Ojczyzna.pl

 BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO

  

 

 

SPIS TREŚCI

   


Przedmowa


Rozdział I. Za Piastów.

  

1. Państwo i administracja

2. Początki organizacji polskiej

3. Ustrój grodowy

4. Stosunek społeczeństwa do państwa

5. Zmiany w okresie dzielnicowym

6. Zawiązki nowej administracji

7. Państwo stanowe, decentralistyczne

8. Prawo ziemskie a magdeburskie

9. Ustawa finansowa i uzupełnienie administracji


Rozdział II. Za Jagiellonów

  

1. Pierwszy okres wpływów polskich na Litwie

2. Geneza parlamentaryzmu

3. Odrębności pruskie do roku 1466

4. Wieś a miasto w XV wieku

5. Sejmy

6. Urzędy główne od wieku XVI

7. Sądownictwo w wieku XVI

8. Wieś a miasto w XVI wieku

9. Moneta i budżet

10. Skarb nadworny i pospolity

11. Administracja skarbowa od XVI wieku


Rozdział III. Wiek XVII i XVIII

  

1. Skarb i moneta do połowy XVIII w.

2. Urzędy główne i sejmowanie do połowy XVIII w.

3. Sądownictwo do połowy XVIII w.

4. Miasto a wieś do połowy XVIII w.

5. Reformy Czartoryskich

6. Za Rady Nieustającej

7. Sejm Wielki

8. Miasto a wieś w ustawach Sejmu Wielkiego . . 


Rozdział IV. W czasach porozbiorowych

  

1. Do roku 1807

2. Księstwo Warszawskie

3. Królestwo Kongresowe

4. W Rosji do roku 1861

5. W zaborze pruskim

6. W zaborze austrjackim do r. 1867

7. Reformy Wielopolskiego

8. Samorząd galicyjski


Streszczenie książki


    

  

FELIKS KONECZNY

  

Dzieje administracji w Polsce

 

w zarysie

  (2)

   

   

   

Rozdział II

 

 

OKRES JAGIELLOŃSKI

 

 

l. Pierwszy okres wpływów polskich na Litwie

  

Związek z Litwą był związkiem społeczeństw i krajów wielce nierównych pod względem cywilizacyjnym, a zatem różnych też co do urządzeń prawnych. Państwo litewskie składało się z dwóch odmiennych w tej dziedzinie części: z Letuwy pogańskiej i z prawosławnej Rusi litewskiej. „Litwa" nie jest pojęciem etnograficznem, lecz tylko geograficznem i państwowem. Litwa sięgała w latach 1362- 1569 aż do Kijowa i dalej, bo Kijowszczyzna była w owym okresie częścią państwa litewskiego. Litwa jest wszędzie tam, gdzie jest Wielkie Księstwo Litewskie, a zatem Ruś do tego W. Księstwa należąca jest również Litwą. Np. na Litwie jest Grodno, zwane wyraźnie „ruskiem" od samego początku w źródłach historycznych. Ale nie wszystko, co litewskie, jest letuwskie. Nie każdy Litwin jest Letuwinem. Letuwa jest częścią tylko Litwy i to częścią znacznie mniejszą. Pośród ludności Litwy stanowili Letuwini od początku drobną tylko mniejszość.

 

Język letuwski nie był piśmiennym, a łaciny w Litwie nie znano; toteż urzędowym językiem był i pozostał aż do końca istnienia W. Księstwa język ruski.

 

Ludność Litwy - ani letuwska, ani ruska - nie posiadała żadnych praw politycznych. Wszelkie urządzenia państwowe były tam społeczeństwu narzucone przez dynastję. Wszystko polegało na przymusie; pod tym względem stała Litwa z roku 1386 niżej, niż Polska Mieszka I, gdyż społeczeńswo samo nie było zorganizowane. Ruś posiadała przynajmniej prawo własności, organizację „wołostną" i prawo familijne wraz ze spadkowem. Letuwa ani tego: Letuwini stali na tak niskim poziomie, iż nie znali nawet właściwej organizacji rodzinnej; syna nie wolno było postanowić na swojem, ni córki wydać za mąż bez pozwolenia księcia. Nie znali własności osobistej, ani osobistej wolności; nie było więc u nich prawa spadkowego. Wszystko własnością księcia, wszyscy jego niewolnikami; nawet wielmożowie letuwscy wieszali się potem jeszcze na rozkaz władcy. Polacy przynieśli im wraz z chrztem pojęcia własności, a później wolności. Letuwa cywilizowała się, przyjmując stopniowo urządzenia polskie.

 

W takim kraju niema co mówić o jakiejkolwiek administracji. Polska niczego nowego przez Letuwę nie zaznała, nie doświadczyła, nie nauczyła się; na Rusi litewskiej zaś spotykała się z urządzeniami opartemi na zależności osobistej uboższych od bogatszych. O administracji państwowej ani tam niema co mówić.

 

Administracja musi się stosować do stosunków społecznych, a te były na Litwie w porównaniu z Polską nietylko zacofane, bardziej prymitywne, ale jakościowo też całkiem różne. Było to społeczeństwo innego typu. O letuwskim ustroju społecznym nie wiele mamy do powiedzenia; stał on niżej ruskiego, znacznie niżej. Czasy historyczne okazują nam społeczeństwo letuwskie już pod wpływami ruskiego, cywilizujące się na ruskich wzorach, jakkolwiek bardzo słabo tylko.

 

Cechą zasadniczą ruskiego ustroju społecznego była szczeblowatość. Byli kniaziowie rozmaitych stopni, byli bojarowie wielu stopni i lud niewolny różnych kategoryj. Nie było pola do administracji państwowej tam, gdzie każdy był osobiście zawisłym od kogoś stojącego ponad nim, od kogoś wyżej urodzonego. Stosunki gospodarcze były długo zbyt prymitywne, żeby dostarczać zajęcia urzędom jakim ze względów dobra publicznego.

 

W trzy dni po założeniu biskupstwa wileńskiego, dnia 20. lutego 1387 ogłosił Jagiełło, że każdy Letuwin przyjmujący chrzest w wyznaniu katolickiem dostaje swe posiadłości na własność d z i ed z i cz n ą; wdowom przyznano prawa majątkowe takie same, jak w Polsce; córki zezwolono wydawać zamąż według uznania rodziców. W roku 1413 (unia horodelska) nadano 47 rodom letuwskim prawa polskiej szlachty wobec Wielkich Książąt litewskich. Rody te stały się rozsadnikami prawa polskiego na Litwie.

 

Wojewodowie zaczynają się od aktu unii horodelskiej w roku 1413. Wtenczas Władysław Jagiełło nominuje wojewodów i kasztelanów w Wilnie i w Trokach, tylko tych dwóch, tylko na Letuwie, nie tykając rozległej Rusi litewskiej. Pamiętać należy, że znacznie większa część Rusi litewskiej tworzyła aż do połowy rządów Kazimierza Jagiellończyka dzielnice książęce. Kiedy w r. 1471 Kazimierz zniósł księstwo kijowskie, wcielając je bezpośrednio pod swoja władzę, zamianował w Kijowie wojewodę. Było to trzeci wojewoda w państwie, a pierwszy na Rusi litewskiej.

 

Podskarbiostwo litewskie rozwinęło się dopiero w drugiej połowie wieku XV. Przedtem i długo jeszcze potem zwano urzędników wyręczających władcę w wykonywaniu praw finansowych - namiestnikami. Z początku byli urzędnikami samodzielnymi, podlegającymi bezpośrednio samemu Wielkiemu Księciu, a zatem urzędnikami wyższego typu, lecz bez jakiejkolwiek organizacyi. Kiedy ich potem zorganizowano i poddano wszystkich podskarbiemu, stracili na dostojeństwie, a poczęli się zwać tiwunami, która-to nazwa oznacza wyręczyciela wogóle (tiwun może być w każdym urzędzie, i również w służbie prywatnej). Namiestnikami poczęto zaś nazywać według polskiego znaczenia wyrazu nowych urzędników wyższego typu, posiadających pełnomocnictwa od władcy nietylko do spraw finansowych książęcych, lecz wogóle zaopatrzonych w rozległe pełnomocnictwa administracyjne, także z zakresu administracyi wojskowej; tacy namiestnicy bywali po ważniejszych grodach, a gęściej tylko na granicy wschodniej państwa, zwłaszcza na północno-wschodniej. W Koronie godność namiestnicza ograniczyła się niebawem tylko do wojska.

 

Pierwotnie nie było na Litwie sądownictwa państwowego; wszakżeż pierwotnie nie było go nigdzie! O letuwskiem prawie zwyczajowem sądowem nie wiemy nic; ruskie trzymało się zasady, że sędzią każdego jest ten, kto przy szczeblowatym ustroju społecznym jest jego bezpośrednim zwierzchnikiem. Najwyższym sędzią był książę dzielnicowy. Kiedy w ciągu XV. wieku dzielnice znikają, przybyło niezmiernie wiele materyału sądowego pod najwyższy sąd Wielkiego Księcia. Ten musiał mieć wyręczycieli, musiał dbać o zorganizowanie należyte instancyj niższych, i dążyć do tego, żeby przed jego orzecznictwo dostawało się spraw jak najmniej. Namiestnicy otrzymywali szeroką kompetencyę sądowniczą; nastąpili po nich starostowie, a w głównym powiecie województwa wojewodowie. Sądzili zarówno w sprawach cywilnych, jakoteż w karnych. Niebawem mieli taki nawał zaległości, iż musieli i oni mieć wyręczycieli. Sędziami pierwszej instancyi stali się ci urzędnicy, którym przy zmienionym ustroju pozostała nazwa namiestników.

 

Państwo pozostawało jednak Litwinom  narzuconem przez dynastyę rodzimą, jak było w Polsce za pierwszych Piastów. Władza Wielkich Książąt była absolutna, a walka społeczeństwa o wpływ na państwo miała się dopiero rozpocząć od wytwarzania się warstwy wielmożów, jak w Polsce za czasów pomiędzy Bolesławem Śmiałym a Krzywoustym. Dopiero ku końcowi wieku XV, stanęła Litwa w tym punkcie, gdzie Polska znajdowała się w okresie dzielnicowym

 

Stosunek państwa do społeczeństwa na Litwie polegał na tem, że sama dynastya pragnęła, by społeczeństwo wykonywało wpływ na sprawy państwowe. Był to jedyny w historyi przykład, że sama dynastya narzucała społeczeństwu prawa obywatelskie! W Polsce rozumowano, że może kryć się wtem niebezpieczeństwo dla polskich.„wolności", jeżeli zasiadająca na polskim tronie dynastya ma oparcie o kraj ościenny, w którym włada dziedzicznie i z władzą nieograniczoną. Jagiellonowie sami przeto ograniczali swą władzę monarszą na Litwie, żeby nie tracić popularności w Koronie. Od przywileju Władysława Jagiełły z roku 1387, od unii horodelskiej w r. 1413, wszystkie prawa obywatelskie były niemal narzucane temu społeczeństwu, bo były mu nadawane z góry, bez naporu i domagań się z jego strony. Toteż słabo bardzo odzywała się walka społeczeństwa o wpływ na państwo i aż do początku XVI. wieku ledwie zdołała wytworzyć się warstwa możnowładcza. Ale możnowładztwo okazać się miało na Litwie o wiele silniejszem. niż było w Koronie.

 

Ciekawa rzecz, że pociąganie szerszych warstw bojarskjch (szlacheckich) do udziału w sprawach publicznych dokonywało się z pomocą mimowolną... Krzyżaków. W istocie rzeczy był to wpływ polski. Polska narzucała Zakonowi warunek, że traktaty z nim zawierane muszą być poręczone przez reprezentantów Stanów państwa krzyżackiego; nie dowierzano bowiem Krzyżakom, a wiedziano, że ludność sama życzy sobie jak najlepszych z Polską stosunków. Ze strony polskiej występowali na aktach tych zawsze przedstawiciele społeczeństwa, ale to było w Polsce czemś całkiem naturalnem, co rozumiało się samo przez się. Kiedy jednak Polska zażądała tego samego od państwa krzyżackiego, żeby i na akcie z ich strony były pieczęcie obywateli, gwarantujących dotrzymanie traktatu, wszczął się w Europie huczek, jak można występować z pojęciami tak rewolucyjnemi! Polacy jednak nie ustąpili, żądanie swe przeparli i wnieśli do państwa Zakonu tem samem walkę społeczeństwa o wpływ na państwo. Polska i Litwa zawierały często układy z Zakonem równocześnie, a za polskim przykładem miały się i na litewskich aktach znaleść pieczęcie obywateli wybitniejszych, choćby w tym celu, żeby można było zażądać tego samego od Krzyżaków. W taki sposób społeczeństwo litewskie (letuwskie i ruskie) zostało wciągnięte w politykę, a Jagiellonowie sami dążność tę popierali.

 

Prawa obywatelskie możnowładztwa uznane były formalnie przywilejem ziemskim Wielkiego Księcia Aleksandra z roku 1492. Jak we wszystkich innych krajach, podobnież na Litwie wpływ na sprawy publiczne zaczynał się od piastowania wybitnych urzędów, a po pewnym czasie główni urzędnicy stawali się zarazem doradcami władcy i w ten sposób z dostojników powstawała Rada przyboczna monarchy. W Polsce i na Litwie zwano ich nawet „panami Radą", lub „panami Rady". Z razu należeli do litewskiej Rady tylko wojewodowie i kasztelanowie wileńscy i troccy, starosta żmujdzki i biskup wileński; następnie grono to rozszerzało się. Kompetencya Rady tyczyła się przedewszystkiem polityki zagranicznej, w czem już Aleksander bardzo był skrępowanym; w sprawach wewnętrznych otrzymała Rada wpływ na obsadzanie wyższych urzędów. Od roku 1506 wszelkie projekty zmian prawodawczych musiały pozyskać przedtem z góry zgodę panów Rady. W Koronie były już wtenczas demokratyczne rządy szlacheckie, wykonywane za pomocą sejmu.

 

 

2. Geneza parlamentaryzmu

 

Koszycka ustawa podatkowa króla Ludwika sprawiła, że trzeba było jakiejś reprezentacji urzędowej właścicieli ziemskich, skoro trzeba było ich pozwolenia i uchwały, ilekroć chodziło o podatek wyższy ponad dwa grosze z łanu.

 

Uchwały ziemian zapadały na zjazdach, zwanych sejmikami, które powstały i rozwinęły się z dawnych wieców sądowych. Niektóre ważniejsze sprawy wolno było osądzać tylko podczas zjazdu dostojników pewnej ziemi, który nazywano wiecem. Na wiecowe „roki" zjeżdżało się dużo szlachty; nietylko skarżący powodowie i obwinieni, świadkowie, ale też krewni i sąsiedzi, zainteresowani pośrednio w wyniku rozprawy sądowej. Ponieważ na rokach bywało oczywiście po kilka i kilkanaście spraw z różnych okolic powiatu, zjeżdżali się więc liczną gromadą ziemianie z całego powiatu lub z całej nawet ziemi; a drugie tyle zjeżdżało się na to, żeby się z kimś zobaczyć, pozałatwiać swoje prywatne interesy, odnowić dawne znajomości, zawierać nowe i t. d. Tak bez jakiejkolwiek ustawy, same z siebie powstały zjazdy szlacheckie podczas wieców sądowych.

 

Korzystając z licznego zebrania, naradzano się nad wszelkiemi sprawami, także nad publicznemi. Do tych-to zjazdów odwoływał się król w sprawach podatkowych i w ten sposób zamieniły się one na sejmiki. Niebawem zniknęły wiece sądowe, bo sądownictwo inaczej rozwijało się dalej - a sejmiki pozostały aż do końca niepodległości.

 

Tu należy stwierdzić i zdać sobie dobrze sprawę z tej okoliczności, że sejmiki powstały samorzutnie. Nigdy nie wydano przepisu, że mają one powstać! Nie powstały z woli żadnego prawodawcy; nie z pomysłu żadnego polityka ! Wyrażając się językiem prawniczym, geneza ich nie jest legislatoryjna, ustawodawcza. Historyk stwierdzi, ze geneza ich nie jest sztuczna, lecz historyczna, ewolucyjna. Zaszła potrzeba, społeczeństwo użyło do jej zaspokojenia środka, jaki nasuwał się w danych okolicznościach, i rzecz zrobiła się bez ustawy, bez przepisów. Taki sposób powstawania urządzeń publicznych nazywa się zazwyczaj ewolucyjnym, t. j. rozwojowym - przez co rozumiemy, że coś rozwija się siłą własną, bez przeszkód z zewnątrz. Ale to określenie nie zawiera w sobie wszystkiego, co łączy się z genezą sejmików polskich. Ewolucja, t. j. rozwój bez wpływów zewnętrznych, może zachodzić w ciągu dalszym i tam także, gdzie początek nie był ewolucyjny; ewolucja nie koniecznie wyklucza genezę legislatoryjna; wszakżeż mówi się (i słusznie) o ewolucji samegoż ustawodawstwa. Nam zaś chodzi tu przedewszystkiem i głównie o to, że sejmiki powstały nie ustawodawczą drogą, bez uczestnictwa prawodawcy. Taką drogę powstawania urządzeń będziemy nazywali naturalną, w przeciwieństwie do drogi sztucznej. Rozróżnianie tych dwóch dróg rozwoju społecznego i państwowego przyda się nam jeszcze nieraz w ciągu tego dziełka, i dlatego zwraca się na to uwagę.

