Ojczyzna.pl

 BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO

   

   

  

  

  

  

   

   

Henryk Sienkiewicz

  

  

W i r y

 

  

        

        

TOM I

(5-8)

        

  

V

  

Ozwały się pierwsze akordy Sonaty księżycowej i rozpoczęły się czary. Groński, który miał wyobraźnię poety i mocny dar zamieniania wrażeń w wizję, przymknął oczy i począł ją wysnuwać z duszy. Oto blady promień wkrada się przez szczelinę i dotyka czoła śpiącego, jakby chciał zbudzić myśl, a potem ust, jakby chciał zbudzić słowo, a potem piersi, jakby chciał zbudzić serce. Ale strudzone ciało usnęło ciężkim snem, natomiast dusza wysuwa się z jego objęć, jak motyl z kokona i leci w przestwór. Noc jasna i cicha. W dole olchy majaczą w muślinowej mgle. Na leśnych polanach tańczą korowody nimf, którym faun przygrywa na flecie, a wokół stoją w koronach z rogów jelenie z płonącymi błękitnie oczyma. We wrzosach tlą się świętojańskie czerwie, wśród mchów fosforyzują muchomory, a z pod ich baldachów drobniuchne elfy leśne przypatrują się korowodom. Z próchniska i bajorów podnoszą się błędne ogniki i chodzą lekkie, tajemnicze, jakby szukały czegoś na próżno. Księżyc wybija się coraz wyżej na niebo i pada rosa obfita.

  

Po rozłogach pól wije się srebrna wstęga rzeki i widać szlaki dróg, wiodących do grodów i zamków. Przez wąskie gotyckie okna wpada do cichych sal zamkowych blask miesięczny, w którym snują się duchy zmarłych rycerzy i dziewic. U stóp zamków śpią miasta. W spokojnem świetle bieleją dachy domów i błyszczą krzyże wież. Z kwitnących sadów, wraz z oparem podnoszą się zapachy kwiatów i traw. Ale lżejsza od woni i od światła skrzydlata dusza szybuje wyżej i dalej. Mkną nisko siedliska ludzkie, mkną lasy, doliny i lśniące tarcze stawów i białe nici strumieni. Kraina spiętrza się z wolna...

 

A oto góry. Wśród czarnych skał śpi przejasna tarcza jeziora. W wąwozach tai się chłodny mrok. Świecą zielono igły lodowców. Po zboczach i gniazdach skalnych nocują strudzone obłoki i węże mgieł, a na szczytach, na wiecznym śniegu kładzie się światło miesiąca. Usnął i wiatr. Jak cicho, powietrznie, szeroko! Tu księżyc jednym stróżem milczenia, a dusza ludzka jedyna żywą istnością. Wolna jak górski orzeł, oderwana od ciała, rozkochana w przestrzeni, w pustce, w milczeniu i w wyżynach – szczęśliwa i smutna jakimś zaziemskim smutkiem – roztopiona w ciszy – buja i krąży nad przepaściami, a potem leci znów dalej, cała oddana rozkoszy lotu i pędu...

 

**

I góry znikły już pod nią, lecz teraz jakieś głosy podnoszą się i dolatują z dołu, jakby wołały ją ku sobie. To morze! – Ono jedno nie uśnie nigdy, i bezsenne, ogromne, bije i bije falą o brzegi, niby niezmierne tętno życia. Jego potworne płuca wzdymają się i opadają wieczyście, a czasem jęczą w skardze na trud bez końca.

 

Pogięta roztocz morska drga opalową łuską księżyca i srebrnemi taśmami gwiazd, a na tych rozjaśnionych szlakach widać w oddali, równie bezsenny jak samo morze – okręt z żaglami i z krwawem światłem w okrągłych oknach.

**

Lecz ty, o duszo, lecisz wyżej i wyżej. Już ziemia została gdzieś na dnie przepaści, a ty przez lekkie jak puch, pierzaste chmurki, zabłąkane na wysokościach, przebijasz się w przestwór zalany blaskiem – pusty, chłodny. Tam kładziesz się na własnych skrzydłach i pławisz się w świetlistej nicości – wyżej i wyżej!... teraz skrzą się i mienią nad tobą zlotem i purpurą klejnoty niebios, a ty igrasz i kołyszesz się wśród niedosiężnych eterów, uciszona w sobie, wyzwolona z pyłu materii – jakby za granicami czasu i przestrzeni, na wpół już wniebowzięta...

 **

Strop nieba coraz czarniejszy, a księżyc wielki jak świat, świeci coraz jaskrawiej. – Widać już blisko jego jaśniejące pola, poszarpane, dzikie, zjeżone szczytami gór, podziurawione czernią kraterów, głuche, mroźne, martwe... Tak unosi się w otchłaniach przestrzeni ten srebrny trupi tułacz, który oblatuje ziemię, jakby skazany wyrokiem bożym na wieczny pęd. Nad nim i wokoło bezmiar, którego nie ogarnie mdlejąca myśl. Nowe obozy gwiazd mrugają krwawo i sino niby dalekie ogniska. Słychać muzykę sfer. Wieczność owiewa tu już swem tchnieniem i przejmuje dreszcz zaświatowy.

**

Wróć, rozbujany łabędziu, wróć, o duszo, wprzód nim cię porwą jakieś tajemnicze biegi i wiry i w nim oderwą cię na wieki od ziemi.

**

Wracasz z wyżyn wszechbytu, wykąpana w falach nieskończoności, czystsza i doskonalsza. Oto złożyłaś już skrzydła... Patrz: tam w głębi pod tobą znowu te puchy lekkich obłoków, które powitasz teraz, jak coś swojego i bliskiego. W dole ziemia. Widać już skrzące się ku księżycowi garby gór, u których stóp łka morze. A jeszcze niżej – znów mżą się omajaczone tumanem lasy, znów bielą się miasta o cichych wieżach i dachy uśpionych wiosek. Noc blednie. Na łęgach koniuchowie rozpalili ognie i grają na piszczałkach... Koguty pieją... Świta! Świta!...

**

 

Tak widział i myślał Groński. Dźwięki ucichły wreszcie i nastało milczenie. Panna Marynia stała przy fortepianie z twarzą zawsze jednako pogodną, ale jakby zbudzoną ze snu.

 

Stary rejent Dzwonkowski siedział przez chwilę ze spuszczoną głową, poruszając bezzębnymi szczękami, następnie wstał, a gdy dziewczyna złożyła obok klawiatury skrzypce, ucałował zapalczywie jej ręce, poczem jął rzucać wyzywającym wzrokiem na obecnych, jakby szukając tego, ktoby się ośmielił zaprotestować przeciw tej oznace hołdu, albo uważać ja za rzecz zbyteczną. Nie protestował jednak nikt, albowiem, pod urokiem tej muzyki, stało się ze słuchającymi to, co się staje z ludźmi zawsze, gdy owieje ich tchnienie prawdziwego geniuszu, jak czasem we śnie zdaje się człowiekowi, że, odepchnąwszy się nogą od ziemi, może potem długo zataczać koła w powietrzu, tak i ich ciała stały się jakby lżejsze, mniej materialne, jakby pozbawione tych ciężkich i grubych pierwiastków, które przytwierdzają je do ziemi. Nerwy uczyniły się wrażliwsze i subtelniejsze, a dusze bardziej lotne, bliższe tej jakiejś granicy, za którą rozpoczyna się wieczność. Było to poczucie nieświadome, po przejściu, którego codzienne życie miało ich ogarnąć i sprowadzić znów na dół, ale podczas tej chwilowej egzaltacji zbudziły się w nich nieznane im samym władze chwytania, pojmowania i odczuwania piękności i w ogóle takich rzeczy, których w zwykłym nastroju nie odczuwali – i nie wiedzieli, że mogą je odczuwać.

