Ojczyzna.pl

 BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO

  

 

 

SPIS TREŚCI

   


Przedmowa


Rozdział I. Za Piastów.

  

1. Państwo i administracja

2. Początki organizacji polskiej

3. Ustrój grodowy

4. Stosunek społeczeństwa do państwa

5. Zmiany w okresie dzielnicowym

6. Zawiązki nowej administracji

7. Państwo stanowe, decentralistyczne

8. Prawo ziemskie a magdeburskie

9. Ustawa finansowa i uzupełnienie administracji


Rozdział II. Za Jagiellonów

  

1. Pierwszy okres wpływów polskich na Litwie

2. Geneza parlamentaryzmu

3. Odrębności pruskie do roku 1466

4. Wieś a miasto w XV wieku

5. Sejmy

6. Urzędy główne od wieku XVI

7. Sądownictwo w wieku XVI

8. Wieś a miasto w XVI wieku

9. Moneta i budżet

10. Skarb nadworny i pospolity

11. Administracja skarbowa od XVI wieku


Rozdział III. Wiek XVII i XVIII

  

1. Skarb i moneta do połowy XVIII w.

2. Urzędy główne i sejmowanie do połowy XVIII w.

3. Sądownictwo do połowy XVIII w.

4. Miasto a wieś do połowy XVIII w.

5. Reformy Czartoryskich

6. Za Rady Nieustającej

7. Sejm Wielki

8. Miasto a wieś w ustawach Sejmu Wielkiego . . 


Rozdział IV. W czasach porozbiorowych

  

1. Do roku 1807

2. Księstwo Warszawskie

3. Królestwo Kongresowe

4. W Rosji do roku 1861

5. W zaborze pruskim

6. W zaborze austrjackim do r. 1867

7. Reformy Wielopolskiego

8. Samorząd galicyjski


Streszczenie książki


    

  

FELIKS KONECZNY

  

Dzieje administracji w Polsce

 

w zarysie

  (3)

   

   

   

7. Sądownictwo w wieku XVI

 

Polska przez cały czas swej pierwszej niepodległości nie posiadała wcale kodeksu cywilnego, ani karnego. Nie gorszmy się! społeczeństwa anglosaskie nie posiadają tego dotychczas! ani Anglja, ani Stany Zjednoczone nie maja jeszcze owych grubych ksiąg, starających się przewidzieć wszystko a wszystko, co tylko człowiekowi wydarzyć się może. Anglja i Stany Zjednoczone posiadają atoli najlepsze na świecie sądownictwo, a wymiar sprawiedliwości jest u nich najszybszy, najbezwzględniejszy i najtańszy. Przymioty te zawisły widocznie nie od kodeksów.

 

W dziedzinie dokładniejszego spisania prawa sądowego Litwa wyprzedziła Polskę. Kto później zaczyna, może zacząć od szczebla wyższego, bo korzysta z doświadczenia drugich. Niejedno na Litwie było spisane i opisane lepiej, niż w Koronie; czy lepiej wykonane, zobaczymy w następnym rozdziale.

 

Możnowładztwo litewskie wcale nie życzyło sobie, by Litwa przejmowała demokratyczne urządzenia z Polski. Chcąc zyskać u króla pewność, że na Litwie nie przestanie nigdy obowiązywać odrębne prawo litewskie, nadające możnowładztwu szaloną przewagę w życiu publicznem, starali się o spisanie prawa litewskiego. Tak powstał tak zwany Statut Litewski, ułożony pod przewodem kanclerza litewskiego, Alberta Gasztołda, w roku 1529 w trzech językach; ruskim, łacińskim i polskim (letuwski nie był jeszcze piśmiennym).

 

Sejm litewski z roku 1514 wyraził życzenie, żeby wprowadzić w całem państwie jednakie prawo spisane, ale sam sejm nie zajął się wykonaniem sprawy, czekając, aż monarcha tem sam się zajmie. W roku 1522 trzeba było prośbę powtórzyć. Natenczas rząd sam ułożył projekt, który był omawiany na sejmie, częściowo poprawiany, aż w roku 1529 zyskał moc obowiązującą. Nazywa się prawodawstwo to „pierwszym statutem litewskim". Zawiera ściślejszą kodyfikację prawa publicznego i obowiązków wojskowych, tudzież prawo sądowe, znacznie odmienne od polskiego (prawo karne kodyfikowano częściowo już przedtem w roku 1468 w t. zw. „sudiebniku" Kazimierza Jagiellończyka). Cały statut spisany jest po rusku, bo letuwski język nie był piśmiennym. Jak nazwa sama przypomina „statuty" Kazimierza Wielkiego, tak też w rzeczy samej są w statucie litewskim niektóre momenty, których źródłem było niewątpliwie ustawodawstwo wiślicko - piotrkowskie.

 

Już w roku 1534 zmieniono statut częściowo, wprowadzając nietylko zmiany tu i ówdzie, ale też uzupełnienia. Ale w roku 1544 sejm zwrócił się do rządu wielkoksiążęcego z prośbą o ogólną poprawę statutu. Ponieważ, chodziło tym razem o demokratyzację ustawodawstwa, możnowładztwo nie popierało sprawy. Przewlekano długo; dopiero w roku 1551 wysadzono komisję prawniczą do dzieła poprawy; nowy statut był gotów dopiero w r. 1561, a moc obowiązującą zdołał pozyskać aż w roku 1566. Zowie go się „statutem litewskim drugim".

 

W trzy lata zaledwie wybrano ponownie komisję do poprawy statutu, a tym razem sprawa przewlekała się jeszcze dłużej, aż wreszcie w roku 1588 ogłoszony został trzeci statut litewski, pełen wpływów prawa polskiego. Spisany był także po rusku i w tym języku drukiem zaraz ogłoszony tegoż samego roku 1588. Ale to wydanie ruskie, urzędowe, miało być pierwszem i ostatniem. W r. 1614 pojawiło się tłumaczenie polskie i odtąd tylko polski tekst przedrukowywano w pięciu następnych wydaniach. Obowiązywał ten „trzeci statut" w ziemiach W. Księstwa litewskiego aż do r. 1840.

 

Statut pierwszy z r. 1529 nakazywał, żeby namiestnik zasiadał na sądach nie sam, lecz w towarzystwie i przy pomocy dwóch ziemian. W ten sposób wytworzyli się sędziowie obywatelscy, na podobieństwo polskich sędziów ziemskich; później i nazwę przyswojono.

 

Do sprawowania sądownictwa najwyższego musiał W. Książę mieć oczywiście odpowiednio urządzoną kancelarję. Z razu ciężar ten spadał na kanclerzy i marszałków; często wyznaczał W. Książę do pewnej sprawy umyślnego referenta z pośród panów Rady, a potem kogokolwiek wogóle uznał za stosowne tem obarczyć. Referent miał zbadać akty sprawy i wystąpić ze swym wnioskiem, który miał atoli znaczenie tylko doradcze, zgoła wyroku wielkoksiążęcego nie krępując. Kancelarja sądowa wielkoksiążęca była przeciążona, tem bardziej, że osoby na wyższych stanowiskach, zwłaszcza wszyscy kniaziowie i panowie Rady podlegali tylko monarszemu sądowi, a obok tego każdy a każdy miał prawo żądać od razu oddania swej sprawy samemu W. Księciu. Ten ciężar zdjęto ze sądownictwa wielkoksiążęcego dopiero w drugim statucie roku 1566. Odtąd dopiero istnieje na Litwie przymus wyczerpywania instancyj niższych. Pozostały atoli pewne sprawy, zarezerwowane zawsze najwyższej instancji, np. skargi na urzędników z powodu krzywd popełnionych w urzędowaniu, spory pomiędzy stronami rozmaitych stanów, kwestje szlachectwa i t. p.; tudzież zdrada główna i przestępstwa wojskowe.

 

Sądownictwo zorganizowało się z ziem Wielkiego Księstwa litewskiego najpierw na Podlasiu na wzór polski, bo też Podlasie było najbardziej polskiem, zaludnionem w znacznej części starem osadnictwem polskiem. Już w XV wieku spotykamy tam sędziego, podsędka i pisarza ziemskich, wkrótce i podkomorzego, t. j. specjalnego sędziego do spraw o granice posiadłości ziemskich.

 

Od roku 1565 mają Korona i Litwa jednakie sądownictwo pierwszej instancji, t. j. sądy ziemskie, grodzkie i podkomorskie. Do ziemskiego pozywała się szlachta w sprawach cywilnych. Składał się z sędziego, podsędka i pisarza. Wszyscy musieli być ze szlachty osiadłej w okręgu sądu, a pełnili urząd dożywotnio. Kto raz został wybrany sędzią, już się wyborcom zasługiwać nie musiał, bo zyskiwał całkowitą od nich niezależność. Każde województwo wybierało na sejmiku po czterech kandydatów na dany wakans w sądzie ziemskim, a król jednego z nich mianował na urząd sędziego, czy podsędka, czy pisarza ziemskiego. Sąd objeżdżał całe województwo, tak, ażeby w każdym powiecie trzy razy do roku odbywały się roki; objechać więc trzeba było całe województwo w ciągu roku trzy razy. Niektóre t. zw. „ziemie", t. j. krainy za małe na województwo, lecz posiadające pewną autonomję, gdyż w okresie dzielnicowym stanowiły osobne księstwo — posiadały także osobne sądy ziemskie.

 

Na Litwie nie było objeżdżania województw, bo każdy powiat miał własny sąd ziemski. Pozostawało to w związku z tem, że na Litwie każdy powiat miał własny sejmik. Było tedy sądów ziemskich na Litwie 30. Wybory i nominacje dokonywały się tak samo, jak w Koronie.

 

Sądy grodzkie były do spraw karnych. Kierował sądem starosta, ale rzadko tylko sądził osobiście. Wyręczał się podstarościm, którego sam sobie dobierał z pośród szlachty powiatowej. Obok niego zasiadali w sądzie sędzia grodzki i pisarz grodzki, także ze szlachty osiadłej w tym samym okręgu sądowym. Pozew można było podać do grodu każdej chwili; roki odbywały się co miesiąc. Sędzia powadził śledztwo i przygotowywał ceły proces, referował, a wyrok podpisywał podstarości lub w ważniejszych wypadkach starosta. „Gród” posiadał „prawo miecza", t. j. mógł skazywać na karę śmierci. Przy każdym sądzie grodzkim było więzienie dwojakie: zwyczajne, hańbiące, i t. zw. „wieża", areszt niehańbiący, za przestępstwa popełniane bez złej woli, zwłaszcza w sprawach porządku publicznego. W Koronie groziła kara śmierci (względnie dłuższego więzienia) za gwałt, podpalenie, mężobójstwo i rozbój. Statut litewski drugi wylicza dokładniej te sprawy karne: najazd na dom szlachecki, gwałt w mieście, pożoga, rozbój na drodze publicznej, zgwałcenie, kradzież, fałszerstwo, mężobójstwo.

 

Podkomorskie sądy tyczyły się tylko spraw o granice posiadłości. W Koronie sejmik wojewódzki wybierał kandydatów, z których jednego nominował król dożywotnio, Na Litwie każdy powiat miał swego podkomorzego, ale nie pochodził z wyboru, tylko bezpośrednio z nominacji monarchy. Podkomorzy sam dobierał sobie do pomocy jednego lub dwóch komorników, którzy przygotowywali sprawę, zbierali materjał, dowody i t. d., lecz wyrok wydawał tylko sam podkomorzy. Komornicy musieli również być szlachtą osiadłą z tego samego okręgu. Był to urząd nadzwyczaj poważany i postawiony wysoko. Podkomorzy uchodził za pierwszego w powiecie, w Koronie w całem nawet województwie; w zaszczycie szedł zaraz po wojewodzie i kasztelanie. W Prusiech Królewskich podkomorzowie należeli nawet do senatu obok tamtych dostojników.

Trzeci statut litewski stanowił, że sejmiki wybierają czterech kandydatów na urząd podkomorzego, z których król jednego mianuje; podczas gdy w Koronie wybór sam decydował.

 

Jak na Litwie, podobnież w Koronie przewlekała się ciągle sprawa zaległości przed sądem najwyższym królewskim; sposób zaradzenia złemu wyszedł nareszcie z Korony za panowania króla Stefana.

 

Kiedy w drugiej połowie XV wieku szerzyło się poczucie równości wobec prawa z możnowładztwem, poczęto sobie uważać za ujmę, żeby mieć nad sobą sędzią równego siebie współobywatela i zaczynano coraz częściej apelować do króla. W końcu wszystkie istniejące sądy zamieniały się w pośrednie tylko instancje, a ponieważ sędziami bywali znienawidzeni wielmożowie, więc naprzekór nim apelowano coraz gęściej.

 

Zygmunt Stary ustanowił w roku 1507 dla szybszego wymiaru sprawiedliwości urząd referendarski. Było ich dwóch, duchowny i świecki. Bawili zawsze przy królu towarzysząc mu w podróżach, ażeby zawsze każda skarga mogła być wysłuchaną przez biegłego w prawie (kanonicznem lub ziemskiem). Oni referowali żądania stron, przedstawiali opinię swą kanclerzowi czy podkanclerzemu, który w razie potrzeby prosił króla o decyzję. Chodziło tedy o to, żeby zawsze był na dworze ktoś mający czas do przyjęcia petentów; toteż referendarze mieli przepisane godziny urzędowe po mszy do obiadu i po obiedzie do wieczerzy. Urząd ten taką sobie zyskał powagę, iż za Batorego ubiegali się o niego już członkowie najpierwszych rodzin kraju. Sejm roku 1537 nakazał, by referendarze ograniczali się do wysłuchania skarg, nie mieszając się do sądów.

 

Król zasiadał na sądach zazwyczaj podczas sejmu; czem zaś bardziej rozwijał się sejm, tem mniej było czasu na sądy. Już w roku 1493 zastrzeżono, żeby król nie rozpoczynał sądów wcześniej, jak w sześć dni po rozpoczęciu sejmu, boby inaczej ciężko było doczekać się otwarcia sejmu! W roku 1538 ograniczono czas sądów sejmowych na środy i piątki każdego z sześciu tygodni sejmowania.

 

Sądy te były nadzwyczaj uciążliwe, zwłaszcza dla mniej zamożnych, boć trzeba było przyjeżdżać z daleka i nie miało się pewności, czy król będzie miał czas sprawę załatwić. Miał zresztą król prawo najzupełniejsze odbywać sądy zawsze i gdziekolwiek. Wydawano też pozwy przed t. zw. sąd zadworny, nie oznaczając ściśle terminu, tylko wzywając na pewien dzień po przyjeździe króla na dane miejsce, np. sąd odbędzie się na trzeci dzień po przyjeździe króla do Łęczycy. Przy ówczesnych środkach komunikacyjnych nie łatwo było przewidzieć ściśle datę przyjazdu; samemu jednak należało przyjechać tam raczej wcześniej, niż później i czekać na króla. Wobec tego nigdy nikt nie mógł wiedzieć dokładnie, kiedy i gdzie sprawa jego będzie sądzoną.

 

Pomimo to jednak upierano się przy zasadzie, że król musi wykonywać osobiście czynności najwyższego sędziego. Zdawało się współczesnym, jakoby, podając się pod wyrok sędziego, oddawali się zarazem osobiście w zależność od niego. Apelacyj namnożyło się już tyle, iż król musiałby nie robić nic innego, jak tylko sądzić bez ustanku. Próbowano za Zygmunta Starego zaradzić temu zastojowi sprawiedliwości, ale nie zaradzono złemu. Mylne pojęcia czyniły niemożliwą trafną reformę. Skoro ogół był przekonany, że powinno być tak, żeby król osobiście sądy sprawował, przypisywano winę zaległości starości i słabowitości króla — zamiast powiedzieć sobie, że rzecz cała szwankuje, bo oparta jest na mylnej zasadzie, na błędnych zapatrywaniach.

 

W roku 1543, pojawił się wreszcie projekt stałego sądu najwyższego, urzędującego przez cały rok bez dalszej apelacji. Sędziowie mieli pochodzić z wyborów, ażeby i zwykła szlachta miała dostęp do godności sędziowskiej przy tym trybunale. Ale ledwie tylko kilku posłów rzecz zrozumiało i popierało. Ogół długo jeszcze obstawał przy tem, że tylko król sam osobiście może sądzić w najwyższej instancji. Projekt był rozumny, lecz przedwczesny na rozumy współczesnych — podobnie jak przedwczesnemi były projekty powszechnego ogólnego podatku, projekt kmiecego wojska i t. p.

 

Reforma sądownictwa zaprzątała wciąż umysły. Pojawiały się projekty znakomite. Andrzej Frycz Modrzewski, a później także Andrzej Ciesielski radzili, żeby sędziowie byli mianowani i płatni; te pomysły, dla nas tak proste, były współczesnym nietylko niezrozumiałe, ale wstrętne; według ówczesnych pojęć sędziowie musieli być wybieralni.

 

Rosła tymczasem w nieskończoność ilość spraw zaległych przed królewskim sądem. Zygmunt August (1548— 1572) zajmował się gorliwie reformą sądownictwa i ustanawiał — jużto z Izbą poselską, jużto bez niej, a nawet wbrew niej — rozmaite sądy czasowe, mające go wyręczyć w sprawowaniu najwyższej instancji. Spierano się znów o skład sądu, żeby i szlachta miała dostęp do godności w najwyższym trybunale, a nietylko sami senatorowie. Król uznał słuszność żądania, lecz wyłoniły się dalsze wątpliwości o sposób wybierania sędziów, po ilu ich ma być i czy ustanowić na całą Koronę jeden wielki sąd, czy osobny w każdem województwie i t. p. Przez cały czas panowania Zygmunta Augusta robiono jakby próby rozmaite, a szlachta czasem króla popierała, lecz częściej mu przeszkadzała, bojąc się po prostu sądu, któryby był najwyższą instancją, a bez króla. Zdawało im się, jakby mieli się zrzekać cennego swego prawa. Ledwie w końcu zdołano usunąć ten przesąd i przynajmniej grunt w umysłach przygotować do reformy, której miano ostatecznie dokonać za Stefana Batorego (1576—1586).

 

Podobnież nie mogli współcześni pojąć, jak mogłoby być dla wszystkich jednakie prawo karne. W całej Europie inaczej sądzono kmiecia, a inaczej szlachcica. Andrzej Frycz Modrzewski, domagający się równego prawa dla wszystkich, był zjawiskiem dziwnem i jedynem. Przynosi to imieniowi polskiemu zaszczyt, że taki pomysł pojawił się u nas już w XVI wieku; nie przynosi ujmy, że pozostał pomysłem. Ten sam Modrzewski domagał się, żeby za mężobójstwo karać śmiercią. I to było przedwczesnem! Pozostano przy grzywnach, które niegdyś, za Kazimierza Wielkiego, stanowiły karę ciężką, bo mogły doprowadzić do ruiny majątkowej — ale za Zygmunta Augusta wychodziło to w praktyce na to, iż kto miał pieniądze na grzywnę sądową, mógł zabijać; a więc sumienie tylko stało na straży porządku społecznego.

 

Możnaby przytaczać jeszcze wiele przykładów (z Polski i nie Polski), jak potrzeba całych pokoleń na to, by słuszny pomysł uskutecznić; trzeba dziesiątków lat, zanim ogół zrozumie, że pewien pomysł, długo zwalczany, jest naprawdę słusznym i potrzebnym.

