykład króla patryoty, który, chociaż nie utrzymał się przy koronie, chociaż losem zmuszony przebywać na obczyźnie, pamiętał jednak o obowiązkach względem ojczyzny i trudził się dla jej dobra. W szkole tej kształciła się garstka młodzieży z najbogatszych rodów; pierwszym też jej skutkiem było, że wśród magnatów przejrzał ten i ów, i że w tej warstwie narodu doczekaliśmy się znowu dzielnych obywateli, jakkolwiek większość możnowładztwa ciągle jeszcze była godną potępienia.
Wśród wychowanków Leszczyńskiego najbardziej się odznaczył ksiądz Stanisław Konarski; przebywając przez dłuższy czas na lotaryńskim dworze, przejął się myślami zacnego króla - wygnańca i postanowił życie całe poświęcić wyłącznie na usługi Ojczyzny. Konarski najlepiej pojął tę prawdę, że cały upadek Polski wyniknął z upadku oświaty. Pisał on też dzieła polityczne, w których nakłaniał do lepszej formy rządu, ale przedewszystkiem starał się o reformę szkół i dokonał rzeczywiście wielkich rzeczy w tym kierunku. Ksiądz Konarski należał do zakonu Pijarów, który bardzo podupadł; on go podźwignął, wytknąwszy mu jako cel: nauczanie młodzieży. Ułożył reformę Zakonu, dodając do trzech zwykłych ślubów jeszcze czwarty: "nauczania aż do śmierci." Uzyskawszy dla swej reformy potwierdzenia stolicy apostolskiej, stał się filarem świetnego odrodzenia tego zgromadzenia, które odtąd wiele sobie zdobyło zasług około oświaty, w Polsce i za granicą.
W Polsce reforma Konarskiego stała się kamieniem węgielnym narodowego odrodzenia; szkoła jego warszawska stała się wkrótce wzorem dla wszystkich innych w całym kraju. Uczono znacznie więcej, niż poprzednio, a uczono gruntownie i zawsze z tą myślą, żeby naukę stosować do praktycznych potrzeb obywatelskiego życia. Uczeń szkoły pijarskiej znał doskonale historyę, geografię i urządzenia wszystkich państw w Europie, znał sposób życia i stan nauk za granicą i mógł to wszystko porównywać ze stanem własnego kraju. Toteż każdy uczeń tych szkół przejęty był myślą, że po to się uczy, ażeby dorósłszy poprawiać urządzenia krajowe, zmieniać i usuwać wszystko, co złe. Dorastało w tych szkołach nowe pokolenie, które miało zmienić zupełnie tok spraw publicznych, pokolenie pełne godności, honoru miłości ojczyzny i poświęcenia. Chociaż do okoła źle się jeszcze działo, ksiądz Konarski spoglądał śmiało w przyszłość, mając znaczną część szlacheckiej młodzieży w swem ręku.
Ale to pokolenie dorastało dopiero zwolna, a zanim skończyło szkoły, dojrzało i dostało się do urzędów i majątków, rządziło tymczasem jeszcze pokolenie starsze, zepsute, wśród którego zaledwie było kilkunastu wybitniejszych, z tych, co-to wyrosnęli pod wpływem myśli Leszczyńskiego, a na ich czele rodzina Czartoryskich. Czartoryscy stanęli na czele stronnictwa reformy; pierwsza magnacka rodzina otrząsnęła się z gnuśności saskich czasów i zabrała się do pracy około odrodzenia ojczyzny. Zamiarem tego grona obywateli było wprowadzić przepisy co do porządku obrad sejmowych, t z. regulamin sejmowy, zabronić zrywania sejmów i wydać ustawę, żeby odtąd zawsze to było prawem, co większość na sejmie uchwali, nieoglądąjąc się na sprzeciwianie się mniejszości; chcieli też zaprowadzić ministerstwa skarbu i wojny, które nazwali komisyami. Poparł Czartoryskich w Wielkopolsce Andrzej Zamojski, wojewoda inowrocławski magnat bardzo rozumny i zacny.
Gdy do tej reformy werbowano w całym kraju stronników, których obok zabiegów partyi Czartoryskich jednały dobrej sprawie także książki pisane przez księdza Konarskiego, nastało bezkrólewie z powodu śmierci Augusta III. Sasa w roku 1763. Zależało teraz niezmiernie na roztropnym wyborze następcy. Najlepiej byłoby, żeby się tron dostał jednemu z Czartoryskich: Michałowi lub Augustowi. Ale o tem trudno było myśleć, bo znaczna jeszcze część szlachty nie życzyła sobie reformy państwa. Gdy się Czartoryscy rozglądają za kandydatem do korony, okazało się wtem, że Rosya ma już gotowego kandydata w osobie Stanisława Augusta Poniatowskiego. Kandydaturę tę wysunęła caryca Katarzyna; znała ona dobrze Poniatowskiego z dawniejszych lat z Petersburga, gdzie Poniatowski był przez niejakiś czas posłem, a zarazem jej kochankiem. Chciała go mieć królem polskim dlatego, że dobrze go znając, wiedziała, iż to człowiek samolubny, tchórzliwy i bardzo a bardzo słabego charakteru. Liczyła też na to, że znajdzie w nim powolne narzędzie do swoich planów w Polsce. Szczęśliwym dla niej wypadkiem Poniatowski był właśnie krewnym Czartoryskich; matka jego była ich siostrą. Czartoryscy nie bardzo byli zbudowani i wcale nie uradowani, że na tronie ma zasiąść taka paradna lalka, ale trudno było wojować ż Katarzyną. Pocieszali się też tem, że to przecież ich siostrzeniec, może tedy zyskają wpływ na niego. Poniatowski przyrzekał też Czartoryskim wszystko, co tylko chcieli, tak, że ci uznali go wreszcie za swego kandydata. Myśleli sobie, że caryca Katarzyna bardzo się zawiedzie, bo nie ona, lecz oni będą mieli króla w swem ręku, a tak Moskwa sama im dopomoże. Chcieli wyzyskać ten zbieg okoliczności i zaczęli sami udawać przyjaciół Katarzyny, żeby mieć jej poparcie do tej lub owej sprawy, ażby nadszedł czas, kiedy zamiary ich dojrzeją, a kraj wzmocniony pozbędzie się opieki carycy i Moskali powyrzuca. Zaczęli tedy "politykować", tak, jak się zawsze robiło u innych narodów i myśleli, że polityką swoją wywiodą w pole Moskwę. Próba nie udała się. Okazało się, że Polak tylko szlachetnością czegoś dokona; do krętych ścieżek niezdatny, nigdy niczego wielkiego krętą drogą nie zrobi. W krętactwie Polak zawsze był i będzie partaczem, bo to nie nasza natura! Toteż polityka Czartoryskich ze Stanisławem Augustem Poniatowskim i z carycą Katarzyną była partactwem; okazało się w końcu, że Czartoryscy grubo się oszukali.
Rosya i Prusy przeszkadzają naprawie rządu w Polsce
Dnia 31-go Marca 1764 roku zawarła Rosya i Prusy tajemną umowę, przez którą zobowiązały się nie dopuścić do korony polskiej nikogo innego, jak tylko Stanisława Augusta Poniatowskiego; widać, że państwa te miały niepłonną nadzieję, iż ten król będzie bardzo wygodny do poprzedniej ich zmowy z roku 1762. Co za zbieg okoliczności, bo właśnie na tym samym królu opierali Czartoryscy nadzieję reformy. Na pierwszym zaraz sejmie próbowali szczęścia i poddali swoją reformę pod obrady; sejm zgadzał się na wszystko, bo przeciwników zmuszono do opuszczenia placu, ale gdy doszło do znoszenia najgorszego ze wszystkich praw, nieszczęsnego prawa zrywania sejmów przez jednego choćby tylko posła, który krzyknął: "nie pozwalam!" gdy do tego doszło, przymierze rosyjsko - pruskie nie dopuściło do zbawiennej uchwały! Na inne rzeczy przystali i siedzieli cicho, bo wszystko inne i tak na nic się nie zdało, póki wystarczało mieć w sejmie jednego przekupionego człowieka, który sejm zrywał. Najlepsze prawa pozostawały przez to prawie tylko na papierze; jeden głos niesumienny lub nierozumny miał prawo wszystko obalić. To zgubne prawo utrzymało się nadal dzięki staraniom Fryderyka II. zwanego Wielkim, który nie chciał dopuścić do poprawy w Polsce.