 

Wpływowi temu nie oparł się, mimo wszelkich uprzedzeń, nawet i niedoszły medyk, Laskowicz. Z chwilą, w której panna Marynia stanęła do gry, począł jej się ze swego mrocznego kąta w salonie przypatrywać – i badać jej postać jak anatom. Czuł, że jest w tem coś brutalnego, ale takie stanowisko sprawiało mu właśnie zadowolenie, jako odpowiednie dla badacza i człowieka jego przekonań. Jął w siebie wmawiać, że ta panna, z tak zwanej wyższej sfery, jest dla niego tylko obiektem, który rozpatruje, tak, jakby rozpatrywał trupa w prosektorium. Więc, gdy przy strojeniu skrzypców schylała głowę, wymieniał sobie w duchu po łacinie nazwy jej kości ciemieniowych, odpychając myśl, która mimo woli cisnęła mu się do głowy, że jest to jednak nadzwyczaj szlachetna czaszka. Następnie, w pierwszych chwilach po rozpoczęciu koncertu, zajął się nomenklaturą muskułów jej rąk, ramion,. piersi, nóg rysujących się pod suknią i całej postawy. Ponieważ jednak był nie tylko studentem medycyny i socjalistą, ale i młodym człowiekiem, przeto ten przegląd anatomiczny skończył się niespodziewanym wnioskiem, że to jest niedość jeszcze rozwinięta, ale nadzwyczaj ładna i ponętna dziewczyna, podobna do wiosennego kwiatu. Od tej chwili począł jej do pewnego stopnia przebaczać przynależność do swer żyjących „z krzywdy proletariatu" – i nie mógł pozbyć się myśli, ze gdyby w następstwie jakiś niesłychanych społecznych przewrotów, taka ,,święta laleczka" znalazła się na jego łasce i niełasce, to taki stan rzeczy przyniósłby mu niewysłowioną dziką rozkosz.

 

Ale gdy Beethoven położył mu rękę na głowie, rozbudziły się jednak i w nim lepsze i wyższe uczucia. Widział ściągające się podczas gry usta i brwi panienki i jął przypuszczać, że „ona jednak coś czuje". Skutkiem tego niechęć ku niej poczęła w nim topnieć jeszcze bardziej, albowiem, jakkolwiek zwolna i z trudem –nawpół uświadamiał sobie, nawpół zgadywał, że to są nie tylko ręce ale i dusza grająca. Nie posiadał dość kultury, by muzyka przemówiła do niego tak, jak naprzykład do Grońskiego, zrodziło się w nim wszelako jakieś głuche poczucie, że to jest coś takiego, jak powietrze, którem wszystkie piersi mogą oddychać, bez względu na to, czy kochają, czy nienawidzą. I obejmowało go pewne zdziwienie na myśl, że są rzeczy, leżące ponad rojowiskiem ludzkich namiętności. W końcu tak dalece utożsamił muzykę z postacią grającej dziewczyny, że gdy stary rejent, po skończonym koncercie, ucałował jej ręce – prawie, że miał ochotę uczynić to samo.

 

A tymczasem Władysław Krzycki mówił do panny Anney:

 

– Jak Jastrząb Jastrzębiem, jeszcze takiej muzyki nikt tu nie słyszał. Nie jestem znawcą, ale przyznaję, że to mnie wzięło. Przytem, choć bywam dość często w mieście, tak się jakoś składało, żem nigdy nie widział grającej na skrzypcach kobiety. A to takie ładne. Mam teraz wrażenie, że na skrzypcach powinny grywać tylko kobiety.

 

– Ma się takie wrażenie, gdy się widzi grającą Marynię.

 

– Zapewne. Zaczynam nawet rozumieć pana Grońskiego... Bo przecie pani wie, że to jego adoracja.

 

– Największa w świecie. – I moja i wszystkich, którzy ją znają – a będzie wkrótce i pańska.

 

– Nie przeczę, że będzie, tylko nie wiem, czy największa. Nastała chwilowa przerwa w rozmowie, poczem Krzycki, nie chcąc, by panna Anney wzięła jego słowa za niewczesny komplement, dodał:

 

– W każdym razie winienem jej wdzięczność za muzykę trochę inną niż ta, której na wiosnę i w lato co wieczór słuchamy.

 

– Jakaż to muzyka?

 

– Od mroku do wschodu księżyca orkiestra żabia, a potem koncert słowiczy, którego zresztą zwykle nie słyszę, bo po dziennej robocie śpię kamiennym snem. Żabia kapela już rozpoczęła. To ma też swój urok. Jeśli pani chce posłuchać, wyjdźmy na werandę. Wieczór jest tak prawie ciepły, jak w lato.

 

Panna Anney wstała i wyszli na werandę, z której służba, która poprzednio przysłuchiwała się pod oknami grze panny Maryni, już się rozeszła – i tylko w dali bielały przesłonięte mrokiem kwitnące jaśminy. Od stawu dochodziło rechotanie rzeszy żab senne, a zarazem podobne do chóralnej modlitwy.

 

Panna Anney wsłuchiwała się przez tę chwilę w te głosy, poczem rzekła:

 

– Tak – to ma też swój urok, a zwłaszcza w taką noc.

 

– Czy w Anglii często bywają podobne?

 

– Nie tak ciche. Prawie nie ma kąta, do któregoby nie dochodził świst lokomotywy lub odgłosy fabryczne. Lubię tutejszą wieś za ten spokój i oddalenie od miast.

 

– Więc to nie pierwszy raz widzi pani wieś polską?

 

– Nie. Bywałam teraz przez miesiąc u Zosi Otockiej.

 

– Chciałbym, żeby i nasz Jastrząb znalazł łaskę w oczach pani. Szkoda tylko, że pani od razu trafiła na pogrzeb. Zawsze to smutne. Widziałem nawet, że pani była wzruszona.

 

– Coś mi się przypomniało – odpowiedziała panna Anney. Poczem, chcąc widocznie zmienić rozmowę, zaczęła znów patrzeć w głębie ogrodu.

 

– Jak tu wszystko kwitnie i pachnie – rzekła.

 

– To jaśminy i bzy. Czy pani uważała na leśnej drodze, jadąc do Jastrzębia, że brzegi lasu są wysadzone bzami? To moja robota.

 

– Zauważyłam dopiero przy moście, tam, gdzie stoi jakiś stary budynek. Co to za budynek?

 

– To dawny młyn. Niegdyś było tam w rzeczułce dużo wody, ale potem nieboszczyk wuj Żarnowski odprowadził ją do stawów rybnych w Rzęślewie i młyn stanął. Teraz to rudera, w której już od kilkunastu lat składamy siano, zamiast je trzymać w stogach. Ludzie mówią, że tam straszy, ale to ja sam puściłem w swoim czasie tę bajkę.

 

– Dlaczego?

 

– Naprzód dlatego, żeby nie kradli siana, a po wtóre, zależało mi, by tam nikt nie zaglądał.

 

– Cóż pan wymyślił?

 

– Opowiadałem, że się koło mostu konie w nocy płoszą i że się cos we młynie śmieje, co jest przytem prawda, bo tam się sowy śmieją.

 

– Trzeba było może opowiadać, że tam ktoś płacze.

 

– Dlaczego?

 

– Dla większego wrażenia.

 

– A nie wiem. Śmiech w nocy na pustkowiu robi chyba większe wrażenie. – Ludzie się tego więcej boją.

 

–I nikt tam nie zagląda?

 

– Nikt. Teraz zresztą, byle nie kradli siana, to mi jest wszystko jedno, ale w swoim czasie bardzo się chciałem ubezpieczyć przed ludzkimi oczyma...

 

– Tu Krzycki ugryzł się w język, spostrzegł bowiem przy świetle księżyca, że brwi panny Anney zasnuły się lekko. Zrozumiał, że powtarzając dwa razy, iż zależało mu na tem, by nikt do młyna nie zaglądał, popełnił towarzyską nieprzyzwoitość, a co gorzej, przedstawił się młodej Angielce jak jakiś prowincjonalny samochwał, który daje do zrozumienia, że nieraz potrzebował szukać rozmaitych kryjówek. Więc chcąc zatrzeć złe wrażenie, dodał prędko:

 

– Będąc studentem, pisałem wiersze i dlatego szukałem samotności, ale teraz to przeszło.