 

Dopiero gdy urządzenie pewne, naturalną drogą powstałe, okaże się dobrem, trafnem, kiedy już należy do dorobku życia publicznego, wtedy dopiero obmyśla się przepisy, ażeby uniknąć nadużyć i ażeby nowe urządzenie zharmonizować należycie z dawnemi, o ile nie poszły w zapomnienie.

 

Ażeby sejmik miał moc prawną, musiał być zwołany przez króla i obradować nad tem, co król do obrad polecił. Za Władysława Jagiełły i długo jeszcze potem nie miały sejmiki prawa inicjatywy, t. j. obradowania nad czemś i uchwalania czegoś z własnego pomysłu.

 

Z początku było pięć sejmików, uznawanych urzędowo; sejmiki ziemi krakowskiej, sandomierskiej, sieradzkiej, łęczyckiej i właściwej Wielko-Polski. Później ilość ich zwiększyła się znacznie.

 

Po raz pierwszy musiał sam król zwołać sejmiki w roku 1404, gdy trzeba było zebrać 40.000 dukatów na wykup ziemi Dobrzyńskiej z rąk Krzyżaków. Odtąd powtarzało się to już stale, ilekroć potrzebowano podatku ponad dwa grosze z łanu. Na tym fundamencie oparły się polskie prawa obywatelskie, polskie „wolności", jak mawiano w starej polszczyźnie.

 

Przez „w o l n o ś ć" rozumiano samorząd. Władysław Jagiełło zaraz na początku swego panowania uznał zasadę, jako wszystkie urzędy, do których przywiązana jest władza nad szlachtą, piastować może taki tylko szlachcic, na którego zgodzi się szlachta tej ziemi, w której ma urzędować.

 

Słuszne to było, o ile chodziło o urzędników ich własnego samorządu ziemskiego; niesłuszne, o ile chodziło o urzędników królewskich. Wartość tej uchwały miała zależeć od tego, jak się rozwinie dalej polska administracja.

 

Za Władysława Jagiełły jednostką administracyjną był już powiat. W powiecie przedstawiał władzę królewską starosta grodowy, który był królewskim sędzią, wszechstronnym administratorem powiatu i zwierzchnikiem pospolitego ruszenia, gdy się zbierało, aż do chwili, kiedy wojewoda wydał swe zarządzenia. Wszystkie powiaty pewnej ziemi, t. j. dawnej dzielnicy z czasów dzielnicowych książęcych, tworzyły razem jednę społeczność ziemiańskiego samorządu, mając wspólny sejmik i wspólnego wojewodę. Ten dawny urzędnik królewski i książęcy stał się w tym okresie zarazem dostojnikiem niewątpliwie już także ziemskim; był pół na pół przedstawicielem władzy królewskiej i pół na pół samorządu ziemskiego. W jego osobie połączyło się jedno z drugiem, ale też, niestety, miało się to pomieszać bardzo niefortunnie.

 

Administracja autonomiczna rozwijała się coraz bardziej, podczas gdy królewska rozwijać się przestała i nigdy jej ściśle nie zorganizowano. Polska stawała się coraz bardziej państwem decentralistycznem.

 

Sejmiki nie miały prawa inicjatywy, a jednak społeczeństwo miało swe potrzeby i żądania; gdzież i w jaki sposób miano z niemi występować? Zdarzyło się podczas jednej z naszych wojen z Krzyżakami, podczas t zw. wojny gołubskiej w r. 1422, gdy pospolite ruszenie bawiło we wsi mazowieckiej Czerwińsku, że zamieniło się ono ze zgromadzenia wojskowego na obradujące, polityczne. Jak niegdyś wieców sądowych, użyto teraz pospolitego ruszenia do obrad, boć przy żadnej innej sposobności nie było tyle szlachty razem. Chodziło głównie o ścisłe wykonywanie przepisu o zniesieniu danin w naturze, co było już w statutach Kazimierza Wielkiego, ale nie wszędzie dało się od razu przeprowadzić, a potem starostowie grodowi jakoś nie bardzo temu bywali chętni. Obecnie tedy zebrani w Czerwińsku skorzystali z tej sposobności, żeby wywrzeć nacisk na administrację królewską, ażeby znieść ostatecznie i naprawdę wszelkie daniny i ciężary w naturze, wszelkie świadczenia służebne na rzecz państwa, ażeby opędzać potrzeby państwowe tylko podatkiem płaconym w gotówce. Wystąpiono i z innemi żądaniami. Żądano, żeby nie można było nikomu konfiskować majątku inaczej, jak tylko za wyrokiem sądowym; również bardzo sprawiedliwa myśl. Żądanie trzecie, żeby nie można było być w jednej osobie i sędzią ziemskim i starostą grodowym, świadczy wielce zaszczytnie o tem pokoleniu. Oddzielenie sądownictwa od administracji jest fundamentem sprawiedliwości, a wieki nowsze uznały to za zasadniczy warunek wszelkiego porządku w państwie. Ta uchwała czerwińska jest zaiste wielkim postępem w rozwoju prawa polskiego. Pozostawiano tylko administracyjne sądownictwo do spraw gardłowych; wykluczano je całkowicie od wszelkich spraw cywilnych.

 

To wszystko król Władysław Jagiełło przyjął i zatwierdził zaraz tam na miejscu; to jest t. zw. przywilej czerwiński.

 

W roku następnym, 1423, zjazd dostojników całego państwa w Warcie zajmował się prawem spadkowem, opieką nad małoletnimi i nadzorem ksiąg sądowych. Nie domagała się tedy szlachta ówczesna żadnych a żadnych szczególnych praw stanowych dla siebie, ale wywalczała stopniowo takie prawa, które my dzisiaj uważamy za tak proste i całkiem naturalne, iż bez nich nie umiemy sobie nawet wyobrazić porządków publicznego życia. Nie psuła wówczas szlachta niczego w państwie, lecz owszem, poprawiała ustrój państwowy, doskonaliła go.

 

Przywilej czerwiński jest nader chwalebny, ale... niebezpiecznym był sposób, w jaki go otrzymano. Narady w obozie musiały rozluźniać karność wojskową, a zamieniając wojsko na jakiś olbrzymi sejmik, mogły się łatwo wyrodzić w plagę wypraw wojennych. Toteż najpilniejszą sprawą stawało się odtąd, żeby tej szlachcie dać jakieś urządzenie prawne do obrad w imieniu nie jednej ziemi, lecz w imieniu wszystkich ziem polskich, i to z prawem inicjatywy, żeby nie naradzali się po obozach nad swemi potrzebami. Minęły dwa pokolenia, nim to obmyślono.

 

Do jakiego stopnia okres dzielnic książęcych powprowadzał był rozmaitość przepisów prawnych w różnych ziemiach, świadczy fakt, że znoszenie danin w naturze napotykało tu i ówdzie na trudności z powodów drobiazgowych, w które tu się wdawać nie możemy, ale które jednak wymagały dopiero osobnych zabiegów. Niewykonalnem okazywało się usunięcie wszystkich ciężarów w naturze od jednego zamachu w całem państwie. Tak np. pozostała jeszcze danina owsa na Kujawach i w ziemi Dobrzyńskiej.

 

Na zjeździe dostojników w Brześciu Kujawskim w roku 1425 zażądano, żeby wszystkie dawne prawa przejrzeć i uzupełnić. Oczywiście, od czasu ustawodawstwa Kazimierza W. niejedno się w życiu społecznem zmieniło, życie stawało się coraz bardziej skomplikowanem, zawilszem, bardziej zróżniczkowanem, boć świat nie stał przez ten czas. Ustawodawstwo wymaga ciągle zmian lub uzupełnień, ażeby przystosowywać się do nowych warunków życiowych. Układano się więc w Brześciu o te uzupełnienia.

 

Żądano, żeby król nie rozsyłał sędziów po kraju od siebie bezpośrednio, t. zw. justycyaryuszów, lecz żeby zajmował się sądami tylko w najwyższej instancyi. Żądano, żeby król podróżował po kraju na koszt skarbca królewskiego, żeby nie wybierał po drodze t.zw. „stacyj", t. j, żeby nie nakładać kosztów utrzymania podróżującego dworu królewskiego na okoliczną ludność. Wołano też o kontrolę nad obiegiem pieniądza; żeby król nie bił monety bez zezwolenia dostojników państwowych. Domagano się, żeby mieszczanie płacili poradlne od gruntów swoich położonych poza murami miast (żeby tedy znieść przywilej dla gruntów ich aż o dwie mile za miastem). Żądano uzupełnienia prawa ziemskiego przepisem, że właściciela ziemskiego nie wolno uwięzić inaczej, jak tylko za wyrokiem sadowym. Wreszcie domagano się, żeby te ziemie, które świeżo dostały się pod polska Koronę, zrównane było w prawach z innemi. Tyczyło się to Kujaw, które dopiero w r. 1396, odebrano księciu Władysławowi Opolczykowi i ziemi Dobrzyńskiej, wykupionej w 1406 roku od Krzyżaków. Ziemie te, nie podlegając przedtem ogólnemu prawu polskiemu, tylko swoim prawom partykularnym, nie korzystały jeszcze z prawodawstwa ostatnich czasów. Wołano więc, żeby zrównanie ich przyśpieszyć.

 

Czyż jest w tych żądaniach choć jedno, którebyśmy dziś zganili? Są to wszystko rzeczy, które dziś dla nas rozumieją się same przez się, o które jednak trzeba było dobijać się w czasach, kiedy potrzeby te wyłoniły się z życia. Pięć lat trwały narady wielokrotne i rozmaite wątpliwości i nawet niesnaski, aż dopiero w roku 1430, Jagiełło wszystkie te projekty do ustaw przyjął i zatwierdził na zjeździe w Jedlnie; stąd zowią się „przywilejem jedlneńskim". Danina owsa na Kujawach i w Dobrzyńskiej ziemi zniesiona; zatrzymano ją jeszcze tylko na Rusi Czerwonej. Tam wprowadzono prawo polskie ogólne całkowicie w roku 1433 i przybył szósty sejmik.

 

Przez dwadzieścia lat nie wydawano następnie żadnych ważniejszych ustaw. Taki wypoczynek prawodawczy może być wielce a wielce pożytecznym. Ale, niestety, w tym wypadku w wypoczynku tym mieściło się zaniedbanie. Nie zrobiono nic, żeby zapobiedz powtórzeniu się błędu czerwińskiego, t. j. obradom obozowym. Szlachta nie posiadała nadal żadnego urządzenia prawnego do obrad w imieniu wszystkich ziem polskich. Wobec tego groziło wciąż niebezpieczeństwo, że najbliższe ogólno-polskie pospolite ruszenie może się zamienić znów na narady obozowe, w miejscu i czasie do tego najmniej pożądanych i jak najmniej stosownych.

 

Stało się to w Cerekwicy w roku 1454, a więc na samym początku wojny trzynastoletniej (1454-1466), prowadzonej o odzyskanie Pomorza gdańskiego. Nie sądźmy, żeby te obrady obozowe pochodziły może z braku patryotyzmu, z braku poczucia i zrozumienia obowiązków wobec państwa. Wcale nie! Właśnie w Cerekwicy złożyła szlachta dowód, że poczuwa się do obowiązków i nie myśli się od nich usuwać.

 

Jak już była o tem wzmianka, szlachcic polski obowiązany był do służby wojskowej tylko wewnątrz granic państwa na koszt własny; od służby wojennej poza granicami państwa należało mu się wynagrodzenie ze skarbu państwa. Wiadomo, że dziś żołnierz służy tylko na koszt państwa i uważamy to za coś, co się rozumie samo przez się; ale szlachcic polski aż do granicy państwa musiał sam ponosić koszty wojskowe. A były one rozmaite, stosownie do majętności. Równości nie było; bogatszy dawał więcej. Ubogi szlachetka przyjeżdżał na wyprawę wojenną sam jeden, a bogatszy we dwójkę, w trójkę, choćby nawet w kilkunastu ochotników, których musiał swoim kosztem zwerbować, uzbroić i żywić. Koszta były tem większe, że całe pospolite ruszenie było konnicą.

 

W połowie XV wieku należało się szlachcicowi, stającemu się żołnierzem poza granicami państwa polskiego, po pięć grzywien od oszczepu, t. j. 5 grzywien za siebie i po 5 grzywien od towarzyszy, których przyprowadził z sobą konno i zbrojne, stosownie do majętności swej. Otóż nasuwała się wątpliwość, czy wkraczając do Prus krzyżackich, nie przesiębierze się wyprawy wojennej zagranicznej, a w takim razie należy się wynagrodzenie ze skarbu państwa, ale gdy użyto argumentu, że król wydał już dokument przyłączający Prusy do Korony i mianował tam nawet swoich wojewodów, a zatem  Prusy całe, a Pomorze gdańskie w szczególności znajdują się skutkiem tego już w obrębie państwa polskiego, uznali trafność tego argumentu i już nikt o owe 5 grzywien nie upominał się.

 

Tego zebrania obozowego w Cerekwicy użył sam król, żeby uwolnić się od przewagi możnowładztwa. Ogół szlachty miał już do nich niechęć o to, że sami rządy zagarniali, a tymczasem dążenie do wpływu na sprawy państwowe rozszerzone już było na całą szlachtę. Szerzył się w Polsce dobrobyt, szerzyła oświata, zwiększało się tedy z każdem pokoleniem zajęcie dla publicznych spraw i życia publicznego. Rozpoczął się w Polsce demokratyczny ruch polityczny. Król ruch ten ośmielał.

 

Pewni królewskiego poparcia, radzili tem śmielej. Gniazdem możnowładztwa była Małopolska; skarżyli się tedy, jako król pomija Wielkopolan przy obsadzaniu dostojeństw. Podawano rozmaite wnioski, zupełnie słuszne, zmierzające do dalszego wydoskonalenia sądownictwa, ażeby słabszemu zapewnić opiekę przed silniejszym, ażeby ubogi łatwiej mógł otrzymać sprawiedliwość przeciw bogaczowi. Ze spraw ściśle politycznych wystąpiono z żądaniem, żeby nie wolno było prowadzić wojny bez uchwały sejmików.

 

Wszystkie te wnioski spisano. Było ich razem 35, począwszy od tak doniosłego, jak kwestja wypowiadania wojny, aż do drobnych szczegółów, tyczących się przewodu sądowego.

 

O ile postulaty w sprawach sądownictwa zasługują na wdzięczną pamięć potomnych, o tyle niesposób pochwalić tamtych dwóch żądań. Kogo ma król (rząd) powołać na urząd, to powinno być jemu samemu pozostawione. Widocznie wielką była potęga możnowładztwa małopolskiego, skoro król nie miał odwagi sam od siebie odsuwać ich od najwyższych urzędów, lecz wolał wywoływać przeciw nim uchwałę szlachty, chociaż uchwałę krępującą zarazem władzę królewską w sposób niewłaściwy, bo wdawali się tu w sprawę, która należała ściśle do króla.

 

Wielce niebezpieczną była uchwała, żeby o wyprawach wojennych postanawiały sejmiki. Cóż tedy począć, gdyby jedne sejmiki były za wojną, a drugie przeciw wypowiedzeniu wojny? Jeżeli zaś o wojnie zamierzonej miało się radzić na sejmikach, publicznie, jawnie, głośno, nie możnaby nigdy zajść nieprzyjaciela nieprzygotowanego; co więcej, nieprzyjaciel zyskiwałby zawsze czas, żeby uprzedzić Polskę. Uchwała taka równałaby się w praktyce zakazowi wojen zagranicznych i wyszłoby na to, że Polska ma zawsze czekać, aż zostanie napadniętą.

 

Wszystkie cerekwickie wnioski, żadnego nie wyjmując, zatwierdził król zaraz dnia 15 września 1454 r. i zamienił na uchwały prawomocne. Kazimierz Jagiellończyk zatwierdził w ciągu trzech dni uchwały, które uszczuplały jego władzę ponad słuszność i rozumną potrzebę. W historji administracji polskiej przywilej cerekwicki stanowi datę ujemną.

