Ojczyzna.pl

 BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO

   

   

  

  

  

  

   

   

Henryk Sienkiewicz

  

  

W i r y

  

  

        

        

TOM I

(16-18)

        

 

XVI

  

Na świecie czynił się pierwszy brzask, gdy Władysław rozbudził się po przerywanym i trochę gorączkowym śnie. Czuł się nieźle, tylko paliło go pragnienie, począł więc szukać oczyma, czy nie ma przy nim kogoś, ktoby mu mógł podać wody, i spostrzegł pod oknem siedzącą pannę Anney. Musiała już czuwać od dawna, albowiem drzemała z dłońmi bezwładnie spoczywającemi na kolanach i z głową pochyloną tak nisko, że Władysław dojrzał w pierwszej chwili tylko jej jasne włosy, oświecone światłem zielonej lampy. Drgnęła jednak natychmiast, jakby przeczuwając, że chory się rozbudził – i mogło mu się zdawać, iż odgaduje jego myśli, gdyż, zbliżywszy się na palcach, zapytała:

 

– Czy nie podać wody?

 

Krzycki nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się i mrugnął oczyma na znak zgody, poczem, gdy mu podała napój, wypił chciwie, a następnie, objąwszy lekko swą zdrową ręką jej dłoń, przycisnął ją do ust i trzymał przy nich długo.

 

– Moja najdroższa ręka!... – szepnął.

 

I znów przycisnął wargi go jej dłoni.

 

Panna Anney nie próbowała nawet jej cofnąć, tylko drugą ręką wyjęła z niej szklankę i postawiła ją na szafce przy łóżku, sama zaś pochyliła się nad nim i rzekła:

 

– Panu trzeba spokoju... Ja zostanę tu, póki pan nie wyzdrowieje, ale teraz trzeba myśleć tylko o zdrowiu, tylko o zdrowiu. Głos jej brzmiał tonem cichej i łagodnej perswazji. Krzycki puścił jej dłoń. Przez czas jakiś poruszał ustami, ale nic można było dosłyszeć żadnego słowa, i widocznie osłabł ze wzruszenia, gdyż pobladł, a na czoło wystąpiły mu krople potu.

 

Panna Anney poczęła mu obcierać chustką twarz i mówiła dalej:

 

– Niech się pan uspokoi. Gdybym spostrzegła, że panu szkodzę, nie mogłabym tu przychodzić, a ja tak chcę być teraz przy panu. Ani słowa o niczem, póki nie pogoją się rany, ani słowa. Niech mi pan to obieca.

 

Nastąpiła chwila milczenia.

 

– Niech pani pójdzie spocząć! Ozwał się błagalnym głosem Krzycki.

 

– Pójdę, pójdę, chociaż wcale nie jestem zmęczona. Przez pierwszą połowę nocy siedział przy panu pan Groński, a ja spałam. Doprawdy, że nie jestem zmęczona – i wyśpię się jeszcze w dzień. Niech się pan stara usnąć. Trzeba nie patrzeć na mnie i zamknąć oczy, to sen sam przyjdzie. Dobranoc! – a raczej dzień dobry! – bo na świecie już dzień.

 

Jakoż na niebie różowiły się już i złociły zorze poranne, a słońce miało zejść lada chwila. Światło zielonej lampy mdlało coraz bardziej i zlewało się z blaskami dnia. Władysław, chcąc okazać, jak słucha każdego słowa swej umiłowanej opiekunki, przymknął oczy, udając, ze śpi, ale po pewnym czasie na korytarzu dały się słyszeć kroki i wszedł doktor w towarzystwie służącej panny Anney, na którą przychodziła kolej czuwania. Doktor zaspany był okrutnie, tak, ze zamiast oczu widać mu było tylko dwie szparki, otoczone nabrzękłemi powiekami – ale wesół i hałaśliwy, jak zwykle. Obejrzał bandaże, uznał, że opatrunki trzymają się dobrze, zbadał puls "chorego, znalazł, że wszystko w porządku; następnie pootwierał sam okna, by odświeżyć przesycone jodoformem powietrze. Pyszny poranek – mówił – co? Zdrowie z nieba leci. – Okna mam otwarte cały dzień. Jak tylko zaprzęgną, pojadę do miasta, bo mam chorych, którzy nie mogą czekać. Ale wrócę wieczorem i  przywiozę dozorcę do posług przy rannym...