 

Szlachta była już za Zygmunta Augusta w zupełności za dokonaniem reformy najwyższego sądownictwa, ale możnowładztwo miało wiele zastrzeżeń. Dążenie do ustanowienia trybunału najwyższego posiadało cechę dążności demokratycznej i stąd nie zawsze wszystkim było miłem. Dużo zabrałoby to miejsca, gdyby chcieć wyliczyć wszystkie projekty, kompromisy, uzupełnienia i ustępstwa, jakie wzajemnie czyniono, mniej lub więcej dobrowolnie a często pod przymusem za panowania Zygmunta Augusta w tej sprawie, coraz bardziej naglącej. Około roku 1565 rzecz wydawała się już dojrzałą i blizką szczęśliwego końca, a jednak ostateczne jej załatwienie tak się jeszcze o przeszło dziesiątek lat opóźniło, iż wypada dopiero na następne panowanie. Zgon Zygmunta Augusta (1572) i dwa bezkrólewia wpłynęły tem bardziej na przedłużenie zwłoki. Dopiero w roku 1578 sejm uchwalił ordynację trybunału koronnego. Ponieważ wypadło to na panowanie króla Stefana Batorego, jemu przypisywano długo zasługę utworzenia trybunałów. Batory zastał jednakowoż rzecz niemal gotową, obmyślaną szczegółowo przez długie lata przedtem, a sam dał tylko sankcję dawnemu planowi demokracji szlacheckiej, który z powodu zbiegu niepomyślnych okoliczności nie doczekał się uchwały sejmowej za ostatniego Jagiellona.

 

Trybunał koronny kompetentnym stawał się we wszystkich tych sprawach cywilnych, które sądzone już były przez instancje niższe, a więc przez sądy ziemskie, grodzkie (starościńskie), podkomorskie — i w sprawach karnych z zakresu t. zw. artykułów starościńskich, które sądzone już były w grodzie; tudzież w sprawach urzędowych starostów i urzędników grodzkich, jeżeli kto z nich dopuścił się przewinienia przy wymiarze sprawiedliwości lub przy egzekwowaniu wyroków.

 

Władza trybunału rozciąga się na szlachtę i duchowieństwo. To ostatnie podlega mu jednak tylko o tyle, o ile rozchodzi się o rozstrzygnięcie środka prawnego przeciw wyrokowi wydanemu przez sąd świecki niższej instancji (gród, ziemstwo, podkomorstwo), o ile instancja ta posiadała w danym wypadku kompetencję niewątpliwą. Ograniczenie to weszło do uchwały na żądanie duchowieństwa, a skutkiem tego bardzo niewiele tylko spraw duchowieństwa tyczyć mogących należało do kompetencji trybunału. Szlachta przypuszczała, że zakres ten rozszerzy się w przyszłości, przy dalszych reformach.

 

Obszar trybunału koronnego obejmuje tylko te ziemie Korony, które liczyły się do niej przed rokiem 1569. Prusy Królewskie pozostają nadal przy swej odrębnej prowincjonalnej organizacji sądowej. Województwa południowo-ruskie, które przyłączyły się do Korony w roku 1569, a więc kijowskie, wołyńskie i bracławskie, otrzymują osobny sąd najwyższy w Łucku; osobny, bo dla nich pozostaje obowiązującym nadal statut litewski. Reszta ziem Korony podlega trybunałowi „koronnemu", urzędującemu w Piotrkowie.

 

W skład tego trybunału wchodzą sędziowie, zwani deputatami, pochodzący z wyborów. Jest sześciu deputatów duchownych, których wyznaczają kapituły, porozumiawszy się między sobą w sposób, który im samym jest pozostawiony. Deputatów szlacheckich wybiera Wielkopolska 16, Małopolska 11. Wyborów dokonuje się na sejmikach t. zw. deputackich. zwoływanych do miejsc, gdzie dotychczas „według starodawnego zwyczaju" wybierano urzędników sądowych ziemskich. Sejmiki te odbywają się corocznie w poniedziałek po święcie Narodzenia N. Maryi Panny, ale w Podlaskiem i w ziemi Dobrzyńskiej w poniedziałek przed sw. Bartłomiejem. Po dwóch deputatów wybierają województwa poznańskie, kaliskie, płockie, mazowieckie, rawskie, sandomierskie, podlaskie i ruskie. Inne województwa wybierają po jednym deputacie. Nadto po jednym wybierają ziemie wieluńska, dobrzyńska i księstwo Oświęcimskie z Zatorskiem. Ruskie województwo odbywa wybory deputatów na dwóch miejscach; ziemie lwowska, sanocka i przemyska wybierają jednego deputata w Wiszni, a drugiego ziemie chełmska i halicka naprzemian w Chełmie i w Haliczu. Ogółem tedy komplet deputatów świeckich wynosi 27, wraz z duchownymi 33.

 

Wybierać można takiego tylko, kto posiada osiadłość w ziemi, z której ma być wybranym (jak to obowiązywało przy wszystkich wogóle urzędach). Ciekawe są obostrzenia co do wyboru powtórnego. Przed upływem czterech lat nie można być wybranym ponownie inaczej, jak tylko jednomyślnie; zresztą bowiem wystarczała większość głosów. Jeżeli jednak kto posiadał własność ziemską w drugiem województwie, mógł być tam wybrany deputatem choćby zaraz następnego roku; chodziło tylko o to, żeby nie z tego samego województwa czy ziemi. Pauza owa czteroletnia obowiązywała też tylko szlacheckich deputatów, a nie duchownych.

 

Deputaci zjeżdżają na kadencje trybunalskie dla Wielkopolski do Piotrkowa, dla Małopolski do Lublina. Jest tedy trybunał jeden z dwiema kadencjami każdego roku, zmieniając miejsce pobytu. Deputaci składają przysięgę sędziowską. Obok rzeczy rozumiejących się same przez się mieściło się w rocie przysięgi tej zobowiązanie, że się stronom nie będzie udzielać żadnych rad ni przestróg, tudzież zapewnienie, że deputat o wybór się nie ubiegał. Od wyroku płaci się po 15 groszy i ta opłata sądowa stanowi jedyne źródło wynagrodzenia szlacheckich deputatów; duchowieństwo wyznaczało jednak swoim deputatom stałe płace.

 

Na sejmiki deputackie, ani na miejsce urzędowania trybunału, nie wolno wchodzić z bronią palną; kara za to gruba, bo aż 50 grzywien. Przez trzy tygodnie przed rozpoczęciem kadencji, przez całą kadencję i jeszcze przez trzy tygodnie po ukończonej kadencji karane bywa zabójstwo lub choćby zranienie w miejscu urzędowania trybunału, jako najgrubsza zbrodnia kryminalna, nawet karą śmierci.

 

Sprawy sądzą się w Piotrkowie czy w Lublinie według pewnej ogłoszonej przedtem kolei województw pozwanych stron, tak, iż strony mogą sobie obliczyć mniej więcej czas, kiedy wypada im przyjechać; pozew musi być doręczony przynajmniej na dwa tygodnie przed terminem. Od roku 1601 oznaczano na każdy powiat osobny regestr spraw.

 

Wyrok trybunału, wydany na piśmie, staje się prawomocnym natychmiast. Egzekucja należy do starostwa grodzkiego.

 

W Wielkiem Księstwie Litewskiem zaprowadzono podobny trybunał zaraz w trzy lata potem, w roku 1581. Sejmiki deputackie odbywały się stale na Gromnice. Zmujdź zastrzegła sobie ustanowienie osobnego sądu najwyższego, lecz nie uczyniła tego i wnosiła dalej apelacje do króla; w roku atoli 1588 przystąpiła wreszcie do ogólnolitewskiego trybunału. Deputatów wybierano na Litwie powiatami, a skoro powiatów (bez Żmujdzi) było 23, więc po dwóch wybierając z powiatu było deputatów 46, a potem jeszcze trzech ze Zmujdzi, razem 49. Ponownie wybranym można być po dwóch latach; a zaraz najbliższego roku, jeżeli jednomyślnie.

 

Litewski trybunał odbywał kadencje w Wilnie, w Trokach, w Nowogródku i Mińsku. Od roku 1589 zmieniono to w taki sposób, że w Wilnie zasiadał trybunat każdego roku, a nadto naprzemian co drugi rok w Nowogródku i Mińsku; Troki wyłączono (odległe są od Wilna zaledwie o półczwartej mili).

 

Zresztą urządzenie litewskiego trybunału było takie samo, jak koronnego.

 

 

8. Wieś a miasto w XVI wieku

 

Wieś polska miała gdzie podziewać nadmiar ludności w wieku XVI. Ci z kmiecej młodzieży, którzy woleli szukać szczęścia w świecie, niźli biedować na rozdrabnianym nieustannie łanie, mieli do wyboru albo zajęcia miejskie w miastach coraz bardziej kwitnących i potrzebujących coraz liczniejszego napływu ludności, albo też, jeżeli woleli zajęcia rolnicze, mogli emigrować do wschodnich prowincyj państwa, gdzie też zatonęło sporo ludności „mazurskiej". Na wschodzie walka o byt była łatwiejsza. W zachodnich województwach nie mogło się już pomieścić więcej ludności rolniczej (przy ówczesnych metodach gospodarowania), bo właściciele ziemscy nie dawali już nowych łanów w kmiecą dzierżawę.

 

Niechęć do wydzielania nowych łanów kmiecych powstawała także stąd, że szlachcic jednako płacił podatek z łanu, czy sam na nim gospodarował, czy też wypuszczał w dzierżawę. W roku 1468 postanowiono, że podatek łanowy płacić należy także od gruntów kmiecych. Ustawa podatkowa była w tej mierze niepraktyczną. Kmiecie sami nie byli całkiem opodatkowani przez państwo, a to z tego samego powodu, dla którego nie wymagano od nich służby wojskowej: nie posiadając własności, nie posiadali praw politycznych obywatelskich, ale też nie ponosili żadnych ciężarów państwowych. Tego wymagała sprawiedliwość społeczna. Podatek od łanów kmiecych płacił szlachcic, który pobierał z niej czynsze i robociznę.

 

Podatek ten był niestały, boć zależał od uchwały sejmowej. Dwa grosze z łanu należały się zawsze i te rozumiały się same przez się każdego roku; ale też do wyjątków należał rok taki, w którymby nie było trzeba było płacić większego podatku. Sejmiki czy sejm mogły niespodzianie uchwalić z łanu groszy sześć, dwanaście, dwadzieścia, gdy zaszła nagła nieraz potrzeba. Gdyby kmieć miał to płacić sam ze swych łanów, nigdyby nie mógł wiedzieć, jakie będą w pewnym roku jego ciężary dzierżawne, a w takim razie i stosunki gospodarcze byłoby niepewne, chwiejne. Właściciel dążył oczywiście do tego, żeby mieć czynsze jak najwyższe, a oznaczając je, pamiętał też o podatku, jaki będzie musiał płacić za łany kmiece, ale właściciel nie mógł wymagać zbyt wiele wobec wzmagającego się prądu emigracyjnego na wschód i musiał poprzestawać na pewnej średniej mierze czynszowej, obliczając sobie pewien średni dochód z kmiecego łanu.

 

Ile razy podatek podskoczył ponad taką średnią przewidywaną wysokość, tyle razy szlachcic miał stratę. Kmieciom czynszu podwyższać nie mógł, bo nie miał do tego prawa, a gdyby się o prawo nie pytał, toćby mu pozbiegali z gruntów; musiał więc właściciel dopłacać ze swego, poprzestając w takim roku na zmniejszonych dochodach.

 

Wydzierżawianie łanów kmieciom poczynało być bardzo niepewnym interesem. Łan folwarczny dawał dochód większy, a podatek z niego był taki sam. Prosta, więc rzecz, że wolano powiększać forwarki.

 

Chwiejność podatków dawała się szlachcicowi i na forwarku we znaki, ale on był państwa obywatelem; kiedy płacił większy podatek, wiedział, na co go płaci, a uchwalał go sam na sejmiku. Opodatkował sam siebie przez poczucie obywatelskie. Ten obowiązek obywatelski ciążył na szlachcicu, ale nie ciążył na kmieciu.

 

Zyż nie byłoby wiele lepiej, gdyby na kmieci nałożono osobny podatek, zastosowany do ich środków i stosunków? Możeby w takim razie niebyło też takiej niechęci do pomnażania kmiecych dzierżaw, bo nie byłoby straty na tych łanach. Ale... opodatkowanie kmieci na rzecz państwa sprzeciwiało się ówczesnym pojęciom o sprawiedliwości społecznej. Mniemano, że byłoby to niesprawiedliwością społeczną wymagać czegoś na rzecz państwa od takich, którzy nie posiadają ziemi na własność...

 

Tak tedy bywają grube nawet pomyłki i wielce szkodliwe, choć nie ze złej woli pochodzące. Wiele rzeczy inaczej przedstawia się współczesnym, a inaczej potomnym. Oni odczuwali motywy, przyczyny, rozumowe i uczuciowe racje swych postanowień i czynów. My patrzymy na skutki...

 

Nazywa się to „perspektywą historyczną".

 

Synowie kmiecy emigrowali chętnie z Korony do ziem Wielkiego Księstwa litewskiego. Emigracja rolnicza odbywa się zawsze tylko do kraju o niższym typie gospodarstwa, gdzie immigrant staje się wobec ludności miejscowej rolnikiem postępowym.

 

Aż do XVI wieku gospodarstwo było na Litwie t. zw. naturalne, to znaczy obliczone na samostarczalność każdej osady, a raczej każdej posiadłości bojarskiej. Wszystko, czego tylko można było potrzebować wśród ludzi mających potrzeb niewiele, miało być wyprodukowane na miejscu; stąd rozmaitość zajęć i brak przewagi pewnego zajęcia wśród osób pewnej grupy społecznej. Dopiero wiek XVI zaprowadził w krajach Wielkiego Księstwa litewskiego właściwe gospodarstwo rolnicze, t. j. dążność do wysunięcia na wsi na pierwszy plan prac około płodów rolniczych i oparcie dochodów przedewszystkiem na rolnictwie. Aż do XVI wieku niema w państwie litewskiem co mówić o „rencie gruntowej"; ekonomiczne wyzyskanie roli miało na Litwę zawitać z Polski. Ruś litewska nie stała pod względem gospodarstwa rolnego wcale wyżej od Letuwy.

 

Dopiero w XVI wieku rząd sam zabrał się do reformy gospodarstwa wiejskiego, przeprowadzając ją w dobrach wielkoksiążęcych (królewszczyznach), poczem naśladowano ją i w prywatnych. Administracja dóbr państwowych litewskich poczęła za Zygmunta I wprowadzać rzecz dotychczas nieznaną: wymierzanie ziemi według samej przestrzeni. Za miarę przyjęto mazowiecką włókę, która była tem samem, co w innych prowincjach polskich łan i wynosiła tak samo 30 morgów (na Podlasiu liczono jednak po 33 morgów). Za Zygmunta Augusta (który był rządcą Litwy od roku 1544) przemierzono w całej niemal Litwie ziemię „gospodarską" (państwową) i sporo prywatnej, a pomiarów dokonywano celem przeprowadzenia największej i najrozumniejszej reformy rolnej, jaką zna historja wogóle. Chodziło o wprowadzenie postępowego rolnictwa, jakiem wówczas była t. zw. trzypolówka, o komasację gruntów, o zaprowadzenie celowej proporcji pomiędzy ilością rąk roboczych a obszarem uprawianym, o utworzenie wsi we właściwem znaczeniu tego wyrazu — na miejsce oddalonych od siebie luźnych sadyb, pozbawionych z sobą innego związku pozatem, że miały wspólnego pana nad sobą. Zarazem regulowano ciężary i obowiązki ludności wiejskiej. Łączyła się ta reforma z przesiedlaniem ludności w zwarte wsie, z zamienianiem na wielką skalę gruntów, z oznaczaniem wzajemnych praw i obowiązków; słowem, była to reforma tak wszechstronna, iż równała się jakby osiedlaniu kraju na nowo, nową metodą, według nowych pomysłów społecznych. Nazywano tę reformę „pomierą wołostną", iż zaczęła się od pomiarów. Przeprowadził ją Polak, Piotr Falczewski, z pomocą całej sieci urzędników, urzędujących po całym kraju — czasowo.

 

W okresie Jagiellońskim dokonywał się w miastach polskich skup wójtostw coraz szybciej, rady miejskie zyskiwały coraz więcej władzy. Na miejscu dawnych wójtów powstają w miastach znaczniejszych burmistrze, w ciągu następnych wieków we wszystkich przejęci, tak, iż w końcu zaginęła nawet pamięć wójtów po miastach. Gdzie administracja była w ręku starosty, tam starosta mianował burmistrza. W miastach „królewskich", zwanych też „wolnemi". t. j., w takich, w których władza królewska właśnie nie mieszała się całkiem do administracji, rada sama sobie wybierała burmistrza z pośród siebie, i dlatego zowie się on także starszym obywateli, magister civium lub proconsul (bo najpierw musiał być rajcą, c o n s u l). Niektóre miasta, jak np. Kraków i Sącz, obawiając się, żeby z burmistrza nie zrobił się nowy wójt, żeby jedna osoba nie władała nazbyt, zapewniły sobie jednakie znaczenie wszystkich rodów radzieckich w taki sposób, że nie ustanawiając wcale urzędu burmistrza, godność tę zlecały kolejno wszystkim członkom rady na czas krótki. Byli więc tacy burmistrzowie tylko przewodniczącymi na zebraniach rady miejskiej i zwano ich też consules praesidentes. Był w Krakowie okres taki, że co tydzień kto inny z rajców był „prezydentem". W roku 1521 oznaczono czas urzędowania prezydenta na 6 tygodni.

 

Tegoż roku 1521. Zygmunt Stary powiększył skład delegacji, ale też zmienił stosunek kupców do rzemieślników na nierówny: delegacja ma się składać z 32 osób, mianowicie z 12 kupców i 20 rzemieślników. Chodziło o to, żeby warstwie rękodzielniczej dopomóc. W r. 1548 powraca się jednak do równości, pomnażając ilość delegatów na 40: po 20 rzemieślników i po 20 kupców. Dochowane akty tych spraw świadczą, że nie można było należeć do delegacji, jeżeli się nie posiadało w mieście własnego domu. Po pewnym czasie godność „czterdziestnika" stała się dożywotnią. W razie zgonu dokonywały wyboru starszyzny kupieckie lub cechowe.

 

Od r. 1585, nie wolno było radzie czynić wydatków powyżej stu grzywien bez zezwolenia pospólstwa lub wybranej przez nie delegacji, która nie wszędzie z 40 mężów się składała, lecz rozmaicie: z dwudziestu, a nawet z dwunastu tylko. Możnaby te delegacje nazywać wydziałami pospólstwa lub stałemi komisjami. Kiedykolwiek tedy trzeba było pomożyć personal urzędniczy lub służebny miejski, albo podwyższyć im płace; zaciągnąć pożyczkę dla miasta, uchwalić podatek na koszta wyprawienia posłów na sejm i t. p., słowem, kiedykolwiek chodziło o zrobienie nowego wydatku, trzeba było uzyskać zgodę pospólstwa, względnie jego reprezentacji. A pospólstwo szczególniej nie lubiło dawać pieniędzy na pokrycie kosztów posłów na sejm walny! Wpływ reprezentacji pospólstwa na kontrolę obrotów pieniężnych w gospodarce miejskiej wzrasta coraz bardziej. Za przykładem szlachty zabierają się mieszczanie w XVI wieku do reformy finansów miejskich i wyznaczają taksacje, taksatorów, poborców, osobnych „sędziów skarbowych" tudzież pełnomocników specjalnych do sprawdzania rachunków.