 

Podczas wojny trzynastoletniej trzeba było raz wraz uchwalać większe podatki. W ciągu owych 13 lat wynosił najmniejszy podatek ziemski po sześć groszy od łanu, a więc trzykrotnie ponad zwykłą należytość. Musiał więc król sam zwoływać ciągle sejmiki. Okazała się niepraktyczność, żeby każda ziemia uchwalała podatek z osobna, bo zapadały czasem uchwały niezgodne. Poczęto tedy łączyć w jedno sejmiki ziem sąsiednich i tak powstały dwa sejmy prowincjonalne, wielkopolski i małopolski, W roku 1457 zdarzyło się jednak, że Wielkopolska uchwaliła pospolite ruszenie, a Małopolska podatek po 12 groszy z łanu (zaco miano zaciągnąć zaciężnych, żołnierza zawodowego do oblegania warownych miast). W roku 1464 chciał zaś król pospolitego ruszenia z Wielkopolski, ale Wielkopolanie oświadczylo, że skoro Małopolanie nie ruszają w pole, a tylko płacą podatek, wolą i oni dać po 12 groszy.

 

Taka różność uchwal była kłopotliwa. Chcąc dojść do jednakowej powszechnej uchwały, trzeba było zwoływać powtórnie sejm prowincjonalny jednej czy drugiej prowincji, a czasem nawet sejmik jakiej ziemi, i starać się, żeby zmienili poprzednią uchwałę. Próbowano poradzić na to w ten sposób, żeby od razu zebrać na jednem miejscu obydwa sejmy prowincjonalne, a przynajmniej ich delegacje. Pierwszy taki ogólny zjazd sejmowy odbył się w r. 1459 w Piotrkowie. W roku 1468, obmyślono po raz pierwszy prawidło, jak takie zjazdy zbierać i odbywać. Małopolski sejm prowincjonalny zażądał wtenczas sam zwołania sejmu obydwóch prowincji do Piotrkowa. Postanowiono, żeby szlachta wybrała z każdego powiatu po dwóch posłów sejmowych. Wtenczas też pojawia się nazwa na taki zjazd posłów: sejm walny.

 

Sejm walny miał zwolenników i przeciwników. Jedni upatrywali w nim rękojmię, że ziemia czy województwo podda się łatwiej interesowi całego państwa, że wykształci się na sejmach takich tem wyżej polityczny zmysł państwowy. Inni upatrywali natomiast w sejmach walnych niebezpieczeństwo dla... swobód obywatelskich! Obawiali się, że posłowie, oddaleni od współobywateli, a zbliżeni natomiast do króla i dostojników jego, będą nazbyt ulegać ich wpływom i przystaną na wszystkie żądania królewskie, zwabieni łaską dworu.

 

W r. 1478 zdarzyło się, ze sejm piotrkowski uchwalił podatek, ale Wielkopolanie wyparli się swoich posłów. Trzeba było tę sprawę roztrząsać na nowo na wielkopolskich sejmikach. Wracano też często do zwoływania dwóch sejmów prowincjonalnych z osobna. Sejmiki pozostały po dawnemu, tylko ilość ich powiększała się ciągle. Było ich w drugiej połowie panowania Kazimierza Jagiellończyka (1447-1492) w Wielkopolsce dziesięć, a w Małopolsce sześć. Nie zyskał jeszcze sejm walny wówczas bynajmniej przewagi nad sejmikami.

 

W sejmie walnym nie brały jeszcze udziału ani Prusy, ani kraje Wielkiego Księstwa litewskiego. Ówczesny sejm walny reprezentował tylko dawne państwo piastowskie wraz z Rusią Czerwoną.

 

Był tedy sejm walny z razu tylko zjazdem całego królestwa (prócz Prus), zjazdem reprezentacyjnym, t. j. dokonanym przez pełnomocników, jakimi byli posłowie - celem osiągnięcia jednolitości państwa w sprawach podatkowych i wojskowych. Po większej części uważali go współcześni za prosty zjazd na uchwalanie podatków.

 

Z razu niewielu tylko dostrzegało, jako sejm walny nie jest tylko zjazdem od podatków, lecz nowem a zasadniczem urządzeniem w ustroju państwa i to wyższem ponad wszystkie dotychczasowe. Zwolna kiełkowała myśl, żeby sejmowi walnemu przyznać władzę ustawodawczą i prawo inicjatywy; gdyby to pozyskał, stałby się największą dźwignią demokratycznego ruchu - który zaczynał się od wielmożów ku prostej szlachcie. Ogół patrzał jednakże długo jeszcze podejrzliwie na te obrady posłów pod bokiem króla i nie dowierzał, żeby z tego mogło wyjść rozszerzenie swobód obywatelskich.

 

Minęło 37 lat (od roku 1459 do 1496), zanim wszyscy zrozumieli, czem te sejmy walne mogą być dla społeczeństwa. Z końcem panowania Kazimierza Jagiellończyka było jednak już potężne stronnictwo, którego hasłem było, żeby sejmy walne przeobrazić na władzę najwyższą państwa pod przewodnictwem króla. Król sam rad był ruchowi demokratycznemu, o ile mu to przydatnem było przeciw możnowładztwu, ale na tem tez stanął i zatrzymał się. Dopiero następny król, Jan Olbracht (1492-1501) przyjął cały program tego stronnictwa.

 

Już podczas bezkrólewia po zgonie Kazimierza Jagiellończyka nastąpiło ostre starcie pomiędzy możnowładztwem a szlachtą, pragnącą wyrwać władzę ustawodawczą z rąk doradców królewskich, t. zw. Rady królewskiej, złożonej z dostojników, a przelać tę władzę na sejm walny. Tym razem mieszczaństwo trzymało ze szlachtą.

 

Król Jan Olbracht spełnił w zupełności nadzieje szlachty, w sobie pokładane. Zwołał sejm walny zaraz na początek 1493 roku i wydał dokument formalny z zapowiedzią pomnożenia praw obywatelskich. Dotrzymał przyrzeczenia na drugim sejmie piotrkowskim, w roku 1496, zatwierdzając uchwały, powzięte przez ten sejm w rozmaitych sprawach niepodatkowych, a powzięte z inicjatywy posłów szlacheckich. Uznał król przez to władzę prawodawczą sejmu walnego.

 

Widzimy tedy, że geneza polskiego parlamentaryzmu, t. j. ustroju państwa opartego na sejmowaniu, tkwi w tem, że rząd królewski potrzebuje zwiększonych podatków i znaczniejszego wysiłku wojennego społeczeństwa - a to dla osiągnięcia rozleglejszych celów politycznych. Tak samo było we wszystkich państwach Europy. Król zapraszał do sejmowania, lub przynajmniej tolerował sejmowanie (w najrozmaitszych formach), ażeby uzyskać od społeczeństwa środki potrzebne do intensywniejszego uprawiania polityki państwowej.

 

U nas działo się to na tle dążeń do odzyskania Pomorza. Chodziło o Prusy, o zabór krzyżacki. Wszczęta w r. 1454 wojna 13-letnia miała w zakończeniu swem, w pokoju toruńskim 1466 roku, pozbawić Zakon Niemiecki przynajmniej zachodniej połowy ziem zagrabionych, przynajmniej ziem pierwotnie polskich, z których utworzono nową prowincję, t. zw. Prus Królewskich (wschodnia połowa należała nadal do Wielkiego Mistrza, potem, od r. 1525, do księcia pruskiego i stąd nazwa Książęcych).

 

Odzyskane Prusy miały swe odrębności, boć przeszły przez odmienny zgoła od polskiego ustrój państwowy; toteż i administracja Prus - podobnie jak litewska - różniła się w niejednem od polskiej. Odrębności te byłyby niezrozumiałe, gdybyśmy nie uwzględniali odrębnego biegu dziejów i krzyżackiej w tym kraju administracji.

 

 

3. Odrębności pruskie

 

W r. 1124 założyli kupcy z Bremy i z Lubeki w Jerozolimie schronisko dla pielgrzymów niemieckich; oddano je pod zarząd włoskiego zakonu rycerskiego Joannitów. Drugim takim zakonem był francuski Templaryuszów. Trzecim zaś stał się założony około niemieckiego schroniska w r. 1191, podczas trzeciej wyprawy krzyżowej, niemiecki zakon rycerski, znany u nas potem pod nazwą Krzyżaków.

 

Celem schroniska jerozolimskiego było dostarczyć pątnikom do Grobu Zbawiciela dachu nad głową, strawy, opieki w chorobie i odzieży. Z wielkich urzędów najstarszym też był s z p i t a l n i k (Spittler), a skoro na wszystko trzeba pieniędzy, więc zapewne i podskarbi (Tressler). W miłosierdziu średniowiecza ważne zajmuje miejsce rozdawnictwo szat, toteż od samego początku istnieje w tem niemieckiem przytulisku szatny (Trappir). Kiedy odłączono się od Joannitów, ustanowiono, jako zwierzchnika i zawiadowcę głównego, komtura, w czem naśladowano organizację włoską. Kiedy utworzono rycerski zakon, wybrano przywódcę wojennego, marszałka (Marschall). Ci byli najwyższymi dostojnikami Zakonu i stanowili radę przyboczną głowy Zakonu, W. Mistrza.

 

Zakon stał się żrenicą w oku niemieckiego społeczeństwa. Posypały się fundacje, a kiedy trzeba było przenieść się do Europy, organizuje się jedna prowincja Zakonu po drugiej: frankońska, szwabska, alzacka, utrechtska i inne późniejsze. Siedzibą W. Mistrza była z razu Wenecja. Potem powołano Krzyżaków na Węgry, ale gdy zabrali się tam do zakładania własnego państwa kosztem Węgier, wypędzono ich. Lepiej poszczęściło się im w Polsce. Przywołani z porady Henryka Brodatego wrocławskiego przez Konrada mazowieckiego, osiedlili się faktycznie w r. 1230 tuż pod Toruniem (grodek ich pierwszy: Vogelsang). Zaczęli od razu od fałszowania dokumentów i od sporów z biskupem pruskim, Krystynem. W r. 1236 połączyli się z nimi w jeden Zakon inflanccy Kawalerowie Mieczowi, którzy tedy od tego roku przestają istnieć, a Krzyżacy zyskują nową prowincję w Inflanciech.

 

W roku 1251 wyprawił W. Mistrz do Prus zwierzchnika prowincyj niemieckich (deutschmeistra) Eberharda von Sayn celem ostatecznego zorganizowania prowincji pruskiej. Składała się ona nie z samej tylko pogańskiej ziemi Prusaków, która dopiero miała być zdobytą, ale też z krain polskich, ofiarowanych im na siedzibę, żeby tem skuteczniej bronili Mazowsza od pruskiej dziczy. Była to ziemia chełmińska. Dużo konwentów krzyżackich stanęło w chełmińskiej ziemi, zanim poczęli zakładać je na ziemi pruskiej; i zawsze, aż do końca, stały „domy" krzyżackie gęsto na ziemi polskiej, chrześcijańskiej, a z rzadka tylko i w wielkiem oddaleniu od siebie pośród pogan, wytępionych następnie Prusaków.

 

„Domy" chełmińskie wiodły życie gromadne, podczas gdy tamte żyły w odosobnieniu. Say urządził z chełmińskich od razu „komturstwo prowincjonalne", a w przyszłości miały powstać podobneż „prowincje komturskie" w ziemiach pruskich: Sambija, Natangen, Gerdawa, Barten. Na czele każdego grodu Zakonu stoi komtur; na czele prowincji komturskiej Landcomthur, a zwierzchnikiem wszystkich pięciu landkomturów ma być landmeister, równoznaczny inflanckiemu i niemieckiemu, ale plan ten nie spełnił się nigdy. Konwenty innych krain były nawet za czasów najświetniejszego rozkwitu Zakonu wielce od siebie oddalone w porównaniu z ciasnem skupieniem ich w Chełmińszczyźnie.

 

Zaszły tymczasem okoliczności, które zmieniły gruntownie system administracyjny Zakonu, gdyż zmieniło się całe jego stanowisko nad Bałtykiem. Do roku 1282 była to drużyna rycerska, mająca stałe oparcie w Chełmińszczyźnie, a dążąca do opanowania i skolonizowania kraju pogańskiego Prusaków. W roku 1282 poczyna Zakon wchodzić na zupełnie inne tory. W owym roku staje układ między Krzyżakami a księciem pomorskim Msczugiem (Mestvinus), mocą którego nabywają ziemię gniewską i księstwo świecieskie (nie jest to wprawdzie pierwszy krok Zakonu na lewy brzeg Wisły, lecz pierwsze ulegalizowanie go). Niebawem, w roku 1304 Leszko kujawski zastawia u Krzyżaków ziemię michałowską, a w dwa lata później Zakon przekracza faktycznie Drwęcę. W roku 1308 następuje osławiona rzeź Gdańska i Tczewa przez niemieckich „rycerzy N. Maryi Panny". W roku 1330 kupują Krzyżacy w kancelarji Jana Luksemburczyka dokument donacyjny na ziemię dobrzyńską; odtąd czyhano tylko na sposobność zagarnięcia Kujaw.

 

Czemżeż były dawne plany Sayna wobec nowego planu, żeby założyć wielkie państwo niemieckie nad Bałtykiem od ujścia Odry do Fińskiej zatoki? W r. 1309 przyjeżdża na północ po raz pierwszy Wielki Mistrz. Od roku 1324 Malborg jest uznany urzędowo za stolicę całego Zakonu.

 

Następuje nowa organizacja kraju. Porzuca się „prowincje komturskie", a nowy system urządza drobniejsze jednostki administracyjne, podległe wprost samemu W. Mistrzowi i jego kapitule. Te okręgi zowią się komturstwami. W XIV wieku nie w każdym „domu", czyli konwencie jest komtur. Komtur staje się naczelnikiem pewnego terytorjum, w którem znajduje się kilka konwentów. Zwierzchnik konwentu zowie się „Hauskomtur", lub „Pfleger" i jest urzędnikiem wyłącznie do stosunków wewnętrznych Zakonu, podczas gdy komtur jest urzędnikiem także wobec ludności. Tylko na zewnątrz Zakonu, tylko do stosunków z ludnością ustanowiony jest w każdem komturstwie ,,vogt".

 

Wraz z W. Mistrzem przeniosła się do Malborga jego rada przyboczna, pięciu najwyższych dostojników Zakonu, jakimi stali się marszałek, komtur, szpitalnik, szatny i skarbnik domu głównego, t. j. tego, w którym mieszkał W. Mistrz. Ponieważ każde komturstwo posiadało takichże dygnitarzy (z wyjątkiem marszałka, którym był sam komtur), więc ci, którzy bawili przy osobie Wielkiego Mistrza,, przybierają tytuł „starszych, wyższych": Oberstmarschall, Grosscomthur, Oberstspittler, Obersttrappir i Obersttressier. Są to najwyżsi „gebitigerowie" Zakonu.

Zakon zabrał się do systematycznego handlowego wyzyskiwania kraju na rachunek własny; z tego powodu powstała cała grupa nowych urzędów, jak Viehmeister, Fischmeister, Waldmeister, Schaeffer z całym personalem mniejszych subalternów. Po pewnym czasie każdy konwent stał się agencją handlową, każdy „pfleger” handlowym urzędnikiem krzyżackim. To prowadzenie handlu na własny rachunek miało zgubić Zakon, bo w ten sposób ludność mieszczańska miała we władcach kraju niebezpiecznych, bo uprzywilejowanych, współzawodników. Nastąpiła rozbieżność społeczeństwa a państwa. Społeczeństwo upatrywać musiało w takich okolicznościach swój interes w tem, żeby organizacja państwowa, krzyżacka, zbierała jak najmniej dochodów; Zakonu zaś interes polegał na gnębieniu ekonomicznem ludności.

 

Znaczna część tej ludności (w niektórych krainach olbrzymia większość) była polską, teteż tem goręcej pragnęła połączyć się z królestwem polskiem. Ziemia chełmińska i całe Pomorze gdańskie na zachód od Wisły miały ludność niemal wyłącznie polską, częściowo zniemczoną, a tylko drobny ułamek osadników niemieckich. To mając na pamięci, zrozumiemy łatwo rozmaite objawy z dziejów „Jaszczurców" (organizacji tajnej, mającej na celu wypędzenie Krzyżaków) i wojny 13-letniej, prowadzonej przez króla Kazimierza Jagiellończyka w latach 1454 - 1466 celem odzyskania ziem przez Zakon zagrabionych.