 

Poczem zwrócił się do panny Anney:

 

– Niech tylko pani nie przyjdzie do głowy samej po mnie jechać. Ranny ma się doskonale i gorączki – ledwo tam, ledwo! Panią Krzycką zobaczę jeszcze przed odjazdem. Nie trzeba jej przez cały dzień puszczać z łóżka. – niech i jej kuzynki pilnują. Panu także zalecam łóżko. Oddychać można, wzdychać – nie. Ha! Wrócę koło piątej wieczorem – oczywiście, jeśli mi nie każą połknąć po drodze paru pigułek z socjalistycznej apteki. To modne teraz lekarstwo i trzeba przyznać, że działa szybko.

 

– Co się dzieje z matką? – zapytał zaniepokojony Władysław. Na to Szremski zwrócił się znów do panny Anney:

 

– Niech mu pani każe leżeć cicho, bo mnie nie słucha. Matka pańska nie ma piętnastu lat. Wczoraj zerwała się, zapomniawszy o reumatyzmach i osłabionym mięśniu sercowym, kładła pana do łóżka, czekała na mój przyjazd, była przy opatrunku – i dopiero, gdy dowiedziała się, że panu nic nie grozi – od razu: bah! Trzeba ją było położyć do łóżka. Z naszemi kobietami tak zawsze. To muchy nie kobiety! Ale matce nic. Zwykła reakcja po chwilowym napięciu nerwów. Gdy przyszła do siebie, kazałem jej leżeć i nie pokazywać się tu pod karą śmierci dla... pana. Tem jednem ją wstrzymałem. Inaczej tkwiła by tu przez całą noc. Teraz pilnują jej pańskie filigranowe kuzynki, które także omal nie poprzewracały koziołków. Miałbym czworo pacjentów w jednym domu. To żniwo – co?! Na szczęście znalazła się przynajmniej jedna dusza z innemi nerwami, która nie zemdlała poetycznie. Ha!

 

– Ależ gada! – pomyślał Krzycki.

 

Lecz doktor począł spoglądać z wielkim uznaniem na pannę Anney i mówił dalej:

 

– Rule Britannia! Aż miło patrzeć, jak mi Bóg miły! Co za zdrowie, co za nerwy! Przesiedziała od północy do rana – i nic! Jakby świeżo strząsnęła z siebie rosę? Powtarzam jeszcze raz: aż milo patrzeć! – i idę do stołowego pokoju, zobaczyć, czy mi nie dadzą kawy przed wyjazdem, bom głodny.

 

Ale przed odejściem rzekł jeszcze do panny Anney i jej służącej:

 

Pani niech idzie ze mną napić się przed snem czego ciepłego, a panienka niech siedzi przy panu Krzyckim. Trzeba mierzyć temperaturę i zapisywać. W razie czego dać znać panu Grońskiemu, któremu powiem, żeby tu zaglądał. Dowidzenia!

 

I puściwszy przed sobą pannę Anney, która na odchodnem uśmiechnęła się do rannego i powtórzyła: „dowidzenia!" wyszedł za nią. W stołowym pokoju zastali nie tylko kawę, ale dwie siostry, oraz Grońskiego i Dołhańskiego, gdyż w domu nikt się nie kładł. Pani Otocka i Marynia przesiedziały noc przy pani Krzyckiej, która zapadła ciężej, niż mówił synowi doktor, i tak nawet ciężko, iż była chwila wątpliwości, czy zbudzi się z długiego omdlenia. Obie „filigranowe" siostry były nadzwyczaj wyczerpane, a panna Marynia miała powieki koloru zupełnie liliowego. Groński chciał koniecznie, by doktor zbadał ją i zapisał jej coś wzmacniającego.

 

Lecz on, potrzymawszy ją przez chwilę za puls, rzekł:

 

– Przepiszę pani jako lekarstwo maksymę Konfucjusza, który powiada: „Jeśli prawdę chcecie wiedzieć, lepiej siedzieć niźli stać, lepiej leżeć niźli siedzieć, niźli leżeć, lepiej spać"

 

– Dobrze – odpowiedziała – ale po tem wszystkiem, co zaszło, nie wiem, czy  zasnę.

 

– To niech pani kto zaśpiewa: A! a! Kotki dwa, szare bure obydwa!" Byle nic siostra, bo siostrze zapisuję także to samo – aż do skutku!

 

Turkot bryczki przerwał dalszą rozmowę. Doktor połknął gorącą kawę i począł się żegnać. Dołhański wyszedł za nim, i siadłszy na konia, którego trzymał stajenny, oświadczył, że odprowadzi go przez las.

 

– Jeśli to dla mego bezpieczeństwa, to zupełnie niepotrzebne – rzekł doktor.

 

Ja co dzień jeżdżę konno – odpowiedział Dołhański – a prócz tego chcę zobaczyć, czy do jastrzębskich lasów nie przybyła znów  jaka majówka.

