Ojczyzna.pl

 BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO

   

   

  

  

  

  

   

   

Feliks Koneczny

  

Państwo i Prawo w Cywilizacji Łacińskiej

Zasady prawa w Cywilizacji Łacińskiej (1-3, 9)

  

 

       

       

   

   

I

OKREŚLENIA

   

Jak podać definicję prawa, skoro wyraz ten posiada tyle znaczeń!

 

Można mieć prawo do czegoś, czego prawo wręcz odmawia; tj., może się coś należeć według wszelkiej słuszności, ale i przeciwi się temu prawo pisane, obowiązujące lex lata; a zatem prawo może być w sprzeczności ze słusznością, z etyką, czyli po prostu może być bezprawiem. Bywają nawet takie czasy, iż bezprawie staje się regułą, a zawsze jest odziane w szatę prawa. Słownik prawniczy mieści w sobie prawość, prawność, prawniczość, bezprawność i bezprawie. Ponieważ zaś jurisprudentia wymaga nieprzerwalności prawa, więc prawnik ustawi w szereg  wszelkie prawo i prawem staje się choćby zniesienie wszelkiego prawa. Definicja musi objąć to wszystko, cały ten taniec prawa wraz z maskaradą, wszystkie dodatnie i ujemne strony prawniczości i prawnictwa, musi pomieścić w sobie tak prawo kroczące w parze z prawością, jako też pogrążone w nieprawości, bo ono także jest prawem. W określeniu muszą się zmieścić tak oderwane strony prawa, jako też paragrafiarstwo. Niejeden prawnik powie zresztą, że właściwie to dopiero jest prawem, co jest zakute w paragrafy. Wobec tego definicja nie może wypaść górnie.

 

Prawo jest to system nakazów i zakazów, ustalający stosunki ludzkie. Gdzie są prawa, tam zachodzi przewidywanie, toteż trwałość jest nieodzownym przymiotem prawa. Inaczej nie zdołano by ustalić stosunków ludzkich, a bez stałości warunków bytu nie da się bytu urządzić. Prawo jest tedy ciągłe i obowiązuje stale bez jakichkolwiek przestanków, bez pauz. Prawo bywa z reguły wydawane na czas nieograniczony, z domniemaniem, że na zawsze. Gdyby nie to stosunki ludzkie byłyby wciąż zależne od przypadku i byłyby tylko przygodnymi, a nie ustalonymi.

 

Bez domniemania, że prawo jest czymś stałym, ogarniającym całą przyszłość, nie byłyby się mogły wytworzyć żadne zrzeszenia ludzkie. Toteż wyjątkowo tylko wydaje się prawa na czas ograniczony, z oznaczonym terminem, a stanowi to właściwość przepisów tylko drugorzędnych.

 

Prawo nie obejdzie się bez sankcji prawnych. Jest to przymus przeciwko nieposłusznym.

 

Nakazy i zakazy mają genezę dwojaką. Mogą pochodzić z dobrowolnego porozumienia interesowanych celem obrony ich interesów, lecz bywają tekże narzucone  interesowanym przez jakiś czynnik zewnętrzny, dysponującym przymusem.

 

Nazwijmy te dwa rodzaje: prawem wyłonionym i narzuconym. Prawo narzucone okazuje zaś (wnosząc z doświadczenia) trojakie odmiany: może powstawać z życzliwości dla interesowanych: może być zgoła obojętne dla ich interesów, tkniętych przygodnie z przyczyn dalekich od wglądu w te interesy; nadto może być wprost nieprzyjaznym dla interesowanych i układanym umyślnie, by szkodzić ich interesom.

 

Niektórzy poprzestają na stwierdzeniu, jako prawo jest przejawem siły. Prawo nie obejdzie się bez sankcji, ani sankcja bez siły, łatwo więc o pokusę do wnioskowania opacznego. Wszelkie prawo byłoby tedy właściwie prawem silniejszego, a gdy przyjdzie jeszcze silniejszy, powstanie automatycznie nowe prawo według jego woli.

 

Bywa tak, lecz co to jest za prawo, i czy można przyjąć naukowo, że stanowi to istotną praw cechę? Z faktu, że siła może dyktować prawo, nie wynika wcale, żeby prawem miało być tylko to, co jest przejawem siły. Wśród rozmaitych rodzajów prawa jest i taki, ale to chorobliwy nowotwór. Nie można uznać prawa za igraszkę sił fizycznych, ażeby zniknęła wszelka powaga, żeby została tylko pięść. Kto bowiem uznaje, że prawo jest wynikiem siły, ten w konsekwencji uznaje prawo pięści. Nie można uważać za prawo do nadużycia prawa.

Toteż musi się odróżniać „mala in se” od „mala, quia prohibita”. Znaczy to, że mogą być rzeczy i sprawy, które są prohibita, lecz wcale nie mala. Zakazanym może być samo nawet Dobro. Działanie zaś terroru ocenił już św. Augustyn w te słowa: „Qui ex timiore facit praceceptum, aliter quam debeat facit et ideo iam non facit”.

 

Prawo może być tedy dobroczynne i złośliwe, pożyteczne, szkodliwe nieświadomie, lecz świadomie może być złem umyślnym. Jak w tym wszystkim doszukać  się czegoś wspólnego?

 

Jakimkolwiek jest prawo, zawsze nakłada odpowiedzialność. Wobec prawa nieprzyjaznego interesowanym, ci interesowani są odpowiedzialni za to, żeby postępować zgodnie z prawem tj., szkodliwie przeciwko sobie. Zło prawem usankcjonowane zakazuje czynić dobrze i pociąga do odpowiedzialności za postępowanie zgodnie ze słusznością.

 

Poczucie odpowiedzialności jest zaletą najwyższej wartości moralnej, ponieważ istnienie prawa na niej się opiera, a zatem prawo byłoby największą szkołą tej cnoty, gdyby samo prawo zawsze było cnotliwe. Jeżeli bezprawie stanie się prawem, czy brać na siebie odpowiedzialność za posłuszeństwo prawu jakimkolwiek ono jest, czy też raczej bywa się odpowiedzialnym za to, że się robi dobrze wbrew prawu, naruszające prawo? Ludzi uczciwi słuchają złych praw tylko pod groźbą przymusu, i to nawet ze znacznym ograniczeniem; są wypadki, że ponosi się śmierć za nieposłuszeństwo prawu i ponosi się ją chętnie. W Polsce wypadki tego rodzaju są nawet pospolite…A zatem bywają takie komplikacje z prawem, iż jest się moralnie odpowiedzialnym w kierunku przeciwnym, żeby przeciwić się prawu.