 

Król zajmował się równocześnie i wojną i administracją. Zaraz 1454 r. znajdujemy takie godności, jak wojewoda chełmiński i elbląski, chorążowie elbląski i chełmiński, sędzia elbląski; w r. 1466 spotykamy kasztelanów chełmińskiego i santockiego; w roku 1476 kasztelanów elbląskiego i pomorskiego. W r. 1455 występuje już pierwszy „capitaneus": grudziądzki, a w r. 1466 wymieniono ich już siedmiu. Stopniowo zaprowadza król urzędy polskie, zaczynając od tych, które podczas wojny były niezbędne. Ostatecznie utworzono trzy województwa: pomorskie, malborskie i chełmińskie. Nadto były cztery państwa kościelne: sambijskie, warmińskie, pomezańskie i chełmińskie, których władcami świeckimi byli biskupi owych djecezyj. Państewka te obejmowały tylko cząstki djecezyj. Po r. 1525, po zaprowadzeniu protestantyzmu zostało tylko biskupie księstwo Warmii i pewien okręg chełmińskiego, jako ubezpieczone od ,,sekularyzacji" opieką rządu polskiego. Zostały te państewka kościelne do końca Rzpltej, a szlachcie tych państewek nie wolno było brać udziału w sejmikach wojewódzkich, jako nie podlegającej bezpośrednio królowi, lecz biskupom. Większa część Prus królewskich, bo całe województwo pomorskie, należało do biskupstwa włocławskiego.

 

Pokój toruński 1466 r., mocą którego zachodnia połać państwa krzyżackiego wracała do Polski, zastał te Prusy, zwane odtąd Królewskimi, wojną wyczerpane, spragnionemi tego, żeby się móc urządzić według własnych swoich potrzeb, akcentowano też silnie zasadę samorządu całej prowincji. Stany pruskie stawały na tem stanowisku, że Prusy Królewskie wraz z Warmią tworzą odrębne państwo Jagiellońskie, związane z Polską i Litwą wspólną dynastją, wspólną polityką zewnętrzną, ale na wewnątrz całkiem niezależne.

 

Stanów politycznych było w Prusiech więcej, niż w Koronie, bo miasta również „stan" tworzyły. Każdy zaś stan był w Prusiech rozdzielony na dwa, na wyższy i niższy. Biskupi oddzielnie, ogół duchowieństwa oddzielnie; dostojnicy osobno, ogół szlachty osobno; miasta główne (Gdańsk, Elbląg, Toruń) odrębnie, reszta miast i miasteczek odrębnie tworzyły stan tak, iż stanów było sześć. Dzieliły się urzędowo na wyższe i niższe stany; każdy po trzy. Stany wyższe stanowiły stałe collegium,t.j. władzę zbiorową samorządową, reprezentującą całą prowincję wobec króla. Nazwano to grono na wzór Korony senatem. Należeli do niego: biskup warmiński, prezydujący; biskup chełmiński; ze trzech województw wojewodowie, kasztelanowie i podkomorzowie; tudzież przedstawiciele Gdańska, Elbląga, Torunia. Podkomorzowie w Koronie senatorami nie byli, lecz tylko najwyższymi urzędnikami ziemskimi, pierwszymi pośród szlachty.

 

Łączące się z Koroną Prusy zastały w Polsce w sam raz świeżo wytworzony ustrój parlamentarny, który właśnie podczas wojny 13-letniej, a niemal i z jej powodu, dokonywał się.

 

 

4. Wieś a miasto w XV wieku

 

Odrębność Prus w Polsce polegała na odmienności struktury społecznej o tyle, że tam miasta nadawały krajowi cechę, ton, charakter. Kierunek historyczny Europy całej zmierzał ku temu, by miasta wysunąć na czoło, by jaknajbardziej zmieszczyć narody europejskie. Prąd ten zowie nauka urbanizacją. Pod tym względem były Prusy Królewskie najbardziej europejską prowincją Polski. W wieku XV cała Polska szła za ich przykładem, ku urbanizacji. Są to złote czasy miast polskich, które już się też polszczyły, odniemczały.

 

Przerwaliśmy przegląd spraw administracji miejskiej w poprzednim rozdziale na tem, jak wójtowstwa, sprzedażnemi będąc, już za Kazimierza Wielkiego bywały wykupywane przez gminy miejskie. Prąd ten wzmógł się wielce w XV wieku. Jeżeli prawa wójtowskie do części czynszów i grzywien sądowych, do wolnych jatek, do młyna i t. d., mogą być odsprzedawane ludziom obcym, toć czyż nie najlepiej będzie, jeżeli wykupi je sama gmina miejska? Ten sposób załatwienia kwestji narzucał się z prostą konsekwencją.

 

Wykupywanie wójtostw przez miasta zaczęło się na Śląsku, poczem dopiero Kraków poszedł tym torem, a za Krakowem inne miasta. Wykupno następowało w najrozmaitszy sposób, szybciej lub wolniej, zupełne, częściowe, w rozmaitych częściach i działach. W każdem mieście bywało inaczej, stosownie do okoliczności i możności.

 

Wykupione prawa wójtowskie przechodziły na radę miejską. Rada zarządza tedy wykupionymi łanami (parcelami), domami, jatkami, sklepami, gospodami, młynem dawniej wójtowskim; pojawiają się miejskie domy, miejskie jatki, młyny miejskie, grunty miejskie; do kasy miejskiej poczynają wpływać należytości wójtowskie z czynszów i kar sądowych; miasto zaczyna miewać swoje własne regularne dochody. Gdzie sądownictwo przechodzi na gminę, tam rada miejska ustanawia osobnego wójta sądowego.

 

Rada miejska wstępuje tedy stopniowo na miejsce wójtów; gdzie pozostawiono urząd wójtowski, tam wójt jest urzędnikiem rady, przez radę mianowanym, pełniącym takie funkcje, jakie mu rada przekaże. Rada ma prawo odwołać go z urzędu i mianować na jego mejsce kogokolwiek innego; o dziedziczności urzędu niema mowy. Co najważniejsze, uposażenie takiego wójta zależało w zupełności od rady miejskiej; był na jej łasce i niełasce, jak każdy urzędnik. Toteż wójt teki musiał starać się o łaski osób wpływowych w mieście i uważać dobrze, ,,skąd wiatr wieje". Jak widzimy, z dawnego wójta została tylko nazwa, sam tylko wyraz, który atoli... zmienił zupełnie znaczenie.

 

Taka ewolucja wójtostwa odbywała się nietylko w Polsce. W Niemczech po większej części zostało już tak na zawsze, że wójt jest urzędnikiem rady miejskiej, jej podwładnym.

 

Miasta mniejsze często nie posiadały środków potrzebnych do wykupna wójtostw. Dopomagało im do tego państwo, a wykupione wójtowskie prawa tymczasem przechodziły na króla, który przekazywał zawiadowanie niemi staroście grodowemu najbliższego „grodu", t. j. miasta starościńskiego, jako swemu urzędnikowi administracyjnemu. W takich wypadkach prawa wójtowskie przechodziły w administrację rządową. Miało to być tymczasowem, do czasu, aż gmina miejska zbierze środki pieniężne, aż poprawią się jej finanse. Ale miasta zaczęły potem podupadać i zapomniano nawet o tem, że to miało być czemś tymczasowem. Zaginęła zgoła tradycja, w jaki sposób się to stało. Starosta, administrując wykupionemi przez króla, t. j. przez państwo, prawami i posiadłościami wójtowskiemi, zyskiwał przez to samo wpływ na administrację miejską wogóle.

Nasuwa się porównanie skupu sołectw a wójtostw. Kmiecie nie mogli wykupywać sołectwa, bo ziemia, na której gospodarowali, nie była ich własnością. A choćby nie było zasadniczej przeszkody z tego powodu, nie byliby mogli dokonać skupu, bo nie byłoby ich na to stać. Jeżeli miasta musiały kołatać w tej sprawie do pomocy rządu, jakżeż kmiecie mogliby sami zdobyć się na analogiczną akcyę finansową?

 

Analogia nasuwa się atoli ściślejsza znacznie z tego powodu, że jak wykupu sołectwa, podobnież wykupu wójtowstwa mógł dokonać szlachcic. Miasta bywały bowiem dwojakie (w Polsce i w innych krajach): t. zw. królewskie i prywatne. Zależało to od tego, na czyim gruncie były zakładane. Niejeden właściciel ziemski otrzymywał od króla prawo założenia miasta w swoich posiadłościach, Taki wykupywał potem bardzo chętnie wójtowstwo i skutkiem tego sam właściciel gruntu stawał się dla tego miasta wójtem dziedzicznym. W sprawowaniu urzędu mógł się wyręczyć, kim zechciał. Wyszło więc potem na to, że miasto takie zawisłe było od oficyalisty swego „pana". Gdybyż miasto rozkwitało, gdybyż rosło w dobrobycie! w takim razie nie dałoby sobie przewodzić, i byłoby znalazło sposoby, żeby i „pana" razem z jego wójtowstwem wykupić! byłoby znalazło sposoby dawać się we znaki swemu „panu”, tak, iżby ten z ochotą przystał na skup. Ale miasta ubożały potem, a prywatne były mieścinami nędznemi, w których oficyalista, ustanowiony przez właściciela gruntu na wójta, rządził się prawdziwie, jak szara gęś - o czem potem.

 

Dodajmy, że w „posiadaniu" miasta przez „pana" nie było nic takiego, coby mieszkańców miasta miało poniżać. Płaciło się czynsze i rozmaite opłaty właścicielowi gruntu, na którym stały domy miejskie, a który gruntu tego mieszczanom nie sprzedawał. Miasta prywatne długo istniały nietylko u nas, a są do dnia dzisiejszego w Anglii, Znaczna część Londynu zbudowana jest na miejscu dawnych wsi podmiejskich; przedmieścia te stanowią dotychczas własność prywatną potomków ówczesnych właścicieli wsi, i nikogo to nie razi ani dziwi, bo własność prywatna jest tam święta. Jedyny sposób wyzbycia się prywatnego właściciela: odkupić, jeżeli sprzedać zechce.

 

W okresie Jagiellońskim można już mówić o „rodach radzieckich" po miastach, jako o wyróżniającej się warstwie ludności. Pod koniec wieku XV składała się warstwa ta niemal wyłącznie z kupców. Niegdyś Kazimierz W. przykazał w Krakowie, żeby wojewoda mianował (bo Kraków utracił prawo samorządu) zawsze połowę rajców z rzemieślników; lecz w wieku XV przepis ten stał się niewykonalnym, bo już nie było patrycyuszów pomiędzy rzemieślnikami. Ludność miast wzrastała szybko, a rodzin patrycjuszowskich przybyło nie wiele, a więcej wymarło w ciągu pokoleń; z nowych obywateli rzadko kto dostał się pomiędzy tych możnowładców. Chudopachołek nawet zresztą nie chciałby być rajcą, bo nazbyt zaniedbałby swego warstatu i za często narażony byłby na rozmaite wydatki, które ciężko dawałyby mu się we znaki. Toteż z końcem XV wieku koło rajców było już bardzo ograniczonem. Wszyscy rajcowie nietylko byli dobrymi znajomymi, lecz po większej części krewnymi. Rządziło miastem szczupłe grono osób, związanych osobistymi interesami. Nieliczni patrycjusze zajmowali tedy kolejno urzędy, a że wszyscy byli z jednej wielkiej familji, spowinowaceni przez żony, zmiana dostojników miejskich stawała się formalnością bez znaczenia. Gdzie były wybory, dobrzy znajomi wybierali siebie samych nawzajem; a gdzie z nominacji, kręciły się nominacje ciągle w tem samem ciasnem kółku. Były to więc rządy oligarchiczne w całem znaczeniu tego słowa. Tak samo było i zagranicą aż późno w wiek XIX.

 

Odkąd z ogółu obywateli, t. j. z „pospólstwa" wyodrębniła się warstwa rządzących oligarchów, odtąd też przez pospólstwo rozumiało się obywateli mniej zamożnych, mniej wpływowych, nie mających faktycznie dostępu do rady miejskiej. Oczywiście rozpoczęła się walka o wpływ na rządy miejskie. Wszakżeż pierwotnie wszystko było przy „pospólstwie" i jego reprezentacjach! W Krakowie, gdzie bezpośrednia ingerencja królewska znaczyła najwięcej, zapadło w roku 1418 postanowienie Władysława Jagiełły, jako pospólstwo ma wybierać 16 delegatów, po połowie z kupców (drobniejszych) i z rzemieślników, a delegacja ta ma odtąd należeć do rady. Bez zezwolenia tej delegacji nie można było uchwalać wilkierzy, ani nakładać podatku; co więcej, rada winna corocznie zdawać przed nimi sprawę z rachunków miejskich.

 

Jak pospólstwo wojowało z radą, tak też samo miało u siebie wojownika, wojującego z niem. Czeladź wyrzekała nieraz na majstrów o wyzysk, a próbowała poprawić sobie warunki bytu... strajkiem. Tak jest! już pod koniec XIV wieku spotykamy się z wydarzeniami w kronikach cechów, które śmiało strajkami nazywać można. W roku 1392 krakowska rada miejska wypędziła z miasta 15 takich czeladników, którzy wstrzymując się od pracy chcieli wymusić większe wynagrodzenie. Z końcem XV wieku wybuchnął we Lwowie strajk wielki rzemiosła krawieckiego. Porzucili pracę wszyscy, ale to wszyscy czeladnicy i terminatorowie. W nocy wydostali się chyłkiem poza mury miejskie, zamierzając uciec i już do Lwowa nie wracać. Dogoniono ich, a straż miejska, ażeby ich zmusić do powrotu, musiała użyć broni. Kilkunastu czeladzi poległo w krwawej rozprawie. Na miejscu tego przykrego wypadku wystawiono potem kościół św. Anny, ufundowany przez zbogaconych majstrów, niegdyś jako czeladników z tego właśnie starcia gwałtem przez straż miejską do miasta odstawionych. Dzięki temu... doszli do majątku, więc zrobili fundację ku uczczeniu pamięci tych, którzy polegli.

 

Pospólstwo, zwłaszcza drobniejsi kupcy, doznawało nieraz współzawodnictwa od szlachty mniej zamożnej, która przesiedlała się do miasta i przechodziła na zajęcia mieszczańskie, ażeby się wzbogacić. Szlachcic taki próbował nie poddać się ciężarom prawa miejskiego, powołując się na to, że podlega prawu ziemskiemu; a jakkolwiek kwestja ta była nieraz rozstrzygniętą na korzyść miasta, jednakowoż miasto za każdym niemal razem musiało na nowo sprawę wywodzić. Szlachta trudniła się w tym okresie „łokciem i kwartą" bez jakichkolwiek trudności i nikomu z nich to nie uwłaczało. Stany nie były od siebie odgrodzone jakąś nieprzebytą przepaścią, jak to nastąpiło później, w drugiej połowie XVII wieku; przechodziło się ze szlachty w mieszczan, z mieszczańskiego stanu do szlachty bardzo często. Np. miasto Kazimierz pod Krakowem miało kupców, karczmarzy, składowników pół na pół ze szlachty. Kiedy niebawem potem poczęły powstawać liczne nowe miasta na Mazowszu, mieszczaństwo ich było pierwotnie po większej części szlacheckiego pochodzenia.

 

Szlachcic był w mieście niebezpiecznym współzawodnikiem, ale mieszczanin zbogacony jeszcze skuteczniej współzawodniczył z szlachcicem i to... w ziemiaństwie. W wieku XV, coraz więcej mieszczan nabywało dobra ziemskie. Posiadali nad szlachtą ogromną przewagę kapitału. Ku schyłkowi XV wieku znajdywały się w ręku mieszczan całe okolice podmiejskie, bo koło każdego miasta wykupywali dobra z rąk szlacheckich, przepłacając, a skutkiem tego znajdując zawsze takich, którzy sprzedać chcieli. W najbliższej okolicy Krakowa nie było już ani jednej wioski w posiadaniu szlachcica. Obywatele takiej mieściny, jak Proszowice, byli właścicielami dóbr ziemskich, i to nie małych, a cóż dopiero krakowscy bankierowie! Książęta śląscy, Piastowicze, naprawiali sobie fortunę posagiem bogatych krakowianek; możnowładcy ziemiańscy piorunowali na zbytki mieszczan, ale żenili chętnie swych synów z ich córkami. Bankierowie i wielcy kupcy głównych miast, zwłaszcza Krakowa, mieli pośród możnowładztwa poufałych znajomych i powinowatych niemało.

 

Wreszcie ta miejska oligarchja, czując się równą ziemiańskiemu możnowładztwu, sadowiąc się na coraz większych obszarach dóbr ziemskich, poczuła w sobie także ambicję polityczną i zaczęła sięgać po stanowiska wpływowe w państwie. Bliskie tronowi mieszczaństwo krakowskie wybawiało nieraz z ciężkich kłopotów skarb państwa, stawało się potężnym czynnikiem na królewskim dworze. Od tego był tylko krok do zajęcia odpowiedniego stanowiska w państwie.