 

– Nie – rzekł, śmiejąc się doktor. – Myślę, że teraz nie prędko się pojawią. Oni mają w tych rzeczach pewną metodę. Wolą być i myśliwymi niż zwierzyną, a rozumieją, że teraz może przyjść do  obławy. Za jakiś tydzień lub dwa, gdy się dowiedzą, że zamach się i nie udał, trzeba się będzie mieć bardziej na ostrożności.

 

Kiedy Krzycki będzie mógł wyjechać?

 

– Zależy od tego, czy ma zdrową krew, a przypuszczam, że ją ma. Zresztą nie potrzebuje czekać w Jastrzębiu na zupełne wyzdrowienie. Sianem się wykręcił – nie ma co mówić. Bo gdybym był nie przyjechał tego samego dnia – mogło by przyjść do jakiego małego zakażenia. Ale tak, to aseptyka zrobi swoje. Ach ta Angielka, która patrzy niebieską mgłą! To mi kobieta – co? Wiesz pan, że ja w pierwszej chwili mało koziołka nie przewróciłem z oburzenia na panów, żeście jej pozwolili jechać w takich warunkach. Dopiero sama mi powiedziała, jak to było. Jeśli się w niej nie zakocham, to jestem marynowanym śledziem bez mleczka!

 

– Nie radzę – rzekł Dołhański – gdyż zdaje się, że na tym lądzie zjawił się już Wilhelm–Zdobywca.

 

– Sądzi pan! Może być! Może! I mnie to przychodziło do głowy.

 

– Czy dlatego, że angielska pruderia i angielski „shocking" poszły w kąt!

 

– Nie. Nie tylko dlatego. Pielęgnować rannych, to kobieca rzecz – i wobec tego,, shocking" musi iść w kąt. Nawet wczorajsza jej wyprawa dowodziła by tylko odwagi i energii. Ale przez tę niebieską mgłę przechodzą ku naszemu rannemu jakieś takie ciepłe promienie, że oj! To zresztą wcale nie przeszkodzi mi się zakochać. Skoro stary Dzwonkowski zakochał się w pańskiej małej kuzynce, to dlaczego ja nie miałbym sobie pozwolić.

 

– Tak samo mógłby się kochać w świętej Cecylii – rzekł Dołhański. Moja kuzynka to nie kobieta o dwóch nogach, ale symbol...

 

I nagle przerwał, albowiem usłyszał jakieś głosy, dochodząca z głębi lasu, i puścił ku nim konia.

 

– Jednakże ten klubowiec nie ma duszy na ramieniu – pomyślał doktor.

 

Ale alarm był próżny, gdyż byli to tylko chłopcy wiejscy, pasący bydło Doktor, który już zlazł z bryczki, ażeby w danym rasą   pośpieszyć Dołhańskiemu z pomocą, zobaczył ich niebawem krzakakami leszczyny. Po chwili ukazał się i Dołhański, wciskając w oko monokl, który mu wytrąciła jakaś gałązka, rzekł:

 

– To tylko niewinny wiejski obrazek: pastuszkowie i krowy w cudzym lesie – nic więcej.

 

Poczem pożegnał doktora i wrócił do domu. Panna Anney nie poszła jeszcze spać, gdyż zastał ją rozmawiającą z Grońskim i zajętą zwijaniem jodoformowej gazy. Na jego widok podniosła oczy i zapytała:

 

– Nic nowego w lesie?

 

– Owszem, zdarzyło się coś z doktorem. Postrzelony!

 

Na to zerwali się oboje z Grońskim:

 

– Co? Gdzie? W lesie?

 

– Nie! W Jastrzębiu – odpowiedział Dołhański.

 

 

XVII

 

Władysław zastosował się całym posłuszeństwem do zleceń panny Anney, ponieważ zdrzemnął się znów zaraz po jej odejściu i rozbudził się dopiero wówczas, gdy promienie słońca, które tymczasem wytoczyło się wysoko na niebo, padły na jego głowę,  Wówczas począł marszczyć czoło, poruszać brwiami i wreszcie, otrząsnąwszy się nawpół z drzemki, poprosił o spuszczenie rolety. – Czarnowłosa dziewczyna, zbliżywszy się do okna, chciała ją spuścić, ponieważ jednak uczyniła to zbyt skwapliwie i nie przytrzymała sznurka, przeto roleta opadła tak nagle, że wyrwała się całkiem z osady i runęła na dolną ramę okna. Wtedy dziewczyna, wstydząc się swej niezręczności, wskoczyła na krzesło, z krzesła na ramę i poczęła na nowo umocowywać roletę w kółkach. Krzycki patrzył na jej przegiętą postać, na wzniesione do góry ramiona i na czarny, zwinięty warkocz, niezupełnie jeszcze przytomnym wzrokiem, mrugając oczyma, jakby nie mógł przypomnieć sobie na razie, kto to jest –1 dopiero, gdy zeskoczyła z ramy. ukazując przytem zgrabne i pełne nogi w czarnych pończochach, rozpoznał, kogo ma przed sobą i rzekł:

 

– Ach to panna Polcia!