 

Przez cały wiek XVI., dochodził do majątku każdy rządny i zapobiegliwy mieszczanin, bo trwał jeszcze okres rozkwitu miast w Polsce. Toteż uboższa szlachta garnęła się do zajęć miejskich, szukając po miastach zarobków. Tak np. w Kazimierzu pod samym Krakowem dużo szlachty oddawało się kupiectwu. Cały szereg nowych miast, jakie powstawały na Mazowszu w drugiej połowie wieku XV, i wciągu wieku XVI, miał ludność w połowie niemal szlachecką. Sklepy po większej części, gospody niemal wszystkie znajdywały się w ręku szlachty z okolicy; a nie tracili oni bynajmiej przez to „klejnotu szlacheckiego". We wszystkich aktach, w których występują ci mieszczanie z szlachty, dopisywano stale przy ich nazwisku dodatek „nobilis" (szlachcic). Szlachta mazowiecka jest w znacznej częściej twórczynią tych miast. Niestety, miały one zaraz w następnem stoleciu podupaść wielce.

 

Za miarę zamożności miasta posłużyć może wysokość szosu (główny podatek miejski, o którym niżej), toteż nie od rzeczy będzie przytoczyć pierwszy dziesiątek miast koronnych: Kraków zapłacił 4.000 złp.; Poznań 1.400; Lublin 800; Nowy Sącz 320; Wschowa 320; Bydgoszcz 247; Kościan 243; Kalisz 242; Samdomierz 224; Biecz 224; Krosno 200; i t. d. Największa ilość miast płaciła mniej, niż 100 złp. szosu podwójnego; a były mieściny, w których „dwój" nie dał całego złotego (np. Budzinek w województwie łęczyckiem).

 

Miast, opłacających szos, było za króla Stefana 678. Ilość ich przedstawia się podług województw, jak następuje: Województwo krakowskie 64, sandomierskie 100, ruskie 90, poznańskie 53, kaliskie 77, mazowieckie 56, Wołyń i Podole 42, województwo sieradzkie 25, rawskie 15, łęczyckie 24, Podlasie z ziemią bielską 8, inowrocławskie województwo 9, brzeskie 12, płockie 15, lubelskie 27, ziemia mielnicka 11, województwo bełzkie 15, ziemia dobrzyńska 7, chełmska 18, wieluńska 10.

 

Nawet po większych miastach mieszczanie posiadali za murami miejskiemi gospodarstwa rolne, na gruntach miejskich jeszcze; po małych miasteczkach rolnictwo stanowiło często główny sposób utrzymania mieszczanina, obywatela miasta, które nie zdołało się rozwinąć. Płacili od włóki po groszy 30, a więc najwyższy podatek łanowy. W województwie krakowskiem 62 miasteczek posiadało razem włók 566, wypada więc średnio na jedno 9 włók, niedużo tedy. Ale różnice pomiędzy gminami miejskiemi są olbrzymie, np. miasto Kraków nie posiada zgoła ról miejskich, a Stary Sącz ma ich 40, Lipnica nawet 43, Brzeziny w województwie łęczyckiem posiadały włók 77. Cały podatek łanowy miejski dawał skarbowi około 6,500 złp., mniej więcej czwartą część szosu.

 

Letuwini miast nie zakładali i aż do XIX wieku po miastach wogóle nie mieszkali. Na Rusi litewskiej były grody dawnych osad wojskowych waregskich, które stopniowo zamieniały się w miasta. Wszystkie one były wielkoksiążęcą własnością, bo w dobrach W. Księcia zakładane. Tworzenie gmin prawdziwie miejskich zaczyna się ku końcowi XV wieku, a władza próbuje „lokować" je na „prawie niemieckim", t. j. według systemu autonomji miejskiej, na wzór miast w Polsce prawa „magdeburskiego" używających. Ale państwo litewskie nie sprzyjało rozwojowi miast. W Polsce rozkwitłszy świetnie— upadły szybko; na Litwie nie zdążyły nigdy rozkwitnąć. Były one nawet w wieku XVI przeważnie drobnemi mieścinami, miasteczkami, a rzekome ich mieszczaństwo utrzymywało się głównie z rolnictwa na podmiejskich włókach.

 

Siedzieli po miastach Rusini i Polacy. Tamci poczucia narodowego żadnego nie mieli, ale dzieliło i odróżniało jaskrawo jednych od drugich wyznanie. Polski, znaczyło: katolicki; ruski znaczyło: prawosławny. W stolicy państwa, w Wilnie, zarząd miasta składał się po połowie z katolików i prawosławnych. Stykanie się dwóch wyznań, i to z obrządkiem całkiem odmiennym, nadawało miastom litewskim na każdym kroku cechę pewnej odrębności. Cierpiała na tem wielce zwartość jakiejkolwiek organizacji. Po wsiach ludność prawosławna a katolicka nie mieszała się, gdyż były całe krainy tylko prawosławne i inne, wyłącznie katolickie; po miastach jednakże to i tamto wikłało się na każdym kroku. Była o tem mowa, jako cechy były organizacjami religijnemi, rodzajami bractw religijnych. Przeszczepiono je z Polski na Litwę i pierwsze cechy były niewątpliwie całkiem katolickie. Ale napływająca czeladź już była obydwóch wyznań. Czyż można było nie przyjmować do nauki prawosławnych terminatorów? Zanim minęło jedno pokolenie, cech znajdywał się wobec kwestji zrobienia majstrem prawosławnego czeladnika. Skoro uczynił zadość warunkom majsterstwa, nie można było nie robić go majstrem, a zatem trzeba go było przyjąć także do cechu. Póki ich było kilku, płacili składki i wkładki na równi z katolickimi członkami cechu, nie dbając o to, że część tych pieniędzy idzie na kościelne cele cechu, t. j. do kościołów katolickich. Ale kiedy ich było już kilkunastu w cechu, chcieli mieć swój prawosławny ołtarz w prawosławnej cerkwi, toteż musiało się to skończyć na podwójności cechów: gdzie tylko ilość rzemieślników zezwalała na to, było po dwa cechy w każdem (o ile możności) rzemiośle: polski i ruski. W wielu wypadkach pozostawali atoli wszyscy we wspólnej organizacji, a wtenczas w ustawie cechowej było przepisane, ilu ma być starszyzny z katolików, a ilu z prawosławnych; grosz zaś kościelny zbierała sobie każda strona osobno. U kupców nie spotykamy takich rozmaitych zastrzeżeń, bo stan kupiecki nigdy się na Litwie nie rozwinął, ani nawet należycie nie zorganizował. Kupców było stosunkowo tak niewielu, że każdy z osobna wchodził osobiście w bezpośredni stosunek do władz miejskich. Obchodzili się bez organizacji zawodowej. Smutna historja miast litewskich tłumaczy się tem, że nim stan miejski zdołał się rozwinąć, już Żydzi byli panami miast.

 

Do swoistych urządzeń miast litewskich należały t. zw. „wchody". Były to służebności mieszczan na gruntach niemiejskich, oddalonych znacznie od miasta, nieraz aż kilkanaście mil. Mieszczanie posiadali np. prawo wrębu w najbliższej puszczy „gospodarskiej", czyli, jakby powiedziano w Koronie, w lasach najbliższej królewszczyzny. Zdarzało się, że służebność tego rodzaju przysługiwała im w posiadłości prywatnej. W takich lasach, wcale do miasta nie należących, mieli też prawo wygonu, t. j. wypasania bydła, czasem i koszenia siana. Często posiadali prawo „wstępu” do rzek i jezior dla rybołóstwa. Rzadziej zdarzało się prawo polowania na zwierza w cudzej knieji, obciążonej taką służebnością, lub też prawo utrzymywania pasiek i podbierania barci. Na pierwszem miejscu chodziło zawsze o prawo pobierania drzewa, i to nie na handel, lecz do własnych celów budowlanych, boć te miasta były drewniane. Do celów handlowych służyły tylko rybne służebności — zresztą chodziło o zaspokojenie potrzeb własnych, którym miasta te nie byłyby sprostały bez pomocy państwa. Państwo nadawało im te służebności — w przywilejach wielkoksiążęcych — bo mieszczanie byli za ubodzy, żeby móc kupić sobie to, po co służebność taka pozwalała im... jechać kilka, czasem kilkanaście mil. Są to przywileje ludzi mających ogromnie dużo wolnego czasu, którego nie mają sposobności obrócić na zarobek; są to urządzenia społeczności prymitywnej. A zostały te „wchody" aż do końca Rzpltej.

 

Roli było w Wielkiem Księstwie więcej, niż w Koronie; toteż choć rola gorzej była obrobiona i chociaż znaczna część leżała pustką, jednakże łanowe, poradlne, czyniło z Litwy niemal tyleż, ile z Korony. Natomiast wszelkie inne źródła dochodów dawały na Litwie bardzo niewiele. Miast było mniej i jeszcze uboższe od polskich mieścin.

 

Wielkie Księstwo litewskie stanowiło wprawdzie państwo osobne, ale o własnych siłach nie mogłoby istnieć ani roku. Było za ubogie, żeby móc uczynić zadość wymaganiom choćby jednej tylko wojny! Gdyby nie poparcie Polski, byłoby musiało uledz Moskwie już w XVI wieku. Powiększenie dobrobytu na Litwie stanowiło konieczność państwową dla wspólnej polsko-litewskiej państwowości. Ale bliższe rozważanie tej sprawy przekracza ramy tematu niniejszej książki.

  

  

9. Moneta i budżet

 

Trzeba nam poznać bliżej polską administrację skarbową w okresie świetności państwa. Głównym filarem potęgi politycznej jest skarb pełny.

 

Rozpoczniemy krótki przegląd spraw skarbowych od fundamentu ich, od kwestji monety, kwestji pieniądza dobrego i złego, czyli, jak wówczas mawiano: „podłego pieniądza". Do niedawna kwestje te nieznane były zgoła umysłom polskim; zaledwie szczupluchna garstka uczonych wiedziała, co to jest pieniądz dobry czy podły, i jaką doniosłość posiada kurs zagraniczny monety... Doświadczenie arcycierpkie ostatnich lat spopularyzowało tę kwestje; może więc ustęp ten zajmie czytelników. Z dziejami administracji pozostaje w związku dlatego, że dalsze koleje jej, rozszerzenie lub skurczenie administracji publicznej, miało zależeć nader ściśle od losów... złotego polskiego.

 

Systemy monetarne, t. j. rodzaje pieniądza i określenie wzajemnej ich wartości, powstały wszędzie z wagi srebra, a mianowicie stosowane były do wartości jednego funta srebra. Pół funta srebra nazywano grzywną. Funty były jednak nierównego ciężaru w różnych stronach Europy; wszakżeż dopiero za naszych czasów zaczęto zaprowadzać w całej Europie jednakie miary i wagi. Krakowska grzywna srebrna ważyła 199 gramów (byłoby to na pieniądze z roku 1918 marek polskich 25; dawniejszych koron austrjackich 35'8). Taką monetę można bić tylko ze złota, bo ze srebra byłaby za duża i za ciężka, Ale monety złote były bite aż do końca XIII wieku tylko w cesarstwie bizantyńskiem; zwano je dukatami od cesarzów z dynastji Dukasów. W całej zresztą Europie biło się tylko drobną monetę, t. zw. denary, których liczono pierwotnie 340 na funt srebra. Pogarszano jednak coraz bardziej stopę menniczą, a sami monarchowie psuli umyślnie stopę menniczą (w Polsce Mieszko Stary), tak dalece, iż niebawem denar nie był wart ani pięćsetnej części funta srebra, a więc ani połowy swej nominalnej wartości. Posunięto się jeszcze dalej, wybijając na pieniądze t. zw. brakteaty, blaszki lichego srebra tak cienkie, iż tylko po jednej stronie można było wybić stempel. Dopiero w drugiej połowie XIII wieku poczęto wybijać w mennicy francuskiej w Troyes monetę grubszą, licząc tylko 120 sztuk na funt srebra, czyli 60 na grzywnę; nazwano tę monetę z łacińska groszem, bo po łacinie grossus znaczy gruby. Grosze były wybawieniem dla kupców, poczęto się wszędzie za niemi ubiegać i wkrótce musiano je wszędzie wybijać. Około roku 1300 zaprowadzono je w Czechach, a potem naśladowano je także w Polsce. U nas wybijano t. zw. półgroszki, których liczono 96 na krakowską grzywnę srebra. Taki półgroszek dzielił się na 3 kwartniki po 3 denary; denar krakowski miał tedy wartość mniej więcej trzech halerzy marki polskiej z roku 1919 (ściśle: z lata 1919).

 

Tymczasem Wenecja zdobyła się na pieniądze złote (od roku 1284), a za jej przykładem poszła Florencja (stąd: floreny) i inne miasta włoskie. Około roku 1320 zaczęto wybijać złote monety na Węgrzech i te węgierskie złote „czerwone", czyli „czerwieńce" stały się zasadniczą monetą do rachunków w całej środkowej Europie. Namnożyło się bowiem tyle fałszywych groszy (szczególniej puszczali je w obieg Żydzi), iż już nawet prawdziwym nie ufano. Wartość grosza opadała bardzo szybko, była zmienna, a więc nie nadawała się do handlowych obliczeń. Czerwieńce były zaś wybijane starannie i miały wartość tak stałą, iż zaczęto wartość grosza oznaczać według stosunku do dukata, czyli czerwonego złotego. Tak np. za Kazimierza Wielkiego liczyło się na dukat 14 groszy polskich, a za Kazimierza Jagiellończyka w r. 1470 już groszy 22, a zatem wartość grosza polskiego zmalała z czternastej części dukata na dwudziestą i drugą część.

 

Tak działo się z pieniądzmi w całej Europie. Wszędzie traciła moneta srebrna coraz bardziej na wartości, grosz znaczył coraz mniej i dlatego też zaczynają się wyrzekania na drożyznę. Kupcy bowiem sprzedawali nie według nominalnej wartości grosza, lecz według rzeczywistej, t. j. według kursu w stosunku do dukata. Za grosz coraz cieńszy i z coraz gorszego srebra dawali oczywiście coraz mniej towarów.

 

Bywało często w państwach zachodnich, że król umyślnie pogarszał monetę, wywołując dobrą, i przetapiając ją w mennicy na gorszą, ażeby mieć jak największe z mennicy dochody. Według pojęć feudalnych miał monarcha nieograniczone prawo dowolnej zmiany pieniądza i czerpania z tego dochodu. Przeciw tej zasadzie wystąpił uczony francuski Mikołaj Oresme w latach 1355—1358, bo głosił, że mennica stanowi własność nie króla, lecz państwa, a więc ludności, która na psuciu monety ponosi szkodę, a zysk szkatuły królewskiej nie koniecznie musi być zyskiem społeczeństwa.

 

Liczni uczeni mniemali atoli, że czem gorszy pieniądz, tem lepiej dla uboższych warstw społeczeństwa i sprzeciwiali się nawet poprawie pieniądza w imię sprawiedliwości społecznej, twierdząc, że dobry pieniądz, to tylko interes kapitalizmu. Wywodzono, jako lichy ale liczny pieniądz dociera do warstw ubogich w większej liczbie i powoduje tanjość rzeczy najpotrzebniejszych do życia, zboża przedewszystkiem; gdy tymczasem pieniądz dobry, t. j. wysoki stan waluty powoduje drożyznę, obciążając szczególniej lud wiejski i czynszowników. Było to mniemanie arcybłędne, jak to dzisiaj wie każdy, kto przebył biedę niskiej waluty ostatnich lat w Polsce. Kupiec i rzemieślnik, a następnie i rolnik dostosowuje bowiem ceny do kursu monety dobrej, choćby zagranicznej, i każe sobie wypłacać większą ilość monety lichej. Spodlenie pieniądza pociąga za sobą właśnie drożyznę bez końca i miary.

 

Rządy ówczesne uważały za obowiązek swój dbać o taniość. Tem się tłumaczy zamiłowanie do monety lichej i dozór nad kupcami, żeby cen nie podnosili ponad pewną normę. Kiedy w roku 1447 kupcy w Polsce powszechnie nie chcieli przyjmować brakteatów [3], których wartość oznaczono z urzędu 18 na szeroki grosz praski czyli czeski, grożono im karami. A bito te brakteaty już tylko w imię dobra uboższych, żeby więcej zarabiali, a taniej kupowali!

 

Inny jeszcze środek miał dopomagać ludności przeciw wyzyskowi kupieckiemu, a mianowicie taksy na towary, ułożone przez urząd wojewódzki w porozumieniu z władzemi miejskiemi. Zaczęło się to w roku 1396 w Krakowie (przynajmniej nie znamy starszej taksy) i oznaczono z urzędu ceny na towary miejscowe. W roku 1423, zaprowadzono taksy takie w całej Polsce i niebawem rozszerzono je także na towary zagraniczne. Te taksy przetrwały w Polsce aż do XVII wieku, ale drożyzny oczywiście nie usuwały. Cena towaru zależy nietylko od potrzeby zysku, ale od mnóstwa warunków, nieraz samemu kupcowi nie wiadomych; kupiec zaś musi cenę kalkulować według przewidywanej ceny, po której sam będzie musiał nabywać następny towar — a to będzie zależeć do kursu pieniądza. Mylili się prawodawcy ekonomiczni! Potem spisywano taksy regularnie dwa razy do roku — także napróżno.

 

Przesąd, jakoby pieniądz lichy mógł dopomóc ubogiemu, dlatego, że musi go być więcej i że ma się pieniądza dużo, prowadził konsekwentnie do drugiego przesądu, że powinno być jak najwięcej monety zdawkowej (t. zw. „drobnych”). Napróźno Rada miejska krakowska zapytywana przez króla, oświadczała się przeciw temu w latach 1396, 1406 i później znów w roku 1489. Rajcy krakowscy twierdzili, że monetę zdawkową należy bić w miarę potrzeby do obrotu i przestrzegali przed nadmierną emisją. Ale inni sądzili, że to kupcy mówią tak w swoim tylko interesie, a przeciw interesowi ogółu, a zwłaszcza warstw mniej zamożnych, jak mówiono, wyzyskiwanych przez chciwość kupców. Były jednak — i są — głębsze przyczyny tych objawów.

 

Nastawał w XVI wieku okres nowożytnych pomysłów i reform skarbowych. Sama reforma podatkowa i administracji skarbu publicznego nie wyczerpywała jednak sprawy. Państwowa polityka ekonomiczna natrafiła w owych czasach na jeden jeszcze szkopuł, t. j. na deprecjację pieniądza. Ponieważ zjawisko to w sam raz dzisiejszego Polaka wielce interesuje (gdyż przerobiliśmy je na własnej skórze) — przyjrzmyż się więc, jak to było z tą sprawą za króla Zygmunta Starego.