 

Przesądów stanowych w XV wieku jeszcze nie było, a w pierwszej połowie XVI wieku ledwie się odzywać poczęły. Mieszczaństwo i szlachta drobna mieszały się z sobą po mazowieckich miastach, lwowscy rzeźnicy wydawali córki za szlachtę (dając zięciom po trzy wsie w posagu), a bankierowie za Piastów. Czemużby tedy w końcu sami bogacze mieszczańscy nie mieli zostać szlachcicami, nawet wielmożami?

 

Toteż krwi mieszczańskiej w polskich „arystokratycznych" rodach „historycznych" pelno! Nie należy to wprawdzie do historji administracji, ale fałszywe mniemanie, jakoby stany w Polsce oddzielone były od siebie nieprzekraczalnemi przegrodami i jakoby nasze „wielkie rody" były koniecznie od początku szlacheckiemi - tak jest rozpowszechnionem, że nie od rzeczy będzie skorzystać ze sposobności i... pokazać, jak świat na prawdę wygląda, bez literackich szkieł.

 

Pośród rodów szlachty wybitniejszej, która utrwaliła swe fortuny mieszczańskiemi małżeństwami, spotykamy nazwiska Dębskich, Kalinowskich, Kościeleckich, Lanckorońskich, Melsztyńskich, Radziwiłłów, Stadnickich, Tenczyńskich i t. d. ale co ciekawsze, że ci Melsztyńscy, możnowładcy tacy wybitni już w wieku XIV, są sami mieszczańskiego pochodzenia! Nowsze badania naukowe wykazały, że „pierwsze rodziny w państwie" powstawały często z kupców, którzy kapitały swe rezerwowe lokowali w dobrach ziemskich. Ów wiekopomny Zyndram z Maszkowic, wódz nasz z pod Grunwaldu, był mieszczańskiego rodu. Dla przykładu trochę nazwisk rodów pierwotnie mieszczańskich: Firlej, Herburt, Jordan, Kmita, Mazaraki, Melsztyński, Morsztyn, Szembek, Tarnowski, Wielopolski, Wodzicki i t. d. i t d. Wszyscy oni są „z łokcia i z kwarty".

 

Stosunek kmiecia do szlachcica pozostawał przez cały wiek XV. nadal stosunkiem czystej dzierżawy, z zupełną osobistą wolnością. Nie wolno było dziedzicowi uszczuplić samowolnie gruntu kmiecego. Mamy z tych czasów dowody procesów, wytaczanych szlachcicom przez kmieci o naruszenie granic. Obszar dzierżawy, wziętej niegdyś przez kmieciego przodka, przechodził z pokolenia w pokolenia nieuszczuplony, bo ani skrawek z tego dzierżawą kmiecą nie przestawał być, a tylko mogła się zwiększać na tym obszarze ilość dzierżawców, skutkiem rozrodzenia się kmiecej rodziny.

 

Wobec sądownictwa był kmieć tak samo stroną, jak szlachcic. Mamy z wieku XV. dowody pozwów kmiecych przeciw szlachcie o zranienie. W roku 1464, udali się na drogę sądową kmiecie wsi Krosna w ziemi sanockiej przeciw Herburtowi Błozowskiemu o rozmaite szkody i prześladowania. Sprawa doszła przez apelację przed samego króla; kmiecie nietylko otrzymali sprawiedliwość, ale Herburt musiał złożyć olbrzymią, niesłychaną wprost sumę 3.000 dukatów na rękojmię (kaucyę), jako nie będzie już krzywdzić kmieci. Mógł więc kmieć używać opieki sądowej tak samo, jak szlachcic, bo szlachcic nie miał do osoby kmiecia żadnych praw poza tem, co wypływało z umowy dzierżawnej.

 

Cały majątek kmiecia przechodził na jego dzieci. Mamy z tych czasów wiadomość o procesie dwóch braci o parę koni ze spadku po ojcu, kmieciu. Na Rusi Czerwonej brał dawniej właściciel ziemi po kmieciu, t. zw. umorki, co było przeżytkiem prawa ruskiego; ale prawo polskie usunęło to zupełnie. Zakazał umorków surowo sejmik ziemi Chełmskiej (dawna ziemia „Grodów Czerwieńskich"), odbyty roku 1477 w Krasnymstawie. Rozporządzał też kmieć całkiem dowolnie swem zbożem, inwentarzem i gotówką. Zboże sprzedawał, komu chciał; szlachcicowi, albo kupcowi z miasta.

 

Mógł kmieć zebrać majątek, albo też popadać w długi; szlachcica to nie obchodziło. Mamy we współczesnych źródłach dowody, jako kmiecie zadłużali się u mieszczan i to nieraz ponad możność swego majątku. Z końcem XV wieku słychać było utyskiwania, że kmiecie ubierają się kosztownie i żyją wystawnie (nie było jeszcze owych ubiorów, zwanych w nowszych czasach „ludowymi"}. Panował więc dobrobyt w tej warstwie, a który chciał za dużo wydawać, miał z czego.

 

Aż do roku 1496 mógł kmieć polski nabywać ziemię na własność. Zamożny kmieć trzymał sobie zagrodnika zupełnie tak samo, jak szlachcic. Mamy ciekawy przykład z końca XV wieku, jak jeden kmieć wydzierżawia drugiemu część swej własnej dzierżawy. We wsi Tyrnawie, w ziemi sanockiej, wydzierżawił kmieć Lew (Leon) kmieciowi z innej wsi, Semkowi, zwanemu Kocian, z Olchowic, trzecią część swych gruntów na cztery lata. Najstarszy-to wiadomy dotychczas przykład dzierżawy rolnej na czas ograniczony. Tytułem dzierżawy zobowiązał się Kocian do czterech dni robocizny dla Lwa; a gdyby po czterach latach chciał nadal dzierżawić, miał potem płacić po pół grzywny rocznie. Mamy tu przykład robocizny pomiędzy samymi kmieciami, przez nich samych obmyślonej; robota zamiast gotówki, odrobek jako czynsz dzierżawny. Robocizna nie była tedy oznaką jakiegoś poddaństwa, tylko pewnym sposobem uiszczania się z należytości dzierżawnej. Widocznie kmiecie nie upatrywali w tej robociźnie nic zdrożnego, nic ubliżającego ni krzywdzącego, skoro sami między sobą ją wprowadzali.

 

W ciągu XV wieku szerzy się w Polsce gospodarstwo folwarczne; coraz więcej właścicieli ziemskich przestaje wykrawać ze swych posiadłości łany na dzierżawę czynszową, a udziela dzierżaw nowych tylko z warunkiem odrobku, na robociznę, bo potrzeba im rąk roboczych na folwarki. W różnych okolicach różne bywały warunki dzierżaw kmiecych; toteż kmiecie próbują nieraz zmiany na warunki lepsze, lżejsze. Zwłaszcza młodsi synowie kmiecy, zamiast zostawać w domu na rozdrabnianym coraz bardziej łanie, woleli szukać w świecie szczęścia, w danym razie tańszej dzierżawy. Czem bliżej Gdańska, tem droższa była ziemia i tem trudniejsze warunki dzierżawy; ziemie wschodnie, jeszcze należycie nie zagospodarowane, nęciły taniością ziemi, a zatem także mniejszemi wymaganiami od dzierżawcy. Młodzież kmieca rzucała się na wschód, a często całe rodziny emigrowały na Ruś litewską.

 

Opuszczony grunt nie zawsze dawał się przyłączyć do folwarku i trzeba było szukać nowego osadnika - dzierżawcę. Ustawiczna zmiana rolniczej ludności musiała się dawać we znaki i wywierać ujemny wpływ na gospodarstwo. Interes właścicieli wymagał, żeby się porozumieli i żeby wszyscy pod jednakiemi warunkami wypuszczali grunty kmieciom. Przykład dali ziemianie ziemi chełmskiej, uchwalając na sejmiku roku 1477 w Krasnymstawie, żeby z łanu (30 morgów) wymagać rocznie 24 groszy czynszu i jeden dzień robocizny. Przez jednostajność ciężarów chciano zapobiec wędrówkom corocznym kmieci, a zwłaszcza zbieganiu ich z gruntów nawet bez spełnienia warunków dzierżawnych. Nadzieje przywiązywane do tej uchwały okazały się płonnemi, bo wkrótce rozpoczęło się wielkie osadnictwo w krajach Wielkiego Księstwa litewskiego, na Rusi litewskiej, i lud począł tam emigrować tłumnie. Bliższa tamtych stron ziemia chełmska poczęła to wnet odczuwać. Ten sam sejmik uchwalił, że kmiecia zbiegłego nie wolno nikomu zatrzymać u siebie pod karą trzech grzywien. Być może, że wszyscy obywatele ziemi chełmskiej trzymali się tej uchwały solidarnie - ale cóż z tego, skoro inne ziemie pilnowały także swego interesu, a ten interes polegał znowu na tem, żeby przyjmować do prac rolnych każdego, kto się zgłosi. W zachodnich prowincjach zakładano folwarki, ale na wschodzie w najlepsze kwitnęła jeszcze gospodarka czysto czynszowa i grunt albo dostawał dzierżawcę, albo leżał odłogiem.

 

W zachodnich ziemiach polskich, gdzie mniej było nieużytków, a zwłaszcza w Wielkopolsce, gdzie było ich najmniej, nie wydzielano już zgoła nowych łanów kmiecych. Tam szlachta starała się już o zagrodników, o czeladź folwarczną, a nie o kmieci nowych. Synowie kmiecy musieli się tedy tam coraz częściej dzielić ojcowskim gruntem. Bywały już gospodarstwa kmiece ćwierćłanowe, t. j. po pół ósma morga, podczas gdy na folwarki liczyło się zazwyczaj po cztery łany, t. j. 120 morgów. A jednak pomimo to łanów kmiecych razem wziętych było więcej, niż dworskich. Stanowi to dowód, jak folwarki były jeszcze rzadkie i daleko od siebie.

 

Czynsz płaciło się nie od gospodarstwa, lecz od łanu. Kto miał pół łanu, płacił połowę dawnego pierwotnego czynszu. Obojętnem było, czy synowie podzielili się ojcowskim łanem, lub jego częścią, czy też gospodarują wspólnie; czy każdy z nich stawia nowe „dworzyszcze", czy też mieszkają razem. Urządzali się rozmaicie, naprzykład w Karaczynowie powiatu lwowskiego, mieszkało wspólnie w jednem dworzyszczu aż 17 kmiecii a nie daleko stamtąd, w Łysiatyczach powiatu stryjskiego było dworzyszcz sporo, bo aż 32, a gospodarowało na nich 157 ludzi.

 

Jeszcze nie wynajmowano w Polsce robotnika rolnego na tygodnie do letnich tylko robót. Nie każdy zaś miał ochotę osiąść w danej wsi i wejść w stały stosunek służbowy na folwarku. Coraz liczniejsze gromady robotnicze znajdowały zarobek w miastach, a do robót wiejskich wynajmowali się o tyle, o ile znajdowali przytem zarobek znaczniejszy, a więc tylko podczas żniw, w porze, kiedy po miastach zmniejszają się właśnie zarobki. Robotników takich, ludzi „luźnych”, trzeba odróżniać od zagrodników, a tem bardziej od kmieci, z którymi nie mieli tamci najmniejszego związku, stanowiąc inną warstwę społeczną i to znacznie niższą. Kmieć opuszczał dzierżawne gospodarstwo, jeżeli znalazł indziej lepsze warunki dzierżawy, ale nie wędrował za zarobkiem dziennym.

 

Zyskiwała jednak szlachta wciąż coraz większą przewagę osobistą i prawną nad kmieciem przez to, że skup sołectw odbywał się na coraz większą skalę. Około roku 1500 niemal już wszędzie sołtysem był sam dziedzic, a przez to stawał się sędzią i urzędowym zwierzchnikiem swego dzierżawcy. Takie połączenie władzy sądowej, administracyjnej i przewagi ekonomicznej w jednem ręku musiały mieścić w sobie niebezpieczeństwo społeczne właśnie dlatego, że pozwalało to skupić nazbyt wiele władzy jednemu człowiekowi na drobnym obszarze. Szlachcic poczynał naprawdę panować we wsi, chociaż żadna ustawa nie robiła go panem nad kmieciami. Bez najmniejszej intencji krzywdy, samą siłą okoliczności, dziedzic stawał się panem nietylko gruntów, ale ludzi.

 

Ustawa nie zmieniła się. Wieś polska posiadała nadal stary samorząd, którego naczelnikiem był ten, kto był sołtysem, ale nie podaje się tu historji ludu polskiego, tylko zbiera się przykłady potrzebne do wyjaśnienia dziejów administracji w Polsce.

 

Dodajmyż jeszcze, jako po sołtysie zostawały młyn i karczma, a szlachcic ani we młynie, ani w karczmie sam nie siedział. Młyny pobrali tedy w dzierżawę kmiecie, ci sami, którzy brali je od sołtysów nieraz. Powstaje w Polsce liczny stan wiejskich młynarzy, którego resztki jeszcze się spotyka tu i ówdzie. Powstał drugi stan, jeszcze liczniejszy, karczmarzy. Przyszli jednak wkrótce żydzi, zajmujący się ze szczególnem upodobaniem zawodem karczmarskim, a potem, gdy już karczem dla nich nie starczyło, rzucili się także na młyny. Zaczęło się to pod koniec panowania Kazimierza Jagiellończyka, a w sto lat potem wieś polska bez żyda należała już do wyjątków. I czy kto wtedy przypuszczał, że wieś polska stanęła na przełomie swego dziejowego losu?

 

Osiedlenie się Żydów w polskiej wsi jest dla jej dziejów faktem bez porównania donioślejszymi obfitszym w skutki od dążności do ograniczenia praw kmiecych, co przejawiło się po raz pierwszy na sejmie piotrkowskim 1496 roku. Była już wzmianka o tem, że kmieć mógł swobodnie nabywać ziemię na własność tylko do roku 1496. Nie jego samego w tem ograniczono; zresztą nie o niego chodziło, chudopachołka, który czasem zdołał się dorobić niewielkiej własności, ale o kapitalistów miejskich, którzy kapitały swe lokowali w dobrach ziemskich; chodziło o tę oligarchię mieszczańską, która zamieniała się coraz częściej w ziemskich wielmożów. Przeciwko nim wymierzone było ustawodawstwo sejmu 1496 roku - a wymierzone... bezskutecznie.

 

Dziełko niniejsze nie jest poświęcone historyi stanów w Polsce (ani w szczególności dziejom ludu wiejskiego)[2], ale przytaczam z ustaw 1496 roku niektóre, jako przykłady, jak dalece sztuczne prawodawstwo nie posiada żadnej wartości, jak ustawa ukuta sztucznie nie da się wykonać; choćby kłaść na nią największy nacisk, napróżno. Pod tym względem Historya jest bezwzględna i bezlitosna; jednako odrzuca sztuczne urządzanie stosunków społecznych za pomocą ustaw, czy to w roku 1920, czy w 1496 - jednako!

 

Sejm piotrkowski zakazał mieszczanom kupować ziemię, ale mieszczanin mógł brać od szlachcica zadłużonego wieś prawem zastawu a bogaty bankier czy kupiec wystarał się w kancelaryi królewskiej o nadanie szlachectwa.

 

W roku 1496, ograniczono swobodę przesiedlenia się kmieci (że jednemu tylko wolno w ciągu jednego roku przesiedlić się). Aleć Polska była za duża, żeby w niej odnaleść kmiecia, gdy puścił się w świat szeroki! A żaden szlachcic nawet przybysza nie wydał, bo witano wszędzie chętnie przybytek jednej pary rąk do pracy, żałując, że ich nie przyszło od razu dziesięciu! Garnęlli się też kmiecy synowie do miast.

 

Uchwalono w interesie mniej zamożnych (jak mniemano), żeby wolnym był od cła, jeżeli kto sprowadza towar z zagranicy nie dla handlu, lecz na własne potrzeby. Aleć sprowadzać sobie cokolwiek wprost z zagranicy mógł tylko ktoś zamożny; ustawa wyszła więc właśnie na korzyść bogatszych. Skutek był wręcz przeciwny, niż pragnął prawodawca.

 

Ustawodawstwo sejmu z roku 1496 miało jednak dla Polski znaczenie zasadnicze. Szlachta przyjąwszy całkowicie władzę w państwie, zajęła się przedewszystkiem swemi własnemi sprawami i - jak zwykle ci, którzy są w sztuce rządzenia początkującymi - zapędziła się od razu za daleko, uchwalając sobie wszystko, czego tylko pragnęła, bez zastanowienia, czy ustawa była wykonalną. Zaczyna się bardzo ożywiona działalność legislatoryjna szlachty polskiej, działalność, której większa połowa nie zdała się na nic, bo życie szło swoją drogą, nie dbając o sztuczne kombinacje prawodawców.