Na drugim sejmie w roku 1766 radzono o skarbie i podatkach. Chodziło o sprawiedliwy rozkład podatków, o ulgi dla mieszczaństwa i ludu wiejskiego, a ukrócenie zbytnich wolności szlachty. Sejm składał się ze samej tylko szlachty, ale stanowczo większość pochwalała te projekty. Porządny skarb państwowy byłby doprowadził do porządnego wojska stałego i tego też chciało coraz liczniejsze stronnictwo Czartoryskich. Ale też tego właśnie nie chciały Rosya i Prusy. Dnia 11-go Listopada 1766 roku oświadczyli posłowie tych państw, że w tych sprawach nie zezwolą na głosowanie większością głosów, ale wymagają zachowania starego zwyczaju jednomyślności, t. j. żeby sprzeciwienie się choćby jednego tylko posła unieważniało uchwałę. Inaczej wypowiedzą Polsce wojnę, a do tego Polska jeszcze przygotowana nie była. Znowu więc Katarzyna i Fryderyk II. przeszkodzili reformie.
Ponieważ stronnictwo reformy silniejszem było z roku na rok, postanowili sąsiedni monarchowie zadać mu klęskę przez wywołanie wojny domowej. Poruszyli stronnictwo staroszlacheckie, żeby się zawiązało w zbrojną konfederacyą w obronie dawnej szlacheckiej swawoli; stanęła też konfederacya Radomska pod przewodem Karola Radziwiłła, sławnego głupca i pijanicy; Katarzyna i Fryderyk II. zawarli z nimi sojusz. Za pozór do działania posłużyła sprawa t. z.. dyssydentów, t. j. niekatolików, a więc drobnych resztek protestantów, jacy jeszcze w Polsce zostali i schyzmatyków, o ile nie nawrócili się na unię; ci bowiem nie mieli przystępu do sejmu i senatu od czasów Władysława IV., używając zresztą swobody wyznania. W rzeczywistości nie o nich jednak chodziło, ale o pognębienie stronnictwa reformy. I rzeczywiście, gdy konfederacyą radomska zwyciężyła i opanowała następny sejm w roku 1768, zapewniono wprawdzie wszystkie prawa dyssydentom, ale też zarazem postanowiono, że w Polsce na zawsze ma pozostać tron elekcyjny, że sejm może wydawać prawa tylko jednomyślnością, a jeden glos wystarcza do zerwania go. Tak dzięki przemocy Prus i Moskwy upadła reforma Czartoryskich.
Pomimo, że przy wyborach na ten sejm dopuszczano się największych gwałtów z pomocą wojsk moskiewskich, jednakże wybrano tu i ówdzie posłów ze stronnictwa reformy. W imieniu tego grona zaprotestował przeciw sejmowi z roku 1768 Józef Wybicki, poseł pruski (z Prus królewskich czyli Zachodnich). Świadczy to pięknie o rozumie i patryotyzmie ziemi pruskiej, że wybierała takich posłów.
Gwałty rosyjskie doprowadzały patryotów do rozpaczy. Gwałt trzeba gwałtem odpierać, innej rady nie ma; do tego jednak trzeba siły, a Polsce ówczesnej rozpoczynającej dopiero odrodzenie, daleko było do tego, żeby można było pokonać i Prusy i Moskwę. Do tego trzeba było przedewszystkiem jedności w narodzie, a tymczasem połowa dopiero szlachty była za reformą. Trzeba było czekać cierpliwie, aż wyrośnie nowe pokolenie, kształcone w pijarskich szkołach. Wiedzieli o tem Czartoryscy i radzi nie radzi musieli przycichnąć, żeby jeszcze bardziej nie pogarszać sprawy. Tak kazał rozum polityczny.
Ale całe tłumy szlachty patryotycznej nie zdolne były rozumować na zimno i w najlepszej chęci, z wiarą w dobrą sprawę, porwały za broń, zawiązawszy patryotyczną konfederacyą barską pod przewodem braci Puławskich. Celem konfederacyi było: wyrzucić z Polski załogi moskiewskie. Konfederaci barscy dokazywali cudów męztwa; cztery lata nękali Moskali i pruskie posiłki, przysyłane czasem Rosyi na pomoc przez Fryderyka II. Ale cóż? Konfederaci nieśli krew i mienie na usługi ojczyzny, ale czyż to mogło zastąpić regularną armię? Ruch ten sam w sobie zacny i bardzo chwalebny, był jednak ze względów politycznych przedwczesnym. Mogło się to było udać w takim tylko razie, gdyby król stanął na czele konfederatów Barskich; przykład majestatu byłby może porwał za sobą cały naród, za królem musieliby iść hetmani, za hetmanami to drobne wojsko, które Polska posiadała, a które podczas wojny łatwo było powiększyć. Rosya była właśnie zajęta wojną z Turcyą. Francya przysłała konfederatom drobne posiłki; byłaby przysłała większe, gdyby na czele przedsięwzięcia stał sam król. Prusy zaś takżeby inaczej się zachowywały, gdyby Fryderyk II. widział, że to cały naród powstaje z królem na czele! Ale Stanisław August, zawsze tchórzem podszyty, zdatny był bardzo na jakiego wysokiego urzędnika w kancelaryi, do piórka i deklamacyi, ale do szabli na nic. Głowę też miał za słabą do noszenia korony, do tego stanowczo miał za mało rozumu i za mało charakteru.
Król Stanisław August sam pomagał rozbrajać konfederatów barskich; a w obec tego walka ich z góry skazaną była na bezskuteczność.
W roku 1769 odbyła się walna narada przywódców konfederacyi barskiej w miasteczku Białej, na samej granicy ślązkiej; zjechało się 34 marszałków wojewódzkich; wybrano tam naczelną władzę, t z. generalicyę, która osiadła już za granicą polską, na Górnym Ślązku, w Cieszynie, który pozostawał pod panowaniem Habsburgów. Barscy zwrócili się teraz przeciw Stanisławowi Augustowi, żeby go pozbawić tronu; jakkolwiek niezdatny i niegodny król w zupełności na to zasługiwał, jednakże pomysł ten był niepolityczny, bo powiększał zamęt w skołatanym kraju. Kilku konfederatów spróbowało nawet porwać króla z Warszawy do obozu, gdzie miano mu dać do wyboru albo przystąpienie do konfederacyi, albo złożenie korony. Sprawa się nie udała, a tchórzliwy Stanisław August rozpisał listy do wszystkich monarchów, że konfederaci go chcieli zabić! Prusy i Rosya były zawsze gotowe bronić tego żywota, dla nich tak drogocennego.
Pruski projekt rozbioru Polski
Fryderyk II. już na cały rok przedtem wystąpił z myślą rozbioru Polski, której on jest autorem. Widząc, że naród coraz bardziej się budzi, bał się, czy potem nie będzie za późno, żeby urwać coś z prowincyj polskich, a przedewszystkiem Prusy królewskie, owe Prusy, tak bardzo potrzebne do usprawiedliwienia tytułu "króla pruskiego". Posyła więc pod koniec roku 1769 do Petersburga z propozycyą, żeby przystąpić do rozbioru Polski. Caryca Katarzyna dała jednak odpowiedź odmowną, dla tego, że nie chciała się z Fryderykiem dzielić.