 

Za stałą jednostkę monetarną przyjęto za Jana Olbrachta w r. 1496 t. zw. złoty polski. Uchwalono, że ma on być co do zawartości kruszcu równy dukatowi weneckiemu i węgierskiemu, i dlatego obliczono go na 30 groszy, bo tyle w sam raz wart był dukat w owym roku. Mennica nie wybijała jednak tych „złotych"; stanowiły one tylko jednostkę do obliczania (jakby dziś powiedziano: „złoty obliczeniowy").

 

Kursowała w Polsce moneta najrozmaitsza, a bardzo wiele fałszywej (fałszowano ją głównie na Śląsku). Uczeni polscy i politycy wcześnie poznali się na tem, ze im większa jednostajność monety, tem lepiej dla kupców i dla ogółu ludności. Na czele tych dążeń stał Mikołaj Kopernik, największy astronom, a zarazem znakomity ekonomista — ten sam, który „wstrzymał słońce, a poruszył ziemię". Polska wyprzedziła co do jedności monety wszystkie inne państwa stałego lądu Europy, bo — jak o tem była mowa — już w statutach Kazimierza W. jest mowa o tem, „by była jedna moneta". Obok Polski jedna tylko Anglia mogła się poszczycić jednością monetarną.

 

Kopernik opracowywał w latach 1519—1525 pełen nowych myśli traktat o biciu monety (De ratione cudendae monetae), w którym „określił rolę monety wśród skrzyżowań interesów społecznych" i dokonał następujących odkryć naukowych, stwierdzonych następnie doświadczeniem wszystkich krajów:

 

Kopernik stwierdził naukowo, że moneta podła wypiera dobrą. Jeżeli istnieją przez czas dłuższy obok siebie dwie waluty, lepsza „zniknie" po pewnym czasie (wykupiona przez spekulantów). A zatem musi być w całem państwie jedna i ta sama waluta.

 

Drugie z jego twierdzeń opiewa, że spodlenie pieniądza jest klęską sprowadzającą upadek państwa. Zaznacza Kopernik, że dewaluacja nie działa wprawdzie na stosunki państwowe w sposób gwałtowny, ale burzy wszelkie porządki państwowe, działając stopniowo, skrycie a złośliwie na wszelkie a wszelkie stosunki społeczne; z razu jest to widocznem tylko dla umysłów bystrzejszych, ale zguba ostateczna nieuchronna, jeżeli się złu na czas nie zapobieży.

 

Po trzecie twierdzi Kopernik, że mennica nie powinna być uważana za źródło dochodu. Państwo powinno wyrzec się dochodu z mennicy, nie zarabiać na różnicy pomiędzy istotną wartością monety a jej szacunkiem, t. j. wartością obiegową, przez państwo nadawaną. Różnica między wartością a szacunkiem ma być jak najmniejsza; wystarczy tyle, żeby pokryć koszta wyrobu. Chodzi też o to, żeby spekulantom nie opłacało się przetapianie monet; dlatego musi być pewna domieszka aliażu, byle nie większa ponad konieczność.

 

Po czwarte, poucza wielki polski ekonomista, że zła moneta sprowadza drożyznę i wcale nie dopomaga warstwom uboższym. „Stąd to — pisze Kopernik — owe pospolite i wieczyste skargi, że złoto, srebro, zboże, płaca czeladzi, robocizna rzemieślników i wszystko, cokolwiek jest w użyciu ludzi, zwykłą przekracza cenę. Wszystko bowiem podnosi się lub spada zależnie od jakości pieniądza". Przedający „nic na spadku monety nie tracą, bo częstokroć towary i wyroby swoje według wartości złota sprzedają”.

 

Kopernik twierdzi, że bez dobrej monety nie może być rozwoju państwa ani społeczeństwa. Dochodzi w swych uczonych wywodach aż do tego, iż nietylko handel i rękodzieła muszą upaść przy podłej monecie, ale również nastąpić musi upadek nauk, a nawet musi się obniżyć poziom moralny społeczeństwa. Twierdzi, że wraz z lichym pieniądzem szerzy się w kraju lenistwo! Będziemy mieli jeszcze sposobność przekonać się przy rozważaniu spraw wieku XVII, że Kopernik bynajmniej nie przesadzał! Łatwo zrozumieć, że zły pieniądz osłabia siłę podatkową ludności i więcej państwo straci na ubytku podatków, niż zyska na dochodzie z miennicy. „Nie możliwe jest osiągnąć z bicia złej monety tyle zysku, ile jest straty z jej obiegu przez długie lata" — są słowa Kopernika.

 

Słusznie powiedziano o tej rozprawie naukowej Kopernika, że „co do zasad w niej zawartych takie czyni wrażenie, jakby dzisiaj była pisana; różni się od nowoczesnych tylko większą zwięzłością i ścisłością".[4]

 

Są to cztery prawdy naukowe, stwierdzane odtąd wszystkiemi doświadczeniami całej Europy. Praktyka wykazała, jako dobry pieniądz jest interesem nie kapitalizmu lecz wspólnym interesem wszystkich, całej ludności. Im gorszy pieniądz, tem więcej musi go wymagać rolnik za zboże, a kupiec za towary. Przy złym pieniądzu traci właśnie najwięcej ubogi; bogaty da sobie zawsze łatwiej radę. Bogaty odmawiał już w XV wieku przyjęcia złego pieniądza i liczył go według tego, ile był wart według kursu dukata; jeżeli się nie dało brać czy dawać według kursu, mógł bogaty cofnąć się, czekać, bo miał o czem przeczekać. Ale ubogi, czekający na każdy grosz, żeby go wydać natychmiast na kupno posiłku, nie mogący czekać, był zmuszony brać, co mu dali i brał brakteat po cenie nominalnej. Brał go więc według wartości wyższej, przesadzonej, a wydawał u kupca według niższej i dopiero tracił podwójnie! Kupiec przyjmujący brakteat dał mniej towaru i wyszedł na swoje.

 

Głos Kopernika znalazł echo i wpłynął na postanowienia współczesnych co do monety. Rozprawę swą przedstawił wielki astronom i ekonomista sejmowi pruskiemu, oświadczając się zarazem za tem, żeby nie bić w Prusiech osobnej monety, lecz żeby przyjąć walutę polską, jedną na całe państwo. Tak się też stało.

 

Aż do początku XVI wieku bito w mennicy koronnej polskiej tylko półgroszki; sejm roku 1526 postanowił bić całe grosze. Ale dukat węgierski liczono wtedy już po 40 groszy.

 

Chcąc mieć własną jednostkę monetarną o większej a stałej wartości, uchwalono na sejmie 1528 roku bić z grzywny złotej krakowskiej 56 polskich dukatów. Tak powstała tedy polska waluta złota, co stanowiło dowód i rozwoju i rozumu ekonomicznego owych czasów. Nie napróżno żył i myślał dla owego pokolenia Kopernik! Nie zmarnowano jego talentu!

 

Pomimo usilnych starań, żeby ówczesne przesilenie ekonomiczne dało się ludności jak najmniej we znaki, nie zdołano jednak zapobiec deprecjacji. Dotknęła deprecjacja całą Europę. Jedyną monetą, która zachowała ciągle jednakową wartość stałą, był dukat. Wszystkie inne pieniądze przyjmowane były nie po cenie nominalnej, lecz według wartości rzeczywistej w stosunku do dukata. Ten zaś rósł w cenie coraz bardziej. Na tem zyskiwał rzeczywiście interes kapitalistyczny w obrotach wielkich, tracił zaś ogół ludności w interesach swoich detalicznych; drożały bowiem wszystkie te obroty życia powszedniego, do których nie dukat był potrzebny, ale grosz i denary.

 

Czerwony złoty rósł w wartość nadzwyczajnie szybko. Jak powiedziano, za Jana Olbrachta w roku 1496 wart był groszy 30. Przyjąwszy wówczas tę wartość dukata za złoty polski, mniemano, że przez to samo zyskuje się jednostkę stałą do rachunku, a tymczasem w dziewięć lat potem wartość dukata podskoczyła o dwa grosze, w sześć lat następnych o dalsze cztery grosze; w roku 1523 liczono za dukat groszy 38, a w r. 1526 już 40. Kiedy w r. 1528 wprowadzono dukat polski, już czerwony złoty wartał groszy 45, czyli półtora złotego polskiego. W ciągu lat 32 zyskał tedy dukat 50°/o wartości, a złoty polski w tym samym stosunku stracił na wartości.

 

I trwał ten prąd deprecjacji w całej Europie bez najmniejszej przerwy aż do początków wieku XIX. Pogorszyło się potem jeszcze bardziej, kiedy zaczęto bić znów lichą monetę. W wieku XVI dbano przynajmniej o wysoką stopę pieniądza i nie ciągnięto z mennicy zbyt wielkich zysków.

 

Wogóle — jak zobaczymy w następnych ustępach — sprawami skarbowemi zajmowano się w Polsce XVI wieku dużo i gruntownie — i co niemniej ważne, utrzymywano w tych rzeczach porządek. Świadczą o tem zaszczytnie nasze księgi skarbowe, dochowane do dnia dzisiejszego. Za panowania Stefana Batorego prowadzone już były bardzo szczegółowo, jak na owe czasy.

 

Księgi skarbowe, wykazując rodzaje i rozmiary wydatków za rok miniony, mogły służyć zarazem za wskazówkę przy żądaniu i uchwalaniu podatków na następnym sejmie; dostarczały bowiem materjału do obliczenia, ile będzie potrzeba pieniędzy przy potrzebach takich samych, większych lub mniejszych. Wykazy przeszłe mogły służyć do przewidywania dochodów i rozchodów przyszłych.

 

W roku 1571 sporządzono w skarbie koronnym z rejestrów poborowych księgę ogólno-państwową, z wykazem ekonomicznym wszystkich powiatów całej Korony, zawierającym w sobie wszystko, co tylko miało związek z opodatkowaniem ludności. Był to obraz stosunków skarbowych całego królestwa polskiego. W roku 1573 sporządzono podobną księgę dla skarbu nadwornego. „Jestto wykaz tak szczegółowy i tak dokładny, sporządzony tak umiejętnie, że odpowiada niemal zupełnie wszelkim wymaganiom rachunkowości skarbowej naszych czasów. Posiedliśmy w ten sposób materjał przygotowawczy do układania budżetu przewidywanych dochodów i rozchodów na rok następny. Już za króla Stefana sporządzano w zarządzie skarbowym takie przewidywania rachunkowe do pewnych szczególnych gałęzi (np. ile będzie kosztować uzbrojenie i utrzymanie piechoty na zamierzoną wyprawę moskiewską), a nawet argumentowano na sejmie w ten sposób za podwyższeniem podatku, argumentując wprost cyframi. Krok po kroku rozszerzano te przewidywania, oparte na doświadczeniu lat poprzednich, aż w roku 1590 wystąpiono z obliczeniami tego rodzaju ogólnemi, obejmując całość wydatków państwowych — czyli wystąpiono z budżetem".

 

Jednej trzeba było jednak reformy zasadniczej, żeby dojść do nowoczesnego budżetowania: trzeba było podatki uczynić stałemi na dłuższy okres czasu. Wszelkie podatki sejmowe były tylko jednorazowemi. Dawne dwa grosze z łanu straciły znaczenie, zapomniano o nich, bo nawet nie wartoby ich wybierać. Jedynym stałym podatkiem była kwarta, aleć płacił ją nie obywatel, tylko... skarb nadworny. Wszystkie podatki: poradlne, szos, czopowe, i t. d. bywały naznaczane nagle, dorywczo, pod wpływem potrzeby, nieraz naglącej. Taka nagłość musiała oddziaływać niekorzystnie na ludność, zwłaszcza na mieszczaństwo. Do ostatniej chwili nie wiedziano, czy wogóle będzie tego roku podatek i jaki. Gdyby podatki były stałe, byłyby się mogły zmniejszyć. Dając stale z roku na rok, choćby nie zachodziła konieczna potrzeba, można było dawać znacznie mniej, bo i tak uzbierało się więcej, niż mógłby potem wynosić jednorazowy nagły podatek. A jakaż korzyść dla całej polityki państwowej, skoroby pieniądz był zawsze gotów w skarbie, uprzedzając niejako potrzebę! O ileż szybciej i dokładniej możnaby potrzebom uczynić zadość, gdyby zawsze jakaś znaczna kwota leżała w skarbie! Dla nas to takie proste! My dziś wiemy, że skarb musi być zawsze pełny, żeby żadna potrzeba polityczna nie zaskoczyła państwa przy pustym skarbie, bo w takim razie wszelkie potrzeby muszą ulegać zaniedbaniu. My dziś wiemy, że państwo nie może szukać pieniądza, kiedy on jest już na gwałt potrzebny, bo w takiem gospodarstwie utonęłaby polityczna siła państwa; państwo musi mieć pieniądz z góry przygotowany i leżący w zapasach skarbowych, przygotowany na wszelki wypadek. Ale my to wiemy nie dlatego wcale, jakobyśmy posiadali władze umysłowe silniejsze od poprzednich pokoleń, tylko wiemy to dlatego, że korzystamy... z ich doświadczenia. Łatwo wiedzieć coś lepiej, gdy się żyje o trzysta lat później!

 

Wiemy przeto i to, że przy stałości podatków łatwiej kulować sprzedającemu rolnikowi, czy kupcowi, czy przemysłowcowi. Ustalenie podatku przyczynia się do uregulowania całego życia ekonomicznego, cen produktów, płodów i wyrobów.

 

Słowem: budżetowanie (roztropne oczywiście!) państwowe dopomaga do wprowadzenia budżetowania w stosunkach prywatnych; skutkiem tego całe życie może oprzeć się na głębszych i trwalszych podstawach. Nastaje poczucie pewności, zwiększona możność przewidywania, a zatem zwiększa się też prawdopodobieństwo spełnienia nadzieji; można snuć i układać plany na przyszłość, można być bardziej panem swego losu. Umiejętność przewidywania dostarcza następnie coraz dogodniejszych w walce o byt warunków rozumniejszym, umiejącym zabierać się do robót, wymagających lat całych wytrwałego oddania się.

 

Wszystko a wszystko ma swoje podłoże ekonomiczne. Budżetowanie jest podłożem ekonomicznem energji, zapobiegliwości, pewności siebie — a więc przymiotów stanowiących o wartości społeczeństwa, a w znacznej części o potędze państwa, przez społeczeństwo wytwarzanego.

 

Budżetowanie państwowe rozwijało się wszędzie bardzo powoli. W Anglji same zawiązki budżetu późniejsze są, niż w Polsce, bo pochodzą dopiero z końca wieku XVII, ale gdzież potem zaszła Anglja, a dokąd Polska? I w historji ma zastosowanie morał ze znanej bajki o żółwiu, który przegonił zająca, który... przespał czas wyścigów.

 

 

10. Skarb nadworny i pospolity

 

Nauka finansów państwowych powstała we Włoszech z końcem wieku XIV, w środkowej zaś Europie w połowie XV w. Pierwszym skutkiem naukowego zajmowania się temi kwestjami było rozróżnienie w państwie dwóch skarbów. Dotychczas wszystkie dochody publiczne gromadziły się na dworze królewskim. Przy monarsze było nie-tylko wybieranie podatku, ale też szafunek skarbu na cele państwowe według własnego uznania, bez jakiejkolwiek kontroli. Król nie zajmował się oczywiście sam osobiście wszystkiem, a więc skarb był do uznania jego doradców, lub... zauszników, dostojników, wielmożów i dworzan. Ludność poprzestawała długo na tem, że nie można było nałożyć na nią podatku bez jej zezwolenia („nic na nas bez nas"), ale nie troszczyła się już o to, co z tymi podatkami dalej się działo. Dopiero w połowie XV wieku spostrzeżono się, że lepiej będzie urządzić dwa skarby, osobny królewski, całkowicie do dyspozycji króla, i osobny drugi, przeznaczony wyłącznie na potrzeby państwowe.

 

U nas zaprowadzono to w roku 1505, nakazując podwójne rachunki z dochodów publicznych i dwa skarbce, mianowicie: nadworny i „pospolity”. Odtąd mamy też dwojakich podskarbich: nadwornego i koronnego.

 

Niektóre dochody publiczne uznano tedy za własność właściwego skarbca królewskiego, czyli, jak mawiano, za dochody stołu królewskiego. Nie znaczyło to jednak, żeby wszystkie te pieniądze obracane były wyłącznie tylko na samo utrzymanie rodziny królewskiej i jej dworu; nie miało to być tem tylko, co dziś nazywamy „listą cywilną". Król miał moralny obowiązek dawać i z tego skarbu na cele publiczne, ale zależało to od jego uznania i od porządków, zaprowadzonych w zarządzie podskarbiostwa nadwornego, jaką część dochodów użył król na swe prywatne niejako potrzeby, a ile oddawał państwu; miał prawo formalne zużyć wszystko dla siebie. Ten skarb nadworny był więc skarbem publicznym według starej modły, jak bywało przed skarbów rozdzieleniem.

 

Dochody skarbu nadwornego były jednostajniejsze i posiadały ciągłość bezwzględną, nie zależną od uchwały sejmowej; pochodziły ze źródeł, których wydatność łatwiej można było przewidzieć, bo istniejących i działających zawsze. Skarb bowiem „pospolity" napełniał się z podatków uchwalanych przez sejm, a sejm uchwalał je rozmaicie i mógł wcale ich nie uchwalić; były tedy podatki co roku inne, a nikt nie mógł przewidzieć, jakie będą na rok następny — gdy tymczasem skarb nadworny miał swoje dochody stałe; królewszczyzny, żupy, olbory (wyjaśnienie niżej w tym samym ustępie), cła, myta, dochód z mennicy, funtcole gdański, elbląski i ryski (wyjaśnienie poniżej). Trzy tylko podatki należały do skarbu nadwornego: podwodne, stacyjne i koronacyjne; są to podatki drugorzędne, drobne. Przejdźmy po kolei wszystkie źródła dochodów skarbu nadwornego:

 

W królewszczyznach skarb sam nie gospodarował, lecz wypuszczane były w dzierżawę. W znacznej części stanowić miały „chleb dla dobrze zasłużonych" (panis bene merentium) i te dawały najmniej — a inne niewiele skarbowi, ale dzierżawcom tak wiele, iż wytwarzały się z nich nowe rody możnowładcze.

 

Król puszczał dobra państwowe w dzierżawy, zwane starostwami. Nazwa poszła stąd, iż dzierżawcy królewscy przedstawiali tam osobę króla wobec osiedlonych w królewszczyźnie mieszczan i kmieci. Stąd dwa rodzaje starostw w Polsce: grodowe, będące urzędami państwowemi, i dzierżawne, czyli t. zw. tenuty.

 

Komu król chciał okazać swą łaskę, dawał mu królewszczyznę w dzierżawę. Czynsz był nieznaczny, a nie podwyższano go nigdy. Bogacono się na tenutach; takie zaś rody, w których starostwa pozostawały przez trzy pokolenia, stawały się możnowładczymi. Bywało, że jedna osoba dzierżawiła po dwa i trzy starostwa; w jednym rodzie bywało ich po kilkanaście. Nowe rody możnowładcze urastały kosztem państwa, na publicznym chlebie, a ze szkodą skarbu publicznego. Jeżeli bowiem za Zygmunta Starego (1506 — 1548) czynsz był taki sam, jak za Władysława Jagiełły, toć dzierżawa była po prawdzie darem.