 

Miewa się prawo do burzenia prawa; co więcej, ma się obowiązek opozycji.

 

Tak dalece prawo rozwinęło się w istną dziedzinę kołobłędu.

 

Gdy dochodzi do tego, że jest się odpowiedzialnym za zrzucanie z siebie odpowiedzialności, natenczas kurczy się dziedzina poczucia odpowiedzialności. Jeżeli stosunki tego rodzaju trwają dłużej, a obejmują znaczne dziedziny życia, natenczas musi po pewnym czasie nastąpić z tego skutek taki, iż poczucie odpowiedzialności będzie coraz bardziej słabnąć i będzie się raptownie zmniejszać ilość osób, rozumiejących wartości i godność tej zalety, która staje się cnotą publiczną, gdy jest  praktykowana dobrowolnie.

 

Dobrowolność prawa narzuconego?

 

Odpowiedzialność narzucona?

 

Poczucie odpowiedzialności szerzy się i doskonali tylko przy prawie wyłonionym, przy narzuconym ginie.

 

Prawo prawu nierówne; może przyczyniać się do pomnażania cnót lub hodować zbrodnię, przewrotności, zakłamanie. Skoro prawo może mieć skutki dodatnie lub ujemne, należy stwierdzić, że istnieje prawo dwojakie: dodatnie i ujemne.

 

Ujemnym jest wszelkie prawo, narzucające odpowiedzialność na korzyść zła.

 

Dobro i zło nie są pojęciami prawnymi, lecz etycznymi. Prawo staje się nieuchwytnym w swym kołowaniu; chcąc je osadzić, musimy uciec się do środków pomocniczych spoza prawa. Nie wybrniemy z zawikłań, powodowanych prawem nieprawości, nie zdołamy zbudować teorii prawa, jeżeli nie wciągniemy etyki w całe zagadnienie.

 

Prawo musi być rozważane i osądzane ze stanowiska moralności, albowiem winno być służką etyki.

 

Możliwość używania prawa ku bezprawiu stanowi dowód wolnej woli ludzkiej.

 

Człowiek może wszystkiego używać na dobre i złe; nie ma rzeczy tak dobrej, z której nie zdołałby zrobić narzędzia zła. Prawo i bezprawie mieszają się najzupełniej prawnie, ilekroć człowiek tego zapragnie. O jeden dowód wolnej woli więcej.

 

Parodia prawa nazywa się także prawem! Gdybyż prawne bezprawie było czymś rzadkim, czymś wyjątkowym! Skoro atoli zajmuje ono w dziedzinach prawniczych miejsca dużo, a coraz więcej, skoro są w Europie kraje, w którym prawem obowiązującym jest już niemal samo tylko bezprawie, nasuwają się poważne wątpliwości, czy używanie tego samego terminu dla rzeczy i spraw wręcz sobie przeciwnych i wykluczających się wypada tolerować nadal. Utrudnia się przez to należyte wyrażanie myśli, i traci się czas na wyjaśnienia, co w danej chwili rozumiemy przez „prawo”; czy ma to być na prawo czy na lewo? Trzeba raz wreszcie powiedzieć wyraźnie, że uznajemy za prawo tylko to, co zgodne jest ze słusznością, a „prawo” niesłuszne nie jest prawem. Na ten dział ustawodawstwa trzeba osobnego terminu. To wszystko, co jest nikczemnym podszywaniem się pod prawo, będzie w tej książce nazywane „blumizmem”.

 

Wszelkie działania człowieka – uczciwego i rozumnego – winno mieć na celu, żeby powiększać sumę dobra, a pomniejszać ilość zła; torować ścieżki dobru, a utrudniać drogę złu.

 

Celem prawa również służba dobru, a zatem najbliższym jego celem zwalczanie blumizmu. Prawo nie tylko nie może być złączone w jedną całość z blumizmem, lecz winno blumizm tępić. Tego dotychczas niestety nie czyniło;  co gorsza, przyczyniało się do hodowli tego chwastu prawniczości.

 

Filozofia prawa dotrze zapewne do tego, żeby prawniczość była li tylko narzędziem prawości.

 

Trzeba nam zbadać stosunki prawa do etyki, do słuszności, roztrząsać źródła prawa, genezę jego i następne formy rozwojowe, a pytać o prawa wieczyste i powszechne, o prawo natury, o uprawnienie do stanowienia praw itd., słowem, określić uprawnienie prawodawstwa, jego metody i cele. Cały ten szeroki zasięg pracy oby dojrzewał w służbie Prawdy w towarzystwie wszystkich innych nauk, z których każda w swym zakresie również zmierza do tego samego ideału.

  

    

    

II

WOBEC CYWILIZACJI

 

Trzonem całej historii powszechnej jest zagadnienie cywilizacji. Cywilizacja jest to metoda ustroju życia zbiorowego. Prawo stanowi w nim czynnik pierwszorzędny i jest z natury rzeczy częścią metody, jak najbardziej znamienną. Każda cywilizacja ma swoje pojęcia o prawie i wysnuwa z nich odrębne systemy prawne.

 

Cywilizacji jest ilość nieograniczona. Są rozległe i drobniejsze, zupełne i defektowne, kwitnące i tknięte niedorozwojem, historyczne i bez znaczenia dla historii itd., itd.

 

Jakaś metoda ustroju życia zbiorowego istnieje wszędzie, a więc wszędzie jest jakaś cywilizacja. W Europie są cztery: łacińska, bizantyńska, żydowska i turańska, a wszystkie cztery rozsiadły się w Polsce (w zachodniej Europie brak turańskiej).

 

Ponieważ odmienność cywilizacji polega w znacznej częsci na przeciwieństwach, nie można tedy być jednocześnie cywilizowanym na dwa sposoby (a tym mniej na sposobów kilka). Nie ma syntez cywilizacji. Jakżeż dojść do syntezy, skoro w każdej cywilizacji inna metoda, inne cechy i zasady? Czyż można za jednym razem pielęgnować rozmaitość i wprowadzać jednostajność? Tłumić rozwój społeczeństwa i przyznawać mu swobodę? Krzewić personalizm i tępić go równocześnie? Urządzanie życia zbiorowego jednocześnie według rozmaitych metod jest  absurdem. Aut-aut.