Tymczasem Marya Teresa zajęła w roku 1770, nie wypowiedziawszy wojny, krainę zwaną Spiżem. Niewielka ta kraina jest na południe Tatr, po stronie węgierskiej, a należała do Polski od czasów Władysława Jagiełły. (Ludność tam do dziś dnia jest polska). Zajmując Spiż, pomylili się urzędnicy Maryi Teresy jakoś co do granic tej krainy i zajęli trzy razy więcej, bo całą ziemię nowotarską, choć ta jest na północy Tatr, a nie na południu! Zdaje się, że ten rabunek podczas pokoju umówiony był także jeszcze w roku 1769 na zjeździe Fryderyka II. z synem i współrządcą Maryi Teresy, Józefem II.; zjazd ten odbył się na Ślązku w Nysie. Widocznie postanowiono przed rozbiorem Polski urządzić sobie małą próbę. Zaraz po zajęciu Spiżu przez Habsburgów zaczął Fryderyk II. gromadzić wojska na granicy polskiej, którą raz wraz przekraczał i wkraczał zbrojne do Warmii, do Prus królewskich i do Wielkopolski. Nie śmiał tam jeszcze wojska osadzić na stałe, z obawy przed Rosya, która mogłaby połączyć się z Polską przeciw niemu. Posyła tedy do Petersburga powtórnie; tym razem rodzonego brata, księcia Henryka, żeby carycę koniecznie nakłonić do rozbioru. Ale w Petersburgu nie miano jeszcze ochoty dzielić się zdobyczą. Dopiero gdy Austrya zaczęła się zmawiać na Rosyę z Turcyą, musiała caryca zapewnić sobie na wszelki wypadek przyjaźń Prus i ostatecznie przystała na podział. Józef II. proponował wtenczas Fryderykowi II., żeby mu oddał Ślązk, a za to zabrał sobie większy kawał Polski. Ale nie przystał na to król pruski, lecz chciał koniecznie, żeby Austrya także wzięła udział w robiorze; miał przy tem to na myśli, żeby Austrya, raz do rozbioru przyłożywszy rękę nie mogła Polakom służyć za oparcie przeciw Rosyi lub Prusom.
Austrya dała się złapać, a skutki tego fatalne być miały dla dynastyi Habsburgów, jak to później zobaczymy.
Austrya, gościnna dotychczas dla generalicyi konfederacyi barskiej, kazała im opuścić Cieszyn z początkiem roku 1772. Zaraz potem, dnia 6-go i 19-go Lutego 1772 podpisano w Petersburgu i w Wiedniu dwa układy rozbiorowe pomiędzy trzema ościennemi dworami; kilka miesięcy trwały jeszcze targi, co kto ma zabrać; 5-go Sierpnia zgodzili się nareszcie i zawarli traktat, ale trzymali go jeszcze w tajemnicy. Dopiero we Wrześniu wydali manifesty, które niespodzianie zaskoczyły naród polski; zaraz też wojska trzech państw wkroczyły do upatrzonych z góry prowincyj.
Rosya zabierała kraj między rzeką Dźwiną, Dnieprem i Druczą, t j. województwo inflanckie i Ruś Białą. Austrya kraj zwany dzisiaj Galicyą, a nadto jeszcze spory kawał kraju koło Zamościa i Hrubieszowa. Prusy zabierały prawdziwe Prusy (dzisiejsze t. z. Prusy Zachodnie, a po polsku Królewskie) z wyjątkiem miasta Gdańska, województwo chełmińskie z wyjątkiem miasta Torunia, województwo malborskie i część Wielkopolski aż po rzekę Noteć.
Było obowiązkiem Stanisława Augusta stanąć choć teraz na czele narodu; choćby miał zginąć w walce, było to teraz jego królewskim obowiązkiem. Ale ten król miał przejść do historyi shańbiony. Państwa rozbiorowe żądały, żeby sejm zatwierdził ten pierwszy rozbiór. Król sejm zwołał. Naród po większej części nie chciał wybierać na ten sejm posłów; wybrano też zaledwie 102 posłów; za mała liczba, żeby uchwały tego sejmu mogły być ważne. Państwa rozbiorowe znalazły sobie wyrodnego Polaka, godnego hańby wieczystej Adama Ponińskiego, który zupełnie im się zaprzedał. Ten zajął się gorliwie wyborami na ten sejm, starając się, żeby wybierano przekupionych wyrodków; sypał też dukatami i sam grubo się obłowił na tym szafunku judaszowskiego grosza.
Sejm zwołano do Warszawy, którą obsadziły zawczasu wojska austryackie, pruskie i moskiewskie. Pod bagnetami tych państw obradujący sejm nie był wolnym, a więc uchwały jego nie mogą mieć dla historyi żadnego znaczenia. Przeprowadzono wybór Ponińskiego na marszałka. Zdrajca przystępuje do zagajenia sejmu. Natenczas powstał z protestacyą poseł nowogrodzki, Tadeusz Rejtan i nie dopuszcza do zagajenia; przez kilkadziesiąt godzin nie opuścił ani na sekundę sali, żeby stwierdzać, że sejm jeszcze nie zagajony, a więc niczego uchwalać nie można, kilku innych posłów przyłączyło się do niego. Żołnierze państw zaborczych okalają salę sejmową; otwierają drzwi i błyskają bagnetami. Rejtan rzuca się na próg i woła: "Chyba po moim trupie!" żołnierze przeszli przez jego ciało i z bronią w ręku otoczyli posłów.
Pomimo takich gwałtów i pomimo to, że miano znaczną cząść posłów przekupionych, trzeba było ten sejm siedm razy przerywać i odraczać. Dopiero po dwóch latach udało się państwom rozbiorowym zyskać potwierdzenie traktatów; tak długo sejm umyślnie się przeciągał. Dnia 11-go Kwietnia miał król podpisać, ale zabrakło nagle kałamarza, który ktoś sprzątnął Ponińskiemu. Natenczas ten polski Judasz wyciąga ołówek i podaje królowi, a król niedołęga i niecnota podpisuje.
Odrodzenie społeczeństwa polskiego
Tyle dokazała hałastra, która wychowała się za najgorszych czasów saskich, a teraz stała u steru. Ale też zbliżał się już koniec panowania złych i głupich. Pierwszy rozbiór otworzył oczy niejednemu Polakowi, zwłaszcza, gdy mocarstwa rozbiorowe ponowiły w roku 1773 znowu zastrzeżenie, żeby w Polsce nie dopuścić dziedziczności tronu. Z podwójnym wysiłkiem pracowali odtąd patryoci nad tem, ażeby coraz więcej obywateli pozyskać dla swych zamiarów poprawy urządzeń państwowych. Najlepszym środkiem do tego było wychowanie młodzieży, jak o tem świadczyli już dorośli wychowankowie szkół pijarskich.
W roku 1774 powstała tak zwana komisya edukacyjna; było to pierwsze w całej Europie ministerstwo oświaty. Komisya ta tak wybornie wywiązała się ze swego zadania, że słusznie nadano jej przydomek "wiekopomnej." Rzeczywiście, w całej Europie nie było nigdzie tak dobrze urządzonych szkół, jak polskie z końcem XVIII. wieku. Co dawniej robił Konarski, to teraz rząd sam brał w swoje ręce; sprawa szła odtąd szybciej i na większą skalę, a coraz większy postęp społeczeństwa był widocznym owocem tych zabiegów. Szczęściem, że Rosya i Prusy nie wtrącały się przynajmniej w sprawy szkolne.
Rząd, który tak dbał o szkoły, pamiętał też o skarbie i wojsku, chcąc jedno i drugie poprawić i wzmocnić. Ale Rosya i Prusy założyły protest oświadczając, że nie pozwolą, żeby państwo polskie miało dochodów więcej, jak 36 milionów złotych polskich, (złoty polski znaczy pół marki dzisiejszej pruskiej), ani wojska więcej, jak 30 tysięcy. Państwa te groziły, że inaczej zaraz powiększą swoje zabory.