 

– To ja – odpowiedziała dziewczyna. – Przepraszam pana, iż narobiłam hałasu.

 

I zapłoniła się jak róża pod jego wzrokiem, a jemu przypomniało się, jak widział ją, przybraną tylko w niebieskie perełki wodne, więc spojrzał na nią z większą ciekawością i ozwał się:

 

– Nic nie szkodzi. Dziękuję panience za troskliwość przyczem poruszył na znak podziękowania leżącą na kołdrze ręką, ale, poczuwszy jednocześnie przejmujący ból, skrzywił się i syknął.

 

A ona siadła na brzegu łóżka, i pochylona nad nim, pytała z ogromnym niepokojem:

 

– Boli?

 

– Boli.

 

– Może co podać, może kogo zawołać?

 

– Nie, nie!

 

Przez pewien czas trwało milczenie. Władysław marszczył się, zaciskał zęby, poczem odetchnął głęboko i rzekł jakby z pewną złością:

 

– To mnie urządzili te gałgany!

 

– O, żeby tak wpadli w moje ręce! – odpowiedziała przez zaciśnięte zęby.

 

I taka niezgłębiona nienawiść rozbłysła w jej oczach, a cała 'twarz przybrała wyraz takiego okrucieństwa, że mogłaby służyć za wzór do twarzy Gorgony. Krzycki zdumiał się na ten widok tak dalece, że zapomniał o bólu.

 

I znów zapadło milczenie. Dziewczyna opamiętała się po chwili, tylko policzki pobladły jej tak, że ciemny meszek nad ustami zaznaczył się wyraźniej – i zaczęła wypytywać:

 

– Co zrobić, żeby panu ulżyć?

 

Głos jej brzmiał teraz taką troską serdeczną, że Krzycki uśmiechnął się do niej i odpowiedział:

 

– Nic, chyba pożałować.

 

A ona w jednej chwili zaniosła się spazmatycznym płaczem, rzuciła się twarzą na jego nogi i, objąwszy je ramionami, poczęła przez kołdrę całować. Kruczą jej głową i całym ciałem wstrząsało.

 

– Panienko, panno Polciu – wołał Krzycki i musiał powtórzyć to kilkakrotnie, zanim go usłyszała. Wreszcie podniosła się, i zakrywszy oczy rękoma, podeszla do okna, przycisnęła twarz do szyby i czas jakiś pozostała bez ruchu. Następnie jęła wycierać chustką oczy i poprawiać pospiesznie roztargane. włosy, jakby w obawie, by ktoś, wszedłszy niespodzianie, nie odgadł tego, co zaszło

 

Krzyckiemu zaś przebiegały przez głowę wszystkie chwile, w których się z nią stykał, począwszy od spotkania w ciemnej alei gdy powiedziała mu, że wilkołak tak nie wygląda, i od wizji w łazience, aż do rozmowy po owej wizji w szpalerze grabowym nad stawem. Przypomniał sobie, jak od owej pory rumieniła się, lub bladła naprzemian przy każdem spotkaniu na jego widok, jak spuszczała oczy i jak wodziła niemi za nim, gdy jej się zdawało, że on tego nie widzi. Krzycki brał to z jednej strony za następstwa wypadku w łazience, z drugiej za podziw dla swej urody. Podziw ów głaskał wprawdzie mile jego męską próżność, ale się nad nim nie zastanawiał, gdyż mając głowę zajętą samą panną Anney, niewiele się zajmował jej służącą. Teraz jednak zrozumiał, że jest to coś więcej, niż mizdrzenie się fertycznej pokojóweczki do ładnego panicza, i że ta dziewczyna zakochała się w nim bez pamięci i w sposób jakiś chorobliwy. Miłość jego do panny Anney była jednak zbyt głęboka i pochłaniająca zmysły, by miał się z takiego stanu rzeczy ucieszyć, lub przewidywać, że po wygojeniu się z ran będzie mógł w kawalerski sposób z uczuć dziewczyny skorzystać. Przeciwnie. Myśl, że mimo woli je wzbudził, wydala mu się przykra i uciążliwa. Przejęła go obawa, co z tego może wyniknąć. Przyszło nań jakby widzenie jakichś kłopotów, zajść i zawikłań, które tego rodzaju namiętność może zrodzić. Zrozumiał, że to jest ogień, z którym igrać lekkomyślnie nie można, że trzeba być ostrożnym i nie dawać żadnej zachęty. Postanowił też, mimo litości i sympatii, jaką dla dziewczyny w głębi serca odczuwał, unikać nadal wszelkich żartów, wszystkiego, co mogło ją do nie–. go zbliżać, spoufalać i wywoływać w przyszłości podobne do dzisiejszego wybuchy. Przyszło mu nawet przez głowę prosić pannę Anney, by jej więcej nie przysyłała, ale porzucił ten zamiar, spostrzegłszy, że taka prośba mogłaby wzbudzić niesmak, lub rzucić na niego cień śmieszności. Ostatecznie doszedł do wniosku, że przedewszystkiem należy nie wypytywać o nic dziewczyny, nie dać żadnych wyjaśnień, co znaczył ten wybuch, te łzy – i trzymać się zimno i z daleka.