 

Tyczy się to wszelkich zrzeszeń od małych do największych. Społeczeństwo, państwo, naród, nie mogą być cywilizowane na kilka sposobów; nawet państwo musi stanowić wyraz pewnej cywilizacji jeżeli ma zachować żywotność. Wszelka organizacja może się powieść natenczas tylko, gdy będzie cywilizacyjnie jednolita, z zachowaniem prawa współmierności, od którego nie ma wyjątków.

 

Trzeba się zdecydować, do jakiej się należy cywilizacji. Nie można być cywilizowanym jednocześnie na dwa sposoby.

 

Co więcej, być pożytecznym da się tylko w granicach pewnej cywilizacji. Istnieją granice pożyteczności, istnieją dla niej warunki. Ażeby być skutecznie pożytecznym, nie wystarcza chcieć. Pożyteczność względem danego zrzeszenia zawisła jest od trafnego przystosowania się do jego metody. Wiedzą o tym coś misjonarze, wiedzą lekarze. Ten sam zabieg medyczny wywołuje w rozmaitych rasach rozmaite reakcje. W ogóle zaś, ażeby pożyteczność była skuteczna, trzeba wszędzie dwóch stron: niosącej pożytek i przyjmującej go.

 

Przyjmuje się zaś pomoc tylko od takiego, który ma podobne zapatrywania na pożytek, na dobro materialne i duchowe; inaczej nastąpi wzajemne rozczarowanie.

 

Razem mogą chodzić tylko ludzie, dążący w tym samym kierunku; razem pracować można tylko tą samą metodą.

 

Nie brak amatorów, pragnących być pożytecznymi od razu całej ludzkości. Wiadomo zresztą, że o wiele łatwiej reformować ludzkość całą niż urządzić jedną gminę!

 

Nasłuchały się już wszystkie karczmy przydrożne argumentacji, jak to „egoizm ciasnych kółek rodzinnych” zawadza dobru publicznemu, odciągając takich „egoistów” od społeczeństwa! Jeszcze dalej, jeszcze wyżej; gdyby nie ciasny separatyzm narodowy, gdyby nie „tyrania nacjonalistów”, a jakżeż szybko zbliżałaby się „ludzkość” do doskonałości! Któż nie spotkał się z tymi sztucznymi problemami: rodzina czy społeczeństwo, patriotyzm czy kospopolityzm?

 

Czasem wydarzy się skostnienie młodości, i taki człowiek jest święcie po dziecinnemu przekonany, że byłoby przewinieniem ograniczać swą nadzwyczajną pożyteczność dla jednego narodu, skoro można obdarzać swą osobą ludzkość całą.

 

Niechajże arcyaltruiści tacy pomną, jako stopień pożyteczności nie zależy bynajmniej od rozległości terenu działania. Można, pracując dla jednej gminy zdziałać dla całego społeczeństwa bez porównania więcej od tych, którzy lubią stawać na czele państwa! Dowodem Albigowa i Liksów, cudne swego czasu oazy pośród pustyni ciemnoty i biedy. Właśnie, że pożyteczność lubi mieć miejsce ściśle oznaczone. Najlepiej zdziałać w jednym kółku coś dobrego, a będzie ono potem naśladowane. W taki sposób powstał ruch spółdzielczy i skautyzm; w taki sposób kasy Raiffeisena i Stefczyka. Nikt z twórców tych spraw naprawdę wielkich nie paradował na „ludzkość”.

 

Można operować tym pojęciem w poezji, w znaczeniu zresztą rozmaitym, stosownie do potrzeb kontekstu; lecz z nauki lepiej usunąć ten „termin”, bo nie nadaje się do żadnej ścisłości.

 

Albowiem „ludzkość” jest pojęciem czysto racjonalistycznym, pozbawionym związku z rzeczywistością, gdyż nie istnieje ani geograficznie, ani historycznie, ni ekonomicznie, ni duchowo. Trzeba tedy poprzestać na jakimś złomku tej ludzkości, bo inaczej nie zrobi się nic. Pracować trzeba dla jakiegoś zrzeszenia rzeczywistego, z czego w naszej łacińskiej cywilizacji najwyższym zrzeszeniem jest naród.

 

Cóż za naiwność przypuszczać, że narody powstały z rozdrabniania ludzkości! Przeciwnie, one się wytworzyły z łączenia zrzeszeń mniejszych we większe.

 

Gdyby np., zniknęły narodowe języki literackie, nie zająłby ich miejsca jakiś język „ludzkościowy” (esperanto itp.), lecz gaworzyłoby się wyłącznie po góralsku, po mazursku itp. Zresztą chociaż narody są tylko w cywilizacji łacińskiej, jednak nigdy nie zjawiło się żadne zrzeszenie ogólno-ludzkie.

 

O cywilizacji „powszechnej” roją się ludzie od wieków. Od kilkuset lat uważano się za taką cywilizację „europejską”, jeżeli poważni filozofowie, uważani swego czasu za wyrocznię, roili o rasie powszechnej, jednej i jedynej na całym świecie, a osiągalnej (ich zdaniem) przez mieszanie ras; jeżeli ludziom uczonym roi się język powszechny „ludzkościowy”, obmyślony sztucznie, jakżeż dziwić się wymysłowi „cywilizacji powszechnej”? Somnia vigilatium! Zabawne przy tym jest pojęcie cywilizacji „europejskiej”, skoro mamy w Europie cywilizacji cztery: ogólno-europejskiej nigdy dotychczas nie było.

 

Sprawy tyczące cywilizacji, nigdy dotychczas nie były studiowane systematycznie i tylko dzięki temu, a więc dzięki ignorancji, mogło powstać urojenie, jakoby zanosiło się na cywilizacje „powszechną”, mającą powstać z „krzyżownia się” cywilizacji obecnie istniejących. Ogół inteligencji mniema, że wyższy szczebel cywilizacyjny osiąga się naprawdę przez owo „krzyżowanie”. Im więcej tedy cywilizacji znajdzie się w jakimś kraju, tym lepiej, bo w tym wyższa rozkwita tam cywilizacja, dzięki krzyżowaniu?

 

Spróbujmy przyprzeć tę tezę do muru konsekwencji. A więc na czele „ludzkości” cywilizowanej kroczą rozłogi państwa rosyjskiego posiadając aż siedem cywilizacji: po stronie europejskiej turańska, łacińska, żydowska i bizantyńska, a nadto w Eurazji i w Azji arabska, chińska, bramińska. Drugie miejsce przypadłoby Indiom, które mają u siebie o jedną cywiliazcję mniej (brak im bizantyńskiej). Na trzecim miejscu stałaby Polska ze swymi czterema cywilizacjami, a zwłaszcza jej prowincje wschodnie.