Pomimo, że Rosya i Prusy dokładały wszelkich starań, żeby Polskę utrzymać w stanie upadku, postęp jednakże był widoczny. Szlachta coraz bardziej wykształcona, przestawała uciskać lud wiejski; za zabicie chłopa ustanowiono karę śmierci, pozwolono synów chłopskich oddawać do szkół lub do rzemiosł do miasta. Coraz więcej było takich, którzy sami, choć szlachcice, wołali o zniesienie pańszczyzny; coraz częściej zdarzało się, że ten i ów szlachcic sam od siebie uwalniał chłopów z poddaństwa, i oddawał im gospodarstwa za umówionym czynszem; powstawały nawet szkółki wiejskie. Zmora ciemnoty okresu saskiego ustępowała; budziła się do życia na nowo szlachetna natura narodu.
Budziło się też z wiekowego snu mieszczaństwo polskie; coraz lepsze ustawy zapewniały miastom rozwój przemysłu i handlu, ludzie zaczęli się znowu bogacić i garnąć do oświaty. Znaczna ilość mieszczańskich synów kończyła wyższe nauki, niosąc światło w swoje szeregi. Mieszczanin polski poczuł znowu swoją godność, a przejęty ufnością do patryotycznego i oświeconego szlachcica, wyczekiwał dnia, w którym sejm zrówna go zupełnie z szlachcicem, dopuści do urzędów i godności.
Podniosła się literatura i nauka polska. Powstaje cały szereg poetów z biskupem Krasickim na czele; mnożą się uczeni, reformują się uniwersytety w Krakowie i w Wilnie. Książek wychodzi co roku więcej, coraz lepszych.
W roku 1787 wybuchła wojna rosyjsko - turecka; Austrya stanęła po stronie Rosyi, podczas gdy przymierze prusko - rosyjskie dobiegło właśnie do końca. Zaczęły się zawikłania polityczne pomiędzy Rosyą a Prusami; postanowiono w Polsce z tego skorzystać i teraz przeprowadzić reformę państwa zupełną. Dotychczas bowiem przeszkadzała temu zgodność obydwóch tych państw w tem, żeby do reform politycznych w Polsce nie dopuścić. Teraz Rosya zajęta była Turkami, a Prusy przeciw niej źle usposobione.
W Prusiech panował po śmierci Fryderyka II., zwanego Wielkim, od roku 1786, król Fryderyk Wilhelm II. On sam zaproponował Polsce przymierze. Cóż mogło być lepszego dla Polski, jak to rozdwojenie dwóch nieprzyjaciól ? Sojuszem z Prusami można było w danym razie oprzeć się Moskwie; tak rozumowali posłowie sejmu z roku 1788 i na przymierze chętnie przystali, ciesząc się, że będą mogli przecież nareszcie powiększyć wojsko polskie. Prusy nie miały teraz nic przeciw temu. Uchwalono więc podnieść armię polską do liczby stutysięcy, ażeby mieć się czem bronić w razie powtórnego zamachu na państwo. W Październiku 1789 poseł pruski przedłożył plan odebrania Galicyi od Austryi, za co Polska miała ustąpić Prusom dwóch miast: Gdańska i Torunia, wyłączonych od zaboru przy pierwszym rozbiorze. Zamiana była dla Polski bądź-cobądź korzystna; ale gdy Polska ustawiła 16,000 wojska na granicy Galicyi, Prusy się nie spieszyły i powoli wycofały z tego przedsięwzięcia. Król Fryderyk Wilhelm II. przestał się o Toruń i Gdańsk układać z Polską, a zaczął się układać z Austryą.
Sejm pracował tymczasem dalej nad reformą wewnętrzną. Postanowiono, że wszystkie uchwały mają zapadać większością głosów.
Zgodzono się na dziedziczność tronu w łonie dynastyi; potem dopuszczono mieszczan do nabywania dóbr i do oficerskich stopni w wojsku, włościanom pozwolono przesiedlać się według upodobania i zapewniono im opiekę prawną. Dnia 28-go Września 1790 zrzucono gwarancyę rosyjską, istniejącą od roku 1717, t. j. prawo Rosyi, żeby wszelkie zmiany formy rządu musiały mieć jej zezwolenie, tudzież, że Rosya prowadziła sama polskie interesy przy zagranicznych dworach monarszych. Odrzucenie jawne tej "gwarancyi rosyjskiej" było krokiem śmiałym, bo wyzywało niejako Moskwę do walki; ale parł do tego poseł pruski Lucchesini, zaręczając w imieniu swego króla za poparcie Prus. Ponieważ król Stanisław August nie miał prawego potomka, zabrano się zaraz do wyboru następcy, żeby uniknąć bezkrólewia. Następcą tym miał być elektor saski; na niego bowiem największa była zgoda i król pruski go sobie życzył.
Tymczasem król Fryderyk Wilhelm II. zawarł z Austryą ugodę dnia 27-go Lipca 1790; nadzieja odzyskania Galicyi z pomocą Prus była pogrzebana. Pomimo to nie przestał poseł pruski napierać się o Gdańsk i Toruń i nie chciał nawet zawrzeć z Polską traktatu handlowego, pókiby tych dwóch miast nie otrzymał. Za cóż miano teraz odstępować Prusom te miasta?
Wśród tej zmiany stosunków dojrzały prace sejmowe. Z licznych jego uchwał zebrała się cała ustawa rządowa, którą ogłoszono uroczyście dnia 3-go Maja 1791 roku. Jestto owa sławna Konstytucya Trzeciego Maja, której wspomnienie napawa dumą Polaka.
Konstytucya Trzeciego Maja zaprowadziła w Polsce wzorowy porządek, uchyliwszy i zniósłszy wszystkie grzechy okresu saskiego. Dla ludu wiejskiego niezmiernie ważna, ponieważ zatwierdziła z góry wszelkie umowy o uwłaszczenie i oczynszowanie włościan; orzekała wyraźnie, że ktokolwiek na ziemi polskiej stanie, wolnym jest człowiekiem. Celem tej konstytucyi było, żeby powiększyć ilość obywateli w Polsce; dotąd tylko szlachcic był obywatelem; odtąd każdy miał mieć dostęp wolny do obywatelstwa. Oczywista, że wszystkie dawniejsze wadliwe prawa, jak zrywanie sejmów, elekcyjność tronu itp. zupełnie zniesiono.
Co za radość była w narodzie, że nareszcie udało się przeprowadzić dzieło, dawno już zamierzone; nareszcie nie obawiano się, że poprawa rządu i państwa pociągnie za sobą drugi rozbiór; wszak Prusy były w przymierzu z Polską. Uznał konstytucyę ten król pruski i zobowiązał się jej bronić; uznał ją cesarz Leopold I. Obaj ci monarchowie uznali też elektora saskiego następcą tronu w Polsce. Od innych dworów europejskich nadchodziły powinszowania, że Polska znowu się odrodziła! Jedna Rosya stała na boku, ale sama wojną turecką jest zaprzątnięta, a gdy ją ukończy, nic nie poradzi, bo w obronie Ojczyzny stanie nietylko naród polski, ale też sprzymierzeniec, król pruski, a cesarz, skoro uznał Konstytucyę, także Rosyi na zabór nie zezwoli. Tak myślano, więc też radość nie miała granic. Miasta urządzały illuminacyę, po wsiach bito we dzwony. Szlachta na znak, że mieszczan uważa za równych sobie, zapisywała się licznie do ksiąg miejskich, na mieszczan niejako przechodząc; sypały się we wszystkich prowincyach uwłaszczenia włościan. Cała Polska powtarzała sobie z zapałem hasło "król z narodem - naród z królem", w radosnem uniesieniu, że król Stanisław August zaprzysiągł tę Konstytucyę, ślubując jej bronić własnem życiem.
Prusy i Rosya urządzają drugi rozbiór Polski
Dnia 6-go Stycznia 1792 zawarła Rosya pokój z Turcyą, a 17-go Lutego wysłano z Petersburga do Berlina notę dyplomatyczną przeciw następstwu elektora saskiego na tronie polskim. Król Fryderyk Wilhelm II. odpowiedział na tę notę... nawiązaniem rokowań z Rosya, które to rokowania skończyły się... drugim rozbiorem Polski.