 

– To zwykle przechodzi – odpowiedziała panna Anney. I zwróciła się ku drzwiom salonu, ale bez zbytniego pośpiechu, jakby chcąc okazać Krzyckiemu, że przyjmuje za dobrą monetę jego objaśnienie i że odwrót jej nie jest żadną manifestacją. Krzycki pozostał przez chwilę – zły na siebie – a jeszcze więcej na pannę Anney, a to właśnie dlatego, że nietakt popełnił tylko on, i że nie mógł jej nic zarzucić. „W każdym razie (mówił sobie) to jakoś diablo domyślna purytanka..." I począł powtarzać z pewną urazą jej ostatnie słowa: "To zwykle przechodzi..."

 

– Czyli (myślał) chciała mi dać do zrozumienia, że z takiej mąki, jaka jest we mnie, nikt nie wypiecze poety. Może być – i ja sam wiem o tem najlepiej, ale nie potrzebuję, żeby mi to kto potwierdzał.

 

Pod wpływem tych myśli wrócił do domu w niezupełnie dobrym humorze, ale tam obowiązki gospodarza odwołały go od kuzynek i tego wieczora nie rozmawiał więcej z panną Anney.

 

 

VI

 

Rejent Dzwonkowski odjechał jeszcze tej samej nocy, albowiem z powodu swego urzędu musiał być od rana w mieście. Natomiast Groński, którego pani Otocka prosiła, by ją zastąpił w kancelarii, oraz Krzycki i Dołhański wyruszyli dopiero nazajutrz. Wszyscy trzej byli zaniepokojeni i ciekawi, jaki tez będzie ten testament, o którym rejent nie wspomniał ani słowem. Dołhański nadrabiał miną, żartami – i okazywał więcej zimnej krwi, niż jej miał rzeczywiście. Głównie bowiem jemu zależało na tem, by mu coś „kapnęło". – Był to człowiek, który stracił znaczny majątek, że zaś nie zmienił swych przyzwyczajeń i żył w dalszym ciągu, jakby go nie był stracił, więc utrzymywał się na powierzchni życia tylko za pomocą nadzwyczajnych, niemal akrobatycznych wysiłków, z czego zresztą i sam nie robił wcale tajemnicy ogóle był darmozjadem i miał miliony wad, ale i pewne towarzyskie przymioty, za które go ceniono. Należąc do arystokratycznego klubu, grywał w karty nader szczęśliwie – lecz nieposzlakowanie. Nie pożyczał nigdy pieniędzy od ludzi swojej sfery, nie robił plotek i był dość wiernym przyjacielem. Brak wykształcenia wypełniał sprytem i pewną chwytnością umysłową. Drwił z siebie ile wlazło, ale nie było bezpiecznie drwić z niego, a ponieważ posiadał przytem dowcip i pewną graniczącą z cynizmem otwartość, więc nie tylko znoszono go, ale widziano chętnie. Groński, którego Dołhański szczególnie poważał, tak, że jemu jednemu pozwalał z siebie żartować, mówił o nim, że gdyby posiadał tyle daru robienia pieniędzy, ile go posiadał do ich rozrzucania, to byłby milionerem.

 

Ale w oczekiwaniu na tę zmianę przychodziły na Dołhańskiego czasem ciężkie chwile, a zwłaszcza na wiosnę, gdy gra w klubie słabła i gdy poczynały się rozjazdy. Wówczas odczuwał znużenie po zimowych wysiłkach i wzdychał za tem, żeby mu coś czasem spadło bez trudu. Testament Żarnowskiego mógł być taką gradką, a choć Dołhański nie spodziewał się wiele, gdyż za życia nieboszczyka wcale mu się nic zasługiwał, a nawet otwarcie powtarzał, że go wujaszek nudzi, liczył jednakże, że może mu się okroić cośkolwiek – niechby przynajmniej na chwilowe zaspokojenie wierzycieli, albo jeszcze lepiej, na jakaś modną wielkoświatową plażę francuską.

 

Swoją drogą, wyjeżdżając z Warszawy, zapowiadał w klubie, iż wróci, siedząc na poduszce wypchanej listami zastawnemi. Obecnie próbował z pewnym nieco sztucznym humorem wmówić Grońskiemu i Krzyckiemu, że właściwie to nie pani Otocka z siostrą, ani Krzyccy, ale on powinien być generalnym spadkobiercą.

 

– Jedna z kuzynek – mówił – jest to ciepła wdówka, która ma gruby majątek po mężu, a druga to muza na dorastaniu, której powinna wystarczyć ambrozja. Jaka szkoda, że nie jest jedynym krewnym nieboszczyka.

 

Tu zwrócił się do Władysława:

 

– Krzyccy mi także niepotrzebni. Ponieważ jednak myślicie, jak słyszałem, jakieś zatargi graniczne z Rzęślewem, mam nadzieję, że nic nie dostaniecie.

 

– Co ci po nadziei – rzekł Groński – ogranicz przedewszystkiem swoje potrzeby.

 

– Przypominasz mi mego nieboszczyka ojca – odpowiedział Dołhański.

 

– Zapewne, że musiał ci to często powtarzać.

 

– Zbyt często, ale przytem dawał mi, jako przykład, siebie, ale ja dowiodłem mu, jak dwa razy dwa cztery, że mogę i powinienem żyć na większą od niego skalę.

 

– Cóżeś mu powiedział?

 

– Powiedziałem mu tak: Naprzód, papa ma syna, a ja jestem bezdzietny, a po wtóre i szlachcic jestem lepszy od papy.

 

– A to jakim sposobem?

 

– Bardzo prostym, gdyż liczę o jedno pokolenie więcej.

 

– Brawo! – zawołał Krzycki. – Cóż ojciec na to?

 

– Nazwał mnie durniem, ale widziałem, że mu się to podobało. Ach! Żeby pani Otockiej tak się podobały moje koncepty, jak niegdyś papie! Ale jestem przekonany, że i moja słabość i mój apetyt na nic się nie przydadzą. Kuzyneczka jest zresztą praktyczniejsza, niż się zdaje. Myślałbyś, że obie z siostrą żyją tylko zapachem kwiatów, a jednak, dowiedziawszy się o możliwym spadku, w te pędy przyjechały do Jastrzębia.

 

– Mogę cię zapewnić, że się mylisz. Matka zaprosiła te panie jeszcze zeszłego lata w Krynicy, a teraz, przynajmniej na tydzień przed śmiercią wuja Żarnowskiego, przypomniała im obietnicę. Odpisały, że nie mogą przyjechać, bo mają gościa. Wówczas matka zaprosiła i gościa.

 

– Jeśli tak to co innego! – i nie tylko twoją matkę rozumiem, ale ponieważ ty jesteś przystojny chłopiec i w dodatku młodszy ode mnie, zaczynam się obawiać o najsłuszniej mi należny majątek kuzynki Otockiej.

 

– Możesz się nie obawiać – odpowiedział sucho Krzycki.

 

– Czy to ma znaczyć, że wolałbyś od rubli funty? Ze względu na kurs i ja bym wolał, boję się tylko, by ich za dużo nie utonęło w kanale, w drodze z Anglii.

 

– Jeśli ci na tem zależy – rzekł Groński – to o ścisłą liczbę możesz spytać pannę Anney. Ona jest tak szczera, że ci z pewnością odpowie.

 

– Tak ale trzeba jeszcze, żebym ja uwierzył.

 

– Gdybyś się znał choć trochę na ludziach, to byś jej uwierzył.

 

– W każdym razie obawiam się nieporozumienia, bo gdyby mi odpowiedziała po polsku, mogła by się sama omylić, a gdyby po angielsku, mógłbym ja niedokładnie zrozumieć.

 

– Ona po polsku lepiej mówi, niż ty po angielsku.

 

– I wyznaję, że mnie to zawsze dziwi. Bo skąd?

 

– Przecież ci mówiłem – odrzekł z pewną niecierpliwością Groński – że uczyła się od dzieciństwa, ponieważ jej ociec był to taki Anglik, który miał ogromną sympatię do Polaków.

 

– De gustibus non est disputandum– odpowiedział Dołhański.