 

Pozostała „reszta” Europy może się pochlubić tylko trzema cywilizacjami: łacińską, bizantyńską i żydowską.

 

Krzyżują się aż nadto, lecz nigdzie ni śladu jakiejś cywilizacji nowej a wyższej, albowiem synteza jest tu niemożliwością. Nastaje tylko mechaniczna mieszanka cywilizacyjna, coś nieżywotnego. Chcąc pogodzić jakimś kompromisem sprzeczne poglądy na dobro i zło, dochodzi się do wniosku, że nie ma ani dobra ani zła („jesseits des Guten und Bosen”) i przygotowuje się stan acywilizacyjny. W Rosji „krzyżowanie” skończyło się na nihilizmie i bolszewizmie, w Polsce na piłsudczyzmie, w Niemczech na hitleryzmie, we Francji na pacyfizmie armii złożonej z jedynaków, w Hiszpanii na podpalaniu kościołów, we Włoszech na wyniesieniu zaborczości ponad wszelkie ideały. Cała Europa choruje od dawien na mieszankę cywilizacyjną; toteż w całej Europie cywilizacja upada. Od trzynastu z górą lat zmierza się w Europie do stanu acywilizacyjnego. Oto przyczyna wszelkich „kryzysów”.

    

    

    

 III

ETYKA A PRAWO

 

Są tedy dwa źródła prawa: etyka lub władza. Obydwa tkwią w samych zawiązkach jakiejkolwiek kultury, jakiegokolwiek ustroju życia zbiorowego, choćby najprymitywniejszego; tkwią w ustroju rodowym. Nie było zaś nigdy ani stadności, nie matriarchatu. Władza ojcowska była dożywotnia, tyczyła się synów, wnuków i prawnuków, skupiających się w ród pod zwierzchnością wspólnego przodka, który był właścicielem wszystkiego i wszystkich. W rodowej gormadzie, mogącej obejmować kilkadziesiąt głów, wytwarzały się normy wzajemnych stosunków, to jest poglądy na to, co jest godziwym, a co niegodziwym.

 

Etyka jest starsza od prawa. Prawo nie było potrzebnym, póki się nie wydarzyło przestępstwo; sankcje prawne nie mogły powstać wcześniej, aż gdy zaszła potrzeba, żeby niegodziwość poskramiać siłą. Musiała zaś powstać kwestia prawna, gdy okazała się jakaś wątpliwość etyczna. Prawo pierwotne rodzi się z etyki i rozwija się wraz z jej rozwojem, w miarę rozwoju stosunków.

 

Młodszość prawa jest atoli nieznaczna. Po śmierci założyciela rodu mogły się stosunki układać rozmaicie. Każdy z synów patriarchy stawał się sam patriarchą i właścicielem swego potomstwa i mógł się wyodrębnić w ród odrębny również atoli mogli pozostawać razem. Zachodziła potrzeba norm, kto ma być głową gospodarki rodowej i jak uregulować dalsze współżycie. Określono dotychczas sześć typów ustrojów rodowych, a zatem istniała rozmaitość praw.

 

Niegodziwością było świadome wyrządzanie szkody współrodowcowi. Obowiązki etyczne wobec członków innego rodu zaczęły się dopiero natenczas, gdy rody złączyły się w plemię. Powstaje etyka zrzeszeniowa, rozszerzająca się dalej z plemienia na ród. Żydzi rozciągnęli etykę na wszystkich współwyznawców. Nie miało się obowiązków etycznych poza własnym zrzeszeniem; powszechnym był tedy stan, który zowiemy etyką podwójną. Dopiero filozofia stoicka nie pozwalała postępować nieuczciwie względem obcych, zanim chrześcijaństwo uczyniło wszystkich ludzi bliźnimi.

 

Z nowych postulatów etycznych musiały powstawać nowe kierunki w prawie.

 

Lecz postulaty mogły nie znajdować uznania, a konflikt prawa z etyką sięga również do okresu rodowego. Nadużycia zdarzały się, zwłaszcza wyścigi uzurpatorskie do godności i władzy starosty rodowego (powstał tym despocji rodowej). Nie zawsze geneza władzy tkwiła w etyce. Zdarzała się władza, pochodząca z popełnienia niegodziwości, a prawo wydawane przez taką władzę mogło być bezprawiem.

 

Prawo wywodzące się od władzy, mogło być narzucone bez względu na poglądy etyczne, a towarzyszący takiemu prawu przymus prawny mógł być wcale nie uprawniony. Uprawnienie sprzeczne z etyką jest bezprawiem.

 

Atoli władza despotyczna niekoniecznie musi być tym samym bezprawną. Ludy ziemi wyznają po większej części emanatyzm i wierzą, że władza jest emanacją bóstwa. Wobec tego nie wolno jej się przeciwić ze względów religijnych. Władca zaś nie jest krępowany niczym. Wszelka zachcianka jego staje się prawem. Jest to zupełnie logiczne przy emanatyzmie, a ślepe posłuszeństwo stanowi elementarne wymaganie ematantycznego porządku w stosunku świata przyrodzonego do nadprzyrodzonego. W tym wypadku władza despotyczna nie jest narzucona, lecz wyłania się naturalnie ze systemu religijnego. Nie tylko surowsza władza, lecz nawet dziwaczna (jak np. Iwana Groźnego) może być nie tylko prawną, lecz najzupełniej prawą ze stanowiska danej cywilizacji.

 

Ze zmianą pojęć etycznych musi nastąpić zmiana pojęć prawniczych. Nigdy atoli przeciwnie; nigdy prawo nie pokieruje etyką. O ile prawo chce wytwarzać etykę, powstaje stan bezetyczny, amoralny a po pewnym czasie acywilizacyjny.

 

Słusznym może być tylko takie prawo, które wyłania się z wierzeń lub stosunków zainteresowanych i jest zgodne z ich wolą, z ich przekonaniami, czyli innymi słowy: prawo współmierne z cywilizajcją interesowanych.

 

Żadna cywilizacja nie uznaje gwałtu, jako źródła prawa; wszystkie stają oporem przeciwko prawu narzuconemu, nie wyłonionemu.