Dnia 10-go Maja 1792 zaprotestowała Rosya przeciw Konstytucyi Trzeciego Maja. Zaraz też wkroczyły wojska rosyjskie do Polski, zanimby rząd mógł zebrać i urządzić tę armię, której powiększenie sejm uchwalił. Caryca Katarzyna głosiła, że przysyła swoje wojsko w obronie pogwałconych dawnych wolności szlacheckich. Ponieważ złych nigdzie nie braknie, byli tedy i w Polsce tacy magnaci, którzy nie życzyli sobie wcale nowej ustawy rządowej, znoszącej już ich starą gospodarkę. Nie wielu już wprawdzie było takich, którzy woleli "stare czasy"; nie śmieli oni ani pisnąć, póki nie wkroczyło wojsko rosyjskie. Ale widząc Moskali, zaraz się z nimi połączyli i poddali pod protekcyę carowej, zawarłszy w tym celu konfederacyę w Targowicy. Stąd nazywa się ich Targowiczanami, a wyraz ten oznacza w Polsce największą hańbę w sprawach publicznych. Caryca tego tylko potrzebowała: ta garstka głupców lub zaprzedańców posłużyła jej za pozór, że Polacy sami wzywają jej pomocy celem obrony swych "zagrożonych wolności", ukróconych przez króla i sejm.
W chwili, gdy wojska rosyjskie wkraczały znowu do Polski, było polskiego wojska dopiero 45,000; trudno było więcej zebrać i urządzić w ciągu jednego roku od ogłoszenia Konstytucyi. Siostrzeniec królewski, książę Józef Poniatowski, zacny bardzo obywatel, a dobry jenerał, staczał z przeważającemi siłami nieprzyjaciela zaszczytne .bitwy: na grobli Boruszkowieckiej, pod Zieleńcami i pod Dubienką. Tymczasem wysłano posłów do Wiednia i do Berlina; do Wiednia, żeby cesarz zaprotestował przeciw najazdowi moskiewskiemu, a do Berlina po coś więcej, bo przecież było przymierze z Prusami, przecież Prusy miały bronić Konstytucyi polskiej! Ale w Wiedniu nowy cesarz, Franciszek II., nie troszczył się o sprawy polskie, zajęty właśnie wojną francuską. W Berlinie był ten sam król, jak w roku 1788 i 1791, ale tam jakoś zapomniano o tem, co posłowie pruscy mówili przedtem w Warszawie.
Wtem dniu 24-go Lipca rozchodzi się dziwna wieść, że król Stanisław August sam przystąpił do Targowiczan. Tak jest, on to zrobił; może myślał, że przez to udobrucha jako Rosyą. Ale Rosya tymczasem ułożyła się już z Prusami o drugi rozbiór; od lipca właśnie toczyły się o to układy! Odkąd zaś król przystąpił do Targowicy, zakazał wojsku polskiemu bić się z Moskalami.
I tym razem także myśl rozbioru wyszła znowu od króla pruskiego; jesienią układy te dojrzały, a w Styczniu 1793 wkroczyły do Polski wojska (sprzymierzonego) króla pruskiego i zajęły Poznań, Wschowę i Toruń.
Otwierają się teraz oczy nawet niektórym Targowiczanom, zrywają się, ogłaszają pospolite ruszenie, ale już było za późno odpędzać biedę, którą sami sprowadzili. Sejm zwołany do Grodna na 17-go Czerwca 1793 musiał wysłuchać znowu żądań Moskwy i Prus, żeby podpisać drugi rozbiór i odstąpić tym państwom zabrane już ziemie. Sejm na to nie chciał przystać. Wtenczas biorą się państwa rozbiorowe na sposób: Rosya udaje, że jeżeli się jej podpisze oddanie zabranego kraju, natenczas ona dostarczy posiłków, żeby odebrać Prusom, co one zabrały. Z dwojga złego wybierając mniejsze, podpisano Rosyi, co chciała, dnia 22-go Lipca, w tej nadzieji, że teraz będzie można uratować przynajmniej zabór pruski. Ale obiecanka ta była grą ułożoną z góry pomiędzy dworem petersburskim a pruskim. Teraz dopiero Rosya sama zaczęła się domagać ustępstw dla Prus, a gdy oszukany sejm nie chciał na to przystać, po dwóch miesiącach oporu sejmujących wprowadzono na salę sejmową żołnierzy rosyjskich z nabitą bronią, cały gmach sejmowy otoczono wojskiem, i całe miasto Grodno i okolicę zajęto wojskiem. Podpisano wtedy, ale z tem wyraźnem i uroczystem zapewnieniem, że się ustępuje tylko gwałtowi i przemocy.
Podpis pierwszego rozbioru był wyłudzony fałszywemi obietnicami, a drugi przemocą bagnetów wymuszony. Jeden i drugi przeto nieważny.
Austrya w drugim rozbiorze nie brała udziału. Rosya i Prusy nie poprzestały jednakże na tem. Ażeby zniszczyć do szczętu dzieło Trzeciego Maja, zażądały, żeby wojsko polskie zmniejszyć do 15,000. Znaczyło to, że nigdy nie pozwolą Polsce się podnieść.
Rozpacz ogarnęła naród w obec tego barbarzyńskiego żądania. Wojskowi nie chcieli przyzwolić na zmniejszenie pułków i postanowili nie wydać z rąk tej broni przeznaczonej na obronę ojczyzny. Żałowali teraz, że w roku 1792 usłuchali rozkazu królewskiego, kiedy-to Stanisław August, przystąpiwszy do Targowicy, kazał im zaprzestać wszelkich kroków nieprzyjaznych względem wojsk rosyjskich. Ale czyż posłuszeństwo względem króla nie jest największą cnotą żołnierza? W straszliwym stanie była Polska, skoro nawet spełnienie obowiązku mogło wyjść na szkodę w tych dziwnych, niesłychanych okolicznościach.
Teraz jednakże wojskowi już się nie pytali o króla. Sami postanowili prowadzić dalej wojnę o niepodległość, upatrzywszy sobie wodza w osobie sławnego Tadeusza Kościuszki.
Był to wychowanek warszawskiej szkoły kadeckiej, w której tak się odznaczył, że go na koszt rządowy wysłano za granicę na uzupełnienie wojskowego wykształcenia. Poświęcił się głównie inżynieryi wojennej. Wróciwszy do Polski po pierwszym rozbiorze zaciągnął się do wojska i niebawem z porucznika postąpił na kapitana inżynieryi wojskowej. Marzył ciągle o tem, żeby mu dane było użyć swej wiedzy i zdolności w obronie ojczyzny przeciw najeźdźcom. Rozumiał doskonale, że żołnierz wtenczas dopiero jest należycie wypróbowany, gdy przejdzie przez ogniową próbę wojny; na wojnie bowiem dopiero odbiera prawdziwe praktyczne wykształcenie. Dlatego to postanowił wziąć udział w jednej szlachetnej i słusznej wojnie zagranicznej, skoro się nadarzała do tego sposobność - w Ameryce.
Wojna o niepodległość w Ameryce
Od 300 już lat osiedlali się w północnej Ameryce europejscy wychodźcy, pochodzący przeważnie z Anglii, a opuszczający ojczyznę, już to dla prześladowań religijnych, już to z braku zarobku. Nie minęło jedno stulecie, a już liczono około miliona białych przybyszów osiedlonych w 13 koloniach, które się szybko rozszerzały i rosły w zamożności, bo między osadami panowała zgoda i posłuszeństwo dla wybranych przewodników. Każda kolonia sama się rządziła i tworzyła jakby osobne państewko, ale nad wszystkiemi angielski rząd rozciągnął zwierzchnictwo, co z początku wcale uciążliwem nie było. Następnie jednakże Anglia zmieniła się; Anglicy z narodu przeważnie rolniczego zamienili się na kupiecki a spostrzegłszy niespodziany rozkwit amerykańskich osad, chcieli ciągnąć także z nich jak największe zyski dla samych siebie, bez względu na to, czy to będzie z dobrem, czy z krzywdą kolonij. Odtąd rząd angielski począł coraz częściej przypominać Amerykanom, że są poddanymi Anglii, a zwierzchnictwo to stawało się coraz dokuczliwszem. Zakazano osadnikom amerykańskim sprowadzać sobie towary zkądinąd, jak tylko z samej Anglii lub za angielskiem pośrednictwem; swoje zaś towary wolno im było sprzedawać także tylko Anglikom, co zaś najgorsza, zakazywano im wyrabiać te towary, które wyrabiano w Angli i na handel z Ameryką; słowem, cały handel północno - amerykański zagrabili Anglicy dla siebie. Do pilnowania tych ustaw ustanowili strażników i celników, których Amerykanie z własnych podatków musieli opłacać.