 

I następnie znów zaczął mówić o nieboszczyku Żarnowskim i o starym rejencie, przedrwiwać ruch jego bezzębnych szczęk, wściekłość spojrzeń – i wreszcie zapowiadać, że jeśli mu nic nie „kapnie", jedzie do Górek, by oświadczyć się o rękę panny Włóckiej.

 

Lecz Groński zamyślił się w czasie tej gadaniny o czem innem, a Krzycki słuchał jej z roztargnieniem, gdyż uwagę jego skupiła znaczna ilość furmanek chłopskich, które mijali ustawicznie. Przypuszczając, że może zapomniał o jakim dniu targowym w mieście, zwrócił się do swego stangreta.

 

– Andrzej – zapytał – a czemu to tyle fur ciągnie do miasta?

 

– A to, proszę jaśnie pana, chłopi rzęślewscy.

 

– Rzęślewscy? Cóż oni tam mają do roboty?

 

– A to, proszę jaśnie pana, wedle destamentu nieboszczyka, pana Żarnowskiego, że to niby Rzęślewo ma iść na nich. Krzycki zwrócił się do Grońskiego.

 

– Słyszałem – rzeki – że ktoś puścił między nich taką wiadomość, nie myślałem jednak, że jej uwierzą. A potem znów do stangreta:

 

– Któż im to powiedział?

 

Stary woźnica zawahał się nieco z odpowiedzią.

 

– Ludzie bają, że pan guberner. Krzycki począł się śmiać.

 

– Oj, głupie chłopy! – rzekł. – Przecież pan Laskowicz nigdy w życiu nie widział pana Żarnowskiego. Skądże miałby wiedzieć o testamencie.

 

Lecz po chwili zastanowienia, rzekł na wpół do towarzyszy. na wpół do siebie:

 

– Wszystko musi mieć jakiś cel, więc jeśli to Laskowicz zrobił, to niechże mi kto powie, dlaczego?

 

– Czy go o to posądzasz? – zapytał Groński.

 

– Nie wiem, bo dotychczas przypuszczałem, że można być socjalistą i mieć klepki w porządku.

 

– A! Więc to ptak z tego gniazda? Powiedz mi, jak on dawno u was jest i co to za figura?

 

– Jest u nas od pól roku. Potrzebowaliśmy nauczyciela dla Stasia i ktoś nam go polecił. Powiedziano nam, że musi wyjechać na jakiś czas z Warszawy, by zejść z oczu policji – i oczywiście przyjąłem go tem skwapliwiej, myśląc, że to chodzi o jakieś sprawy patriotyczne. Później, gdy się już pokazało, że to całkiem inny gatunek, matka nie pozwoliła go jednak oddalić, w nadziei, że go nawróci... Brała go z początku na długie, serdeczne rozmowy, a mnie poleciła przyjaźnić się z nim. Traktowaliśmy go jak członka rodziny, a wynik był taki, że on nienawidzi nas, nie tylko jako ludzi, należących do nienawistnej mu sfery, ale, zdaje się, że osobiście.

 

– Prosta rzecz – rzekł Dołhański. – Ma wam za złe, że nie jesteście tacy, jak was sobie wyobrażał, to jest ani tak źli, ani tak głupi. I możecie być pewni, że wam tego nigdy nie przebaczy.

 

– Może być. W każdym razie będzie nas wkrótce nienawidził z daleka, bo się za miesiąc rozstajemy.

 

Rozumiem, że można i należy tolerować wszelkie przekonania, ale jest w nim przy tem, obok jego zasad i nienawiści, coś tak przeciwnego naszym wszystkim zwyczajom i coś tak obcego, że go mamy już dosyć.

 

– Mój Władku – odpowiedział Dołhański – nie bierz tego koniecznie do siebie, bo ja mówię ogólnie, aleś skoro wspomniał o tolerancji, to ci powiem, że, według mego zdania, tolerancja w Polsce nie była i nie jest czem innem, jak tylko safandulstwem – i to dziejowym safandulstwem...

 

– Pod pewnym względem Dołhański ma słuszność – rzekł Groński. – Być może, że w ciągu naszych dziejów tolerowaliśmy rozmaite idee i żywioły, nie tylko przez wspaniałomyślną wyrozumiałość, ale i dlatego, że naszemu lenistwu nie chciało się z niemi należycie rozprawiać...

 

Na to zaś Krzycki. który nie lubił się wdawać w wywody ogólne, rzekł:

 

– To dobrze, ale to wszystko nie tłumaczy mi, dlaczego by Laskowicz miał puszczać między chłopów wiadomość, że wuj Żarnowski im zapisał Rzęślewo?

 

– Nie ma dotychczas pewności, czy to on – odpowiedział Groński. – Dowiemy się o tem u rejenta, a w każdym razie w niedalekiej przyszłości.

 

 

 VII

 

Godzina była piąta po południu. Panie siedziały na werandzie przy herbacie, gdy młodzi ludzie wrócili z miasta.

 

Panna Anney wstała na ich widok, i, nie chcąc być obecną, jako osoba obca, przy rodzinnej rozmowie, odeszła pod pierwszym lepszym pozorem do swego pokoju. Pani Krzycka powitała ich z trochę sztucznym spokojem, albowiem w istocie rzeczy myśl o testamencie nie opuszczała jej ani na chwilę. Nie była ona wcale bardziej chciwa na grosz od ogółu zwykłych śmiertelników, ale chodziło jej niezmiernie o to, by po jej śmierci, przy przyszłym podziale majątku, Władysław miał czem spłacić młodsze rodzeństwo i mógł utrzymać się przy Jastrzębiu. Otóż jakiś poważniejszy zapis ułatwiłby znakomicie taką spłatę. Prócz tego, gdzieś na dnie szlacheckiej duszy pani Krzyckiej leżała ukryta wiara, że jednak Opatrzność ma do pewnego stopnia większe obowiązki względem rodziny Krzyckich, niż. względem pierwszej lepszej innej. Z tego powodu, gdyby i całe Rzęślewo przypadło na dolę tej rodziny, to poddałaby się takim wyrokom Opatrzności z całą chęcią i gotowością. Na koniec, pochodząc z krwi ludzi, którzy w danym razie umieją wprawdzie poświęcić fortunę, ale nadzwyczaj lubią łatwo do niej dochodzić, pieściła się przez cały dzień myślą, że taka łatwa sposobność właśnie się zdarza.

 

Lecz z twarzy Władysława i Grońskiego mogła od razu wyczytać, że przywożą jakieś szczególniejsze wiadomości. Dołhański, który pierwszy wysiadł z powozu, pierwszy też rozpoczął sprawozdanie:

 

– Uprzedzam pytanie, co słychać – rzekł, cedząc z zimną ironią wyrazy – i odpowiadam, że wszystko najlepiej, albowiem Macki i Bartki Rzęślewskie będą miały za co jeździć do Karlsbadu.

 

Pani Krzycka przybladła nieco, i zwróciwszy się do Grońskiego, spytała:

 

– Co naprawdę, panowie, przywozicie?

 

– Testament jest w szczegółach dość dziwny – odpowiedział Groński – ale napisany w zacnej myśli. Rzęślewo zapisane jest na szkołę rolniczą chłopską, a procenta od kapitałów na wysyłanie wychowańców szkoły, po ukończeniu kursu, na roczną lub dwuletnią praktykę, do wiejskich gospodarstw w Czechach.

 

– Czyli jak powiedziałem, do Karlsbadu, Marienbadu, Teplitz i innych tego rodzaju miejscowości – objaśnił Dołhański.

 

Nastała chwila milczenia. Panna Marynia, która nalewała herbatę, poczęła z imbrykiem w ręku spoglądać pytającym wzrokiem po obecnych, chcąc widocznie odgadnąć, czy to chwalą, czy ganią. i czy im to sprawia przyjemność, lub przykrość; pani Otocka patrzała na Grońskiego oczyma jakby uradowanemi, a pani Krzycka wsparła się obu rękoma na lasce, której używała z powodu reumatyzmu w nogach, i po niejakim czasie zapytała głosem trochę bezdźwięcznym:

 

– Więc to na cele publiczne?