 

 

5. Sejmy

 

Wiek XVI rozwija w dalszym ciągu sejmowanie polskie i Polska dokłada usilnych starań, żeby ustrój parlamentarny przeszczepić również na Litwę, ażeby byli „równi z równymi, wolni z wolnymi". Ruch parlamentarny był ruchem wybitnie demokratycznym, bo powiększał liczbę osób zajętych sprawami publicznemi, a osób odpowiednio oświeconych, gdyż szlachta ówczesna celowała wykształceniem. W połowie XVI wieku miała Polska więcej osób uprawnionych do głosowania, niż Francja w połowie wieku XIX.

 

Za króla Aleksandra (1501-l506) nastąpiła ostatnia jeszcze próba rządów możnowładczych, wprost oligarchicznych, ale już w roku 1504 sprawa była stanowczo przesądzona na korzyść szlachty i sejmu walnego. Koroną zwycięskiego ruchu szlacheckiego jest sławna uchwała sejmu radomskiego z roku 1505, zaczynająca się od łacińskich wyrazów Nihil novii stąd krótko tak zwana. Stanowiła ta ustawa, jako do ważności jakiejkolwiek nowej ustawy trzeba będzie odtąd, żeby się na nią zgodzili król, zjazd dostojników odbywany podczas sejmu i posłowie sejmowi. Uznano tedy najzupełniej władze królewską; bez zgody króla niema ustawy. Również uznano władze zjazdu dostojników (niemal wszyscy byli jeszcze z rodów możnowładczych), tylko żądano, żeby zjazd ten obradował równocześnie ze sejmem; ale przydano jeszcze trzeci czynnik: Izbę poselską. To tylko miało być prawem, na co zgodzą się wszystkie te trzy czynniki prawodawcze. Nie robiono z Izby poselskiej władzy na jakichś nowych torach wyodrębnionej, lecz bardzo rozumnie sprzężono tym sposobem posłów sejmowych z dawnemi władzami prawodawczemi.

 

Te trzy czynniki nazwano „Stanami". Wyraz ten nabrał całkiem innego znaczenia, niż je posiadał w wieku XIV i XV. Tamte „stany" przestały już być stanami politycznymi; pozostały tylko warstwami społecznemi.

 

Ustanowiono w r. 1505, że sejm walny składa się z trzech „sejmujących stanów": króla, senatu i Izby poselskiej. Senatem zwano z łacińska obradujące przy królu zebranie dostojników; odtąd mówi się o godności senatorskiej, o „sejmującym stanie senatorskim". Należą do senatu: wszyscy biskupi, wojewodowie, kasztelanowie; jest to zatem grono możnowładcze. Niebawem atoli szlachta pozyskuje wpływ dostateczny, żeby swoich przywódców wywyższać na krzesła senatorskie (zwłaszcza odkąd król Zygmunt August stanął po stronie ruchu demokratycznego szlacheckiego) i ku połowie XVI wieku senat staje się parlamentarną Izbą wyższą, w znacznej części jakby jakimś wydziałem Izby poselskiej, pośredniem ogniwem pomiędzy posłami a królem.

 

Prusy mięły odrębne sejmy, złożone również z dwóch Izb, w których zasiadały owe stany „wyższe" i „niższe", o których była już mowa. Po roku 1569 t. j. po ogłoszeniu unji lubelskiej, sejm pruski zeszedł do stanowiska sejmiku generalnego, ogólno-pruskiego zjazdu przygotowawczego przed sejmem walnym. Zawsze atoli pozostało w Prusiech stronnictwo pragnące całkowitej autonomji i niezależności prowincji pruskiej od sejmu walnego. O granice kompetencji sejmu pruskiego a walnego wieczne były spory. Prusy Królewskie były i w sprawie sejmowania również zwolennikami decentralizacji całkowitej.

 

Na Litwie parlamentaryzm bardzo wolne czynił postępy. Jedynym w historji przykładem dynastja sama popierała ustrój parlamentarny. Rozwój sejmowania wychodził na Litwie mniej od społeczeństwa, a więcej od Jagiellonów. Zwłaszcza Zygmunt August wysilał się, żeby upodobnić Litwę do Polski.

 

Była mowa o ustawie oligarchicznej dla Litwy Aleksandra Jagiellończyka z roku 1492. Stanowiła ona owoc wcale długich zabiegów o to, żeby choć najbogatszych wielmożów i najwyższych dostojników Litwy nakłonić do zajmowania się dobrem państwa. Król Kazimierz Jagiellończyk starał się pogłębić prąd, któryby zmierzał do zapewnienia społeczeństwu wpływu na państwo.

 

W połowie XV wieku zaczynają się zjazdy członków Rady i wybitniejszych bojarów, zapraszanych do tego osobiście, na narady w sprawach najważniejszych państwowych. Zdarzało się, że Wielki Książę wzywał, żeby każda prowincja przysłała swych przedstawicieli. Chciano utworzyć na Litwie sejm - i zaczęto nawet używać tej nazwy. Zajmującą wskazówką sztuczności w genezie litewskiego sejmowania jest fakt, że na Litwie wpierw były sejmy, a potem dopiero sejmiki! Bo też bojarowie nie bardzo orjentowali się, o co tu chodzi, a sami nie odczuwali bynajmniej potrzeby sejmowania. Wielki Książę musiał wydawać polecenia do swoich namiestników po okręgach, żeby na zjazd przywieźli z sobą reprezentantów właścicieli ziemskich. Ażeby szlachtę litewską zająć polityką, tolerowano chętnie narady obozowe, kiedy pospolite ruszenie razem było zebrane; mniemając, że skoro w Polsce tą drogą doszło się do sejmowania, może ona i na Litwie do tegoż doprowadzić wyniku. Próbowano nawet tym naradom obozowym nadawać cechę sejmowania kompletnego, sprowadzając do obozu w tym celu i duchownych dostojników, żeby brali w naradach udział.

 

Trzy razy sejmy te przeprowadzały elekcję W. Książąt: w r. 1492 Aleksandra, w r. 1506 Zygmunta Starego, i w r. 1522 za życia ojca Zygmunta Augusta. Umyślnie też poddawano pod uchwały tych sejmów materje podatkowe i skarbowe, chociaż żadna ustawa nie zmuszała władców Litwy do takiego ograniczania swej władzy. Dopiero jednak w roku 1566 kompetencja sejmu litewskiego została określona ściśle, ustawodawczo; należały do niego sprawy wojny i pokoju, tudzież wszelkie zmiany prawodawcze: a więc to samo, co w Polsce określano wyrażeniem „nihil novi". Aż do tego czasu decydował o zakresie i uprawnieniu sejmów raczej zwyczaj. Było to szczególne połączenie tradycji absolutnej władzy litewskiej z wpływami prawa publicznego polskiego. Sejm wyrażał swe życzenia, postulaty i zebrane razem w jednym akcie przedstawiał W. Księciu. Możnaby to porównać z tem, co w czasach nowoczesnych nazwano „adresem od sejmu do tronu”, bo i w adresie wyrażano zapatrywania i życzenia sejmu. Jest jednak pewna różnica zasadnicza, adres był odpowiedzią na mowę tronową, zagajającą sejmowanie po nowych wyborach - gdy tymczasem w tym wypadku na Litwie sejm sam wszczynał wymianę zdań i oczekiwał odpowiedzi od tronu. Odpowiedź ta, udzielana na piśmie, zwana „otkazem", zawierała w sobie zgodę lub odmowę. Na co monarcha w „otkazie" się zgadzał, to stawało się prawem. Mógł był również odmówić, a wystarczało, żeby był przemilczał; w ten sposób wykonywał prawo v e t a, znane wszystkim ustrojom monarchji ograniczonej.

 

Nie były tedy owe sejmy równe polskim, ale rząd sam parł, żeby zrównanie nastąpiło. Zygmuntowi Augustowi zależało wielce na tem, by przed zawarciem unji ściślejszej (lubelskiej 1569 roku) ustrój państwowy stał się jaknajpodobniejszym do polskiego. W tym celu w r. 1565 zaprowadzono sejmiki. Trzeba tedy było przeprowadzić równocześnie dokładniejszy podział administracyjny kraju na powiaty. Ustanowiono powiatów 30; każdy wybierał po dwóch posłów, a więc litewska Izba poselska składała się z 60 posłów.

 

Zygmunt August zaprowadzał na Litwie w latach 1559 - 1564 prawo publiczne polskie, urzędy i sądy ziemskie z wyborów, sejmiki i sejmy na sposób polski odbywane. W r. 1564 zrzekł się dziedzictwa Litwy, wprowadzając na sposób polski tron elekcyjny. Miało to być wstępem do większego dzieła. Szlachta obu krajów pragnęła unii ściślejszej. Już przedtem często senatorowie obu państw zjeżdżali na wspólne narady, a sejmy polskie uchwalały pomoc na wojny, prowadzone przez Litwę.

 

Możnowładztwo litewskie opierało się ściślejszej unii; pod ich naciskiem odstąpiono od projektu ogłoszenia Polski i Litwy jednem jednolitem państwem i zgodzono się na osobny rząd na Litwie. Szlachcie chodziło głównie o to, ażeby sejmy walne były wspólne, ażeby z pomocą posłów obopólnych, razem zebranych, złamać tem łatwiej przewagę możnowładztwa. Litewscy możnowładcy, wystąpiwszy z gwałtowną opozycją, użyli z razu za pozór kwestji przynależności Podlasia, Wołynia i Podola; od czasów Kazimierza Jagiellończyka nie były załatwione wątpliwości, czy te kraje należą do Wielkiego Księstwa litewskiego, czy do królestwa polskiego. Nietrudno było pogodzić się w tej sprawie; nie brakło sposobów, żeby wybrnąć z trudności ku obopólnemu zadowoleniu, choćby przecinając na pół przedmiot sporu, ale wielcy panowie litewscy przeciągali sprawę umyślnie na trzech sejmach, aż w Lublinie 1569 roku zerwali zupełnie rokowania z Polakami. Wtedy pozostali jednak na sejmie przedstawiciele Podlasia, Wołynia, Podola i Kijowszczyzny, czyli Ukrainy, i oświadczyli, że proszą, żeby ziemie ich wcielone były bezpośrednio do królestwa polskiego. Zygmunt August zaraz na to przystał i jako władca litewskiego państwa krajów tych zrzekł się, a przyłączył je do Polski. W taki sposób granice Wielkiego Księstwa litewskiego zostały znacznie uszczuplone z woli posłów ukrainnych.

 

Możnowładców litewskich przyjęto w domu z największem oburzeniem. Szlachta litewska gotową była iść przeciw nim przebojem i nietylko zawrzeć ściślejszą unję bez nich, ale wprost prosić za przykładem południowych ziem ruskich o proste wcielenie do Korony. Wrócili więc przerażeni możnowładcy do Lublina i zawarli w końcu nową unję; ale ziem ukrainnych już Litwa nie odzyskała, bo nigdy do niej wrócić nie chciały.

 

Mocą unji lubelskiej 1569 roku stanowiono, że Litwa i Korona (t. j. Polska właściwa i wcielone do niej co-dopiero ziemie ruskie) mają mieć po wieczne czasy wspólnego króla, wspólne sejmy walne, wspólną monetę; wspólną również politykę zagraniczną, a więc wspólne pokoje i wojny - ale przy tem wszystkiem osobnych ministrów, osobny skarb i osobne wojsko. Nie bardzo to licowało jedno z drugiem, zwłaszcza osobne wojska wobec wspólności wszelkich wojen. Byt to kompromis z możnowładztwem, zawarty dla spokoju i przyspieszenia sprawy. Zależało też na tem, żeby już nie było żadnych protestów przeciwko unji ściślejszej.

 

Współcześni byli przekonani, że układ ten, jak nie pierwszą był formą unji, tak też nie jest jeszcze ostatnią i że kiedyś - może niezadługo - zawrze się unję znów nową, a jeszcze ściślejszą, i że w tej następnej unji będzie się można pozbyć ograniczeń, na które obecnie zgodzono się ze względu na możnowładztwo litewskie. Potomni mieli dalej tę unję lubelską udoskonalać. Niestety, nie stało się tak. Unja lubelska pozostała aż do końca w kształcie z roku 1569, chociaż potem wielce przestarzałym.

 

Językiem urzędowym Wielkiego Księstwa Litewskiego był ruski, lecz sejm walny wydawał swe uchwały, konstytucjami sejmowemi zwane, po polsku. Dwa razy uchwały Litwy tyczące spisano i ogłoszono po rusku, w roku 1578 i 1581, a raz, mianowicie w roku 1588 ogłoszono je nawet całkiem odrębnie, nie razem z uchwałami tyczącemi Korony - ale poza temi trzema wypadkami ogłaszano konstytucje Litwy dotyczące zawsze równocześnie z koronnemi w języku polskim, chociaż częstokroć w osobnych „tytułach", t. j. ustępach konstytucyj. Od roku 1661 wyodrębniano potem zawsze już uchwały tyczące samej tylko Litwy w osobny dział. Nigdy atoli nie dzielono obrad ni obradujących na Koronę i Litwę; zawsze wszyscy głosowali nad wszystkiem. Litwini decydowali o koronnych sprawach, Koroniarze o litewskich jednakowo.

 

Sejmiki przedsejmowe trwały w Koronie zazwyczaj jeden dzień; na Litwie przeciągały się dłużej. Sejm grodzieński zimą roku 1566 na 67, ogranicza czas sejmikowania do dni trzech, ale potem w t. zw. trzecim statucie litewskim przydano im jeszcze dzień czwarty.

 

Ponieważ sejm lubelski 1569 podzielił Rzpltę całą na trzy wielkie „ prowincje"; Małopolskę (wraz z województwami południowo-wschodniemi ruskiemi), Wielkopolskę i Litwę, więc marszałka sejmowego wybierano kolejno, tak, iż co trzeci sejm bywał z posłów litewskich.

 

Pod względem politycznym nie można polskiemu ustrojowi sejmowemu nic zarzucić. Było to wprowadzeniem tego, co później zwało się w całej Europie rządami konstytucyjnemi, monarchją ograniczoną. Pod względem społecznym był jeszcze niedostatecznym, bo wymagał uzupełnienia powołaniem do udziału w sprawach publicznych całego mieszczaństwa i ludu wiejskiego. Tylko Kraków, Lwów i Poznań miały prawo wysyłania posłów na sejm walny, a i tak nie kwapiły się korzystać z tego prawa. Lud pozostawał poza organizacją państwową. Uzupełnienie ustroju państwowego, rozszerzenie zasady demokratycznej na inne warstwy społeczne było rzeczą przyszłości. Zależeć to musiało od tego, czy te inne warstwy będą się garnąć do życia publicznego, czy zechcą zajmować się sprawami państwa, czy też pozostanie im to obojętnem, co się dzieje w państwie i z państwem. To zaś miało zależeć przedewszystkiem od dobrobytu tych warstw. Dalszy rozwój stosunków politycznych i społecznych w Polsce miał zależeć od rozwoju stosunków ekonomicznych, od tego, czy Polska będzie się w następnych pokoleniach bogacić coraz bardziej, czy też ubożeć. Niestety, Polska zaczęła ubożeć, a potem stała się krajem wielce ubogim.

 

Dalszemu rozwojowi parlamentaryzmu, osiągnięciu wyższego stopnia ustroju sejmowego, przeszkadzała wielce nadzwyczajna  stanowość naszego mieszczaństwa, nie kwapiącego się bynajmniej do udziału w instytucji politycznej ogólno-państwowej. Zasklepieni w swem prawie magdeburskiem, obawiali się przedewszystkiem, żeby ich nie pociągnięto na sejmie za mieszek. Z początku i szlachta patrzała na sejm tylko, jako na kuźnię podwyższanych podatków; ale szlachta wyleczyła się z tego, a mieszczaństwo nie.

 

Tak zapatrywało się mieszczaństwo na sejmowanie i nie chciało uczestniczyć w sejmach. Gdyby w sejmach zasiedli obok posłów ziemiaństwa także przedstawiciele miast, powstałaby reprezentacja państwa wyższa ponad stany, ogólna i skończyłoby się w Polsce państwo stanowe. Zanosiło się na to. Na prowincjonalny sejm małopolski wzywano rajców krakowskich; dopuszczono ich też do sejmu walnego. Ale miasta nie były zwolennikami sejmu walnego, bo tam obradowano jeszcze tylko o podatkach, a wypominano (i słusznie), że mieszczanie uchylają się od podatku poradlnego. Z obawy tedy, żeby nie nakładać sejmowania mieszkiem, wolały miasta trzymać się z daleka od sejmów.