 

Tymczasem dziewczyna, uspokoiwszy się pod oknem, zbliżyła się znów do łóżka i ozwała się pokornym, jakby złamanym głosem:

 

– Przepraszam pana. Niech się pan na mnie nie gniewa. On zaś przymknął oczy i dopiero po długiej chwili odpowiedział:

 

– Ja się, panienko, nie gniewam, ale potrzebuję spokoju.

 

– Przepraszam – powtórzyła jeszcze pokorniej. Jednakże zauważyła natychmiast, że on mówi jakimś innym tonem, bardziej suchym i zimnym niż poprzednio i ogromna niepewność odbiła się na jej twarzy, nie wiedziała bowiem, czy to jest chwilowe niezadowolenie chorego, który istotnie chce spokoju, czy też obraza panicza za to, że ona, dziewczyna służebna, ośmieliła się zdradzić ze swemi uczuciami. Bojąc się jednak narazić mu się w czem powtórnie zamilkła i, siadłszy na tem samem krześle, na którem siedziała panna Anney, wzięła z komody przyniesioną poprzednio robotę i poczęła szyć, spoglądając jednakże od czasu do czasu z wielkim niepokojem i jakby z bojaźnią na Władysława.

 

Krzycki rzucał również na nią ukradkowe spojrzenia i, widząc jej regularne, ale jakby z kamienia wykute rysy, mocno zakreślone brwi, ciemny meszek nad ustami i energiczny, niemal zacięty wyraz twarzy, myślał, że człowiekowi, który by rozbudził zmysły i uczucia takiej dziewczyny, łatwiejby było) pozawiązywać rozmaite węzły, niż je potem rozwiązać.

 

 

XVIII

  

Doktor, wbrew oczekiwaniu, nie przybył tego dnia z powodu nadmiaru zajęć i kilku ważniejszych operacyj, których musiał niezwłocznie dokonać. Przysłał natomiast młodego dozorcę szpitalnego, biegłego w opatrywaniu ran, oraz list, w którym prosił Grońskiego o oświadczenie paniom, by uważały odłożony przyjazd za dowód, że rannemu istotnie nic nie grozi. Władysław nierad był jednakże z tej wiadomości, albowiem rany dokuczały mu mocno i zwłaszcza obdarta kulą wzdłuż żebra skóra dawała mu się dotkliwie we znaki, a po wtóre matka jego czuła się gorzej. Powtórzyły się duszności, po których przyszło ogólne osłabienie, tak, iż mimo najgorętszej chęci nie mogła podnieść się z łóżka. Pani Otocka nie odstępowała jej cały dzień, a wieczorem miała ją zastąpić panna Anney, która jednakże, potrzebując spoczynku po ubiegłych wrażeniach i spędzonej bezsennej całej nocy, wysłana została spać przez obie siostry i pana Grońskiego. – Rolę gospodyni w Jastrzębiu objęta panna Marynia, albowiem chciała koniecznie być w czemś pożyteczną, a nie pozwolono jej zajmować się chorymi. Natomiast powierzono jej wszelkie klucze, zarząd domu, oraz narady i rachunki z kucharzem, którego się trochę bała i nie lubiła za to, że patrzył na nią jak na dziecko, które się bawi, nie jak na osobę, która rządzi. Nadrabiała też miną, pełną nadzwyczajnej powagi, ale swoją drogą „kochany pan", to jest Groński, musiał jej obiecać, że znajdzie się, niby wypadkiem, w czasie rachunków w tym samym pokoju.