 

– Tak jest – rzekł Groński. – Organizacją szkoły, a następnie rozdziałem funduszów na pobyt w Czechach, ma się zająć Dyrekcja Szczegółowa Towarzystwa Kredytowego tutejszej guberni, a kuratorem szkoły mianowany jest Władek.

 

– Szkoda, że nie ja – wtrącił znów Dołhański – urządziłbym ją prędko.

 

– Są i szczegółowe zapisy – ciągnął dalej Groński – i te są bardziej dziwne. Zapisuje mianowicie nieboszczyk rozmaite małe kwoty służbie domowej, a dziesięć tysięcy rubli niejakiej Skibiance, córce kowala dworskiego w Rzęślewie. który w swoim czasie wyemigrował do Ameryki.

 

– Skibiance? – powtórzyła ze zdumieniem pani Krzycka. Dołhański zagryzł końce wąsa, uśmiechnął się i począł mruczeć, że szlachta odznaczała się zawsze miłością do ludu, lecz Groński spojrzał na niego surowo, poczem wydobył z kieszeni notatkę i rzekł:

 

– Ten ustęp testamentu brzmi tak: "Ponieważ rodzice Hanki Skiba, czyli Skibianki, wyemigrowali podczas mego pobytu na kuracji za granicę, i nie miałem możności dowiedzenia się gdzie się znajdują, przeto obowiązuję mego krewnego, Władysława Krzyckiego, by poczynił ogłoszenia we wszystkich dziennikach polskich, wychodzących w Stanach Zjednoczonych i w Paranie. Gdyby zaś spadkobierczyni nie zgłosiła się po odbiór zapisu w ciągu dwóch lat, całkowita cuma, wraz z procentami, przechodzi na własność tegoż Władysława Krzyckiego.

 

– A ja już oświadczyłem, że nie myślę tego przyjmować – zawołał ze wzburzeniem młody człowiek. Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu, on zaś począł powtarzać:

 

– Ani myślę, ani myślę!

 

– Ale dlaczego? – spytała po chwili matka.

 

– Dlatego, że nie mogę. Niechże spadkobierczyni zgłosi się, na przykład, nie po dwóch, lecz po trzech latach – to co wówczas? Zabiorę zapis, a ją samą przepędzę za wrota? Nie! – tego nie zrobię! Zresztą są i inne względy, o których nie chcę mówić...  Jakoż tylko tymi „innemi względami" można było wytłumaczyć tak znaczny zapis, zrobiony prostej wiejskiej dziewczynie, więc pani Krzycka umilkła i dopiero po chwili rzekła:

 

– Mój Władku, przecie nikt cię nie będzie zmuszał, ani nawet namawiał.

 

Lecz Dołhański zapytał:

 

– Powiedz mi, czy to jest jakaś bajeczna bezinteresowność, czy zły humor z tego powodu, żeś nie dostał większego zapisu?

 

– Nie sądź po sobie – odpowiedział Krzycki. – a ja ci powiem to, w co zapewne nie uwierzysz, że skoro ten majątek pójdzie na taką rzecz, jak szkoła rolnicza chłopska, to się z tego cieszę i mam większy szacunek dla nieboszczyka. I daje ci słowo, że mówię zupełnie szczerze.

 

– Brawo – zawołała pani Otocka. – Aż miło słyszeć. A pani Krzycka spojrzała z dumą naprzód na syna, potem na panią Otocka – i choć poczucie zawodu tkwiło jeszcze w jej sercu, rzekła:

 

– Niechże więc będzie i szkoła, byle i nasi chłopi jastrzębcy mieli prawo posyłać do niej swoich synów.

 

– To nie ulega wątpliwości – objaśnił Groński. – Uczniów będzie tylu, ile się znajdzie miejsc, ale mogą być ze wszystkich stron, chociaż pierwszeństwo będą mieli rzęślewscy.

 

– A co też oni mówią o zapisie?

 

– Było ich kilkunastu przy otwarciu testamentu, gdyż się spodziewali po prostu darowizny dworskich gruntów. Ktoś w nich wmówił, że nieboszczyk im wszystko zapisał do podziału, więc odeszli bardzo nieradzi. Słyszeliśmy, jak mówili, że to nie jest prawdziwy testament – i że nie potrzeba im żadnej szkoły.

 

– Najzupełniej podzielam ich zdanie – rzeki Dołhański – i tym razem wbrew mojej naturze mówię poważnie. Bo obecnie panuje jakaś epidemia zakładania szkół, a nikt nie pyta, kto, czego i po jakiemu będzie w nich uczył, a zarazem, co się z niemi w końcu stanie? – Ja jestem sobie ptak niebieski, który sam nic nie robi i na wszystko patrzy, jeśli nie z góry to z boku – lecz, może dlatego, widzi rzeczy, których inni nie widzą. Otóż, czasem mam wrażenie, że my jesteśmy jak te dzieci, które, na przykład w Ostendzie, budują nad morzem fortece z piasku. Co dzień na plaży je wznoszą i co dzień bałwany je spłukują – tak, że i ślad nie zostaje.

 

– Poniekąd masz słuszność – rzekł Groński – z tą wszelako różnicą, że dzieci budują z radością, a my – nie. Poczem zamyślił się i dodał:

 

– Jednakże prawo natury jest takie, że dzieci rosną, a dorośli wznoszą tamy, już nie z piasku, ale z kamienia, o które się bałwany rozbijają.

 

– A niechże się porozbijają jak najprędzej – zawołał Krzycki. Lecz Dołhański nie dal za wygraną.

 

– Pozwól zatem – rzekł – że póki nie dorośniemy i nie zaczniemy budować z kamienia – pozostanę pesymistą.

 

A Groński zapatrzył się przez chwile w dal ogrodu, jak człowiek, który się nad czymś zamyśla, a następnie odpowiedział:

 

– Pesymizm... pesymizm!... Ciągle się teraz to słyszy... Tymczasem jeśli istnieje coś głupszego od optymizmu, który często uchodzi za głupotę, to mianowicie pesymizm, gdy chce uchodzić za rozum.

 

Dołhański roześmiał się trochę żółciowo i zwróciwszy się do pań, rzekł, pokazując na Grońskiego:

 

– Niech mu panie tego za złe nie biorą. Jemu często się zdarza mówić impertynencje przez roztargnienie... To dobry, a nawet i inteligentny człowiek, ale ma nieznośny zwyczaj obracać każdą rzecz na wszystkie strony, przypatrywać jej się, zastanawiać się nad nią i monologować.

 

Lecz panna Marynia zaperzyła się nagle w obronie swego przyjaciela!, potrząsając imbryczkiem, który w tej chwili trzymała w ręku, poczęła mówić z wielkim zapałem:

 

– To właśnie dobrze, to właśnie rozumnie, to właśnie tak każdy powinien!...

 

Dołhański udał wielkie przerażenie i, schyliwszy głowę, zawołał:

 

– Kładę po sobie uszy, rejteruję i składam broń. Groński, śmiejąc się, pocałował ją w rękę, ona zaś zawstydziła się bardzo swej zapalczywości i cała zarumieniona zaczęła pytać:

 

– Prawda? – czy nie mam słuszności? Lecz Dołhański odzyskał już przytomność.

 

– To niczego nie dowodzi – rzekł.

 

– Jak to?

 

– Bo Groński wypowiedział raz taki aforyzm: „Nigdy nie należy iść za zdaniem kobiety, a zwłaszcza, jeśli wypadkiem ma słuszność".

 

– Ja? – zawołał Groński. – Odczepże się ode mnie. Nigdy nic podobnego nie powiedziałem, i niech mu pani nie wierzy.

 

– Ja wierzę, tylko panu – odrzekła panna Marynia. Lecz dalszą rozmowę przerwała pani Krzycka uwagą, ze czas na majowe nabożeństwo. Był we dworze jastrzębskim wyłącznie przeznaczony na to pokój, zwany kaplicą. Przy głównej, przeciwległej do okien ścianie, wznosiło się cos w rodzaju ołtarza, a w nim obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Ściany, ołtarz, obraz, a nawet i świece przybrane były girlandami ziela, a stojące po bokach mensy bukiety bzów i jaśminów napełniały zapachem całą izbę. Czasem, gdy przyjeżdżał proboszcz rzęślewski, wówczas on prowadził nabożeństwo, a w razie jego nieobecności pani domu. Wszyscy domownicy – z wyjątkiem Laskowicza – przez cały maj schodzili się pod wieczór w kaplicy. Obecnie za paniami poszli i panowie, a po drodze Władysław Krzycki jął rozpytywać Grońskiego.