 

Musimy zacząć od odróżnienia tych dwojga „praw”, albowiem narzucone może pochodzić z nikczemnych gwałtów (np., od łupieżczego najeźdźcy), a więc ściśle rzeczy biorąc – może być nie prawem, lecz bezprawiem. Czyż można je stawiać obok siębie w imię np., nieprzerwalności prawa? Nieprzerwalność zachodzić może tam tylko, gdzie nie zmieniła się metoda. Właściwie przeto bezprawie stanowi przerwę w ciągłości prawa; a bezprawiem jest wszystko, co opiera się na gwałcie. Szwankuje tu terminologia prawnicza nie posiadając osobnego wyrażenia na bezprawie przebrane w szaty prawa. Jurysprudencja stawałaby się atoli nieraz współwinną nikczemnicą, gdyby prawo narzucone traktowała na równi z wyłonionym. Zawody zaś prawnicze nie mogą się poniżać do tego, by wysługiwać się lada opryszkowi.

 

Przeciwieństwa prawa narzuconego a wyłonionego śledzić można w całej historii cywilizacji łacińskiej około hasła wolności. Granicę pomiędzy wolnością a przymusem określić nietrudno: wolność każdego kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność sąsiada. Adagium stare i powszechnie znane; kiedy powstało i od kogo pochodzi, nie wiadomo. Sądzę, że należałoby je uzupełnić określeniem roli przymusu. Przymus zaś ma stawać w obronie wolności tego sąsiada. O tyle przymus (sankcje prawne) jest potrzebny, uprawniony; poza tym staje się blumizmem.

 

 

(cd od słów: „Prawo wyłonione staje sie…” do końca rozdziału)

 

IV Prawo prywatne a publiczne

(Bez zmian)

V. Państwo a społeczeństwo

(bez zmian)

VI. Administracja

(bez zmian)

VII Biurokracja.

(bez zmian)

VIII. Państwo a dekalog

(bez zmian)

 

 

 

IX

Naród

 

Wytknęliśmy szereg przekroczeń  przeciwko łacińskim zasadom prawa, popełnianych tak przez państwo, jako też przez społeczeństwo. Pozostaje atoli jeszcze jeden rodzaj wielkich zrzeszeń.

 

Rozwój historyczny dokonywał się bowiem dalej, mianowicie w naszej cywilizacji łacińskiej. Ze społeczeństw wyłaniały się narody. Czyż osiągnięcie tego najwyższego szczebla mogło nie wpływać na stosunki społeczeństwa a państwa?

 

Wyraz „nation” oznacza w języku francuskim nie tylko to, co my zowiemy narodem, lecz zarazem państwo niepodległe, a zatem po prostu państwo narodowe. Po  upadku powstania kościuszkowskiego wyrażano nam z Zachodu współczucie, że przestajemy stanowić „nation”.

 

Nie każde społeczeństwo rozkwitnie na naród, gdyż dzieje się to wyłącznie w samej tylko cywilizacji łacińskiej. Państwo może istnieć bez idei narodowej, może nawet być antynarodowym; podobnież z drugiej strony może naród istnieć bez państwa, czego dowiedliśmy niestety własnymi dziejami.

 

Jeżeli państwo starsze jest od społeczeństwa, tym bardziej starszym jest od narodu. Nigdy atoli naród nie powstał z państwa (jak sądzą niektórzy uczeni niemieccy).

 

Związek rodzicielski zachodzi jedynie pomiędzy społeczeństwem a narodem. Z historii starszeństwa nie wynika jednak wyższość państwa nad społeczeństwo, tym mniej zatem nad narodem.

 

Naród stanowi zrzeszenie najwyższego rzędu, jest bowiem zorganizowaniem społeczeństwa do celów duchowych. Społeczeństwo i państwo zmieniają się w cywilizacji łacińskiej w narzędzia narodu i winny służyć jego celom, tego wymaga cywilizacja łacińska ze swą najwyższą zasadą supermacji sił duchowych. Państwo ma stanowić tarczę narodu i jego siłę fizyczną. Wywyższanie państwa ponad społeczeństwo, a cóż dopiero ponad naród, wiodłoby do cywilizacji bizantyńskiej. Kto jest jej zwolennikiem, niechaj to oświadczy jawnie.

 

W genezie państwa a narodu zachodzi ta zasadnicza różnica, że naród może wytworzyć sie tylko ewolucyjnie, a państwo rozmaicie, bo może być nawet pochodzenia zewnętrznego.

 

Naród nie może powstać z gwałtu. Jest to zrzeszenie bezwarunkowo dobrowolne. Przyrodzone związki krwi zatrzymują się jednak na powstawaniu z pokrewnych plemion pewnego ludu. Lud jest największym zrzeszeniem społecznym opartym ściśle na warunkach przyrodzonych, wrodzonych.

 

Nie było dotychczas przykładu, żeby jeden lud wytworzył odrębną narodowość dla siebie; nawet najmniejsze obszary narodowe składają się przynajmniej z dwóch do trzech ludów, z których każdy posiada własną mowę (narzecze; plemiona mają gwary). Minimalna przestrzeń wynagradza się w takich wypadkach niemal zawsze gęstością zaludnienia.

 

Dopiero z ludów może (nie musi) powstać naród. Ludy mogą być złączone w jedno państwo przemocą, lecz w jeden naród łączą się albo dobrowolnie, albo też całkiem nie wytworzą narodu. Przyjęcie wspólnego języka literackiego musi być dobrowolne. Tym bardziej nie da się wcielić nikogo przymusowo do pewnej cywilizacji. Cele duchowe nie dadzą się narzucić gwałtem.

 

Naród jest to zrzeszenie cywilizacyjne pokrewnych ludów do celów ponadmaterialnej walki o byt, a posiadające Ojczyznę i język ojczysty.

 

Tu nasuwa się pewna uwaga tycząca Polski.

 

Naród cały musi należeć bez najmniejszych zastrzeżeń do tej samej cywilizacji.

 

Jakżeż ma się życie zbiorowe w Polsce ułożyć w jakiś ład, skoro układa się według czterech metod? Robi się z tego nieustanne eksperymentowanie, ciągłe wstrząsy i wieczna niepewność. Na kronice naszej komisji kodyfikacyjnej znać aż nazbyt poczwórność nieświadomości, co dobre, a co złe. Kroniki zaś polityki wewnętrznej składają się z długiego szeregu „reorganizacji”, co jest niewątpliwie znakiem, że rządziciele są zdezorientowani. Reorganizowano bez ustanku wszystko, co tylko wpadło ministrom w ręce. Polska nie mogła nigdy być zorganizowana, bo się ciągle reorganizowała.