 

Ponieważ, po przybyciu na trzeci dzień doktora, okazało się.  że stan władysława jest zupełnie pomyślny, a duszności pani Krzyckiej mijają i nerwy dochodzą do porządku, przeto nastrój ogólny w Jastrzębiu stał się spokojniejszy i weselszy. Dołhański rolę generalissimusa wszystkich sił zbrojnych jastrzębskich, a Groński rolę Wojskiego, poczęli spełniać z pewnym humorem. Szremski przywiózł też drugiego felczera, który odtąd miał zmieniać się codziennie z przybyłym poprzednio, co usuwało potrzebę ciągłego dozoru i zbytnich trudów dla pań miejscowych. Z takiego obrotu rzeczy był niezadowolony tylko Krzycki, rozumiał bowiem, że teraz panna Anney już nie będzie spędzała dni i nocy w jego pokoju, i że prawdopodobnie nie ujrzy jej aż do chwili, w której sam będzie mógł opuścić łóżko. Jakoż tak się stało. Kilka razy na dzień przychodziła pode drzwi, wypytywała o jego zdrowie, przysyłała przez dozorców, co było trzeba, a także „dobranoc" i „dzień dobry", ale do pokoju nie wchodziła. Władysław tęsknił, po cichu klął, zatruwał życie dozorcom, a gdy dowiedział się od Dołhańskiego, z jakim zachwytem Szremski odzywał się o pannie Anney, począł go posądzać, że umyślnie nasłał dozorców, by w ten sposób umyślnie utrudnić mu jej widywanie.

 

Pani Krzycka wstała czwartego dnia i, czując się znacznie lepiej, odwiedzała syna codziennie i przesiadywała u niego całe godziny. Władysław zadawał sobie nieraz pytanie, czy też ona domyśla się jego uczuć. I nie był pewien. Wiedzieli wprawdzie o nich wszyscy goście w domu, ale było możliwością, że ona jedna nie odgaduje nic, gdyż już na znaczny czas przed wypadkiem w lesie nie wychodziła prawie ze swego pokoju, skutkiem czego widywała ich rzadko razem. Krzycki zastanawiał się często nad tem, co mu należy uczynić: mówić z matką zaraz, czy odłożyć to na później. Za pierwszą myślą przemawiał ten wzgląd, że matka p6ki jest ranny i leży w łóżku, nie będzie śmiała wystąpić z surową opozycją z obawy, by nie pogorszyć jego stanu. Ale z drugiej strony takie wyrachowanie w sprawie, w której chodziło o umiłowaną istotę i o całe szczęście życia, wydawało mu się dziś marną chytrością. Myślał prócz tego, że wymuszać zgodę matki chorobą byłoby czemś ubliżającem i pannie Anney, przed którą drzwi domu jastrzębskiego i ramiona całej rodziny powinny się były otworzyli jak najszerzej i najradośniej. Ale powstrzymywał go jeszcze jeden wzgląd. Oto, mimo rozmowy, którą w swym czasie miał z Grońskim, mimo słów, zamienionych z panną, mimo jej troskliwości l poświęcenia, odwagi, z jaką nie zawahała się jechać po doktora i wreszcie mimo tych widomych oznak uczucia, które można było  wyczytać w każdem jej spojrzeniu, Krzycki jeszcze wątpił i nie chciał uwierzyć we własne szczęście. Był młody, niedoświadczony i zakochany nie tylko po uszy, ale i po studencku, więc pełen na przemian niepewności, nadziei, radości i zwątpień. Wątpił również i o sobie. Czasem czuł u ramion jakieś skrzydła, a w duszy chęć wysokich lotów i utajoną zdolność do czynów wprost bohaterskich, a czasem myślał: „Któż ja jestem, by taki kwiat miał paść mi na piersi? Są ludzie, którzy mają talent, są, którzy mają nauki inni miliony, a ja co? Jestem zwykły rolnik – szlachciura, którym cale życie będzie kopał jak kret ziemię – czy ja zatem mam prawo zaprzęgać do takiego życia, a raczej zamykać do podobnej klatki takiego rajskiego ptaka, który buja swobodnie po przestworzu na radość i podziw ludziom?" –1 ogarnęła go rozpacz. Lecz gdy wyobrażał sobie, że może nadejść chwila, w której ten rajski ptak odleci raz na zawsze, to patrzył na to ze zdumieniem, jak na nieszczęście zbyt wielkie, na które jednak nie zasłużył. Miewał wszelako i godziny nadziei, zwłaszcza z rana, gdy czuł się zdrowszy i silniejszy. Wówczas wspominając wszystko, co zaszło, od pierwszego jej przybycia do Jastrzębia i spotkania na pogrzebie Żarnowskiego, aż do tej ostatniej nocy, w której przycisnął do ust jej rękę, nabierał lepszej otuchy. Przecież powiedziała mu wówczas „ani słowa o niczem, póki nie pogoją się panu rany". Więc tem samem dala mu prawo powtórzyć jej w przyszłości, że mu jest droższa od całego świata – i oddać jej w ręce swoją dolę, swoją przyszłość i całe życie. Niech z tem robi, co chce.