 

– Czy panna Anney jest katoliczką?

 

– Co prawda, to nie wiem, ale zdaje się – odpowiedział Groński. – Ale oto  wchodzi także, więc musi być katoliczką. Nazwisko może być irlandzkie.

 

W kaplicy świece były już zapalone, choć słońce całkiem jeszcze nie zaszło i stało w oknach niskie, złote i czerwone, rzucając blask na biały obrus, którym był przykryty ołtarz i na głowy kobiet. Przy samym ołtarzu uklękła pani domu, w drugim szeregu panie przyjezdne, a za niemi służba żeńska i stary, astmatyczny lokaj, a panowie stanęli pod ścianą między dwoma oknami. Rozpoczęły się zwykłe śpiewy, modlitwy i litanie.

 

Grońskiego uderzyła ich słodycz. Było w nich coś i wiosennego i zarazem wieczornego. Wrażenie wiosny czyniły kwiaty, a wieczora – czerwony blask, wchodzący przez okna, i miękkie kobiece głosy, które, powtarzając chóralne słowa litanii, przypominały jakby świergot ptactwa ostatni i cichnący przed zachodem słońca... "Uzdrowienie chorych, Ucieczko grzesznych, Pocieszycielko strapionych", powtarzała pani Krzycka, a owe miękkie przyciszone głosy odpowiadały jej: „Módl się za nami" i tak modlił się ten wiejski dom w ten majowy wieczór. Groński, który był sceptykiem ale nie ateistą, naprzód odczuł, jako człowiek wysokiej kultury, estetyczną stronę tego dziecięcego: „dobranoc", zanoszonego łagodnemu bóstwu przez kobiety. Następnie, jakby chcąc stwierdzić, że Dołhański miał słuszność, mówiąc o jego zwyczaju obracania każdej rzeczy na wszystkie strony i rozmyślania nad każdem zjawiskiem, począł rozmyślać nad objawami religijnemi. Przeszło mu przez głowę, że ta cześć, oddawana bóstwu, to jest jednak pierwiastek czysto idealny, na który zdobył się dopiero człowiek. Przypomniał sobie, że ilekroć razy zdarzyło mu się być w kościele i widzieć ludzi modlących się, tylekroć uderzała go ta niczem nie zapełniona przepaść, jaka dzieli świat ludzki od świata zwierząt. Faktycznie, pojęcia religijne wytworzył dopiero organizm wyższy i doskonalszy, a stąd wniosek, że gdyby istniały jakieś istoty dziesięć razy inteligentniejsze od człowieka, byłyby dziesięć razy na swój sposób religijniejsze.. – „Tak! Ale na swój sposób – powtórzył Groński – i może bardzo odmienny". – Jego dramatem duchowym (a często myślał, że i wielu podobnych do niego ludzi) było to, że absolut przedstawiał mu się jako otchłań, jako jakieś syntetyczne prawo wszelkich praw bytu. Otóż mniemał, że na pewnym stopniu rozwoju umysłowego niepodobna wyobrażać sobie tego prawa pod postacią dobrotliwego starca, albo oka w promiennym trójkącie – chyba, że się bierze rzeczy symbolicznie i że się uważa, że ten starzec, lub to oko wyraża tak wszechzasadę bytu jak poziomo nakreślona ósemka wyraża nieskończoność. Lecz w takim razie czymże będzie dla człowieka ta wszechzasada? Zawsze nocą, zawsze otchłanią, zawsze czymś niedosiężnym – zaledwie jakiemś głuchem poczuciem, nie zaś jasnem pojęciem, z którego mocy można zrozumieć zjawiska bytu i odpowiedzieć na rozmaite: dlaczego? „Człowiek, (monologował Groński), jest zarazem i za nadto i za mało inteligentny. Bo, ostatecznie, żeby wierzyć po prostu, trzeba bezwarunkowo pozamykać rozmaite okiennice umysłowych okien i nie pozwolić sobie przez nie patrzeć – a gdy się je pootwiera, to się widzi tylko noc bez gwiazd". Z tego powodu zazdrościł szczerze ludziom średniowiecznym, których inteligencja budowała gmachy umysłowe na niewzruszonych dogmatach, tak jak się buduje latarnie morskie na skałach. Dante mógł objąć cały obszar współczesnej mu wiedzy i pomimo tego podróżować po piekle, czyśćcu i niebie. Dzisiejszy uczony jużby tak podróżować nie mógł, a gdyby chciał wybiec myślą poza świat zjawisk materialnych, widziałby coś takiego, co w znanym obrazie Wurtza widzi głowa ścięta, to jest jakieś pierwiastki tak nie określone, że równe niczemu.

 

Ale tragedia, wedle Grońskiego, nie leżała tylko w niedołężności absolutu, w niepodobieństwie zrozumienia jego praw, lecz również w niepodobieństwie zgody na nie i uznania dla nich ze stanowiska ludzkiego życia. – Istnieje przecież, zło i niedola. Stary Testament tłumaczył je sobie łatwo stanem ciągłej niemal wściekłości swego Jahwe... „Domine ne in furore tuo arguas me, neqe in ira tua corripias me..." a potem: „Sagittae tuae infixae sunt mihi etconfirmasti super me manum tuurri'. I przyjąwszy raz tę zapalczywość i to,, Wzmacnianie prawicy" z byle powodu, łatwo sobie było wytłumaczyć w prosty sposób nieszczęście. Ale już i w Starym Testamencie Eklezjastes wątpi, czy wszystko na świecie jest w porządku. Nowy testament widzi zło w materii w przeciwstawieniu do ducha – i to jest jasne. Natomiast biorąc rzecz bezwzględnie, ponieważ wszystko jest ścisłym łańcuchem przyczyn i skutków, przeto wszystko jest logiczne, a jako logiczne nie jest samo przez się ani złem, ani dobrem, a to tylko może okazać się pomyślnem lub niepomyślnem w stosunku do człowieka. Prócz tego – to. co my nazywamy złem i niedolą, może być wedle absolutnych praw bytu i w głębiach ich mądrej ponad ludzkie pojęcie prawidłowości, jakimś koniecznym warunkiem rozwoju, a zatem czemś, co samo w sobie jest zjawiskiem dodatniem.

 

Tak, ale w takim razie skąd człowiek ma moc przeciwstawiania swej indywidualnej myśli i swych względnych pojęć tej powszechnej logice? Jeśli wszystko nie jest złudzeniem, dlaczego myśl ludzka jest siłą istniejącą jakby nazewnątrz ogólnych praw bytu. Jest w tem cos niesłychanego, a zarazem tragicznego, że człowiek musi tym prawom podlegać, a może przeciw nim protestować. Na świecie mieli duchowy spokój tylko bogowie, a mają tylko zwierzęta. Człowiek wiecznie targa się i krzyczy: veto! Takiem veto jest przecie każda ludzka łza.