 

Żadne państwo europejskie nie miało tyle królewszczyzn, ile Polska. Gdyby one dawały należyty dochód, byłby on znacznie większy, niż ze wszystkich podatków. W rzeczywistości atoli dochód z królewszczyzn był śmiesznie mały i musiał być podniesiony.

 

Od roku 1562 postanowionem było, że czwarta część dochodów z królewszczyzn ma być obracaną na stałe wojsko zaciężne na kresach południowo-wschodmch, jako pogotowie wojenne przeciw najazdom tatarskim. Zygmunt August sam tę ofiarę dla Rzpltej zgłosił; odtąd tedy tylko 4/5 dochodów skarbu nadwornego skarb ten stanowiło, piąta część bowiem przechodziła do „pospolitego koronnego". Utrzymywane z tych funduszów wojsko zwano „kwarcianem", sam fundusz „kwartą". Licząc na rozmaite drobne wydatki pewną część, przelewano do skarbu koronnego na czysto część dochodów z królewszczyzn nie czwartą, lecz piątą.

 

Od roku 1567, postanowiono, żeby starostowie z dzierżawionych królewszczyzn oddawali na „kwartę część piątą, do skarbu nadwornego trzy piąte, a jednę piątą żeby zostawiali dla siebie. Ale była to teorja. W praktyce działo się trochę inaczej. Rachunki z roku 1572, okazują, że skarb nadworny otrzymał zamiast 60°/o zaledwie 28% dochodów z dóbr państwowych, a w ręku starostów pozostało nie 20°/o,. lecz 52°/o. W roku 1574 było jeszcze gorzej: skarb nadworny otrzymał ledwie niecałych 20°/o!

 

Niektórzy ze starostów nie mogli naprawdę opędzić wydatków swoich piątą częścią dochodów. PamiętajmyŻ, że byli starostowie dwojacy: jedni tylko z imienia, a właściwe tylko dzierżawcy tenutaryusze, zwani tylko przez grzeczność starostami a posiadający władzę starościńską tylko nad kmieciami swojej „tenuty" — i drudzy, prawdziwi starostowie, urzędnicy królewscy, o których znacznej i rozległej władzy była już mowa. Otóż obowiązywała w ówczesnej Polsce zasada (która do dnia dzisiejszego obowiązuje w licznych sądach angielskich), że państwo dba o wynagrodzenie tylko naczelnika urzędu, wyznaczając je dość wysoko, umyślnie, ażeby on opłacał swych pomocników „ze swego". Starosta opłaca tedy z dochodów, jakie mu daje królewszczyzna, personal sędziowski i admistracyjny na swoim „grodzie". Jakże można było żądać od nich, żeby pobierali z królewszczyzny część taką samą, jak tenutaryusz, który miał minimalne tylko koszta kancelaryjne?

 

Słusznie tedy postanowiono w roku 1574 powiększyć „zaopatrzenie" starostom „grodowym", mianowicie w tym stosunku, że odtrąciwszy „kwartę”, t. j. 20°/o, pozostałe 80% miały być dzielone na dwie połowy, po 40°/o do skarbu nadwornego i 40°/o na rzecz starosty. W starostwach niegrodowych, w zwyczajnych „tenutach" (zwanych też „ekonomiami”) pozwalano dzierżawcom zatrzymać 30%, a więc stosunkowo bardzo dużo; kwarta otrzymywała zwykłe 20%, więc na skarb nadworny miało przypaść 50%. Ale w r. 1578 dostało się skarbowi temu zaledwie 25%, a tenutaryusze zatrzymali 55%. Przez cały czas rządów Stefana Batorego (a odznaczających się energiją!) nie wpływało do skarbu z królewszczyzn więcej, jak jedna piąta, zamiast owych trzech piątych, uchwalonych za Zygmunta Augusta!

 

Roczny dochód z królewszczyzn wynosił przeszło miljon złp., a zatem wpływało do skarbu nadwornego z tego źródła około 200,000 złp., a drugie tyle szło na „wojsko kwarciane". Dochody od starostów powiększyły się za króla Stefana wprawdzie, lecz nieco tylko, wcale nieznacznie.

 

Powiększyły się natomiast znakomicie dochody ze żup solnych. Zaliczano do tej rubryki skarbowej kopalnie soli w Bochni i w Wieliczce, kilkanaście warzelni na Rusi podkarpackiej i komory solne, t. j. wielkie składy rządowe, urządzane w rozmaitych punktach państwa dla ułatwienia sprzedaży. Z żup „krakowskich" t. j. z Wieliczki i Bochni dochód przeszło podwojono za Batorego (z 24,000 na 66,000 złp. rocznie, bez „kwarty"). Zarządzający salinami żupnik i bachmistrz pozostawali do rządu w stosunku dzierżawców pewnych części salin. Jeżeli się trafił dzierżawca na całość (co bywało już zwyczajnie w drugiej połowie wieku XVI), w takim razie on wynagradzał żupników i cały personal górniczy.

 

Skutkiem niedomagania ówczesnych środków komunikacyjnych sól „krakowska" ani „ruska" nie dochodziła do północnych i zachodnich prowincyj. Transport jej kołami nie opłacał się ni na Mazowsze, ni do Wielkopolski. Na sejmie roku 1565, powiada kasztelan wizki o tem: „Musiałem dwie niedziele po włosku jadać bez soli". Toteż do tamtych ziem przywożono sól zamorską, przez Królewiec i Gdańsk głównie; w Wielkopolsce rozchodziła się nawet sól z Rzeszy Niemieckiej z Hali (Hall). Zaczęto tedy sól ruską spławiać do Bydgoszczy Sanem i Wisłą, ale często niski stan wody obracał to w niwecz. Zdarzało się też coś gorszego: dla braku należytego dozoru sprzedano po drodze większą część soli, nim zdążyła dopłynąć do Bydgoszczy. A gdy raz sól zamorska zyskała sobie kupców, pozostawała już niebezpieczną konkurentką polskiej królewskiej. Zakładano tedy warzelnie soli w Toruniu i w Bydgoszczy; podobnież dla prowincyj wschodnich próbowano w r. 1578 utworzyć ognisko przemysłu solnego w Brześciu nad Bugiem, urządzając też warzelnie w okolicy (główna w Kodniu) — ale pokazało się, że nasze piece w warzelniach pochłaniają za dużo paliwa i dlatego nie mogły konkurować z warzelniami zagranicznemi. Przejdźmy do c e ł ł.

 

Cełł było w Polsce znacznie mniej, niż w innych państwach. Dopomagało to kupcom krajowym, a zachęcało obcych. Za granicą obowiązywała ciągle jeszcze zasada, że każdemu wolno zakazać obcemu przejścia przez swe grunty; mógł więc każdy stawiać rogatkę na swej posiadłości, lub zastawić rzekę. Przybywało wprawdzie dróg publicznych, państwowych, lecz zwolna; toteż za granicą było cełł prywatnych kilkakroć więcej, niż państwowych czyli t. zw. królewskich.

 

Wyprzedziła Polska całą Europę przez to, że w r. 1447 ogłoszono zupełną wolność spławu na spławnych rzekach, znosząc tedy od jednego razu wszelkie cła prywatne rzeczne, a nie zaprowadzając na rzekach wcale cełł publicznych. Zakazano też stawiać po przez rzeki jakiekolwiek przeszkody żegludze, np. zastawy dla hodowli i połowu ryb, któreby tamowały komunikację wodną. O ileby nie można było obejść się bez zastaw, nakazano robić w nich bramy i otwierać dla przepływających czółen, tratew, galarów.

 

W ustawie roku 1447 wymienione są następujące rzeki: Wisła, Dunajec, Wisłoka, Bug, Brda, Wieprz, Tyśmienica, San, Nida, Warta, Prosna, Narew, Dniestr i Styr — i dodano do tego spisu wyrazy: „i inne jakiebądź". Ogłaszano więc „królewskiemi" wszystkie rzeki, wszystkie uznawano drogami publicznemi, otwartemi dla wszystkich. Rzeki wymienione imiennie w ustawie roku 1447 były widocznie w owym roku spławnemi i już wtedy posiadały żeglugę handlową. Ustawa tyczyła się atoli każdej a każdej rzeki, która stałaby się spławną.

 

Robiło się też w Polsce dla poprawy żeglugi rzecznej więcej, niż w jakimkolwiek innym kraju; regulowano je i pogłębiano koryta, tak, iż po niedługim stosunkowo czasie Polska posiadała najlepszą w całej Europie sieć dróg wodnych śródlądowych, tanich, wolnych, bezpiecznych i nie podlegających opłatom celnym. Z dawniejszych zaś jeszcze czasów były publicznemi wolnemi drogami Noteć, wszystkie dopływy i odpływy jeziora Gopła i rzeka Odra; w taki sposób krajowe drogi wodne łączyły się z Odrą. Następnie stały się jeszcze spławnemi pomniejsze niektóre dopływy Wisły i Warty: Narewka, Drwęca, Pilica, Ligota i w dniestrowem dorzeczu Ropa, a w dnieprowem Horyń, Słucz, tudzież litewski Niemen ze swym głównym dopływem Wilją.

 

Równocześnie ze zniesieniem cełł rzecznych urządzono tegoż roku 1447 surową rewizję lądowych celł prywatnych, przykazując, żeby każdy, kto je pobiera, wykazał się, czy ma na to pozwolenie od którego z poprzednich królów. Ogłoszono tedy zasadę, że na pobieranie cła trzeba zezwolenia od króla, czyli, jakbyśmy dziś powiedzieli: konsensu państwowego. Na przyszłość zaś nie dawał król w Polsce takich pozwoleń, a z przeszłości niewielu zapewne mogło przedstawić dokumenty w należytym porządku; toteż cła prywatne ginęły szybko.

 

Uważano, że cła prywatne są niesłuszne, że tylko państwo może je nakładać. Pojawiają się potem tu i ówdzie cła wewnętrzne, ale za każdym razem wymaga to osobnej uchwały sejmowej, a pobieranie cła usprawiedliwione być musi jakimś specjalnym celem dobra publicznego, na-przykład dochód z cła na naprawę grobli, mostu i t. p.

 

Nikomu tedy nie udzielano już pozwolenia na cło prywatne i skarb nie czerpał dochodu z tego, że ktoś będzie się z nim dzielić zyskiem osiągniętym z zagrodzenia drogi — jak to bywało za granicą. Wszystkie cła były publiczne, państwowe, ale też wszystkie były na granicach państwa; innych nie znano w Polsce od drugiej połowy XV wieku.

 

Zarząd celny podzielony był terytorjalnie na kilka części, z których każda miała swego „głównego celnika”. Osobny zarząd miała Wielkopolska i Małopolska razem. Władza celnika „ruskiego" rozciągała się na krainy z komorami celnemi w Sandomierzu, Lublinie i Lwowie. Oddzielną znów całość celną tworzyły Podlasie, Wołyń i Kijowszczyzna, z rozciągającem się pośrodku Podolem. Osobną gałąź zarządu celnego stanowiło cło wodne, istniejące we Włocławku na Wiśle. Czasem skarb nadworny administrował cłami, powierzając je „do wiernych rąk" zgodzonego w tym celu administratora — częściej jednak wypuszczano je w dzierżawę, trzymając się tego systemu, jako mniej kłopotliwego. Za króla Stefana niemal zawsze i wszędzie bywali dzierżawcy, ale podwyższano czynsze, i dochody z tego źródła podwyższyły się o 16.000 złp. Nadto osobno szacowano cło włocławskie wodne na 3.000 rocznie. Było to jedyne cło, które od roku 1572 nie było puszczane w dzierżawę, lecz dawane było stale „do wiernych rąk" Jana Sierakowskiego, wojewody łęczyckiego. Widzimy tedy, że dostojni personaci decydowali się być administratorami cła. Skarb nie bardzo dobrze wychodził na tem „poświęceniu się", bo pan wojewoda zalegał z wypłatą za lat kilka. Administrator był jednak do pewnego stopnia i dzierżawcą, gdyż i on opłacał potrzebny do zarządu personal „ze swego".

 

Przez „o l b o r ę" rozumiano dochód od prywatnej produkcji kopalnianej. Główną była olkuska olbora. W Olkuszu i okolicy wydobywano srebro z rudy ołowianej. Srebro szło do mennicy, urządzonej w mieście Olkuszu. Skarb sam nie trudnił się poszukiwaniem, ni wydobywaniem rudy. Temu oddawali się t. zw. „gwarkowie", z pośród miejscowej ludności — a skarb pobierał od nich „dziesiątą nieckę kruszcu" i po jednym groszu od niecki. Pobraną od gwarków rudę przetapiał skarb w swej własnej hucie; bywały jednak lata, że kazał gwarkom oczyszczać rudę, płacąc za to ze swoich dochodów, z „olbory". Odbieranie olbory posiadało odrębną administrację: żupnika, podżupnika, ważnika i odpowiednią ilość „służebnych ludzi". Żupnika roczny „jurgielt" wynosił 500 złp.— a cały średni dochód z olbory olkuskiej wynosił l.400 złp, Chodziło o mennicę w Olkuszu, która musiała być utrzymywaną, a dawała też dochód, zwany „prowentem menniczym". Ten dochód wprawdzie także nie bardzo wchodził w rachubę (bo państwo polskie nie oszukiwało na monecie), ale trudno... mennica być musiała.

 

Bez porównania więcej dochodów dawałyby „funtcole" gdańskie, gdyby nie to, że skutkiem ustawicznych zwad z Gdańskiem dochód ten nie dochodził regularnie (wszakżeż Batory musiał orężnie poskramiać Gdańszczan w bitwie pod Lubieszowem). Była to opłata od kupców zawijających do gdańskiej przystani, stosowana do wagi towaru (stąd „pfund-zoll”, cło od funtów). W roku 1586, kiedy stosunki z Gdańskiem były przyzwoite, dochód ten wyniósł 30.000 złp. Elbląski funtcol szacowany był na 8.000 złp. W Rydze zaprowadzono tę opłatę w roku 1582; dochód z niej szedł naprzemian jednego roku do skarbu nadwornego koronnego, drugi rok do litewskiego, ponieważ Inflanty stanowiły prowincję obojga państw wspólną, a zatem wszelkie dochody z Inflant szły „alternando", t. j. naprzemian na tę i tamtą stronę.

 

Podatek „podwodnego", wpływający również do skarbu nadwornego, powstał w miastach królewskich przez zamianę obowiązku dostarczania podwód na usługi króla i państwa na podatek pieniężny. Same miasta pragnęły skupu takiego, który lepiej je zabezpieczał od nadużyć przejeżdżających dworzan i urzędników. Na Litwie nastąpił ten skup wcześniej, niż w Koronie (na sejmie warszawskim 1564 roku). Podatek wybierano raz w rok, na św. Marcin. Miasta (i niektóre wsie królewskie) wpłacały pieniądze do grodu lub do dworu tenutaryusza, a starosta odsyłał je na św. Mikołaj do skarbu nadwornego, tam, gdzie król w danym czasie przebywał. Za króla Stefana wpływało z tego tytułu do skarbu koronnego nadwornego około 2500 złp.; wkrótce podatek ten stał się intratniejszym, bo w r. 1590 szacowano go już na 4.000 złp.

 

Z dawnego obowiązku dostarczania utrzymania przejeżdżającemu dworowi lub wysłannikom krółewskim, który to obowiązek ciążył na niektórych miastach („królewskich"), na 32 klasztorach położonych przy główniejszych traktach, tudzież na Żydach — powstał podatek „stacyjny", dostarczający skarbowi nadwornemu przeszło 3000 złp. rocznie.

 

Miasta królewskie obciążone były nadto podatkiem koronacyjnym, uiszczanym, jako podatek nadzwyczajny, z powodu koronacji króla i królowej (jeżeli równocześnie, podatek tedy podwójny). Stanowił zazwyczaj połowę głównego podatku miejskiego (o którym niżej), t. zw. szosu. Na jedną koronację wypadło w tym okresie średnio 3.300 złp.

 

Cały dochód skarbu nadwornego w Koronie wyniósł w roku 1574 kwotę 106.000 złp.; w latach następnych podniósł się do 180.000. Gospodarowano więc lepiej za Batorego.

 

A teraz zapytajmy o rozchody skarbu nadwornego. Nie sądźmy, że służył on tylko na pokrycie wydatków związanych z utrzymaniem królewskiego dworu; i nie sama tylko „kwarta" ciążyła na nim.

 

Cobyśmy powiedzieli, gdyby dziś w państwie którem monarchicznem król miał wypłacać ze swego nadwornego skarbu dyety... posłom sejmowym? Otóż tak bywało pierwotnie, bo byli oni niejako królewskimi gośćmi. Na sejmie koronacyjnym Batorego około setki posłów, na sejmie toruńskim następnego roku 109; a w roku 1585 było ich 123 na utrzymaniu królewskiem przez sześć tygodni. Wypłacano posłom ze skarbu nadwornego dyety zwane „strawnem" w rozmaitej wysokości, stosownie do oddalenia, mieszcząc więc w tem i koszta podróży, po 32 do 80 złp. za cały czas sejmowania (sejm nie mógł obradować dłużej jak sześć niedziel).

 

Niemałym też ciężarem skarbu nadwornego było przyjmowanie i upominki posłów tureckich, tatarskich, moskiewskich i wołoskich, z których-to stron posłowie i gońcy rok w rok, a nawet po kilka razy w roku zjeżdżali, a tatarscy brali sute „pominki" i odwozili całe fury darów dla swoich „carów". A Tatarzyni lubili jeździć, bo się na tych posłowaniach, z reguły całkiem niepotrzebnych, doskonale obławiali. Wyzyskiwano po prostu dwór królewski. W roku 1576 przybyło poselstwo tak liczne, iż zwracało to uwagę nawet... współczesnych: Był poseł od samego hana (oczywiście ze służbą), potem od czterech żon cara-hana od każdej osobny poseł, od szesnastu synów posłów szesnastu, i jeszcze trzech od trzech żon pierwszego „carewicza", od trzech żon drugiego podobnież, nadto jeszcze od dziewięciu „carewien" — a wszystko to z orszakami i służbą. Nie koniec jeszcze! Oprócz tego posłowie od murzów i innych dostojników tatarskich do rozmaitych senatorów polskich czy litewskich, byle upolować pozór do wykwintnego życia darmo przez jaki kwartał, w podróży przez państwo polskie i podczas pobytu na dworze. Przyjeżdżali sobie w sto kilkadziesiąt koni, a skarb nadworny musiał ich żywić i jeszcze myśleć o podarkach dla nich. Poselstwo perekopskie w r. 1576 liczyło 90 osób oprócz służby, koni kilkaset; kosztowało to króla 3893 złp. — t. j. tyle, ile wydawano na stół królewski mniej więcej na cały kwartał; posiadamy bowiem dokładne rachunki (z roku 1583), gdzie z ogólnego przy końcu zestawienia wyczytujemy, jako „suma wszystkiego tak do kuchni jako i piwnicy czyni na tydzień 348 złp. 20 gr., a na rok czyni 18.192 złp. 69 gr."