 

A tymczasem matka przywyknie do niej, oswoi się z nią i przywiąże jeszcze więcej. I tak matczyne serce pełne jest podziwu i wdzięczności za to, co dla niego uczyniła, a z ust jej nie schodzą słowa: „Bóg ją tu zesłał!" – Krzycki uśmiechnął się na myśl, że jednak matka przypisuje poświęcenie i odwagę młodej dziewczyny nie jakimś gorętszym uczuciom, ale wyjątkowo poczciwemu sercu, oraz angielskiemu wychowaniu, potęgującemu energię zarówno mężczyzn jak i kobiet. Powtarzała też kilkakrotnie i jeszcze i pani Otockiej, że chciałaby wychować Anusię na tak dzielną kobietę, dać jej tyle sił, zdrowia i tyle miłości dla „bliźnich". Pani Otocka uśmiechała się także, słuchając tych pochwał, a Władysław myślał, że panna Anney może jednak nie dla wszystkich „bliźnich" uczyniłaby to samo – i ta myśl napełniała go szczęściem. Ostatecznie był prawie pewien, że matka zgodzi się na jego małżeństwo z panną Anney, ale chodziło mu o to, jak się zgodzi. I pod tym względem nie był zupełnie spokojny. Pani Krzycka była osobą, w stosunku do dawniejszych wymagań i pojęć, więcej niż średnio wykształcona, posiadała wysoką ogładę towarzyską, czytywała sporo książek, władała biegle językiem francuskim i włoskim, za młodych lat bywała za granicą, a jednak, tylko najbliżsi mogli wiedzieć, ile kryło się w niej narodowych i rodowych uprzedzeń i do jakiego stopnia wszystko, co nie było polskiem – jeśli zwłaszcza od biedy nie pochodziło z Francji, wydawało się jej niezwykłem, obcem, dziwacznem, a nawet i rażącem. Okazało się to wypadkiem, jeszcze przed zamachem na Władysława, gdy raz zobaczyła u panny Anney angielską książkę do nabożeństwa i, otworzywszy ją, spostrzegła modlitwy zaczynające się od: „O, Lord !..." Owóż należąc do pokolenia, które nie uczyło się jeszcze po angielsku – i zasiedziawszy się od całych lat w Jastrzębiu, pani Krzycka nie wyobrażała sobie inaczej „lorda", jak pod postacią długiej figury z żółtemi faworytami, przybranej w kraciaste ubranie i ku wielkiej  uciesze panny Maryni, żadną miarą nie mogła zrozumieć, jak można tak tytułować Boga. – Próżno Władysław tłumaczył jej, ze i po francusku i po polsku daje się Bogu analogiczne tytuły, uważała bowiem, że jest to zupełnie co innego – i wymogła na pannie Anney obietnicę, że będzie się modliła na polskiej książce, którą obiecała jej kupić.

 

Mogło wreszcie i to odgrywać swoją rolę, że panna Anney nie była prawdopodobnie szlachcianką. Krzycki obawiał się, że matka, nawet zgodziwszy się na małżeństwo, będzie w głębi i skrytości duszy uważać je jednak za mezalians. Myśl ta drażniła i gniotła go niepomiernie i była jednym z powodów, dla których rozmowę z matką odkładał aż do przyjazdu do Warszawy.

 

Jeszcze bardziej gniewał go przymus leżenia w łóżku, tak, że po trzech dniach, zapowiadał każdego wieczora, że nazajutrz wstanie, a gdy czwartego panna Anney z Marynią powiedziały mu przez drzwi „dzień dobry", wstał istotnie, ale dostawszy z osłabienia zawrotu głowy, musiał się położyć napowrót.

 

Miał się jednak coraz lepiej, tęsknił coraz bardziej i bezczynność dawała mu się coraz więcej we znaki.

 

– Dosyć mam już tego rozgadanego Szremskiego – mówił do Grońskiego – dosyć opatrunków i jodoformu. Zazdroszczę nie tylko panu, ale nawet i Dołhańskiemu, który zajeżdża mi po wertepach konie i podobno dociera nawet do Górek.

 

– Dociera – odpowiedział wesoło Groński – i co mi daje do myślenia, to, to, że czyni z tego tajemnicę i przestał ze mną o tych paniach rozmawiać.

 

Było to słuszne, ale tylko w połowie, gdyż Dołhański wpadał istotnie do Górek, ale natomiast niezupełnie przestał o tych paniach rozmawiać, albowiem nazajutrz, wróciwszy właśnie od nich, wszedł do pokoju Władysława, pachnący jeszcze koniem – i rzekł:

 

– Wyobraźcie sobie, że pani Włócka dostała rozkaz od jakiegoś komitetu z pod ciemnej gwiazdy, by wypłaciła pod karą śmierci tysiąc rubli na cele „partyjne".