Oburzało to Amerykanów, że wydaje dla nich przepisy angielski sejm w Londynie, oddalony o tysiąc mil, do którego ani nie wysyłali posłów, ażeby strzedz swych praw a bronić się przed krzywdami. Gdy po różnych próbach okazało się, że te stosunki nie zmienią się na lepsze, wszystkie osady porozumiawszy się zgodnie ogłosiły niepodległość Stanów Zjednoczonych Ameryki północnej.
Hasło niepodległości wzbudziło sympatye dla sprawy amerykańskiej wśród ludów europejskich, gdzież zaś te sympatye miały być większe, jak wśród Polaków, pogrążonych właśnie w ciężkich zapasach o utrzymanie niepodległości! Kilku też oficerów polskich pospieszyło do Ameryki zaraz z początku; pomiędzy nimi był też nasz Kościuszko.
Na samym wstępie odznaczył się przy obserwowaniu stolicy, za co kongres amerykański mianował go pułkownikiem. Przez siedm lat oddawał Kościuszko Amerykanom wielkie usługi w tej wojnie o niepodległość; on to wybierał i oznaczał miejsce, gdzie się miało oszańcować wojsko, gdy dzięki jego przezorności odniosło świetne zwycięztwo pod Saratogą. On to uczynił niezdobytą warownię z przylądka West-Point, on ocalił wojsko amerykańskie w niebezpiecznej przeprawie przez rzeki Yadkin i Dan. W roku 1783 nareszcie musiała Anglia uznać niepodległość Stanów Zjednoczonych. Kongres amerykański uznając zasługi Kościuszki mianował go wtedy generałem brygady, przyznał mu 12,000 dolarów wynagrodzenia i dał na własność znaczny kawał ziemi. Oficerowie zaś amerykańscy obdarzyli go honorową odznaką orderu Cyncynata.
Kościuszko odznaczył się niepospolitą wiedzą, zdolnościami, a także nieustraszonem męztwem. Kilkanaście razy zdarzyło się, że wśród wiru walki i gradu kul wypadło mu kierować robotami inżynieryi wojskowej, żeby wstrzymać atak wroga lub podsunąć się pod jego stanowisko; a czynił to zawsze spokojny, z zimną krwią, jakby na ćwiczeniach był, a nie na wojnie. Wszystkie te zalety uznali Amerykanie, ale nadto jeszcze poznali się na innych przymiotach, rzadkich u wojskowych. Oto Kościuszko był skromny i ludzki! Nie bawił się nigdy w wielkiego pana, choć nim był na prawdę, nie patrzał z góry na maluczkich, nie dokuczał podwładnym, pamiętając zawsze, że oprócz niego są jeszcze inni ludzie na świecie. Serce miał proste a miłość bliźniego w uczynkach. Sam sobie sławy nie robił, w skromności swej za nic prawie nie miał swych talentów; toteż tem większą sławę zrobił mu świat, a sława jego coraz bardziej wzrasta ciągle na obu półkulach.
Wróciwszy do kraju osiadł Kościuszko w swojej wiosce litewskiej, w Siechnowicach. Chłopom swoim był ojcem, nie panem, zaraz umniejszył robociznę, a w końcu zniósł ja całkiem, uwłaszczając swych poddanych, których uważał odtąd za braci i sąsiadów. Na sejm konstytucyjny przyjechał do Warszawy. W roku 1789 powołano go do wojska narodowego w stopniu generała. W wojnie w obronie Konstytucyi Trzeciego Maja był generałem dywizyi, pod rozkazami naczelnego wodza, którym był siostrzeniec królewski, zacnej pamięci książę Józef Poniatowski. Kościuszko ułożył plan wojny, którego jednak niestety nie przyjęto! Jakim zaś był wodzem, okazało się w bitwie pod Dubienką nad rzeką Bugiem, w której pięciotysięczny oddział Kościuszki oparł się 18-tu tysiącom Moskwy, wytrzymawszy najprzód 7-godzinną kanonadę 60 wielkich dział nieprzyjacielskich, przeciw którym mógł wystawić tylko 10 armatek mniejszego kalibru; poczem zniósł do szczętu jazdę moskiewską a piechotę zmusił po trzech atakach do cofnięcia się.
Zwycięztwo było pewne! Wtem Moskale przekraczają pobliską granicę austryacką; któż się mógł spodziewać, że Moskale coś podobnego zrobią, że do obrotów wojennych użyją sobie pochodu przez posiadłości innego państwa; jestto rzecz zakazana surowo prawem narodów. Teraz myśleli Moskale, że oskrzydlą Kościuszkę przeważającemi siłami z trzech stron. Kościuszko umiał sobie zrobić na prędce nowy plan, zaskoczony tą nieprzewidzianą nieuczciwością przeciwnika. A jednak pozostał zwycięzcą! Dążąc do nowej pozycyi, oddalonej o 2 mile, szedł krok za krokiem, walcząc nieustannie; była to ciągła bitwa w marszu, a w tym marszu stracił Moskal 4000 ludzi, podczas gdy z Polaków poległo tylko 900. Bitwa pod Dubienką okryła też imię Kościuszki nieśmiertelną sławą. Co za szkoda, że nie Kościuszko był naczelnym wodzem, ale książę Józef, który choć zacny i bardzo Ojczyznę miłujący, nie miał jednak zdolności na samodzielnego wodza. Bądźcobądź, po tej bitwie słuchanoby już zapewne rad i wskazówek Kościuszki; zdawało się, że wszystko pójdzie na lepsze, gdy wtem w sześć dni po zwycięztwie pod Dubienką król Stanisław August przystąpił do konfederacyi Targowickiej, zakazał wojsku dalszej wojny z Moskalami, a rozkazał łączyć się z nimi i słuchać rozkazów moskiewskich wodzów!
Za ciężkie grzechy czasów saskich dał Bóg Polsce w czasach odrodzenia takiego króla, który sam własnemu narodowi wytrącał broń z ręki!
Kościuszko dostawszy ten rozkaz zaraz z wojska wystąpił. Wszyscy dobrzy i szlachetni widzieli w nim bohatera narodowego. Kasztelanowa Kossakowska postanowiła wyrazić tę powszechną cześć przez to, że zapisała mu dobra ziemskie, dające rocznego dochodu 20,000 złotych. Kościuszko daru tego nie przyjął, mówiąc, że robił tylko to, co było jego obowiązkiem, i wyjechał do Lwowa. Lwów był już pod władzą austryacką. Rząd austryacki kazał mu we 12 godzin ze Lwowa wyjeżdżać; schronił się wtedy do Zamościa, ale i ztąd go wygnano; wyjechał więc za granicę.
Kościuszko Naczelnikiem Narodu
Tymczasem w kraju przygotowywano się do nowej wojny. Kościuszko przybył na granicę, czekając hasła. Generał Madaliński dał hasło tem, że się oparł królewskiemu rozkazowi, żeby rozpuścić znaczną część swej brygady, przeszedł Wisłę, a znosząc po drodze pruskie oddziały podsunął się pod Kraków, z którego uciekli przerażeni Moskale. Wtenczas przybył do Krakowa Kościuszko i tutaj na rynku dnia 24-go Marca 1794 roku przed zgromadzonym ludem i wojskiem ogłoszono uroczyście manifest powstania. Kamień pamiątkowy oznacza dziś miejsce, na którem stał Kościuszko i składał przysięgę, że władzy sobie powierzonej użyje jedynie na obronę całości granic, na odzyskanie zupełnej niepodległości i powszechnej wolności całego narodu. W kościele OO. Kapucynów, w kaplicy Loretańskiej poświęcił broń swoją.