 

Trudno też żądać od XVI wieku, żeby w sejmie byli zasiadali chłopscy posłowie! Demokracja zaczynała się dopiero, a czyż miała zacząć się od drobnych dzierżawców? Dokonywał się ten rozwój demokracji w Polsce i tak dziwnie szybko, skoro w połowie XVI wieku było w Polsce wyborców więeej, niż we Francji w połowie XIX w., a prawo głosowania przysługiwało ludziom tak ubogim, jak mnóstwo mazowieckich szlachciców, których posiadłości były tak drobne, iż powstało o nich przysłowie, że nie mogą sobie trzymać psa, bo gdyby się rozłożył na ziemi, ogon musiałby położyć już na ziemi sąsiada. O ileż zamożniejszym był kmieć od takiego szlachetki!

 

Dla ludu wiejskiego dwie były drogi do obywatelstwa: zamożność i służba wojskowa. Bogacić się na roli może taka tylko warstwa, która nie musi gruntów ciągle dzielić, bo inaczej każde następne pokolenie będzie mieć coraz mniej. Połowa większa potomstwa musi szukać sobie dostatków poza ojcowizną - inaczej bieda coraz większa! Od tego są miasta, żeby wsiąkały w siebie nadmiar ludności wiejskiej. Póki miasta polskie rozwijały się, tak też było; ale potem miasta zubożały i z polskich stawały się żydowskiemi, a nadmiar ludności wiejskiej zostawał na wsi. Polska wieś uległa przeludnieniu ludności rolniczej. Słowem: przyszłość Polski zależała pod każdym a każdym względem od tego, czy zamieni się z kraju niemal wyłącznie rolniczego na kraj mieszczański, tak, jak inne kraje w Europie całej; czyli używając wyrażenia przyjętego w nauce historycznej, przyszłość Polski zawisła od urbanizacji kraju (czyż dziś nie jest znów tak samo?).

 

Drugą drogą dla ludu wiejskiego do obywatelstwa byłaby służba wojskowa. Ale według ówczesnych pojęć o sprawiedliwości społecznej nie godziło się pociągać do służby wojennej ludzi, nie będących właścicielami.

 

 

6. Urzędy główne od wieku XVI

 

Od drugiej połowy XVI wieku dzielono urzędy na senatorskie, nadworne i ziemskie. Dostojnikami „rzędu senatorskiego" są: marszałek wielki, koronny i litewski; kanclerz wielki, koronny i litewski; podkanclerzy koronny i litewski; podskarbiowie koronni i litewscy; i marszałkowie nadworni koronny i litewski. Tych zwano też od XVI wieku ministrami.

 

Nadwornemi urzędami były: pisarz wielki nadworny, podkomorzy nadworny, sekretarz, koniuszy, podczaszy, krajczy, podstoli, kuchmistrz, referendarz, kapelan, kaznodzieja, instygator nadworny, szafarz, kwatermistrz, łowczy i t. p., aż do trębaczy, szatnych i t. p., poczem szła służba od służących na pokojach aż do forysiów.

 

Ziemskimi są już wtedy wojewodowie, kasztelani i starostowie, sędziowie, podsędkowie, podkomorzowie - i tytularni w każdej ziemi podstoli, krajczy, podczaszy i t. p. Starosta jest urzędnikiem na pół koronnym, na pół ziemskim.

 

Tylko urzędy dworskie były płatne gotówką, „jurgieltem"; tamte wynagradzano tenutami, a w zasadzie były bezpłatne.

 

We wszystkich rodzajach urzędów - w całej administracyi - obowiązuje zasada (stosowana teraz jeszcze częstokroć w Anglii), że każdy wyższy urzędnik organizuje sobie sam swoją kancelaryę. Urzędnicy podwładni są tylko od swego zwierzchnika w urzędzie zawiśli i nie są bynajmniej urzędnikami państwowymi. Tylko naczelnicy  urzędów  posiadają  stanowisko urzędników publicznych, państwowych.

 

W hierarchii stały najwyżej urzędy ziemskie, potem szły koronne; a więc ministrowie (z wyjątkiem jednego marszałka wielkiego) stali niżej wojewodów i kasztelanów. Nadworne szły dopiero po koronnych, na trzeciem miejscu. Od roku 1504 nie wolno było w Koronie piastować równocześnie dwóch urzędów ni ziemskich, ni koronnych; ale nie obowiązywało to ograniczenie w stosunku do urzędów dworskich. Wolno było piastować równocześnie np. województwo i marszałkostwo nadworne; a każdy znaczniejszy urzędnik dworski bywał starostą. W ten sposób osoby piastujące urzędy dworskie stały w hierarchii właśnie wysoko, bo stopień hierarchiczny liczył się im według urzędu ziemskiego, jaki zazwyczaj sprawowali.

 

Stanowi to znamienny objaw administracyi polskiej, że od końca XIII wieku aż do końca niepodległej dawnej Polski mamy do czynienia wciąż jakby z temi samemi glównemi urzędami; a po większej części gubią się one w pomroku wieków jeszcze dawniejszych. Kasztelan jest urzędem tak starożytnym, że nikt nie oznaczy dokładnie jego początków; wojewoda jest już w XI wieku; podkomorzych spotykamy w ustawodawstwie Kazimierza Wielkiego, ale według wszelkiego prawdopodobieństwa są starsi. Starostowie są najmłodsi, a pochodzą ze schyłku XIII wieku! W całej Europie jedna tylko Anglia mogłaby wykazać podobną stałość dostojeństw.

 

Stałość ta jest jednakże nader względną, Są to te same nazwy, przechowywane tradycyjnie, ale znaczą one nie to samo (podobnież w Anglii). Dochowuje się co do wojewodów to tylko, że pozostają i stają się nawet coraz bardziej reprezentantami województw wobec tronu, choć pochodzą z nominacyi królewskiej. Odkąd ustały najazdy, traci w organizacyi wojennej na znaczeniu starosta, a zyskuje znów na godności i powadze wojewoda. Dalekie wyprawy wojenne podnoszą coraz bardziej jego dostojeństwo, bo on przewodzi pospolitemu ruszeniu. Braterstwo broni łączy go z najuboższym szlachetką województwa. On kontroluje, czy szlachta czyni zadość swemu obowiązkowi obrony kraju, a chociaż kontrola taka musi być surowa i prowadzi nieraz do przykrych wyników, szlachta znosi upomnienia i kary od swego wojewody, bo to jest jej wyobraziciel. Do jakiego stopnia godność ta była w Polsce wieku XVI popularną, świadczy ciekawy epizod z dziejów administracyi Prus Królewskich:

 

Pierwszym obowiązkiem wojewody jest czuwać nad pogotowiem wojennem szlachty, czyli odbywać t. zw. lustracje, odbywane w rozmaitych terminach, wcale nie stałych, często na wyraźne zlecenie króla lub sejmu. W dniu oznaczonym winien każdy właściciel ziemski stawić się przed swym wojewodą, uzbrojony „według swej majętności" t. j. stosownie do stopnia zamożności (secundum facultatem bonorum), z końmi, z zapasem broni i t. d. Wobec tego musiał wojewoda rozporządzać jakiemiś środkami przymusu. Miał prawo nakładać grzywnę dziesięciu florenów, a sejm groził nieposłusznym konfiskatą majątku.

 

Około roku 1530 zaczynają się starania szlachty pruskiej, żeby lustracje odbywały się przed starostami, bo łatwiej było zjechać się do pobliskiego starosty grodowego, niż do odleglejszego wojewody; prosili, żeby wojewoda pofatygował się na lustrację w starostwie wraz z kasztelanem, lub żeby przysłał zastępcę. Chodziło o to, żeby lustracje odbywały się powiatami, a nie całemi województwami. Życzenie było słuszne i pochodziło z prostego rozsądku, żeby nie marnować czasu i niepotrzebnych kosztów, a jednak nie stało mu się zadość, bo rządowi królewskiemu zależało wówczas wiele na tem, by upodobnić urządzenia pruskie do koronnych, a szlachta polska upierała się przy wojewodzie, jako swym przodowniku. I zostały lustracje wojewódzkie.

 

Obowiązek utrzymania porządku publicznego ciąży na wojewodach, a starostwie są z razu przydani im do pomocy, po pewnym czasie stają się atoli w tych sprawach czynnikiem administracyjnym samodzielnym. Ten zakres władzy zowiemy dziś policyjnym. Należało tedy do nich wszystko, co się działo pod gołem niebem. Ten sam występek należał do innej kompetencji popełniony na publicznej drodze, a do innej spełniony w prywatnem mieszkaniu. Mandat królewski, ogłoszony w Gdańsku roku 1526, akt bardzo ważny w dziejach administracji ziem pruskich, składa odpowiedzialność za bezpieczeństwo dróg przedewszystkiem na wojewodów. Toteż wojewoda miał swoją „zbrojną czeladkę", która ujmowała gwałtownika i odstawiała do więzienia. Orzeczenie, czy pojmany ma być zatrzymany w więzieniu, czy też wypuszczony „na wolną rękę”, należało do wojewody. Mógł był zezwolić na „wolną rękę" za kaucją (fideiussoria cautione). Sam wojewoda posiadał w Prusiech władzę sądowniczą w wypadkach przyłapania na gorącym uczynku, tudzież we wszystkich związanych z rozlewem krwi, a natenczas wykonywali oni sądy doraźne (indilatam iustitiam). W sprawach „gardłowych" nie wolno udzielać „wolnej ręki". Toteż niejeden nie tyle bał się wyroku, który mógł był skończyć się na grzywnach, ile więzienia owego śledczego, które mogło się przeciągać; a więc zawiniwszy, krył się przed „zbrojną czeladką" wojewodzińską, a nieraz uciekał za granicę państwa, gotów wrócić na rozprawę sądową, byle go przed wyrokiem nie więziono. Za wiedzą i zezwoleniem powoda mógł wojewoda wydać przestępcy list żelazny; jeżeli powód na to nie przystał, w takim razie nakładano na przestępcę, któryby się nie stawił wojewodzie, karę banicji przez rok i sześć niedziel; w tym czasie każdy mógł go chwytać i postąpić z nim dowolnie, jako pozbawionym opieki prawnej, bo sąd nieprzyjmował skarg od banity.

 

Należały tedy do sądów wojewodzińskich sprawy najcięższe. Rzecz szczególna, że obok tego należały do nich sprawy... najlżejsze, takie, któremi nie warto było zajmować regularnego sądownictwa ziemskiego. Sądzili „bez hałasów sądowych, po prostu i po cichu", to znaczy: na podorędziu, sprawy sporne do wysokości dziesięciu grzywien, a ponad tę kwotę tylko za zgodą obu stron; inaczej bowiem należały one już do sądu ziemskiego. Ale wojewoda sam orzekał, czy przedmiot sporu wart 10 grzywien czy więcej, a kompetencję swą wolał rozszerzać, niż ścieśniać; stąd częste skargi na nadużycia władzy popełniane przez wojewodów. Szczególniej skarżyła się szlachta, że wojewodowie zmuszają strony do „dobrowolnych" ugod, których warunki sami układają.

 

Około roku 1530 starostowie zajmują się coraz więcej bezpieczeństwem publicznem. Coraz częściej zdarzało się, że starosta więził, a wojewoda sądził; starosta więził tedy dla wojewody. W drugiej ćwierci XVI wieku spotykamy się z wyraźnem współzawodnictwem tych dwóch urzędów. W roku 1533 skarży się szlachta pruska, że starostowie wybierają grzywny i pozywają przed swój sąd, a nawet opornych zamykają w wieży, co przeciwne jest „starodawnym porządkom, żeby szlachta nie była sądzona, jak tylko przez wojewodów i sędziów ziemskich”. Ale starostowie cieszyli się poparciem królewskiem i nie bez zachęty ze strony kancelarji królewskiej rozszerzali sobie kompetencję. Jakież to znamienne, że śmiałością przodują nie indygenowie pruscy, lecz starostowie przysłani tam umyślnie z Korony, a którzy w Koronie nieraz wojewodami bywali (np. Służewski wojewoda kaliski, Kościelecki - poznański). Szlachta pruska, która w sprawie lustracyj stanęła po stronie starostów, w kwestji sądowej broni wojewodów przeciwko starostom.

 

Sądownictwo wojewodzińskie ścieśniało się coraz bardziej; w wieku XVI zostały z niego ledwie ślady, przeżytki w pewnych sprawach specyalnych, a Prusy poszły niebawem za Koroną. Od ingerencji w sprawy podatkowe zostali wojewodowie wykluczeni całkowicie jeszcze za Kazimierza Jagiellończyka.

 

A jednak wojewodowie posiadali rozległą władzę, lecz z innego zupełnie tytułu! Oto będąc blizkimi dworu królewskiego, a z powodu wielkiego wpływu na szlachtę wpływowi na dworze, bo mogący bardzo dużo pomagać lub szkodzić przy wyborach posłów - dostawali oni właśnie najczęściej starostwa w dzierżawy. Zazwyczaj miewał wojewoda nawet po kilka starostw-tenut i jedno grodowe (na Litwie było to regułą) - i jako starosta posiadał władzę szeroką, a rozszerzać mógł ją tem łatwiej, skoro był wojewodą. Zwłaszcza dziedzina sądownictwa należała w Koronie do starostów.

 

W Prusiech Królewskich wikłała się długo władza wojewodzińska ze starościńską. W roku 1533 pisze senat pruski do króla Zygmunta Starego z prośbą, by zaradził pomieszaniu kompetencji, bo urzędy „wzajemnie sobie przeszkadzały, a jeden drugiemu gwałcił i mącił zakres władzy". Słowa te włożono też w instrukcję posłów od sejmu pruskiego do króla.

 

A były w Prusiech działy administracji, nieznane Koronie, a to z powodu wybrzeża morskiego.

 

Senat pruski pisał do Zygmunta Starego w roku 1534: „Wojny morskie zdarzają się o wiele częściej aniżeli lądowe". Tak też było, tylko Polska w tych wojnach nie brała udziału; nie mieliśmy głosu wojennego nad Bałtykiem i dlatego nie zdołaliśmy go opanować ani nawet na wodach do naszych wybrzeży przyległych. Troskę o flotę pozostawiliśmy głównym miastom pruskim. W drugiej ćwierci XVI wieku trzeba było wystawić flotyllę wywiadowczą (exploratorias naves), a ciężar ten narzucono miastom nadbrzeżnym; słusznie zwracały one uwagę, ze obrona morza jest interesem całego kraju, a nietylko ludności nadbrzeżnej. Ale kwestji morskiej nigdy w Polsce nie rozumiano należycie. Obrona morska nie byLa ujęta w żaden system administracyjny, czynny z ramienia rządu, lecz pozostawiona większym miastom pruskim, była tylko przez rząd dozorowana. Dozór sprawował starosta danego grodu.

 

Ważniejszą, niż gdziekolwiek w państwie, była w Prusiech opieka nad warownemi grodami. Wszystkie wojny od 13-letniej do szwedzkich włącznie były obleżeńczemi; decydowały w nich nie bitwy w otwartem polu, lecz losy grodów. Miejsc warownych było dużo; toteż nie każdy „zamek" (arx) był siedzibą starosty grodowego, a na większych warowniach bywali nawet osobni „prefecti" (w Malborgu kilku) i burgrabiowie, podwładni staroście. Każdy starosta jest zarazem dzierżawcą królewszczyzny, „tenutarius". W królewszczyznach były gospodarstwa rolne, leśnicze, bartnicze, piecyska do smoły i popiołu, a cały potrzebny do tego zbiór służby i robotnika podlega władzy rządcy zamku lub komuś przez niego do tego ustanowionemu. Prócz dochodów z królewszczyzn przywiązane były do grodów dochody z osad miejskich pobudowanych pod zamkiem (jakie niegdyś w Polsce zwano „podegrodziami").

 

Na upodabnianiu do Korony najwięcej zyskiwała w Prusiech władza starościńska, coraz rozszerzana. Cokolwiek król obwieszczał ludności, robił to za pomocą starostów, czyniąc ich odpowiedzialnymi za wykonanie nakazu. Czy to chodziło o wywołanie z kraju jakiej lichej monety, czy o pomoc rządową po wielkiej powodzi, o naprawę przerwanych grobli; czy o dopilnowanie, żeby szlachta jakiego okręgu nie zaniechała wysłać swych przedstawicieli na sejmik wojewódzki, czy o dozór nad obroną wybrzeża morskiego, czy o policję morską; w najróżnorodniejszych sprawach był starosta bezpośredniem narzędziem królewskiem. Znamienną to jest okolicznością, że gdy najwyższa kara, na jaką może narazić się wojewoda za jakieś zaniedbanie w urzędzie, wynosi 50 florenów, staroście zagrożono już w roku 1529 grzywną florenów stu.