 

– Masz tobie! – zawołał Groński. – ale teraz to zwyczajna rzecz. Kto wie, czy podobne rozkazy nie czekają na naszych biurkach w Warszawie.

 

– No, ale cóż? "zapytał Władysław.

 

– A nic – odpowiedział Dołhański. – Te panie posprzeczały się naprzód trochę o to, która którą własną piersią zasłoni, potem zemdlały. potem przyszły do siebie, poczem zaczęły się ze sobą żegnać w przewidywaniu rychłej śmierci, a na koniec udały się do mnie po rade, co robić.

 

– A ty coś im poradził?

 

– Ja poradziłem, by wykonawcom rozkazu, którzy zgłoszą się po pieniądze, powiedziały, że plenipotentem i kasjerem ich jest pan Dołhański, mieszkający pod takim to a takim adresem w Warszawie.

 

– Naprawdę takeś poradził?

 

– Daję wam słowo.

 

– W takim razie przyjdą do ciebie niewątpliwie.

 

– Wyobraźcie sobie, jak się obłowią! Ja także będę miał w tych nudnych czasach rozrywkę.

 

– Pozwól – rzekł Groński – czasy są ciężkie, to pewna, ale chyba nikt nie może powiedzieć, że są nudne.

 

– Jak dla kogo – odpowiedział Dołhański – Jeśli kiedy pożyczę od ciebie pieniędzy, wówczas się będę musiał do twoich upodobań stosować, ale przedtem mnie na dyskusję polityczną nie wyciągniesz. Tymczasem powiem ci tylko tyle, że ja jestem taki mikrob społeczny, który może ostać się jedynie wśród zupełnego spokoju. Ja potrzebuję by „bridge" szedł w klubie normalnie, a wkrótce będzie to niemożliwe. Te czasy są może dla ciebie zajmujące, ale nie dla mnie.

 

– Bądź co bądź – zauważył Groński – odbywa się pewne przewietrzenie zapleśniałych stosunków, a skoro sam się przyrównałeś do mikroba, to tem samem przyznajesz, że te czasy są dezynfekcją.

 

Na to Dołhański zwrócił się do Krzyckiego.

 

– Podziękuj Grońskiemu – rzekł – bo dezynfekcję zaczęto od ciebie, z czego prosty wniosek, że ty jesteś mikrob szkodliwszy ode mnie.

 

– Ożeń się, ożeń – odpowiedział wesoło Władysław. – Dobry posag wyleczy cię z pesymizmu.

 

– Być może, gdyż w takim razie będę miał za co opuścić ten miły kraj i osiąść gdzie indziej. Powiedziałem ci już raz, że Opaczność często przemawia przez usta niewiniątek. Ale i o ożenieniu się należało pomyśleć wówczas, gdy w perspektywie były nie jakieś Górki, czy Dołki, lecz coś około czterech milionów franków.

 

– Miałeś taką sposobność?

 

– Jak mnie tu widzicie. Zdarzyło się w Ostendzie, że jedno stare belgijskie czupiradło, owdowiało po fabrykancie konserw i mające gotówką kwotę jak wyżej, które chciało wyjść za mnie – i to na poczekaniu.

 

– I co?

 

–I nic. Pamiętam co mi powiedział Cześlikowski, który bawił wówczas w Ostendzie: „Rób, powiada, interes, w najgorszym razie dwa miliony zostawisz babie i puścisz ją kantem, a dwa miliony weźmiesz sam i będziesz się bawił jak król..."

 

– A ty co na to?

 

– A ja na to powiadam tak: jak to ja miałbym dawać z moich własnych, krwawo zapracowanych pieniędzy dwa miliony brzydkiej i starej babie? – za nic! – A teraz myślę, żem dla konceptu puścił fortunę, i że mogą przyjść czasy, w których będę się migał do odstąpienia „z powodu zwinięcia interesu" za mniejszą cenę.

 

Groński i Władysław poczęli się śmiać, lecz Dołhański, który mówił z większą goryczą, niż przypuszczali, ruszył ramionami i rzekł:

 

– Cieszcie się, cieszcie! – Jeden już oberwał, a drugi, da Bóg, także sianem się nie wykręci. Ładne czasy! Chaos, anarchia, orgia polityczna, brak jakiejkolwiek władzy, taniec dynamitu z nahajką i upadek "bridge'a"! Śmiejcie się!

  

KONIEC TOMU PIERWSZEGO

 

 

[Następna część]  [Góra]  [Strona główna]  [Poprzednia część]