Kościuszko miał teraz najwyższą władzę nie tylko wojskową, ale też cywilną. O zdradzieckiego króla troszczyli się już teraz tylko zdrajcy. Jak Targowiczanie wysilali się wraz z Prusami i Moskwą, żeby zatrzeć wszelki ślad Konstytucyi Trzeciego Maja, tak przeciwnie powstanie Kościuszkowskie starało się o to, żeby przeprowadzić przepisy tej Konstytucyi i dalej prowadzić dobrze rozpoczęte dzieło.
Perłą Trzeciego Maja była troskliwość o lud wiejski. Kościuszko znany już był, jako przyjaciel ludu wieśniaczego. Skoro się tylko rozniosło, że on stanął na czele powstania, zaraz chłopi z okolic krakowskich zaczęli się zgłaszać i przynosili nawet ciężko zapracowany grosz na ofiarę Ojczyzny. Nie brakło też do wojaka ochotników z pomiędzy wieśniaków; w krótkim czasie zebrało się 500 chłopów, których zwano kosynierami, dlatego, że byli uzbrojeni w kosy. Poruszył sią lud w ziemi krakowskiej i dzięki temu poparciu odniósł Kościuszko pamiętne zwycięztwo pod Racławicami dnia 4-go Kwietnia 1794 roku. W bitwie tej kosynierzy zdobyli moskiewskie armaty; odznaczyli się przedewszystkiem Wojciech Bartosz, zwany Głowackim, Gwiździcki, Krzysztof Dębowski i Stach Świstacki, wszystko wieśniacy ziemi krakowskiej. Bartosz pierwszy wpadł na nieprzyjacielską bateryę i zabrał sam cztery armaty, przysłoniwszy panewki swoją krakuską; za to został chorążym i uwolniony był wraz z swemi dziećmi na zawsze od wszelkich powinności. Kościuszko zaś przywdział na cześć kosynierów krakowską chłopską sukmanę.
Po zwycieztwie racławickiem nastał wielki popłoch między załogą moskiewską w Warszawie. Moskale wiedzieli nazbyt dobrze, że mieszczaństwo warszawskie niczego nie pragnie goręcej, jak wygnać z miasta nieproszonych gości. Generał moskiewski, Igelström, postanowił tedy podstępem zapewnić sobie dalsze panowanie w stolicy. Zbliżał się właśnie Wielki Tydzień. Wydał tedy Moskal rozkaz, "żeby nabożeństwo" w Wielki Piątek odbyło się we wszystkich kościołach równocześnie o jednej godzinie. Tymczasem miano przed kościoły pozaciągać armaty, wymierzyć je prosto ku drzwiom świątyń Pańskich, a gdy lud będzie w ten sposób uwięziony, miano tymczasem rozbroić wojsko polskie, opanować zbrojownię, dokonać rewizyj po domach, uwięzić gorliwszych patryotów a nawet ich wymordować. Patryoci dowiedzieli się jednak szczęśliwem trafem o tym planie; postanowili tedy zamach ten uprzedzić i uderzyć na Moskali o jeden dzień wcześniej, t. j. w Wielki Czwartek.
Wśród Warszawiaków odznaczył się wówczas szewc Jan Kiliński, którego wspomnienie jest tem dla mieszczaństwa polskiego, czem pamięć Głowackiego dla wiejskiego ludu. On-to był jakby sprężyną wszystkich patryotycznych przygotowań, a wśród walki wyrósł na pułkownika. W Wielki Czwartek kierował ludem warszawskim na spółkę z rzeźnikiem Józefem Sierakowskim. Nazajutrz wieczorem nie było już w mieście ani jednego Moskala.
W pięć dni potem powstało Wilno, stolica Litwy, a lud wiejski na Litwie, Żmudzi, a nawet w Kurlandyi, która była tylko przez pół polską ziemią, okazywał taki sam zapał, jak wieśniacy krakowscy. Widząc to Kościuszko, ogłosił prawo uwalniające zupełnie od pańszczyzny rodziny tych włościan, którzy szli do szeregów narodowego wojska; całemu zaś stanowi włościańskiemu zmniejszył liczbę dni roboczych, żeby stopniowo dojść do zupełnego uwolnienia, jak to polecała Konstytucya Trzeciego Maja.
Tymczasem spotkały się wojska polskie z moskiewskiemi pod Szczekocinami. O kilka mil od tego miejsca stało 24,000 Prusaków, nad granicą oznaczoną drugim rozbiorem. Kościuszko przypuszczał, że to ostrożność pruskiego rządu na wypadek, gdyby powstanie zwróciło się przeciwko Prusom. Ale tego zamiaru Naczelnik polski niemiał; zresztą sam akt powstania, ogłoszony w Krakowie, zwracał się tylko przeciw Moskwie. Prusom nikt wojny nie wypowiedział i nawzajem też Prusy wojny także nie wypowiadały i zachowywały się neutralnie, t. j. nie mieszając się ani na jedną, ani na drugą stronę.
Dnia 6-go Czerwca 1794 uderzył tedy Kościuszko na Moskali pod Szczekocinami; w dwie godziny odniósł zupełne zwycięztwo, Moskale zaczynają się cofać. Teraz byłoby wojsko polskie ścigało nieprzyjaciela, a starłszy go do szczętu, mając już w swem ręku Warszawę, możnaby pomyśleć o przeniesieniu wojny do dalszych prowincyj. Ale pod Szczekocinami nie skończyło się na pobiciu Moskali; właśnie, gdy już bitwa zupełnie wygrana, zjawia się niespodzianie 24,000 żołnierza pruskiego (chociaż król praski wojny nie wypowiedział). Wojsku polskiemu groziła zupełna zagłada; ocalił je jednak Kościuszko przytomnością umysłu, powstrzymawszy silne natarcie pruskie, kosynierzy zaś złamali zupełnie pruską jazdę. O odniesieniu drugiego zwycięztwa nad dwoma nieprzyjaciółmi trudno było myśleć; nieliczne zastępy Kościuszki były już zmęczone, a wojsko pruskie duże i świeże. Trzeba było zabrać się do odwrotu, chodziło tylko o to, żeby go dokonać bez wielkich strat i niepozwolić wrogom wyzyskać zwycięztwa. I to się Naczelnikowi powiodło; wycofał wojsko w zupełnym porządku, ciągle się odstrzeliwając, a przyprawił przy tym odwrocie nieprzyjaciela o takie straty, że król pruski pisał do swego syna, że niechciałby już więcej mieć takich zwycięztw, jak pod Szczekocinami.
Stan sprawy polskiej zmienił się zupełnie, gdy niespodzianie bez wypowiedzenia wojny, miano do czynienia nietylko z Moskwą, ale też z Prusami. O tem nikt nie myślał i nie mógł myśleć, bo któż prowadzi wojnę bez wypowiedzenia? A tymczasem wkroczyły do tej reszty polskiego państwa, która jeszcze została po dwóch rozbiorach, dalsze jeszcze armie pruskie. Jeden oddział pruski ruszył na Kraków i zajął go, a 40,000 Prusaków posuwało się z drugiej strony pod Warszawę; Moskale mieli tylko 9.000. Rozpoczęło się oblężenie; obroną miasta kierował sam Kościuszko, przyczem odznaczył się tak samo, jak w podobnych okazyach w Ameryce. Dwa miesiące trwało oblężenie, ale nic nie wskórali; z początkiem Września Prusacy nagle zwinęli obóz i odeszli, poczem i Moskwa musiała ustąpić.