 

Rozwój administracji pruskiej zmierzał ku temu, iżby powstały ściśle odgraniczone mniejsze okręgi administracyjne, różne od polskich powiatów tem, że zwierzchnik powiatu nie miałby sądowej władzy, ale za to pod żadnym względem nie dzieliłby się swą władzą z nikim innym. Trudno nie przyznać, że kierunek ten lepszym był od kierunku, w jakim rozwijała się administracja w Koronie, ze swą zawiłością kompetencyj. Prusy Królewskie nie znały jeszcze „powiatu". Jeszcze inny był okręg lustracyjny, inny podatkowy, inny policyjny i t. p. i pod tym względem powiat koronny wyprzedził urządzenia pruskie; ale gdyby sprawa była się dalej rozwijała swobodnie, okręg lustracyjny pokryłby się z podatkowym i t. d., a usunęłoby się chaos sądowniczy. Odkąd okręgi rozmaitych rodzajów administracji stosowałyby się do władzy starościńskiej, powstawałby powiat silniejszy od koronnego, z administracją bardziej jednolitą.

 

Unja lubelska 1569 przerwała możność odrębnego rozwoju administracji pruskiej, zanim państwo polskie zdołało skorzystać z tego, co w dążeniach pruskich było dobrego.

 

Jeszcze za Aleksandra Jagiellończyka urzędy państwowe nie były należycie rozdzielone od dworskich, ale rozdział postępował szybko. Urzędy koronne, państwowe, przewyższyły w godności dostojników nadwornych. Na szczycie, ponad wszystkimi stał marszałek koronny, który jest ministrem pierwszym, pierwszą po królu osobą  stanu świeckiego (po prymasie), i zawsze należy do senatu. W ciągu XVI wieku spełnia funkcyj dworskich coraz mniej; przechodzą one coraz bardziej na marszałka nadwornego, podczas gdy koronny staje się niemal wyłącznie dostojnikiem ściśle państwowym; rzadko nawet przebywa na dworze królewskim poza zebraniami senatu lub uroczystościami.

 

Marszałek wielki pilnował z razu etykiety dworskiej, podejmował gości koronnych, miał władzę nad dworzanami; zawsze był kontrolerem najwyższym dworu i stróżem bezpieczeństwa. Posiadał pełną władzę sądową o trzy mile od każdorazowego miejsca pobytu króla; przysługiwało mu nawet prawo miecza, a od wyroków jego nie było apelacji. Rozporządzał dla egzekutywy „milicją marszałkowską", która w drugiej połowie XVI w. liczyła 30 zbrojnych. Ten dział policyjny pozostał marszałkowi wielkiemu do końca, chociaż coraz mniej dworem się zajmował. Był rozległy, obejmował bowiem 20 artykułów których treść następująca:

 

Marszałek wielki karze niepokoje, zwady, rozruchy, a nawet hałasy uliczne w promieniu o mile od miejsca postoju królewskiego; w samem zaś miejscu pobytu pilnuje, żeby nikt nie nosił broni, bo za wszelkie dobycie broni srogie kary, nawet kara śmierci. Straż marszałkowska chwyta „gwałtowników" i burzycieli porządku, czeladź i służbę niesforną; wypędza poza swój okręg urzędowania włóczęgów, oszustów, złodzieji, karząc przydybanych chłostą i pręgierzem; podobnież kobiety lekkich obyczajów. Gospody muszą być w okręgu marszałkowskim zamykane o ósmej wieczorem. Wszyscy cudzoziemcy meldują się w urzędzie marszałkowskim, a zato poręcza się im bezpieczeństwo, nie wyłączając niewiernych Turków, Tatarów i Żydów. Marszałek dba też o bezpieczeństwo kupców i handlarzy o trzy mile od postoju króla, ale zato kontroluje miary i wagi i posiada władzę policyjną nad przekupniami. Dba o bezpieczeństwo publiczne, wydając przepisy pożarnicze i posiadając zwierzchność nad cyrulikami. Do niego należy też przyjmowanie poselstw; ogłasza za każdym razem potrzebne do tego przepisy, wyznacza posłom kwatery. Sądy marszałkowskie muszą być doraźne, boć król i marszałek mogą nazajutrz znajdować się gdzieińdziej; sądownictwo to musi tedy być spieszne, a za najmniejsze uchybienie w sądzie marszałkowskim są osobne surowe kary. Dla uniknienia wszelkich nieporozumień ze strony ludności nie wolno w okręgu marszałkowskim grać na trąbach, chyba z polecenia marszałka; odezwanie się trąb oznaczało tedy zawsze, że urząd marszałkowski pragnie na coś zwrócić uwagę, że dzieje się coś z jego ramienia i pod jego urzędową władzą. Nawet ceny oznaczał w swym okręgu marszałek. Towarzyszył królowi do obozu i w obozie stanowił ceny w porozumieniu z hetmanem.

 

W senacie przewodniczył i zastępował osobę królewską naprzemian z arcybiskupem - prymasem gnieźnieńskim. Podczas bezkrólewia wyręczał prymasa. W tem nie mógł marszałka wielkiego zastępować nadworny; mogło to być w tamtych wszystkich czynnościach - gdyż marszałek wielki nieczęsto przebywał na dworze.

 

Oznaką godności marszałkowskiej była wielka laska, którą nieśli przed królem, gdy występował publicznie. W razie nieobecności marszałka i wielkiego i nadwornego, wyręczał ich w tem kanclerz. Wydano też przepis, że zawsze winien znajdować się na dworze kanclerz lub podkanclerzy i przepis ten powtórzono jeszcze w roku 1587.

 

Odmiennie od Polski rozwijało się litewskie marszałkostwo. Za Kazimierza Jagiellończyka zwraca Uwagę znaczniejsza ilość osób używających tego tytułu, który dziwnie często powtarza się w źródłach. Jest marszałek dworski (nadworny) już pod koniec XIV. wieku; z początkiem XV w. jest obok niego marszałek ziemski, a wśród ziemskich trafia się „najwyższy". Od końca XV wieku było ich po ośmiu, a gdy zawierano unię lubelską w r. 1569, liczba ich wzrosła do 18. Podobnie jak w Polsce, marszałek nadworny podróżował z królem, i był przy królu ochmistrzem dworu, zwierzchnikiem wszystkich dworzan i odpowiedzialnym stróżem bezpieczeństwa; a miał do pomocy marszałka ziemi, w której król przebywał.

 

Drugim z rzędu ministrem jest kanclerz. Jestto kierownik kancelaryi królewskiej, który stopniowo wyrósł na kierownika polityki zagranicznej. Długo urząd ten należał wyłącznie do wyższego duchowieństwa. W XVI wieku dodano mu do pomocy podkanclerzego. Przestrzegano aż do końca zasady, żeby jeden z nich, przynajmniej podkanclerzy, był duchownym. Pod nimi istniała cała kancelarya, złożona z sekretarzy i pisarzy królewskich. Jeszcze za Aleksandra sekretarze wszyscy byli ze stanu duchownego.

 

I tu zachodziły na Litwie pewne różnice, wywołane odmiennością stosunków. Tak np. w latach 1458- 1579, kanclerzem Wielkiego Księstwa bywał każdorazowy wojewoda wileński; podkanclerzego urząd utworzono dopiero w roku 1566. Pisarze kancelaryi wielkoksiążęcej, coraz rozleglejszej, później dopiero za wzorem Polskim zwali się sekretarzami, notaryuszami, pisarzami przez cały wiek XV, używaną bywała z reguły nazwa diaków. Diak, jest to człowiek świecki, posiadający sztukę czytania i pisania i utrzymujący się ze znajomości pisma. Jest to powszechnym na Rusi całej urządzeniem, bo w prawosławiu nie wszyscy zakonnicy (czerńcy) bywali piśmiennymi, a świeckie duchowieństwo rzadko kiedy. Podczas gdy w zachodniej Europie piśmienność była długo wyłącznością niemal Kościoła i stopniowo dopiero od duchowieństwa rozchodziła się pośród świeckich, we wschodniej Słowiańszczyźnie państwowość dla własnych potrzeb wytworzyła sobie odrębny zawód ludzi piśmiennych, świeckich, zawisłych wyłącznie od łaski i niełaski książęcej. Potem dopiero, znacznie później przechodzili diacy także na służbę cerkiewną, aż w końcu wyraz ten począł oznaczać piśmiennego sługę przy cerkwi, dopomagającego zarazem przy odprawianiu liturgii. Na Rusi litewskiej ewolucya diaka poszła całkiem innym torem. Dzięki katolicyzmowi Letuwy nie brakowało Wielkim Książętom litewskim światłego duchowieństwa, wykształconego bez porównania wyżej od wszelkich diaków; toteż diak pozostał pomocnikiem kancelaryjnym, pisarczykiem pod zwierzchnictwem czyjemś, i wkrótce zaniknął, przestał istnieć. Sama sztuka czytania i pisania nie wystarczała; trzeba było umieć na Litwie coś więcej, i coraz więcej. Ci z diaków, którzy się przy kancelarji utrzymali, musieli nabywać wiadomości, wyższego wykształcenia i wyższej ogłady, aż po pewnym czasie wstydziliby się nazywać diakami i być uważanymi za równych tym diakom, którzy przyjeżdżali do Wilna z Moskwy z poselstwami, jako pisarze posłów - analfabetów. Toteż diacy litewscy tytułują się już pod koniec rządów Kazimierza Jagiellończyka pisarzami i notaryuszami, uczą się łaciny, a obyczaj przyjmują polski. Diak litewski dostawał często nadania od W. Księcia i stawał się założycielem rodziny ziemiańskiej - czego na Rusi moskiewskiej nigdy nie bywało. Tak np. Sapiehowie są diaczego pochodzenia; i Tadeusz Kościuszko od diaka Aleksandra Jagiellończyka się wywodzi.

 

Trzecim z rzędu ministrem był podskarbi koronny (podkanclerzy był na czwartym miejscu). Należał do niego rozległy zakres działania.

 

Podskarbi nadworny, ustanowiony w roku 1504, miał być z razu zastępcą i pomocnikiem koronnego, ale po krótkim czasie uzyskał samodzielność. Zazwyczaj bywało się nadwornym wpierw, a potem postępowało się na koronnego. Roboty czysto dworskie podskarbiego nadwornego przeszły też jeszcze w ciągu XVI wieku na pisarza wielkiego skarbu nadwornego; ten zajmował się potem zarządem prywatnej szkatuły królewskiej. Kontrola wydatków i wypłaty na potrzeby króla i dworu, pokrywane z dochodów publicznych, należały zawsze do podskarbiego nadwornego. On też czuwał nad srebrami i zastawą skarbca koronnego; było tego tyle, iż do przewozu używało się osobnych wozów. Dekoracje pokojów królewskich, gobeliny, opony, arrasy i t p. i ceremonjalne szaty królewskie zostawały pod odpowiedzialnością pisarza wielkiego.

 

Wiemy, że po roku 1413 było w państwie litewskiem dwóch wojewodów, wileński i trocki, a trzeci kijowski, przybył w roku 1472. Dopiero w wieku XVI nastaje i w ziemiach Rusi litewskiej upodabnianie i następują dalsze nominacje na wojewodów. W roku 1504 powstaje województwo połockie, w r. 1507 nowogrodzkie, 1508 smoleńskie, 1511 witebskie, 1514 podlaskie - ale te wszystkie województwa bez godności kasztelańskich. W roku 1566 utworzono w przededniu niemal unji lubelskiej województwa: wołyńskie, bracławskie, brzesko-litewskie, mińskie, mścisławskie - i teraz dopiero ustanowiono obok każdego wojewody także kasztelanów. Chodziło o to, żeby urządzenia litewskie były jak najpodobniejsze do polskich.

 

Tylko Żmujdź nie została województwem, lecz pozostała po dawnemu starostwem; ale ten starosta źmujdzki był równy w dostojeństwie wojewodom i miał też obok siebie kasztelana. Większa część nowych wojewodzińskich urzędów nie była czem innem, jak tylko przemianowaniem główniejszych urzędów starościńskich; żmujdzki przemianować się nie dał. Na Żmujdzi starsze tytuły i nazwy pozostały przy pierwotnem znaczeniu; toteż pod starostą pozostali tam tiwunowie znacznymi urzędnikami, zastępcami starosty po powiatach, boć żmujdzki starosta był nad wszystkiemi powiatami Żmujdzi.

 

Litewscy namiestnicy, jako urzędnicy administracyjni cywilno-wojskowi, posiadali zakres władzy szerszy od polskich starostów; tem łatwiej przyjmowała się też polska nazwa urzędu. Zarazem przyjęła się polska nazwa obszaru urzędowania starosty: powiat. Jak widzimy z tego, litewski powiat jest całkiem innej genezy, niż polski. Były też powiaty litewskie bardzo nierównej wielkości.

 

Ponieważ na Litwie miasta nie rozwijały się, nie można było pieczy o ich obronność powierzyć mieszczaństwu; na to zdobyło się tylko Wilno i to aż w późniejszych czasach. Toteż na Litwie istniał przy każdym grodzie urząd państwowy gorodniczego (horodniczego). Urzędnicy ci bardzo byli nierównego znaczenia, zależnie od ważności grodu; oczywiście czem bliżej granicy wschodniej, tem bardziej zwracano uwagę na gorodniczego, choćby nawet na mniejszym grodzie. O gorodniczych niejednego grodu mówiło się dużo, a o innych nic, bo gród im powierzony stracił znaczenie wojskowe. Tem się tłumaczy, że w źródłach o niektórych brak wzmianek.

 

Jak widać z tego przeglądu, główne urządzenia administracji publicznej w państwie litewskiem nie wyłoniły się droga naturalną z ustroju społecznego, lecz zostały obmyślone przez władzę wielkoksiążęca i wprowadzone sztucznie. Cała ewolucja polegała tu na tem, że nie od razu robiono wszystko, lecz stopniowo po cząstkach plan, z góry sztucznie powzięty, wykonywano - okazując w tem istotnie wiele roztropności. Ostatniemi wielkiemi aktami legislatoryjnemi były pod tym względem: reforma rządowa roku 1565 i unja lubelska.

 

W roku 1565 utworzono już po wszystkich powiatach sądy ziemskie, a od spraw karnych byli starostowie, przez pewien czas jeszcze niektórzy wojewodowie.

 

W roku 1565 utworzono również urząd marszałków powiatowych, w Polsce nieznanych, Ale niema marszałka ten powiat, którego stolica jest zarazem siedzibą wojewody; tam sam wojewoda marszałkuje powiatowi, a ustanowiony obok niego kasztelan spełnia w głównym województwa powiecie pewne funkcje wojskowe (głównie przy zwoływaniu pospolitego ruszenia), które w innych powiatach należały do marszałków powiatowych. Przeprowadzono też w roku 1565 nowy podział na powiaty.

 

Widzimy tedy, jak na Litwie urzędy łączyły się. W Polsce było to z początku niemożebnem, bo w Koronie obowiązywała t. zw. „incompatibilitas", t. j. że nie wolno łączyć w jednem ręku urzędów („kumulować”). Na Litwie nie było takiego zakazu - a gdy potem Korona podległa wpływom litewskim, zgubny zwyczaj przedostał się do Korony wbrew ustawom i wojewodowie zostawali starostami.

 

Pośród urzędników ściśle dworskich wyróżnia się podkomorzy, bo posiada znaczne wpływy, jako zarządca prywatnych komnat królewskich, znający wszelkie szczegóły życia monarchy, i używany do najbardziej poufnych spraw. I w sprawach publicznych niejedna tajna audjencja odbywać się musiała za jego pośrednictwem. Urząd ten miał za odznakę klucz złocisty, jak dzisiejsi szambelanowie. Należy go odróżniać ściśle od podkomorzego ziemskiego (sędziego granicznego), z którym nie ma nic wspólnego, prócz nazwy.

Pośród dworskich urzędów należy jeszcze wyróżnić instygatora. Jest to oskarżyciel publiczny, wnoszący skargi o obrazę majestatu w porozumieniu z urzędującym danej chwili na dworze marszałkiem. Do niego też należy wnoszenie oskarżeń przeciwko wszelkim urzędnikom dworskim i koronnym o przewinienia urzędowe, a także przeciw dzierżawcom kopalń, komór (cełł) i t. d.

 


2 Ciekawych tego tematu odsyłam do popularnej swej pracy p. t. „Skrót Dziejów ludu wiejskiego w Polsce", Wilno, Zawadzki 1922.

 

 


| Poprzednia część | Góra | Strona główna | Następna część |