 

I tu myśli Grońskiego przybrały kierunek bardziej osobisty. Począł patrzeć na modlącą się pannę Marynię i w pierwszej chwili doznał ulgi; przyszła mu bowiem do głowy czysto estetyczna uwaga, że taką dziewczynę Carpaccio mógł był umieścić koło swego gitarzysty, a Boticelli powinien ją był przeczuć. Ale zaraz potem pomyślał, że i taki kwiat musi zwiędnąć – nic zaś na świecie nie więdnie i nie umiera bez bólu. I nagle zdjęła go obawa przyszłości, która w swej torbie podróżnej ma zawsze ukryte zło i nieszczęście, przypomniał sobie wprawdzie aforyzm o pesymizmie, który przed chwila wypowiedział, ale nie znalazł w nim pociechy, rozumiał bowiem, że co innego jest pesymizm, płynący z wysiłku myśli, a co innego, życiowy, taki, na mocy, którego Dołhański pozwalał sobie, w chwilach wolnych od gry w karty, wzruszać nad wszystko ramionami. Ale zadał sobie pytanie, czy i ten wysiłkowy pesymizm da się w jakikolwiek sposób uzasadnić, i tu niespodzianie stanął mu przed oczami drugi przyjaciel, całkiem do Dołhańskiego niepodobny, chociaż także wielki sceptyk i zarazem hedonik – doktor Porębski. Był on szkolnym kolegą Grońskiego i w ostatnich latach leczył go na nerwy, więc znał go doskonale. Otóż, pewnego razu, wysłuchawszy jego rozmaitych refleksji i narzekań na niepodobieństwo znalezienia odpowiedzi na najważniejsze życiowe pytania – rzekł mu: – „To jest zabawa, na którą potrzeba czasu i środków. Gdybyś musiał pracować na chleb, tak jak ja, nie zawracałbyś sobie głowy i innym. Wszystko to przypomina gonitwę psa za swoim ogonem. A ja ci powiadam: patrz na to, co cię otacza, nie na własny pępek, i jeśli chcesz być zdrów, to... carpe diem!" – Groński uznał wówczas te słowa za nieco brutalną i więcej lekarską, niż filozoficzną radę, ale gdy przypomniały mu się obecnie, począł sobie mówić: „Rzeczywiście, ta droga, na którą ustawicznie, jakby ze złego przyzwyczajenia wchodzę – nie prowadzi nigdzie, i kto wie, czy te kobiety, modlące się w tej chwili z taką wiarą, nie są bez porównania rozumniejsze ode mnie, nie mówiąc już o tem, że są spokojniejsze i szczęśliwsze.

 

Tymczasem pani Krzycka poczęła mówić: „Pod twoją obronę uciekamy się, Święta Boża rodzicielko", a kobiece głosy odpowiedziały jej natychmiast: „naszemi prośbami nie racz gardzić, ale od wszelkich złych przygód racz nas zawsze zachować". Grońskiego zaś ogarnęła ogromna tęsknota za takim słodkiem, opiekuńczem bóstwem, które prośbami nie raczy gardzić, a wybawia od złych przygód. Jakże by z niem było dobrze, jaki można by mieć spokój o drogie głowy i jaką prostotę myślenia! Na nieszczęście odszedł już był za daleko – i mógł tylko tak samo tęsknić, ale nie mógł tak samo wierzyć jak te kobiety.

 

Groński przebiegł myślą szereg swoich znajomych i spostrzegł, że wierzących gorąco i do głębi duszy było między nimi bardzo mało, natomiast byli tacy, którzy wcale nie wierzyli, tacy, którzy chcieli, a nie mogli wierzyć, tacy, co nie wierząc uznawali ze względów społecznych, że wiara jest potrzebna, i wreszcie tacy, którzy byli po prostu zajęci czem innem. Do tej ostatniej kategorii należeli ludzie, zachowujący na przykład zwyczaj chodzenia w niedzielę na mszę, jak zwyczaj jedzenia co rano śniadania, ubierania się we frak na wieczory lub noszenia rękawiczek. Weszło to obyczajowo w skład ich życia i na tem koniec. Tu Groński spojrzał mimo woli na Krzyckiego, albowiem młody człowiek wydawał mu się właśnie ptakiem z takiego gaju.

 

Jakoż tak było rzeczywiście. A jednak Krzycki nie był to człowiek ani tępy, ani bezmyślny. Na uniwersytecie filozofował trochę, tak jak inni, lecz potem prąd życia i pracy poniósł go w inną stronę. Istniały wprawdzie rzeczy, które obok Jastrzębia i związanych z nim spraw codziennych obchodziły go ogromnie: obchodził go szczerze kraj, jego przyszłość, wszelkie wypadki, które mogły tak lub inaczej na nią wpłynąć– wreszcie kobiety i miłość; natomiast nad swą wiarą nie zastanawiał się więcej niż nad śmiercią, nad którą nie zastanawiał się wcale, jakby w przekonaniu,, że nie należy o nich myśleć, gdyż one same o każdym w swoim czasie pomyślą.

 

A obecnie, z powodu gości w Jastrzębiu, tem bardziej był o sto mil od podobnych pytań. Niegdyś, gdy, jeszcze jako student, jeździł podczas wakacji z matką na sumę do Rzęślewa, żywił w głębi duszy taką poetyczną nadzieję, że pewnej niedzieli rozlegnie się za drzwiami kościelnemi turkot karety, do kościoła wejdzie młoda i cudna księżniczka, przejeżdżająca gdzieś z nad Bałtyku do Kijowa, a on ją zaprosi do Jastrzębia, następnie zaś pokocha i zaślubi. Aż ty niespodzianie te młodociane marzenia spełniły się poniekąd, albowiem do Jastrzębia przybyła nie jedna, ale aż trzy księżniczki, o których mógł marzyć, ile mu się podobało – i oto klęczały teraz przed domowym ołtarzem, pogrążone w modlitwie. Począł więc patrzeć – to na panią Otocką, to na podobną do tanagryjskiego posążku postać panny Maryni i powtarzał sobie: „Matka chce mi dać jedną z nich za żonę". I nie miał nic przeciw samej idei, ale natomiast myślał o pani Otockiej: "Ta, to książka, którą już ktoś czytał, a ta druga, to jeszcze smyk, a nawet literalnie: smyk od skrzypców!" Po chwili zwrócił jakby mimo woli oczy na głowę panny Anney, a mimowoli dlatego, że stanowiła ona najbardziej świetlisty przedmiot w pokoju, albowiem zachodzące słońce, padając na jej jasne włosy, przesyciło je takim blaskiem, że cała głowa zdawała się płonąć. Panna Anney podniosła od czasu do czasu rękę i osłaniała się nią, jakby chcąc podtłumić ten blask, ale ponieważ promienie słońca stawały się coraz mniej gorące, więc w końcu przestała to czynić. Chwilami przytem zakrywała jej klęczącą postać jakaś młoda, czarnowłosa dziewczyna, której Krzycki nie znał, i domyślał się tylko, że to musi być panna służąca którejś z tych pań. Lecz pod koniec nabożeństwa dziewczyna pochyliła się zupełnie, tak, że Krzyckiemu nie przesłaniało już nic widoku, ani jasnej głowy, ani młodych i silnych pleców.

 

– To byłaby największa pokusa! – mówił sobie, ale matka byłaby przeciwna, dlatego, że to cudzoziemka.

 

Lecz nagle, jakby wyrzut sumienia, przyszły mu na pamięć smutne oczy i szczupłe ramiona panny Stabrowskiej. Ach! Gdyby Rzęślewo i kapitały jemu przypadły w udziale! Ale wujaszek zapisał Rzęślewo na szkoły, a kapitały na Karlsbad dla Maćków, jak mówił Dołhański – no i parę tysięcy Hance Skibiance. Na to wspomnienie Krzycki zmarszczył się i przeciągnął ręką po czole.

 

– Niepotrzebniem się unosił przy matce i przy tych paniach –rzekł w duszy. – ale Grońskiemu trzeba tę sprawę objaśnić. Jakoż po skończonem nabożeństwie zwrócił się do niego:

 

– Chciałbym z panem pomówić na cztery oczy o rozmaitych rzeczach. Dobrze?

 

– Dobrze – odpowiedział Groński. – Kiedy chcesz?

 

– Nie dziś, bo przedtem muszę być w Rzęślewic, by ludzi o coś wypytać, potem gospodarstwo, goście... Najlepiej będzie jutro wieczorem, albo pojutrze. Weźmiemy strzelby i pójdziemy pod las. Tam jest teraz ciąg słonek. Dołhański nie myśliwy, więc zostawimy go przy paniach.

 

– Dobrze – powtórzył Groński.