 

Trzęsie się ten polski rydwan, bo go szarpią siły działające w rozbieżnych kierunkach: ale nie rusza się z miejsca, gdyż żadna z tych sił nie uzyskała odpowiedniej przewagi. Ma tu zastosowanie stary przykład o wozie, do którego zaprzężono jedną parę koni z przodu, a drugą z tyłu, a każda ciągnie w kierunku przeciwnym. Do obrazu tego należy atoli dodać jedną poprawkę, a fatalną; do naszego rydwanu wprzężono jeszcze trzecią i czwartą parę koni, po jednej z każdego boku. Czy ten rydwan nie musi być wywrócony, a nawet rozszarpany?

 

Całej Europie przydałaby się dezynfekcja od pomieszania cywilizacji, lecz Polsce może najbardziej. Trzeba nawrócić do cywilizacji łacińskiej i przestrzegać jej zasad. Polskę należy urządzić i rządzić nią tylko według wymogów jej cywilizacji rodzimej, którą jest łacińska, a żadna inna. Tylko w zakresie tej cywilizacji można być Polsce pożytecznym.

 

Naród nie może się wytworzyć inaczej, jak tylko z ludów pokrewnych, lecz do narodowości juz wytworzonej i historycznie rozwiniętej, mogą się przyłączać (oczywiście dobrowolnie) ludy także nie pokrewne, lecz sąsiednie.

 

Nie wszystkim ludom danym jest wytworzyć naród. Przyczyny tego faktu leżą daleko poza tematem ninijeszego dziełka. My tu musimy poprzestać na stwierdzeniu, że tak jest. Np., lud Kornwalski zaginął całkiem, potomkowie jego rozpłynęli się w narodzie angielskim; lecz Walijczycy istnieją dotychczas. Posiadają swój własny język, a jeżeli kto z nich zechce szczupłą Walię uważać za swoją ojczyznę, żaden Anglik nie rozgniewa się o to. Czy jednak Walijczycy sami, bez Anglików, zdołaliby zorganizować się należycie do celów ponadmaterialnej walki o byt? Ponieważ w bycie ziemskim duch musi oprzeć się o ciało, kategorie ponadmaterialne zależą pod wieloma względami od materialnych. Primum vevere, deinde phioosophari. Wyobraźmy sobie Walię jako odrębne państwo, odgrodzoną od Anglii paszportami, cłami, kwestiami przynależności, odrębnym prawem małżeńskim, spadkowym i wekslowym, osobną monetą i armią itd. Nie ma takiego Walijczyka, któremu uśmiechałaby się niepodległość! Dla nich przynależność do państwa angielskiego (na zasadzie równych z równymi) jest od dawnych już czasów czymś identycznym z niepodległością. Ich państwem jest państwo angielskie i dzięki temu, że są członkami mocarstwa tak potężnego, mogą sobie pozwolić na pielęgnowanie walijskich odrębności ludowych, dalecy od obawy, żeby im ktokolwiek chciał w tym przeszkadzać. Poprzestają na tym, że są ludem wolnym, nie krępowanym przez nikogo w niczym. Stanowią jeden z ludów angielskiego narodu i rozumnie na tym poprzestają.

 

Nasuwa się uwaga, że gdyby Anglia w przeszłości nie była sprawowała rządów nad Irlandią sposobami niemoralnymi, Irlandczycy też staliby się jednym z ludów narodu angielskiego. Nierozumna polityka zmusiła ich dążyć nie tylko do niepodległości państwowej, lecz do moralnego odtwarzania zatraconej już narodowości, bez względu na ogrom kłopotów i ciężarów, wynikających z tego nieuchronnie.

 

Rzućmy spojrzenie na mapę Francji i uprzytomnijmy sobie (dla przykładu) Normandię i Bretonię. Krainy te posiadają własne języki, obyczaj odrębny i wiele odrębności w prawie zwyczajowym. Coraz tam więcej takich, którzy twierdzą, że np. Bretonia jest ich ojczyzną, na co każdy Francuz (w przeciwieństwie do Anglików) rzuca się z oburzenia. Twierdzą, że musi się koniecznie trzymać te ludy w ryzach, dozorując nawet używanie ich języków, bo inaczej Francja mogłaby się rozpaść. Boją się „separatyzmów”. Czyż jednak Normandia mogłaby rozporządzać kiedykolwiek własną armią przeciwko francuskiej? Czyż Bretonia mogłaby (i chciałaby) prowadzić z Francją wojnę cłową? Obawy o całość państwa Francuskiego z tej strony są śmieszne, dopóki rząd centralistyczny nie wymusi na tych ludach, że pójdą śladami Irlandii. Co jednak tam zwróciło się przeciw Anglii, to samo tutaj wyszłoby jej na korzyść, albowiem pod zwierzchnictwem angielskim Bretończycy i Normanowie staliby się od razu ludami zupełnie wolnymi. Dziwić się trzeba, że Francuscy statyści tego nie widzą. Jeżeli jednak pozostawi się tym krainom całkowitą wolność, nie będzie nigdy pytania, czy oni są Francuzami. Oni sami z własnej woli i we własnym interesie uznają się być ludami narodu francuskiego. Będą woleli być synami Francji niż Anglii.

 

Albowiem narodowość nie jest bynajmniej czymś danym z góry, nie jest siłą jakąś wrodzoną każdemu żywiołowi etnograficznemu. Dopiero Historia wytwarza narody i to w samej tylko cywilizacji łacińskiej. Jest to dziedzictwo w starożytnej cywilizacji rzymskiej, wznowione, kiedy nasza cywilizacja łacińska osiągnęła już wysoki szczebel rozwoju. Najstarszym jest poczucie narodowe polskie, a jednak poczynało się dopiero około połowy XIII wieku na kaliskim dworze księcia Bolesława Pobożnego, a ustaliło się, stężało aż po koronacji Władysława Niezłomnego (Łokietka) 1320 r.

 

Francuskie poczucie narodowe datuje się dopiero od św. Joanny d’Arc (1429-1431). Był jednak geniusz, który nosił w sobie ideał narodowy wcześniej: Dante (1265-1321), a ideał jego szerzył się na Półwyspie Apenińskim. Nie spełnił się jednak i Włosi dopiero w XIX wieku stawali się narodem.