Skoro król pruski wystąpił przeciw sprawie polskiej i to nawet bez wypowiedzenia wojny, mieli więc Polacy nawzajem, prawo wystąpić przeciw Prasom. Wielkopolska, siedząca dotychczas cicho, ruszyła się i zaczęło się także tutaj powstanie. Pod Włocławkiem zatopiono amunicyę i ciężkie działa, które król pruski posyłał pod Warszawę. Mając powstanie na tyłach swej armii, wolał ją Fryderyk Wilhelm zawczasu odwołać z pod Warszawy. Armia ta poszła na Ślązk. Kościuszko zaś posłał do Wielkopolski generała Henryka Dąbrowskiego; ten odniósł zwycięztwo pod Łabiszynem i zdobył szturmem Bydgoszcz.
Natenczas caryca Katarzyna wyprawia do Polski nową wielką armię i daje jej na dowódzcę najlepszego ze swoich generałów, Suwarowa, wsławionego niedawno w wojnie z Turkami. Kościuszko postanowił tedy rozprawić się prędko z tem wojskiem, zanim ono dojdzie pod Warszawę; nie można było żadną miarą dopuścić, żeby Suwarow połączył się z dawniejszem wojskiem moskiewskiem, które było w kraju pod generałem Fersenem; cała nadzieja polegała na tem, że się pobije osobno najpierw jednego, potem drugiego. Więc połowę prawie wojska wyprawił na Litwę, naprzeciw Suwarowa; ale wysłany tam jenerał Sierakowski, choć bił się mężnie, nie umiał jednak wykonać trafnie rozkazów Naczelnika i nie zdołał przeszkodzić przeprawie Suwarowa przez Bug.
Obydwa wojska moskiewskie Fersena i Suwarowa, były coraz bliżej siebie. Kościuszko postanawia sam teraz pójść na Suwarowa, ale powodzenie tej wyprawy zależeć musiało od tego, żeby równocześnie ktoś znowu dopilnował Fersena i nie dał mu przeprawić się na prawy brzeg Wisły. Miał tego pilnować Adam Poniński, syn owego herszta zdrajców; syn zgłosił się na prostego żołnierza do wojska Kościuszki, żeby zmyć plamę z nazwiska rodzinnego; że zaś miał wykształcenie wojskowe, wkrótce więc postąpił na oficera, a sprawujac się dobrze, dosłużył się wyższych stopni i był już pułkownikiem. Kościuszko szczerze mu życzył, żeby się odznaczył i przywrócił honor nazwisku. Ale Poniński tak pogmatwał sobie rozkazy Naczelnika, że ani jednego porządnie nie wykonał: Fersen przeprawił się przez Wisłę, łudząc Ponińskiego kilku fałszywemi marszami. Nie było rady; zamiast ruszać dalej naprzeciw Suwarowa, gdzie już był generał Sierakowski, musiał się Kościuszko zająć poprawianiem błędów Ponińskiego i przyjąć bitwę z Fersenem, żeby go znowu przerzucić na lewy brzeg Wisły. Było to Kościuszce bardzo nie na rękę i wbrew wszystkim jego planom, tem bardziej, że miał przy sobie w tej chwili zaledwie 5,800 ludzi i 21 dział, podczas gdy wojsko Fersena liczyło 14,000 żołnierza i 60 dział. Ale Polakom nie nowina była zwyciężać przeważające siły. Ułożył więc prędko plan bitwy; cztery tysiące żołnierza miał Poniński trzymać w odwodzie na stanowczą chwilę i tak manewrować, żeby Fersenowi zastąpić z boku; natenczas zwycięztwo miało przypaść Polakom.
Dnia 10-go Października 1794 roku, przed wschodem słońca rozpoczęła się bitwa pod Maciejowicami. Kosynierzy znowu górą, Kościuszko sam wydaje komendę i już się łamie szyk nieprzyjacielski. Teraz nadejdzie Poniński i przypuści atak z drugiej strony, jak umówiono. Ale Ponińskiego niema! Długie godziny przetrzymuje Kościuszko bitwę, której nieda się jednak wygrać, jeżeli się nie spełni ułożonego planu, do którego już wszystko zastosowane. Poniński się spóźnia; byle tylko doczekać, aż nadejdzie! Wie o tem wojsko i choć co kwadransa ich mniej, stoją jak mur i giną na miejscu z bronią w ręku, na tem samem miejscu, gdzie ich z początkiem bitwy ustawił Naczelnik. Przecież Poniński musi nareszcie nadejść, byle doczekać na miejscu, stoją i padają od kuł i bagnetów. Z jednego pułku (Działyńskiego) już tylko resztki zostały, ale i te dotrzymują placu. Padają wprawdzie gęsto także Moskale, ale ich przeszło dwa razy więcej, a armat mają trzy razy więcej. Kościuszko biegnie od pułku do pułku, już trzy konie pod nim ubito, już on sam wreszcie ranny, ale ciągle jeszcze wydaje komendy, i czeka Ponińskiego. Już pobito konie od dział; już wypróżniono amunicyę. Kościuszko ranny, przebiega ciągle linię bojową, zagrzewa do wytrwałości i obiecuje, że Poniński wkrótce naciągnie. Minęły jeszcze trzy gorące godziny, nie nadciągnął. Jeszcze ostatnia godzina walki. Batalion pułkownika Krzyckiego, nie mając już ładunków, rzuca się na bagnety, ale strzały armatnie z dział moskiewskich rzucają go pokotem. Kosynierzy zaczynają się mieszać, kanonierzy polscy własnemi rękoma muszą obracać swoje działa i wśród otaczającego ich nieprzyjaciela wystrzelali je przecież aż do ostatniego naboju. Zaczyna się już nie bitwa, ale rzeź. Kościuszko przybiegł jeszcze na prawe skrzydło i usiłował utworzyć czworobok; na jego głos zaczął się formować nowy front dwójkami, gdy wtem dał się słyszeć głos trwogi. Oto konnica moskiewska ukazała się na tyłach resztek polskiego wojska; Kościuszko rzuca się raz jeszcze w wir walki, aż pada z konia zemdlony od ran i dostaje się do niewoli. Cała pierś jego pokryta była bliznami, noga poszarpana od ostrza bagnetu, a głowa zraniona trzema krzyżującemi się z sobą cięciami.
Bitwa skończyła się o godzinie pierwszej. O w pół do czwartej przybył Poniński, ale z innej strony, niż mu kazano, a jak się pokazało, inną też całkiem szedł drogą, niż mu rozkazał Naczelnik. Nieposłuszeństwem tem dopuścił się ciężkiej zbrodni; w zawodzie wojskowym nieposłuszeństwo znaczy prawie to samo, co zdrada. Nazwisko Ponińskich nie odzyskało tedy honoru.
Nie możemy spisywać tu dalszych losów Kościuszki, bo ta książka nie na jego życiorys poświęcona.20) Wspomnimy tylko, że ten ludowy bohater pozostawał w niewoli w Petersburgu aż do śmierci carycy Katarzyny w Listopadzie 1796. Uwolniony potem przez cara Pawła I-go, wyjechał do Ameryki, morzem przez Szwecyę i Anglię, przyjmowany w obydwóch tych krajach z największymi honorami, przez króla, dygnitarzy i lud pospolity. W Ameryce Kongres Stanów Zjednoczonych obdarzył go nowemi zaszczytami. Potem wrócił do Europy, gdy świtała nadzieja, że Polska odżyje, sądząc, że Francya Polsce dopomoże; ale przejrzawszy nieszczerość Francyi, usunął się od wszystkiego i zamieszkał w małem miasteczku szwajcarskiem, w Solurze, gdzie też dokończył żywota w roku 1817. Ciało jego sprowadzono na Wawel, do królewskich grobów, chociaż królem nie był, tylko prostym szlachcicem litewskim, a chodził nie w koronie, lecz w prostej siermiężnej chłopskiej sukmanie. Za miastem zaś, na górze św. Bronisławy, usypano wysoki kopiec na cześć szlachetnego obrońcy wolności.
| Część poprzednia | Góra | Strona główna | Część następna |
|