 

Dzięki dochowanym księgom rachunkowym możemy wglądać w najdrobniejsze nawet szczegóły finansowości polskiej za Stefana Batorego. Wydatki jednego i drugiego skarbu znamy również dokładnie, jak dochody. Możemy wykazać co do grosza, jako król Batory do kosztów utrzymania dworu swego dołożył własnych 11.000 zł. pol. Możnaby tu wstawić kompletna tabelę „ordynacji" urzędników dworskich z roku 1583. Dla przykładu przytoczmy niektóre pozycje: Marszałek koronny pobiera z tego skarbu rocznie „jurgieltu" 1440 zł. pol. (wszystkie następne liczby również w złotych polskich i rocznie); marszałek nadworny 720 zł. pol.; podskarbi nadworny 1120; podczaszy nadworny 1000; podstoli 844; sekretarz 360; pisarz skarbny 616; tłumacz 604. Ta ostatnia pozycja czyżby dziś była zaliczana do kosztów dworu? ale tłumacze do języków wschodnich jeździli ciągle z królem i dlatego z nadwornego skarbu byli płaceni, jako królewscy dworzanie. Sekretarzy było w owym roku dziesięciu, tłumaczy do arabskiego dwóch; dworzan we właściwem znaczeniu wyrazu 40—50, a koszt każdego obliczony około 700 zł. p. i dziewięć pacholąt po 120 zł. p. Ażeby zorjentować się w wartości tych cyfr, zaznaczmyż, że cały wół na stół królewski kosztował 9 zł. p. (ale w gatunku najdroższym), a zając 9 groszy, kura zaś 3 grosze; gęś była o grosz droższa; połeć słoniny kosztował l zł. p. i groszy 15; mąki korzec l zł. p. 10 gr.; grochu korzec 20 gr.; kopa gruszek na stół królewski (a więc pierwszorzędnych) trzy grosze; tyleż garniec mleka; beczka piwa groszy 20 i t. d. A zatem „jurgielty" ówczesne były wcale przyzwoite.

 

Przejdźmy do skarbu „pospolitego". Źródła jego tkwiły w podatkach, w dochodach zależnych od uchwał sejmowych, które nazywano też poborami sejmowemi. Używane były przedewszystkiem na zaspokojenie potrzeb wojskowych. Do tego skarbu należał jeden tylko dochód stały, mianowicie owa „kwarta", przelewana do niego ze skarbu nadwornego. Poza tem trzeba było uchwały sejmu walnego, żeby zapewnić skarbowi wpływy; to bowiem, co i bez sejmu należało się, owe dwa grosze z łanu, uchwalone po wieczyste czasy w roku 1374, stanowiły pod koniec wieku XVI kwotę tak nikLą, że koszta poboru i administracji byłyby chyba większe od dochodu, gdyby przystąpić do wybierania tego podatku, nie powiększonego sejmową uchwałą.

 

Do skarbu pospolitego należał dochów z t. zw. a n n a t. Były to taksy opłacane do Rzymu przy nominacji na wyższe dostojeństwa kościelne. Wynosiły one jednoroczny dochód z beneficjum, i stąd ich nazwa. Od roku 1567 annaty darowane były skarbowi Rzeczpospolitej, ale niestety, od tego też czasu biskupi, opaci, prałaci, przestawali je płacić. Kiedy biskupi krakowscy, Krasiński i Myszkowski, tudzież kujawski Karnkowski, uiszczali się z tego obowiązku, stanowili wyjątek, zwracający uwagę! Annaty poszły wnet w zapomnienie.

 

Najważniejszym podatkiem było łanowe, podatek od gruntu rolnego (contributio agraria). Zasadę opodatkowania stanowiła włóka kmieca, gdyż folwarczne grunty były już wtedy wolne. Na Podolu i w ziemi halickiej obliczano ten podatek „od pługa". W latach 1576 i 1577 płaciło się po 20 groszy z włóki, poczem podniesiono łanowe do groszy 30, t. j. na cały złoty, co byto piętnastokrotnem podwyższeniem podatku zasadniczego, wynikającego z koszyckiej ustawy finansowej. Szlachta zagonowa, zwana też zagrodową, nie posiadająca łanów wydzierżawianych kmieciom, płaciła po 15 groszy od włóki, lub stosownie mniej od jej części. Z włók pustych, nie obsianych, lub przeznaczonych na pastwiska, płaciło się wogóle tylko po groszy dziesięć. Zagrodnicy płacili po groszy 4 do 12, stosownie do okoliczności; komornicy posiadający bydło po groszy 8, bez bydła po dwa.

 

Dla ułatwienia administracji podatkowej wybierano wraz z „łanowym" także inne podatki od ludności zamieszkałej po wsiach, podatki od zajęć nie rolniczych. Wysoko opodatkowani byli ludzie przenoszący się za swym zawodem z miejsca na miejsce, np. dudarze, gęślarze płacili aż po 24 grosze. Przekupnie i przekupki dawały podatku po 12 groszy, rybitwi po 8 groszy, rzemieślnicy wiejscy po 4 gr.; młynarze po 24 gr. od koła z młynów wodnych; wiatraki po 10 i 5 groszy; piły, folusze, stępy po 15 groszy od koła. Smolarze, dziegciarze i popielarze w lasach płacą po 12 groszy; od hut szklanych brano tylko po dwa grosze.

 

Według obliczenia z roku 1578, było w Koronie łanów 146.289, z których wybrano podatku łanowego wraz z wymienionemi powyżej dodatkami od ludności wiejskiej nierolniczej 141.932 złp. Dodatki owe nie stanowiły nigdzie ponad 10°/o łanowego.

 

Głównym podatkiem miejskim był szos, podatek od domów w miastach. Nazywano go także „szacunkiem", bo połączony był z oszacowaniem zabudowań, co jednak rzadko bywało dokonywane. Łacińska nazwa: „exactio civilis" świadczy, że szos uważany był za zasadniczy podatek miejski. Skutkiem tego, że szacowanie odbywało się rzadko, podatek bywał przez szereg lat jednaki, stały według „szacunku", oznaczonego ostatnim razem przez urząd miejski. Za króla Stefana płacono według szacunku z dawniejszych Jeszcze lat Zygmunta Augusta, lecz podwójnie, co zwane było „dwój", albo z łacińska „dupla". Miasta „pogorzałe" wolne były od szosu na cztery lata. Ogólny dochód z tego podatku wyniósł w roku 1579 według dochowanych wykazów skarbowych 25.162 złp.

 

Podatek od rękodzieł, przemysłu i handlu po miastach obejmował nietylko pracujących na własny rachunek, samodzielnych rzemieślników czy kupców, lecz zarazem cały ich personal pomocniczy czy służebny. Był to podatek bardzo nierówny; tak np. piekarze w miastach większych płacili po dwa złote, a w małych tylko po 15 groszy. Kto wykonywał swój przemysł we własnym domu, płacił osobno, od domu, osobno od rękodzieła czy handlu. Na samym wierzchołku listy podatników stali aptekarze, których opodatkowano po trzy złote rocznie. Potem płacą po dwa złote: rzeźnicy, piekarze, złotnicy, barwierze, cyrulicy, krawcy szyjący z jedwabiu, szewcy z safianu i kordybanu (szczególne rodzaje skór). Wszyscy inni płacili od 15 groszy do 30 groszy, stosownie do wielkości i zamożności miasta czy miasteczka swego. Były więc kategorje podatkowe miast (jakbyśmy dziś powiedzieli) rozmaitych klas. Ogólny dochód zawsze bywał mniejszy od szosu.

 

Znacznie więcej, bo niemal tyle, co sam szos, dawał skarbowi pospolitemu t. zw. „czwarty grosz celny". W roku poborowym (bo zależało to od uchwały sejmowej) dopłacało się na komorach granicznych do każdych trzech groszy jeszcze czwarty, czyli, że podatek podwyższony bywał o trzecią część. Ten dodatkowy czwarty grosz nie był wybierany przez celników (bo cła wydzierżawiało się), lecz przez umyślnych poborców sejmowych — co jest wyraźnym dowodem braku zaufania do celników. Osobno zapisywano cło od wołów, pędzonych w wielkich ilościach, zwłaszcza przez śląską granicę. W roku 1580 pobrano „czwarty grosz" od 9080 sztuk wołów (po złotemu płacąc od sztuki). Niedarmo zwano Polskę nietylko spichlerzem Europy, ale tez spiżarnią.

 

Od towarów przewozowych podatek dotyczył głównie śledzi i ryb wogóle, sprowadzanych z Gdańska i Królewca, tudzież drugą drogą ze Lwowa (od Wołoszy); była to tedy suszona ryba morska. Płaciło się od beczki po dwa do dwunastu groszy, stosownie do rodzaju ryb. Podatek ten opłacało miasto, do którego ryby przywieziono. Nie ważył on wiele na szali skarbowej.

 

Podobnież mało znaczył podatek od pieniędzy wypożyczanych. Często właściciele ziemscy, sprzedawszy swe dobra, osiadali po miastach i żyli z pożyczania pieniędzy na procent. Za króla Stefana zakazano im pobierać więcej jak 8°/o, a opodatkowano ich na dwa złote rocznie. Ale już wówczas była kwestja, nierozstrzygnięta do dnia dzisiejszego: jak przyłapać do podatku ruchomy kapitał? Był to podatek tylko „na papierze"; np. z województwa łęczyckiego zebrano tego podatku w roku 1578 całe cztery złp.

 

Nowym podatkiem, uchwalonym po raz pierwszy w roku 1578, był „pobór nogatowy", tak nazwany stąd, iż pobierany był nad Nogatem (pod Białogórą), ramieniem delty wiślanej. Niezależnie od cła kazano kupcom opłacać po 30 groszy od każdego łasztu zboża, spławianego do Gdańska lub Elbląga. Wolne od podatku było zboże, które szlachcic sam z „własnego urodzaju, nie przekupne" spławiał przez swego sługę do miast portowych. Od towarów leśnych nie było jednak żadnych zwolnień; zaliczano tu przeróbki i półfabrykaty drzewne, wyrabiane na miejscu w lesie (maszty, cembrowina, klepki, smoła, popiół i t. d.). Z początku mianowano poborcę, i otrzymano w roku 1578 do skarbu 9.000 złp.; następnie podatek ten puszczano w dzierżawę i doprowadzono jeszcze przed rokiem 1590 czynsz dzierżawny do 32 000 złp. Nie dziwmy się tedy, że wolano system dzierżawny od własnej administracji.

 

Jedno z najważniejszych źródeł podatkowych stanowiło zawsze czopowe. Dochód bywał równy łanowemu, lub nie o wiele mniejszy. W Prusiech nazywano ten podatek „akcyzą", która-to nazwa, dziś także powszechnie znana, określa rzecz dobrze. Był to bowiem podatek nietylko od napojów wyskokowych (alkoholicznych), wyrabianych w pewnem miejscu, ale też od przywozu i od szynkowania. Stopa podatkowa różna była przy rozmaitych napojach. Najwięcej dochodu dawało piwo. Za Zygmunta Augusta płacono od warów i od beczek na składach, za Batorego tylko od beczek wyprzedanych. Wypadało około dziewiątej części ceny sprzedażnej. Sam Kraków płacił w r. 1578 czopowego blisko 12.000 złp. Od czopowego nie było uwolnień; płaciła je szlachta mieszkająca w mieście, a także starostowie królewscy, jeżeli warzyli piwo na szynkowanie; płacili jednak o 30°/o mniej od mieszczan. Pędzenie wódki jeszcze mało było rozpowszechnione w Polsce, bo czopowe od „gorzałki" jest nieznaczne. W Krakowie np. w tymże roku 1578, w którym za piwo zebrano czopowego przeszło 11.000, za gorzałkę wypadło zaledwie 79 złp. Po miastach wielkopolskich wyrabiano po 100 do 200 kwart rocznie wódki. Od miodów płacono tylko od starych, które mogły pójść w handel. Ale duży dochód był od wina, które trzeba było sprowadzać z zagranicy, boć się w Polsce nie rodziło. Od „półkufka” na granicy dwa złote, a potem znów dwa złote przy „złożeniu na szynk". Czopowe od wina węgierskiego i małmazji puszczano w dzierżawę. W roku 1578 wypłacili dzierżawcy od małmazji 5705 złp., od węgrzyna 6835 złp.

 

Całe czopowe dawało za Batorego średnio po 200.000 złp. rocznie.

 

Pogłówne żydowskie wynosiło po złotemu od osoby. Władza trzymała się przy Żydach tego przestarzałego systemu, bo nie było sposobu dobrać się inaczej do majątku żydowskiego, który był niemal wyłącznie ruchomym, i to wielce ruchomym kapitałem. Pogłówne liczyło się od każdego Żyda płci obojga, „żadnego nie wyjmując, małego ni wielkiego", a więc mogłoby stanowić wskazówkę zaludnienia żydowskiego w Polsce. W roku 1569, płacąc po złotemu, zapłacili 6.186 złp. i 15 groszy. Skądżeż te 15 groszy? W roku 1578 pobrano kwotę znacznie wyższą, ale też dziwną: 10.018 złp. groszy 12 i pół. W roku 1580 podwyższono pogłówne to na półtora złotego od głowy — a potem ustanowiono już ryczałt. Władze dały za wygraną co do policzenia Żydów. Przyjęto, że jest ich w Koronie 15.000, a w roku 1588 poprawiono tę liczbę na 20.000 i kazano płacić po złotemu. Tę kwotę winni byli Żydzi wpłacać corocznie w Warszawie do rąk podskarbiego koronnego, a jak ją rozłożą pomiędzy siebie, to już była rzecz ich samorządu.

 

Ziemie pruskie miały swoje odrębności podatkowe; od roku jednak 1578 pociągnięte są pod ogólnopolski system podatkowy. Były atoli z tem długo jeszcze trudności. Był to kraj najzamożniejszy w państwie. A jednak płacono tam od łanu kmiecego tylko 20 groszy, zamiast uchwalonych przez sejm groszy 30. Bo też Prusy nie chciały długo uznawać sejmu walnego, obawiając się jego władzy... podatkowej. Jakkolwiek województwa pruskie chwytały się rozmaitych sposobów, żeby obniżyć swoją normę podatkową, jednakowoż działała sama zamożność prowincji. Średni dochód roczny z nich do skarbu koronnego wynosił za Batorego 115.000 złp., co stanowiło część bardzo znaczną całkowitego dochodu tego skarbu.

 

Nadto wpływały do skarbu „pospolitego" czasem dochody nadzwyczajne, jako to: dobrowolne ofiary, najczęściej duchowieństwa, zasiłki przysyłane przez książąt lennych, nad którymi Polska posiadała zwierzchnictwo (Prusy Książęce, Kurlandja), tudzież kontrybucje i łupy wojenne.

 

Ogólna suma dochodów skarbu pospolitego koronnego wynosiła na czysto przeciętnie w latach panowania Stefana Batorego 600.000 złp., już po potrąceniu wydatków na administrację skarbową, t. j. na wynagrodzenia poborcom sejmowym i po potrąceniu zaległości powstałych z rozmaitych powodów. Ale obliczenie to dokonane jest na podstawie cyfr obejmujących maximum, liczby najwyższego dochodu, jakiego się spodziewano przy sprzyjających okolicznościach. Wypada przeto cyfrę tę obniżyć na 500.000 do 530.000 złp. Do tego doliczyć trzeba natomiast jeszcze kwartę, około 95.000 rocznie.

 

Wielkie Księstwo litewskie stało wogóle na poziomie ekonomicznym znacznie niższym. Skarb litewski równał się zaledwie piątej części koronnego. Posiadamy wykazy skarbu pospolitego litewskiego z lat 1578 i 1579. Za obydwa te lata suma ogólna wyniosła ledwie 207 337 złp., gdy tymczasem w Koronie w tymże czasie zbierano rocznie około pół miljona złp.

 

 

11. Administracja skarbowa

 

Społeczeństwu nie brakło ofiarności, a uchwalanie wysokich podatków było wówczas w Polsce rzeczą zwyczajną. Ale chodziło o coś innego: o sprawiedliwy rozdział podatków, co stanowi niezbędny warunek udoskonalania finansów państwowych.

 

Spostrzeżono się, że niesprawiedliwie jest wymierzać podatek poradlny od samej ilości gruntu, jednako od każdego łanu. Grunt gruntowi w dochodach nierówny, a dochody w rozmaitych gospodarstwach różnego rodzaju, nietylko różnej wysokości. Najsprawiedliwszy byłby podatek obliczany od dochodów wogóle, bez względu, skąd kto dochody czerpie. Do tego dąży też ciągle nauka finansów państwowych, ale jeszcze dziś dalecy jesteśmy od tego celu. Zbyt trudno obmyśleć sprawiedliwy sposób obliczania dochodów płynących ze setek źródeł; a czem bliżej naszych czasów, tem więcej tych źródeł, boć społeczeństwo coraz bardziej różniczkuje się. Kwestja sprawiedliwego rozdziału podatków roztrząsana jest od początku XVI wieku w Polsce.

 

W roku 1510 zjawił się projekt (kanclerza Jana Łaskiego) niesłychanie wysokiego podatku dochodowego i daniny majątkowej: żeby płacić stale dwudziestą część dochodów, a na początek oddać skarbowi połowę rocznych dochodów! Zabierano się więc do ściągnięcia daniny znacznie większej, niż nasza z roku 1923/4! Tylko bogacze mogliby przenieść taki podatek; toteż sejm roku 1511 odrzucił ten projekt.

 

W roku następnym zajmowano się innym projektem, który warto wyłuszczyć obszerniej, bo może posłużyć za przykład, co to znaczy ustawa przestarzała i jak to każda ustawa, choćby najlepsza, z czasem przestarzałą stać się musi. Czyż mogła być zasada słuszniejsza, jak ta, która obowiązywała od czasów Kazimierza W., że służbę wojenną pełni się według majętności, stosownie do zamożności? Namnożyło się atoli przez rozmaite okoliczności ekonomiczne (o których tu za długo byłoby się rozwodzić) sporo majątków wielkich, takich, że gdyby ustawę stosować ściśle, niejeden wielki pan musiałby uzbroić na wyprawę swoim kosztem po stu i więcej żołnierzy konnych, a byliby i tacy, którym wypadłoby wystawić hufiec z kilku setek zbrojnych. Jakiż z tego byłby skutek? Oto pod pozorem pogotowia wojennego na pospolite ruszenie potworzyłyby się istne wojska domowe możnowładców. Pan i dowódca takiego hufca, oparty na swej własnej sile zbrojnej, byłby w swej okolicy prawdziwym władcą i dopiero dałaby się krajowi całemu we znaki przewaga możnowładców. Zastrzeżono tedy, że nie można wystawiać więcej żołnierza kosztem własnym, jak ośmiu zbrojnych. Ale gdzież w takim razie sprawiedliwość podatkowa? Ograniczenie do ósemki było właśnie ulgą podatkową, i to ogromną ulgą, dla najbogatszych.