 

 Przyczyny tego szczególnego opóźnienia sięgają w głąb kwestii o stosunek społeczeństwa a państwa tak dalece, iż należy się im chwila uwagi.

 

Włosi w XV wieku byli już świadomi tego, jako stanowią jeden naród i dążyli do zjednoczenia wytrwale, ofiarnie, często namiętnie. Wmawiano w siebie, że ten i ów ród kondotierski, powołany jest do tego, ażeby pokonawszy współzawodników, rozszerzając własne panowanie, dokonał wreszcie zjednoczenia Italii. Wybaczali chętnie upatrzonemu kondotierowi najohydniejsze zbrodnie, rozgrzeszali go w imię Ojczyzny; nawet go kochali, delektowali się zbrodniarzem, jeżeli w nim upatrywali zbawcę Włoch. Wybitni mężowie kryli zbrodnie takiego księcia-kondotiera, a gdy się zataić nie dały, usprawiedliwiali je. Jakżeż im bowiem zależało na tym, ażeby ten, którego mieli za męża opatrznościowego, miał zwolenników w całych Włoszech! Szły w ten sposób w służbę kondotierów silne charaktery, tęgie umysły i wielkie serca Włoch; a za przykładem tych najlepszych, szły tym chętniej, śmielej i dalej rzesze karierowiczów i żołdaków kondotiera, dzielące się łupami w opanowanej dzielnicy. A kiedy po pewnym czasie zadomowił się system kondotiersko-książęcy, wtedy owi najlepsi stawali się książętom niepotrzebni.

 

Książęta przestali też udawać patriotów.

 

Bezsilnym jest zło w życiu zbiorowym, dopóki nie urządzi z siebie imitacji dobra, ażeby wyłudzać współpracę przyjaciół dobra. Nie ma też takiego sobka w życiu publicznym, który by nie udawał ofiarnika; nie ma gwałtownika, który by nie chciał uchodzić za szafarza wyższej sprawiedliwości. Zdzierstwo, bezprawie, terror, każą się uważać za zrządzenia i zarządzenia opatrznościowe; powodzenie ich zależy zaś od tego, czy imitacja się uda. Klasycznym krajem i okresem tych prawd jest renesans włoski.

 

Odkąd uksiążęceni kondotierowie nie potrzebowali niczego udawać, nastały typowe rządy niesumiennych zdobywców. Doszło do tego, iż ludności stawało się obojętnym, czy swój czy obcy panuje prawem miecza. Gdybyż to tylko o miecz chodziło! To byli truciciele, zbóje, skrytobójcy.

 

Na miejscu ideału zjednoczenia Włoch wyrósł z czasem legitymizm dynastyczny potomków kondotierów. Zbrodnią polityczną stawała się dążność do zjednoczenia. Nie było zresztą na całym półwyspie nigdzie hufca zbrojnego, który by chciał służyć idei przebrzmiałej. Siły zbrojne we Włoszech nie były włoskimi. Najpierw stanowiły wojska prywatne, osobiste wojska kondotierów, potem składały się w znacznej części z cudzoziemców, aż w końcu górę wzięli pod Apeninami cudzoziemscy władcy. Kto miał wojsko swoje własne, mógł sobie na półwyspie wykroić państwo. Włochy stały się dla Europy pojęciem geograficznym, w narodowość włoską niekt nie wierzył. I tak zostało aż do wielkiego Cavoura, aż do pierwszego uczciwego statysty.

 

Zbawieniem dla Włochów stał się rozkwit literatury i sztuki, bo inaczej nie mieliby na czym oprzeć ducha i byliby może już w XV w., znikczemnieli. Pomimo jednak tylu i tak wielkich artystów i poetów, ogół włoski wykoleił się tylko wolniej i później.

 

Przez szereg pokoleń żołnierz we Włoszech przywykł mieć tylko wodza, a od wodza oczekiwał zysków materialnych. Co za horrenda, czyta się o tym w źródłach historycznych! W życiu cywilnym odpowiednikiem tego było dworactwo i szał zmysłowego użycia. Zbrodniczość zaś, ustaliwszy się z góry, spopularyzowała się i przeszła na ogół. Trucizna i sztylet napierw zyskiwały prawo obywatela na dworach książęcych kondotierów, dopiero znacznie później dotarły do „brigantów”. Przykład szedł z góry, aż wreszcie i „prywatnemu” człowiekowi zechciało się poprawić sobie los tą samą drogą, na jakiej panujący doszedł kiedyś do tronu, a dynastia utrzymywała się przy władzy. Terroru władców i zbirów „państwowych” prostym potomstwem był terror zbirów niższego szczebla, którzy już nie troszczyli się o władzę. Wreszcie bandytyzm miał się stać na przeszło sto lat plagą i hańbą Włoch, a zaczął się od kondotierów na tronach, którzy byli pierwszymi bandytami.

 

W dalszym rozwoju myśli politycznej włoskiej wyłania się u nich „egoizm narodowy”. Nie Włosi go jednak wymyślili, chociaż powszechnie uważa się to hasło za włoski pomysł, gdyż Włosi najgłośniej je wywoływali, najgłośniej z nim wojowali.

 

Ci, którzy to obmyślili, sprawowali się przy tym po cichu, a za to stosowali zasadą wszechstronnie, a bezlitośnie od dawna, zanim ją opiewał d’Annunzio. Egoizm narodowy jest wynalazkiem angielskim. Anglicy go jednak nie popularyzowali przed Europą; to przypadło Włochom. Nasz Adam Czartoryski biadał jednak już w r. 1823 na tym, że miłość Ojczyzny wyradza się w egoizm narodowy.

 

Z całym zapałem do idei narodowej trzeba sobie powiedzieć, że naród nie może zamienić na cnotę niczego, co mamy za złe społeczeństwu lub państwu.

 

Nie może przeto być wszechwładnym, ani też nie może być zwolnionym od etyki.

 

Błędnym jest hasło egoizmu narodowego. Nader łatwo przemienić je na zasadę, że dla pewnego narodu dobrem jest wszystko, co szkodliwe dla drugiego, a nawet dla wielu innych narodów. Na tle patriotyzmu obmyślać, co by wyrządzić złego innym narodom? Gdyby we wszystkich narodach zakwitnęła ta specjalność, musiałoby się to skończyć zniszczeniem powszechnym, ruiną naszej cywilizacji łacińskiej, a zatem także zanikiem poczucia narodowego. Jeżeli narody będą wzajemnie czyhać na swe istnienie, muszą w końcu przestać istnieć.