 

Projektowano tedy, żeby obowiązek służby wojennej wykupić gotówką, wprost podatkiem. Taką zamianę na gotówkę nazwano z łacińska relucyą. Gotówką niechby płacili bogacze na tylu zbrojnych, ile się należy według starej ustawy Kazimierza Wielkiego! Był to pomysł dobry i z tego względu, że relucya wiodłaby do urządzenia stałego wojska. Miało go być na początek 3.000 zaciężnych.

 

Ale łatwo projekt podać, trudniej obmyśleć, jak go praktycznie wykonać... Trzeba było przeprowadzić powszechne szacowanie dóbr ziemskich, Ale państwo ówczesne nie rozporządzało siecią urzędów i tysiącami urzędników! Powstało więc pytanie, przed kim zeznawać dochody, komu wyznawać sprawy ściśle osobiste i co będzie z rejestrami taksacyjnemi, u kogo one będą przechowywane? Jakie ich bezpieczeństwo? Kto do tych aktów będzie mieć dostęp? Robiono rozmaite próby, ale wyniki nie były zadawalniające. Układano rozmaicie komisje, próbując, jak będzie lepiej; próbowano rozmaicie, jak; gdzie i kiedy zjeżdżać się do zeznań podatkowych. A potem, któż ma podatki rozkładać, kto je rozliczać? Znów najrozmaitsze projekty komisji i t. p. Starostwa grodowe i kancelarje wojewodów nie mogłyby żadną miarą nastarczyć tej olbrzymiej pracy. Nie zdawano sobie sprawy, co to za robota; dopiero, kiedy z najlepszą wolą chciano projekt wykonać, przekonywano się, że jest... niewykonalny.

 

Sejm roku 1520 (obradujący wyjątkowo w Bydgoszczy, z powodu wojny krzyżackiej) próbował zaprowadzić pogłówne postępowe, t. j. według zamożności. Skrupulatność w dążeniu do sprawiedliwego rozkładu podatku posunięto tak dalece, iż ustanowiono aż 240 klas podatkowych! Prymas arcybiskup gnieźnieński płacił 30 dukatów, kanonicy po 5 dukatów, dzwonnicy po jednym groszu. Wojewodowie po 50 dukatów, właściciele wsi po 8 dukatów od swej osoby i nadto po jednym dukacie od każdej posiadanej wsi; kmiecie po jednym groszu. Miasta podzielono na cztery kategorje. Rajcy Krakowa, Poznania i Lwowa płacili po 4 dukaty, mieszczanie po 4 grosze; miasteczka nie posiadające targów płaciły po groszu od głowy. Jedyny to był podatek powszechny, bo obejmował wszystkie warstwy w jednej ustawie, od wojewody do kmiecia.

 

Ale chcąc ten podatek ściągnąć, trzebaby spisu ludności. Nałożono ten obowiązek na proboszczów, a podatek ściągała komisja złożona z dwóch kasztelanów i jednego szlachcica z wyboru. Przekonano się po krótkim czasie, jak niesłychanie ciężką i mozolną sprawą jest spis ludności. Za naszych czasów, kiedy mamy tylu urzędników, pochłania spis ludności takie sumy, iż nie opłaciłoby się robić go dla żadnego podatku! Przekonano się o tem w Polsce już w roku 1521. Spisy nie były dokładne, a nigdy na żaden podatek nie trzeba było czekać tak długo, jak na to postępowe pogłówne i przyniosło ono niespełna 90.000 dukatów. Za mało! Winę przypisywano bogatszym, podejrzewając, jakoby się usuwali od płacenia. Niesłusznie. My dziś wiemy, że w r. 1521 nikt nie był winien, bo wiemy, że przyczyną był brak tego, co my dziś nazywamy „aparatem urzędniczym" i „urzędnikiem rutynowanym". Wówczas nie było go, bo... nie mogło być. To dopiero miało się stopniowo wyrabiać ewolucyjnie.

 

My winniśmy tylko cześć przodkom, że się silili na postęp, że robili próby, że mieli dobrą wolę i ogromne poczucie sprawiedliwości społecznej, a obowiązki względem państwa chcieli mieć spełniane jak najlepiej, i niesposób wstrzymać się od drugiej uwagi, ale gorzkiej: Gdzie bylibyśmy, gdyby polskie doświadczenie państwowe nie było przepadło skutkiem utraty niepodległości? I rzućmy pytanie: czy i teraz nie warto jednak sięgać do doświadczeń naszych przodków? czy nie można wysnuć z ich doświadczeń niejednej nauki?

 

Na sejmie roku 1525 uchwalono podatek dochodowy i taksację, która mimo takich przeszkód zaczęła już dochodzić do skutku. Pobór podatku skombinowano na nowy sposób, który opisywać zajęłoby dużo miejsca. Próbowano też nowego pomysłu, czyby nie rozdzielić skarbu koronnego na kilkanaście skarbów wojewódzkich. Próbowano wielkiej decentralizacji skarbowej, Ale wnet dano temu spokój, gdyż okazało się to niepraktycznem. Ostatecznie rozbijało się wszystko o brak... administracji podatkowej i to administracji urzędniczej. Ale takiej nie było wówczas jeszcze nigdzie w Europie.

 

Trzeba było poznać koniecznie, choćby „z grubsza", system podatkowy, ażeby zrozumieć ówczesną administrację podatków i skarbu publicznego. Koszty administracji były niezmiernie tanie, gdyż spoczywała przeważnie w ręku organizacyj samorządowych, a podatki były wydzierżawiane, przez co państwo obchodziło się bez administracji podatkowej w ścisłem znaczeniu tego wyrazu.

 

Zacznijmy od kwarty. Opłacano z niej rok rocznie podskarbiego oraz „deputatów", którzy się trudzili odbieraniem kwarty; nadto ponosił skarb koszta przewożenia pieniędzy „kwarcianych" na miejsce każdorazowego przeznaczenia (jakie wskazały władze wojskowe), oraz koszta skrzyń, zabezpieczenia ich, zamków, służby i t. p. Według konstytucji sejmowej z roku 1569 pobierał podskarbi złotych tysiąc, dwaj deputaci z Rady koronnej po 300 złp., i dwaj z Izby poselskiej po 200 złp. Nadto płacono „pisarzowi skarbnemu" 80 złp. Koszta administracji kwarty wynosiły zazwyczaj około 2°/o.

 

Podatki były wybierane wogóle nie przez urzędników stałych państwowych, lecz przez poborców „sejmowych", t. j. przez osoby umocowane do tego uchwalą sejmową, z pośród senatu i Izby poselskiej. Co do wynagradzania tych osób, nie było stałej zasady. Uniwersał poborowy z roku 1577 powiada, że podskarbi koronny wynagrodzi poborcę „według służby i pilności", a zatem wynagrodzenie miało być tem wyższe, im chwytniejszą miał rękę poborca w ściąganiu podatków. Cały wydatek na wszystkich poborców w całej Koronie nie przekraczał 12 000 złp. Prócz tego dawano znaczne stosunkowo wynagrodzenia t. zw. szafarzom, przechowującym pieniądze; bywało ich rozmaicie, dwóch do czterech. W stosunku do dochodów koszta administracji były w tym dziale znacznie większe, gdyż wynosiły około 4°/o; a zatem zarząd dość kosztowny.

 

Zebranie dochodów skarbu nadwornego wymagało nader nieznacznej liczby urzędników. Dzierżawcy i administratorowie, mający poruczone sobie pewne gałęzie dochodów „do wiernych rąk", wpłacali wpływy wprost do skarbu częściami, ratami, w miarę możności i potrzeby — poczem zdawali sprawę przed głównym urzędem skarbowym. Żupy i cła niemal zawsze były w dzierżawach. Toteż urzędnicy bywali tam urzędnikami prywatnymi, których stosunek służbowy łączył tylko z samymi „celnikami”, ale wcale nie z państwem, które do nich nic nie miało, ale od którego też im nic się nie należało. Takimi byli pisarze celni na komorach i strażnicach celnych, tudzież liczniejsza służba dozorcza. Dzierżawca obliczał sobie koszta utrzymania potrzebnego personalu, nim zawarł kontrakt dzierżawny, a jak sobie z tem da radę, to już była jego rzecz.

 

Podwodne, stacyjne i przygodne koronacyjne bywały z reguły wybierane przez urzędników królewskich. Żaden z nich nie był na stałe mianowany do pewnej miejscowości. Bywali to urzędnicy z kategorji „pisarzy skarbowych" (dzisiejsi urzędnicy podatkowi), których wysyłano, gdzie było trzeba, dla odebrania należnych sum. Czynności mieli nie wiele i każdy z nich mógł kilka razy w roku pełnić funkcje tu i ówdzie, przerzucany wciąż z miejsca na miejsce.

 

W królewszczyznach wybierał podatki starosta, ale nie zdawał z nich oddzielnie liczby, tylko wliczane to już było do ogólnej dzierżawy — a zatem nie można ich uważać za urzędników skarbowych. W starostwach administracji specjalnej skarbowej nie było.

 

Nie mógł się jednak obejść podatek np. łanowy lub szos u ogółu ludności bez specjalnej administracji. Setki tysięcy kmieci, zagrodników, kupców, rzemieślników nie mogli odnosić swych, stosunkowo drobnych, należności wprost do skarbu centralnego. Ustanawiano tedy poborców. Byli oni jednak raczej ziemskimi, autonomicznymi urzędnikami, niż królewskimi, państwowymi. Nie byli zresztą wcale stałymi urzędnikami zawodowymi, bo wybierano ich na sejmie na każdą ziemię z osobna i tylko do poboru podatków przez ten sejm uchwalonych, a zatem są to poborcy jednoroczni. Zwano ich także z łacińska egzaktorami. Do każdego województwa lub ziemi wyznaczano, bez względu na rozległość, jednego poborcę; jednego posiadało województwo krakowskie całe i jednego tak samo drobna ziemia liwska lub zakroczymska. Liczba poborców nie doszła nigdy 70; zazwyczaj wybierano ich 60.

 

Poborcą zostawał albo który z posłów danej ziemi, albo też wskazany przez posłów i przez sejm akceptowany szlachcic osiadły w tejże ziemi. Zdarzało się bardzo często, ze wybór padł na kogoś, kto piastował jakiś urząd publiczny, że tedy poborcą zostawał sędzia, podstarości i t. p., bo egzaktorem zostawał tylko na krótki czas, najwyżej na rok. Taki poborca składał przysięgę na najbliższych rokach sądowych w powiatowym grodzie „przed urzędem (starostą grodowym) i szlachtą, którzy tam natenczas będą", zobowiązując się pełnić swe egzaktorstwo pilnie, uczciwie i sprawiedliwie. Urzędowanie jego kończyło się dopiero, gdy przed podskarbim koronnym zdał sprawę ze swych robót i z pobranych pieniędzy.

 

Od poborców odbierali pieniądze bezpośrednio pisarze skarbowi; oni też załatwiali wypłaty rządowe. Zwierzchnikiem ich był podskarbi koronny, którego co do godności i odpowiedzialności możnaby porównać (z daleka) z ministrem skarbu. Miał więcej pracy wówczas tylko, gdy z uchwalonych na sejmie podatków wpływały do skarbu pieniądze; mógł przeto całemi miesiącami być przeciążony i całemi miesiącami wypoczywać. Nie każdy sejm zresztą uchwalał podatki (ponad dwa grosze i cła zwykłe), bo to zależało od potrzeby, a zwłaszcza od kwestji pokoju i wojny; nie darmo wyprawę wojenną nazywano w starej polszczyźnie „potrzebą". Zdarzało się tedy, że w skarbie koronnym wpływów żadnych niemal przez dłuższy czas nie było i podskarbi nie był skarbowi pustemu potrzebny. Był dostojnikiem wtedy, ale nie urzędnikiem. Kwarta dostarczała wprawdzie zajęcia stałego, ale też posiadała swą odrębną administrację. Inaczej podskarbi nadworny. Ten miał zawsze robotę, bo dochody skarbu nadwornego były stałe, wpływające nieustannie.

 

Podskarbi koronny był także strażnikiem insygniów koronacyjnych i skarbca „klejnotów koronnych"; ale obok jego pieczęci na drzwiach tego skarbca znajdowały się pieczęcie siedmiu jeszcze senatorów, do tego przez wyraźną uchwałę sejmową upoważnionych i zobowiązanych, i było też ośm kluczy.

 

Podskarbi nadworny zarządzał mennicą; do niego należało bicie monety i przekazywanie czystego z mennicy zysku do skarbu pospolitego.

 

W zakresie rozporządzania dochodami państwowemi miał podskarbi koronny skarbu pospolitego — czyli: podskarbi wielki koronny, jak go nazywać zaczęto po unji lubelskiej — przydanych sobie do boku czterech deputatów. Było ich dwóch od króla mianowanych ze senatu i dwóch posłów sejmowych. Uchwala sejmowa zaznaczała wyraźnie, że deputaci ci „w niczem nie derogują urzędowi podskarbiostwa koronnego", i nie ujmują nic „władzy i przełoźeństwa” temuż podskarbiemu — aleć sam podskarbi musiał z nimi dzielić swą władzę, jeżeli miał dojść do ładu. Utworzyło się collegium, władza zbiorowa. Działalność deputatów miała być ograniczoną do odbierania i szafowania kwarty, ale ponieważ żądano na kwitach podpisu ich obok podpisu podskarbiego, więc już przez to samo wiedzieli o wszystkiem i wiedzieć musieli co się w urzędzie podskarbiowskim dzieje. I „rejestra", t. j. wykazy kasowe musiały być podpisywane wspólnie. A zatem bez obecności deputatów podskarbi nie mógł niczego przedsięwziąć w zakresie kwarty.

 

Według dzisiejszych pojęć powiedzielibyśmy, że deputaci mieli być władzą kontrolującą, która nie mogła oczywiście uszczuplać w niczem władzy administracyjnej podskarbiego.

 

Zdarzało się atoli, że władzę tę naprawdę uszczuplano, wyjmując z pod niej pewne czynności. Ponieważ podskarbi był faktycznie bądźcobądź bardziej od dworu królewskiego zależnym, niż od sejmu, spotykamy się czasem z objawami wybitnej podejrzliwości, żeby podskarbi nie dopomagał do szafowania groszem publicznym nie według postanowień sejmowych, a wtedy urządzano administrację podatkową jakby odwrotnie, w taki sposób, iż pieniądze nagromadzone przez poborców nie wpływały do skarbca u podskarbiego, lecz tworzono osobne czasowe urzędy, przy których gromadzono gotówkę i skąd rozchodził się szafunek pieniędzy. Powoływanych do tego urzędników sejmowych nazywano szafarzami. Ci mieli obowiązek dopilnować, żeby pieniądze użyte były ściśle na ten cel, na jaki przeznaczała je konstytucja sejmowa. W r. 1578 np. wybrano trzech szafarzy na Małopolskę, jednego na Wielkopolskę, piątego dla Mazowsza i Podlasia, a szóstego na Ruś, Podole, Ukrainę. Podobnież postąpiono w r. 1580. W roku 1581 wybrano tylko czterech, po dwóch z Korony i dwóch z Wielkiego Księstwa Litewskiego; jeden odbierał gotówkę od poborców, a drugi bawił przy wojsku, któremu wypłacał żołd do rąk rotmistrzów. Taki osobny urząd tamował oczywiście prawidłowy bieg spraw skarbowych, skoro z kontrolującego zamieniał się na wykonawczy; toteż król Stefan był temu przeciwny, ale Izba poselska stała twardo przy mianowaniu szafarzów.

 

Pomocnikiem podskarbiego jest pisarz skarbowy, który może mieć pod sobą urzędników prostych kancelaryjnych, ilu trzeba, ale ci nie pozostają już w stosunku służbowym do państwa, tylko do owego naczelnego pisarza. Ten mianowany był przez króla i przez króla opłacany; tamci zaś pisarkowie przez podskarbiego. Po pewnym czasie pozostał pisarz skarbowy wyręczycielem podskarbiego, inny zaś, mianowany przez króla, zwał się pisarzem głównym i posiadał władzę kontrolującą, którą atoli pomieszano znów ze znacznym zakresem administracyjnej, wykonawczej. Obydwaj odbierali pieniądze, utrzymywali wykazy rachunkowe i wystawiali kwity. Pisarze ci zajęli faktycznie naczelne miejsce w urzędzie skarbowym; sam zaś podskarbi stawał się dostojnikiem, wobec którego trzeba było składać sprawozdania, ażeby on móg} potem „zdać liczbę" sejmowi. Faktem jest, że wakans podskarbiego nie wstrzymywał akcji skarbu, gdy tymczasem bez owych dwóch pisarzów działalność skarbu musiałaby ustać.

 

Zadajmy sobie teraz pytania, jakich też trzymano się zasad przy odbieraniu podatków, jaki miano ustanowiony w tym względzie porządek, tudzież pytanie zasadnicze w kwestji rozstrzygającej niemal o dobrym zarządzie skarbu, mianowicie co do podstaw, na jakich opierano rachunkowość państwową.

 

Uniwersały poborowe, umieszczane przy każdej konstytucji sejmowej, mieszczącej uchwałę podatkową, zawierają szczegóły wnoszenia opłat do skarbu publicznego. Za Zygmunta Augusta wydano w r. 1550 całkowitą „ordynację", obowiązującą urzędników i pisarzów skarbowych i te normy obowiązywały też za króla Stefana w rozrachunkach o królewszczyzny. Termin do składania rachunków ze starostw oznaczony był na koniec grudnia każdego roku; to samo nakazano dzierżawcom cełł i żupnikom. W tymże terminie mieli oddawać gotówkę do skarbu. W razie wątpliwości przysyłano rewizora. Żadnych inwestycji, wkładów, naprawek, kupna sprzętów lub materjałów, zapłat rzemieślnikom i t. p. nie wolno wstawiać w rachunki i odejmować od należności skarbowej; wydatki potrzebne do prowadzenia gospodarstwa pokrywa starosta czy tenutarjusz, czy wogóle dzierżawca jakichkolwiek „prowentów", ze swego. Jeżeli zachodzi potrzeba wystawienia nowego budynku, albo zaspokojenia jakiegoś znaczniejszego a koniecznego wydatku nadzwyczajnego, musi mieć dzierżawca pisemne na to zezwolenie od podskarbiostwa żeby to mógł zrobić na rachunek skarbu; musi mieć w porządku rachunki z tego, które będą przejrzane i zatwierdzone przez rewizorów królewskich. Tylko na naprawę zamków pogranicznych i takich dworów, „do których niekiedy zdarza się nam zajeżdżać" (królowi), wolno bez osobnego pozwolenia wydawać do dwudziestu złotych rocznie „bez listów naszych", t. j. bez pisma z kancelarji królewskiej. Widzimy z tego, że rozporządzenia podskarbiego nadwornego w tych sprawach wychodziły nie od niego wprost, lecz za pośrednictwem kancelarji królewskiej — niepotrzebnie ją obarczając.

 

Dnia ostatniego grudnia należało trzymać gotówkę w pogotowiu, żeby każdej chwili mogła być wpłaconą skarbowi. Co z dochodów brutto należało odjąć, mamy w „ordynacji" drobiazgowo wyliczone. Zapłata czeladzi zamkowej i folwarcznej, żywność ich i ubranie. Ostrzega się z góry, żeby się w tem trzymać przepisów, zawartych w ostatnim inwentarzu (robionym przy każdej rewizji). Wykluczonem jest, żeby folwark miał nie dawać dochodu netto! Widocznie zdarzała się ochota do takiego manipulowania rachunkami, skoro ordynacja roku 1550 powiada: „Należy jednak baczyć, aby prócz tych zapłat i wychowania (t. j. utrzymania domu) starostów, sług oraz czeladzi, płynął corocznie z tychże folwarków jakiś do skarbu naszego (królewskiego nadwornego) pożytek ze sprzedaży zboża i mniej potrzebnego inwentarza, z lasów, oraz innych rzeczy domowych. Na tę okoliczność szczególniejszą przy obliczaniu się winni zwrócić uwagę pisarze skarbowi".

 

Obliczanie samo opierało się w każdym wypadku na punktach umowy dzierżawnej z tenutarjuszem, celnikiem, żupnikiem, której oryginał znajdował się w archiwum skarbowem, a kopię miał dzierżawca i przy robieniu rachunku rocznego okazywał.

 

Zasady poboru podatków sejmowych wyłuszczane były za każdym razem obszernie w sejmowym uniwersale poborowym. Nie było jeszcze przepisów stałych, a zmiany czyniono często. Tylko na uniwersały przyjął się pewien szablon; bywają one układane według stałego wzoru, w który wpisywano, co było zmienne, wysokość stopy podatkowej i nazwiska osób poborców sejmowych. Układał taki uniwersał pisarz skarbowy, pieczęć przykładał kanclerz a król dodawał swój podpis. Zazwyczaj były one już wydrukowane, gdy się sejm zbliżał ku końcowi posiedzeń (o ile nie spóźniano się z uchwałą), a egzemplarze rozsyłane były przez królewskich „komorników" do wszystkich województw, do starostw grodowych, gdzie postarano się o podanie ich do wiadomości ogółu. Znaczniejszą ilość egzemplarzy zachowywano dla poborców, żeby się każdej chwili mogli wykazać przepisami uniwersału wobec podatnika. W uniwersale bowiem mieściła się całkowita instrukcja dla nich.

 

Uchwała sejmowa podawała oczywiście tylko jednostkę podatkową, pewną normę, według której trzeba było w każdym wypadku z osobna wyliczyć kwotę podatkową. Zachodziły wypadki nierzetelności podatkowej, ukrywanie rzeczywistego stanu posiadania, prawdziwego dochodu i t. p. Podawano fałszywie ilość włók do podatku, ilość kmieci, zagrodników, młynów i t. d. Często nakazywano składać przysięgę w grodzie, że wykaz podany poborcy zgodny jest całkowicie z istotnym stanem rzeczy. Nie za każdym zresztą razem sprawdzano to na nowo; często kwit z ostatniego poboru służył za podstawę wymierzania następnego, nawet następnych.

 

W miastach wybierał podatek urząd miejski i ten urząd składał potem przysięgę przed poborcą sejmowym. Burmistrz i rajcowie stwierdzali własnoręcznymi podpisami i przyłożeniem pieczęci miejskiej rzetelność przedstawianego poborcy szczegółowego wykazu podatkowego, który zawierał spis domów, sklepów, warstatów i wszelkich kategoryj podatkowych, wyszczególnionych w uniwersale poborowym.

 

Od Żydów odbierało się też przysięgę na pogłówne. Mamy nakaz z r. 1578, żeby urząd miejski wraz z poborcą policzył Żydów „ze starszymi Żydy, którzy mają pod przysięgą zeznać, że je sprawiedliwie policzyli". Ale już w r. 1581 zrezygnowano z tych przysiąg, a ustanawiano ryczałt.

 

Dużo zachodów było z poborem czopowego, zanim oddano je całkowicie w dzierżawę. W pierwszych latach Batorego wybierał je skarb w zupełności, potem jeszcze częściowo przez poborców sejmowych. Trzeba byLo pilne mieć oko na piwowarów; przepisy szczegółowe znajdujemy w uniwersale 1578 roku, a obowiązywały one nadal. Każdy poborca w swoim okręgu „będzie powinien po wzięciu uniwersału poborowego objechać wszystkie miasta i miasteczka onego województwa abo ziemie. A tam ma z rady miejskiej abo z pospolitego człowieka jednego obrać, który przezeń i przez radę ma być pod przysięgą obowiązany, że tego podatku czopowego pilnie i wiernie doglądać i wybierać będzie według tego uniwersału; do którego ma być z rady miejskiej jeden przydawan, aby tem większa wiara była i pilność. Z czego się urząd miejski wymawiać nie ma, i za tą uchwałą będzie powinien pieniądze wybrane na kwartał poborcy oddawać za dostatecznem spisaniem regestru każdego i szynkowania, zapieczętowaniem pieczęcią miejską".

 

Po wsiach mieli właściciele dóbr odsyłać czopowe do poborcy przez karczmarzy z wykazem opatrzonym pieczęcią właściciela; karczmarz zaś przy oddawaniu pieniędzy ma składać przysięgę.

 

Do odbierania podatku od wina przywożonego wyznaczano poborców osobno, urzędujących w miejscach składowych, a więc w Dukli, Sączu, Krośnie od węgrzyna; w Kamieńcu i Śniatynie od małmazji i muszkateli; od win francuskich, reńskich i innych, na które nie było oznaczonych składów, pobierano opłatę na komorze gdańskiej.

 

Termin wybierania podatków bywał zwykle we dwa tygodnie po obwieszczeniu w powiecie uniwersału poborowego. Miejscem wpłat bywało zazwyczaj miasto powiatowe; tam w czasie oznaczonym zasiadał poborca. Łanowe i wogóle podatki ze wsi posyłało się przez sługę dworskiego lub kmiecia. Szlachta zagonowa posyłała z całej swojej osady szlacheckiej „przez dwu oraczów abo zagrodników swych". Z miasteczek znosili podatki burmistrze i rajcy do miasta powiatowego. Tylko po czopowe jeździli nieraz sami poborcy pod koniec kwartału, a nawet częściej do miast ludniejszych, w których w czasie krótszym więcej tej należytości gromadziło się.

 

Przy niecałkowitem uiszczeniu się nazywano kwotę zaległą, niedopłaconą, retentem. Jeżeli dzierżawca królewszczyzny chybił w terminie, albo zanadto pozwalał sobie retent, a bez istotnej konieczności, wolno było umowę dzierżawną rozwiązać natychmiast i wyrzucić tenutaryusza. Zwłaszcza o kwartę egzekucja była surowa. Przy innych podatkach było postępowanie egzekucyjne nieco więcej złożone. Za kmieci musiał zapłacić właściciel wsi, jeżeli zalegali.

 

Poborca powinien był w ciągu sześciu tygodni od ogłoszenia uniwersału poborowego podać do starostwa każdego zalegającego podatnika, a starosta „pozywał" ich w ciągu najpóźniej miesiąca następnego; inaczej bowiem za retenty odpowiadał nie podatnik, ale poborca lub starosta, stosownie do tego, który z nich dopuściłby się zaniedbania obowiązku egzekucyjnego. Co starosta wybrał z retent, oddawał poborcy. Starostę, zalegającego z podatkiem, pozywał poborca do sąsiedniego grodu. Umorzyć zaległości mógł król, albo sąd starościński. Brano pod uwagę szkody poniesione od sił żywiołowych, od wojny lub moru, od pożaru, powodzi, gradobicia i t. p. Wsi pogorzałe miały „wolność" do lat czterech; podobnież miasta do lat pięciu.

 

W wybieraniu podatków panowała za Batorego wielka sprężystość i ścisłe wykonywanie przepisów. Poborcy po-spisywali dawniejsze zaległości, a starostowie przeprowadzali egzekucję; pomimo to jednakże retent było niemało.

 

Naleźytości skarbu nadwornego odsyłano tam, gdzie się król znajdował, bo urząd skarbowy nadworny podróżował wraz z królem. Tylko skarb „kwarciany" miał stałe swoje miejsce, a mianowicie był niem od roku 1569 zamek w Rawie; stąd „skarb rawski". Do Rawy należało odsyłać „kwartę" corocznie w okresie trzech tygodni od Zielonych Świątek.

 

Podatki „koronne" postanowiono w roku 1576 zwieść wszystkie do Warszawy, i tam miała być kasa centralna państwowa. Ale kiedy utworzono urzędy kilku szafarzy, poborcy do nich pieniądze odsyłają i powstały skarby prowincjonalne cztery: w Wielkopolsce, Małopolsce, na Mazowszu i na Rusi. Tak było przez kilka lat. W roku 1578 kazano szafarzom odsyłać pieniądze co pół roku do podskarbiego. W roku 1580 nowa zmiana: Szafarzom kazano w czterech terminach do roku, ostatniego lutego, maja sierpnia i listopada znajdować się w Kaliszu, Sandomierzu^ w Liwie i Przemyślu i tam mieli do nich zjeżdżać poborcy z gotówką; szafarze zaś odwozić mieli pieniądze do Warszawy trzy razy do roku: na Wniebowstąpienie, na Narodzenie N. M. Panny i na św. Mikołaja. W roku 1581 uproszczono to wielce, gdyż wybrano w tym roku dwóch tylko szafarzów: jeden siedział w Warszawie odbierać pieniądze od przyjeżdżających poborców, a drugi bawił przy wojsku i tam wypłacał naleźytości (podatki sejmowe służyły niemal wyłącznie na cele wojskowe). To urządzenie utrzymało się.

 

Właściwie tedy były w Koronie trzy skarby: nadworny, kwarciany (w Rawie) i podskarbiowski, od którego oddzielał się niekiedy jeszcze szafarski, jako jego samorządna część. Robiono ciągle próby rozmaite i w tej dziedzinie: w latach 1576 i 1577 łączono skarby nadworny z koronnym i rawskim, tak, iż w tych latach spotykamy jeden tylko skarb.

 

Gotówkę chowano w zamczystych skrzyniach, od których pisarze skarbni posiadali oddzielne klucze. Ponieważ pieniądz był tylko kruszcowy, w „monecie brzęczącej", zajmował dużo miejsca. Często sypano pieniądze do worków, znaczonych numerami, znakami i cyfrą zawartej gotówki; worki składano do odpowiednio urządzonych beczek. W beczkach też przewożono je z miejsca na miejsce w razie potrzeby.

 

Ogólny porządek w księgach rachunkowych i pomocniczych był, jak na owe czasy, wzorowy. „Rejestra i księgi skarbowe, wiele (według dzisiejszych wymagań) przedstawiają braków, ale mimo to względnie do innych państw zachodnich, Niemiec, Francji, Anglji i t. d., spotykamy tu, przyznać trzeba, niekiedy ład wyjątkowy, porządek chwalebny i podziwienia godny. Całość sprawia na nas nadzwyczaj korzystne wrażenie. Na tem polu współcześnie Polska, rzec można, nietylko dotrzymała kroku zachodnim krajom, co więcej, powiedzmy bez ogródek, wyprzedziła stanowczo wiele innych mocarstw".[5]

 

W skarbie nadwornym utrzymywano wzorowe rejestra królewszczyzn. Weźmy dla przykładu rejestr ułożony w Grodnie i datowany 30 marca 1580 roku. Obejmuje on najdokładniejsze wykazy dóbr trojakich: będących w t. zw. „gołem dożywociu", t. j. takich, z których za szczególnym przywilejem króla (zazwyczaj za zasługi wojenne) wpływała do skarbu sama tylko kwarta; następnie dóbr wydzierżawianych dożywotnio, albo na pewien czas krótszy wraz z wykazem żup oraz cełł, stanowiących dochód skarbu królewskiego; wreszcie dóbr, które były zarządzane na rzecz skarbu przez administratorów skarbowych. W każdym z tych działów wykazane są dobra w porządku województw i ziem, oddzielnie z każdej krainy. Wszędzie podano nazwisko i godność dzierżawcy, „taksę”, t. j. oszacowanie majątku, ustanowione przez „lustratorów", wysokość kwarty należnej i kwotę przypadającą na osobisty dowolny użytek dzierżawcy, wreszcie sumę dzierżawną. Posiadamy przeto w wykazach owych dokładny obraz „majątku stołu królewskiego" i stosunków w królewszczyznach.

 

Dochowane księgi podskarbiostwa nadwornego wykazują dochody w ścisłej kolei. Na początku pozostałość, „remanent" z roku poprzedniego, następnie wykaz dochodów ze starostw i dzierżaw Małopolski, Wielkopolski, Mazowsza, Rusi, poczem rachunki z żup krakowskich i ruskich, z cełł lądowych i wodnych i z innych „prowentów" „stołu królewskiego". W każdym dziale mieści się, jeśli nie u spodu kolumny, to zawsze pod koniec księgi suma ogólna — a z zestawienia ich według działów ułożono w końcu tabelę, całkowitego stanu dochodów, „tabelaryczne wykazy ogólnej percepty".

 

Wykazy wydatków znajdują się na odwrotnej stronie każdej księgi, tak pisanej, iż można je z obu stron otwierać, bo z obu stron pisano. Tu uwzględnione są rachunki szczegółowe, sporządzane przez zarządców kuchni królewskiej, piwnicy, stajni, zwierzchników czeladzi i t. d. Wydatki notowane zawsze według pewnych stałych działów. Na czele rozchód na jałmużny i ofiary kościelne; potem dział wydatków na stół, czeladź, dworzan, komorników i gońców; następnie wydatki na posłów ziemskich, na posłów zagranicznych, na upominki i t. d. Pod koniec każdej księgi i tu tabele sumaryczne.

 

Każdego roku obliczano i zapisywano przewyżkę lub deficyt.

 

Do szczególnie porządnie prowadzonych ksiąg należą „regestra kwarciane", odznaczające się ścisłością i jasnością. Ponieważ kwartę opłacano ze wszystkich dóbr królewskich, stanowią te księgi rok rocznie najdokładniejszy spis majątku skarbu nadwornego, oraz posiadaczy królewszczyzn.

 

Rejestra poborowe, to spisy, podług których poborcy zdawali pieniądze. „Regestrowali" tedy wsie wszystkie według porządku parafij, a po wsiach karczmy, młyny i wogóle wszystko, od czego należało się cokolwiek skarbowi. Zapisano nazwisko dziedzica wsi, ilość łanów, kmieci, zagrodników, rzemieślników, karczmarzy, młynarzy, a przy każdej pozycji liczba wybranych pieniędzy. Mamy więc w tych księgach cały obraz wsi polskiej owych czasów! Oddzielne znów wykazy miast podają nam ilość rzemieślników każdego cechu, ilość przekupniów, ludzi bez stałego zajęcia, t. zw. „hultajów" nawet „W końcu rejestru poborowego przedstawiano w liczbach wykaz treściwy wszystkich razem w powiecie łanów kmiecych, łanów szlachty zagrodowej, zagrodników i komorników, młynów, karczem, pił, foluszów i t. d., dodając zarazem sumę ogólnego dochodu z całego powiatu, tak ze wsi, jakoteż z miast wszystkich".

 

Wszystkie te księgi dotyczą pewnego roku, jednego tylko roku. Bilanse pewnego okresu czasu mamy z ksiąg pisarzów skarbowych. „Rejestra te jednak, których ślady jeszcze się dochowały, nie są bynajmniej podobne do dzisiejszych ksiąg kasowych; przedstawiają one raczej rodzaj podłużnych a wąskich kartek nie zeszytych, nie oprawionych, na których pisarze zapisywali przychód lub rozchód, częściowo, pojedynczo lub w większych grupach”.

 

Podskarbi koronny miał prawo urządzać każdej chwili rewizję kasy i ksiąg. Rejestra skarbu nadwornego ulegały rewizji samego króla, który niekiedy wyręczał się kimś zaufanym, podkanclerzym, biskupem jakim lub kimś z senatorów świeckich. Do rewizji kwarty istniały szczegółowe przepisy. Rachunki musiał podskarbi zdawać na każdym sejmie w sześć dni od zaczęcia sejmu. Do rewizji sejmowej wybierano deputatów z senatu i z Izby poselskiej.

 

Administracja finansowa w Prusiech była również nadzwyczaj prostą. Sejm pruski wyznaczał poborców podobnie, jak w Koronie, a pieniądze i rachunki oddawano „zawiadowcy skarbu na grodzie malborskim” (dispensator). W r. 1537 senat pruski próbował otrzymać kontrolę nad poborcami, lecz król powierzył to starostom. Tegoż roku proponował senat, żeby zamiast mianowania za każdym razem poborców sejmowych, poruczyć na stałe pobór podatków starostom; król zadecydował, że tylko gotówkę mają odtąd poborcy oddawać nie wprost „dyspensatorowi malborskiemu", lecz starostom. W egzekwowaniu należności skarbowych posiadali starostowie władzę samodzielną.

 

Z Wielkiego Księstwa Litewskiego nie dochowały się nam tak obfite i wszechstronne źródła do historyi skarbowości, jak w Koronie; toteż mniej o tym przedmiocie wiemy na Litwie. Skarby były osobne, tak nadworny, jakoteż pospolity, ale urządzenia nie wiele się różniły, a od unji lubelskiej 1569 roku sposób opodatkowania był taki sam tu i tam, z niewielu odmiennościami z powodu odmienności stosunków. Jedna tylko była różnica znaczniejsza: brakło kwarty.

 

Często w przepisach skarbowych dla Wielkiego Księstwa spotykamy większą dokładność, więcej przewidywania, a nieraz i więcej praktyczności, niż w Koronie. Przyczyna prosta: Litwa naśladowała Koronę, szła za nią, brała z Polski urządzenia już wypróbowane, a więc przy których zdawano sobie już sprawę z niedostatków ich. W Koronie trzeba było jednak czekać sposobności, żeby rzecz udoskonalić — gdy tymczasem na Litwie można to było zrobić odrazu, przy samem wprowadzaniu danego urządzenia.

 

Np. przy wybieraniu szosu cóż słuszniejszego nad to, żeby więcej płaciły domy w lepszem wystawione położeniu, a mniej leżące na uboczu, daleko od drogi i targu? A jednak tylko w Wielkiem Księstwie znajdujemy od roku 1567 powtarzający się przepis, żeby domy dzielić co do wysokości podatku na trzy kategorje: rynkowe domy, uliczne i przedmiejskie.

 

Były na Litwie stany i zawody, w Koronie nieznane. Np. duchowieństwo prawosławne, żonate, mało inteligentne, słabo uposażone, a więcej potrzebujące dla siebie chleba powszedniego. Od popów trudno byłoby otrzymać „dobrowolną ofiarę” na skarb Rzpltej, która u duchowieństwa katolickiego wynosiła nieraz więcej, niż sejm był wymagał. Popów trzeba było opodatkować. Zważywszy ich niemajętność, kazano im płacić tak samo, jak od kmiecych łanów, po złotemu od włóki. Ale były parochie, gdzie popi nie mieli ani ról, ani kmieci osadzonych na nich: płacili tedy od dochodów swoich po dwa złote rocznie, a protopopi po cztery złote.

  

  


3.  Brakteat - pieniążek tak cienki, iż stempel da się wybić tylko po jednej stronie.

4.  Julian Dunajewski: „Słowo o zasadzie bicia monety Mikołaja Kopernika", Kraków 1873.

5.  Pawiński Adolf: Skarbowość w Polsce za Stefana Batorego, str. 92.

 


| Poprzednia część | Góra | Strona główna | Następna część |