 

Ten sam atoli byłby skutek, gdyby jeden naród zdołał narobić wszystkim innym tyle złego, iż osłabione, zdepatane, oddane w niewolę, nie tylko nie mogłyby tworzyć własnych państw, lecz ani społecznie się rozwijać, ani pielęgnować swych właściwości narodowych. Gdyby mogło się zdarzyć, iż by jeden naród pobił wszystkie inne, ów zwycięski zapadłby ciężko na rozstrój społeczny i obniżyłby swój poziom umysłowy. Taki naród musiałby się zamienić cały w żołnierzy i w urzędników-gnębicieli. Ani nawet najliczniejszy nie byłby dość licznym, żeby wydać z siebie w należytej ilości adeptów tych dwóch zawodów, niezbędnych do utrzymywania podbojów. Musiałoby zabraknąć, i to po krótkim czasie, głów i rąk do wszelkich zawodów prodkukcyjnych – a zatem nastąpiłby koniec społeczeństwa.

 

Tym samym zwycięscy tacy przestaliby sami być narodem. Tą drogą doszłoby się również do ruiny cywilizacji łacińskiej. Mogłaby się wytworzyć jakaś nowa kultura cywilizacji turańskiej, obozowej, opartej wyłącznie na sprzęcie wojennym.

 

Z jakiejkolwiek strony traktowalibyśmy „il sacro egoismo”. Zawsze w rezultacie wyjdzie ruina. Stosunki między narodami nie mogą polegać na egoizmach narodowych.

 

Ponieważ w każdej bajce jest coś prawdy, starajmy się wyłuszczyć ziarno prawdy z bajki samolubstwa narodów. Jest się obowiązanym służyć swemu własnemu narodowi i nigdy nie może zachodzić obowiązek, żeby służyć innemu. Naród własny ma zawsze i bezwarunkowo pierwszeństwo. Wynika z tego, że nadać się na służbę innego można dopiero natenczas, gdy już zaspokojone będą wszystkie możliwe potrzeby wszelkiego rodzaju i we wszystkich kategoriach bytu wśród własnego narodu: słowem, gdy wśród własnego narodu zabraknie już sposobności, żeby móc być pożytecznym i nie będzie nic do roboty dla patrioty. Kiedyż to może nastać? Doprawdy dopiero nazajutrz po sądzie ostatecznym! Co wywodziłem w ustępie o granicach pożyteczności w rozdziale II, to potwierdzają się tutaj, choć z całkiem innego punktu obserwacyjnego.

 

Nikt nie ma obowiązku poświęcać się dla dobra innego narodu. Nie będzie to egoizmem, że się pracuje około dobra własnego narodu. Grzech zaniedbania istnieć może tylko względem narodu własnego. W tak brzmiącym prawidle będzie „egoizmu narodowego” w sam raz.

 

Il sacro egoismo jest prawdziwie deprawacją narodu. Gdzie zachodzi fakt tego rozdziału, nastąpiło zarażenie się społeczeństwa od państwa, które zawsze bywało samolubem. Jakieś przeniesienie natury państwowej na społeczeństwo (naród) pewien rodzaj wywyższenia organizacji państwowej ponad narodową, powoduje widoczne zmechanizowanie się ustroju narodowego. Jest to wykolejenie, a przeciwnie narodowi tak dalece, iż zawiera w sobie na przyszłość groźbę upadku idei narodowej.

 

Wszakżeż państwo może bez niej istnieć i trwać w powodzeniu!. Lecz w takim razie nastąpiłoby wycofywanie się z cywilizacji łacińskiej, a zatem ogólny rozwój wstecz.

 

Państwo jest z natury swojej samolubne, gdyż jest zrzeszeniem do celów materialnych. Kiedy Polska w XV wieku przystępowała do lig antytureckich, nie łączyło się to wprawdzie z widokiem żadnych aneksji, lecz opanowanie osad kupieckich od ujścia Dunaju otwarłoby dla nas Morze Czarne i bylibyśmy narodem bogatym, mogącym państwu dostarczać środków do rozwinięcia potęgi. A kiedy potem Jan III ruszał „ocalić Wiedeń i chrześcijaństwo”, nie wiódł pod sobą armii państwa polskiego, lecz wojsko ochotnicze rycerstwa przejętego pewną ideą. Przytoczyłem umyślnie przykłady takie, które mogłyby służyć doskonale za przykłady bardzo wysoko rozwiniętego altruizmy międzynarodowego. Tym dobitniej zaznacza się i w tej dziedzinie różnica społeczeństwa a państwa.

   

Szczególna rzecz, że hasła egoizmu narodowego i totalizmu państwowego szerzyły się równocześnie. Na ich dnie tkwią pewne zapatrywania na stosunek etyki a prawa. Obłęd wszechmocy państwowej oparty jest na zastąpieniu moralności przez prawo ustawodawcze. Zamiast, żeby prawo oparte było na etyce, zaczyna się coraz częściej etykę wywodzić z prawa; to będzie moralnym, co w prawie jest przepisane. W mieszance cywilizacyjnej pomieszały się te pojęcia, a w rezultacie cierpią i moralność i prawo, prawość i prawność. Egoizm narodowy wiedzie łatwo do pewnego nadużycia, mianowicie służyć może za wymówkę przy zaniedbywaniu etyki. A tymczasem mija powaga prawa, o słuszności przestaje się myśleć, a do krzywd, wyrastających z braku moralności w życiu publicznym, tak się już przyzwyczajono, iż coraz więcej osób przestaje je nawet odczuwać. Egoizm narodowy udzielił jakby sankcji najwyższej wszystkiemu, co ktoś zechce przedstawić, jakoby korzystne np., dla polskości. Pomysłów może być ilość nieograniczona i gdyby uznawano wszędzie „patriotyczną dyspensę”, skończyłoby się to na wyrzuceniu w ogóle etyki z życia publicznego – a więc na tym samym, co wydaje z siebie państwo totalne. Tą czy tamtą drogą (więc tym bardziej obiema równocześnie) dochodzi się do bezetyczności tak w państwie jako też w społeczeństwie, a zatem wprowadza się upadek moralności w narodzie.

  

Tak przy najlepszych nawet intencjach schodzi się na bezdroża.

  

 

KONIEC.

  

 

[Góra]  [Strona główna]  [Poprzednia część]

  

 

Dziękujemy "Jaśkowi z Toronto" za opracowanie elektroniczne tekstu