 

 

VIII

 

Jakoż zaraz następnego dnia wybrali się obaj pod wieczór ze strzelbami i psem ku staremu młynowi, a po drodze Krzycki począł rozpowiadać wszystko, o czem się wczoraj dowiedział:

 

– Byłem w Rzęślewie – mówił – ale tam nic dobrego nie słychać. Chłopi rozpowiadają, że testament jest fałszywy, i że skręcili go panowie, by rządzić pieniędzmi i gruntami na własną korzyść. Wiem już prawie na pewno, że tej oliwy dolewa do ognia Laskowicz. Dlaczego? – nie rozumiem, ale tak jest. Zwłaszcza bezrolni burzą się i powiadają, że jeśli cały majątek między nich rozdzielą, to sami dadzą składkę na szkołę. Oczywiście, nie mają przytem najmniejszego pojęcia, o jaką szkołę Żarnowskiemu chodziło i ile taka może kosztować.

 

– Co zamierzasz wobec tego zrobić? – zapytał Groński.

 

– Nie wiem, zobaczę, a tymczasem będę perswadował. Prosiłem także proboszcza, by im tłumaczył, o co chodzi? Gadałem z kilku starszymi gospodarzami. Zdawało się, żem im trafił do przekonania. Na nieszczęście z nimi jest tak, że każdy, pojedynczo wzięty, bywa rozsądny i nawet rozumny, a gdy się do wszystkich razem gada, to jakbyś głową w mur bił.

 

– To nic dziwnego – odrzekł Groński. – Weź dziesięć tysięcy doktorów filozofii, a zrobi się z nich tłum, rządzący się odruchami.

 

– Być może – rzekł Krzycki – ale ja nie tylko o testamencie chciałem mówić. Widziałem się też ze starym karbowym rzęślewskim i dowiedziałem się ogromnie ciekawych rzeczy. Oto, niech pan sobie wyobrazi, że nasze domysły były fałszywe, i że Hanka Skibianka nie jest córką wuja Żarnowskiego.

 

– A to zdawało się takie oczywiste! Ale jakież są na to dowody?

 

– Bardzo proste. Skiba był rodem z Galicji i przywędrował do Rzęślewa z żoną i córką, która miała około pięciu lat, a że Żarnowski, póki był zdrów, siedział murem na wsi i wtedy przynajmniej od dziesięciu lat nigdzie nie wyjeżdżał, więc tem samem nie mógł być ojcem dziewczyny.

 

– To istotnie sprawę rozstrzyga. Nie rozumiem tylko, dlaczego zapisał jej dziesięć tysięcy rubli?

 

– A, to cała historia! – odpowiedział Krzycki – Trzeba panu wiedzieć, że nieboszczyk, choć jak się teraz okazuje, kochał chłopów, trzymał jednak swoich ludzi okrutnie ostro. Gospodarzył też starym systemem, to się znaczy, wymyślał od rana do wieczora. Powiadali, że jak zaczął kląć w ganku, to go było do wpół wsi słychać. Pewnego tedy razu przyszedł do kuźni, znalazł cos nie w porządku i zaczął besztać kowala od ostatnich słów. Kowal kłaniał się i słuchał w pokorze, ale zdarzyło się, że mała Hanka była wtedy przed kuźnią i widząc, co się dzieje, wzięła patyk i nuż okładać Żarnowskiego po nogach: „Bedzies ty na tatusia krzycoł!" Nieboszczyk podobno w pierwszej chwili osłupiał, ale potem jak się zaczął śmiać, tak mu gniew i na kowala od razu przeszedł...

 

– Podoba mi się ta Hanka – rzekł Groński.

 

– Toteż i wujowi tak się to podobało, że tego samego dnia postał rubla kowalce i kazał jej przyjść z dziewczyną do dworu. Od tej pory ogromnie ją polubił. Kazał ją uczyć czytać starej gospodyni – i sam tego doglądał. Dziecko się też do niego przywiązało i tak to trwało całe lata. W końcu ludzie zaczęli gadać, że pan chce wziąć kowalównę całkiem do dworu i wychować na pannę, ale, zdaje się, że to nie była prawda. Chciał ją zapewne wychować tylko na tęgą wiejską kobietę i wyposażyć. Skibowie, u których była jedynaczka, mówili podobno, że za nic by jej nie oddali. Wiem zresztą tylko to, co mi karbowy opowiadał, bo nasze stosunki z nieboszczykiem były wówczas tak jak zerwane, właśnie z powodu tego młyna, z, pod którego zabrał nam wodę na swoje stawy.

 

– A następnie Skibowie wyemigrowali?

 

–Tak jest. Ale przedtem Żarnowski zaczął chorować, przeniósł się do Warszawy, potem siedział zagranicą i te stosunki się rozluźniły same przez się. Gdy Skibowie wyemigrowali, dziewczyna miała już siedemnasty rok. Wuj, wróciwszy na śmierć do Rzęślewa, tęsknił jakoby do niej i czekał od niej wiadomości. Ale ponieważ poprzednio przeniósł nawet i meble z Rzęślewa do miasta, więc ona nie przypuszczała widocznie, żeby wrócił, i nie wiedziała, dokąd pisać.

 

– Zapis najlepiej dowodzi, że o niej nie zapomniał – rzekł Groński.  z całego tego testamentu pokazuje się, że to był jednak człowiek z większem sercem, niż ludzie myśleli.

 

– Z pewnością – odrzekł Krzycki.

 

Czas jakiś szli w milczeniu, poczem Władysław zaczął znów mówić:

 

– Co do mnie, to jednak wolę, że ona nie jest córką nieboszczyka.

 

– Dlaczego? Czy to ma jaki związek z zapisem?

 

– Nie. Zapisu w żadnym razie nie przyjmę – nigdy!

 

– To dobrze, ale powiedz mi, dlaczegoś ty się tak ostro od tego zastrzegał, że aż to wszystkich dziwiło.

 

– Bo jest jedna okoliczność, której ani matka, ani nikt się nie domyśla, a którą szczerze panu wyznam. Oto ja tę dziewczynę w swoim czasie zbałamuciłem.

 

A Groński zatrzymał się nagle, spojrzał na Krzyckiego i zawołał:

 

–Masz tobie!

 

I ponieważ sam nie brał takich rzeczy lekko, a prócz tego poprzednie opowiadanie Krzyckiego wzbudziło w nim dla tej Hanki sympatię, więc zmarszczył brwi i zapytał:

 

– Bójże się Boga! Dziecko zbałamuciłeś? Co nazywasz swoim czasem?

 

Lecz Krzycki odpowiedział dość spokojnie:

 

– Nie zatrzymujemy się, bo pies za daleko odleci (i tu wskazał na biegnącemu przed nimi białego wyżła). Dziecka nie zbałamuciłem, bo ona miała wtedy szesnaście lat; stało się to przed siedmiu, gdy byłem jeszcze studentem i przyjechałem na wakacje do Jastrzębia

 

– Czy były jakie następstwa?

 

– O ile wiem, to nie. Rozumie pan, że przyjechawszy następnych wakacji i nie zastawszy już ani jej, ani Skibów, nie śmiałem dopytywać, bo na złodzieju czapka gore. Ale dziś zapytałem mimochodem karbowego, czy Skibowie nie dlatego wypadkiem wyemigrowali, że dziewczynie zdarzyła się jakaś przygoda. Powiedział mi, że nie.

 

– To tem lepiej i dla niej i dla ciebie.

 

– Z pewnością, że lepiej, gdyż inaczej rzecz byłaby się wydała i doszła do uszu matki.

 

–I w takim razie ty miałbyś przykrości? W głosie Grońskiego brzmiała ironia, ale Krzycki, zajęty własnemi myślami, nie zauważył jej wcale i rzekł:

 

– W takim razie miałbym przykrości, bo matka jest w tych rzeczach ogromnie surowa. Toteż dziś, przy większem zastanowieniu, jestem jak wilk, który nigdy nie robi szkody w tej okolicy, w której ma gniazdo. Wówczas byłem głupszy i mniej ostrożny.

 

– Niechże cię licho porwie – zawołał Groński.

 

– Bo co?

 

– Nic. Mów dalej.

 

– Ja niewiele więcej mam do powiedzenia. Wracając jednak do zapisu, to pojmuje pan, dlaczego nie mogłem go przyjąć?

 

– Może i pojmuję, ale „wymień mi swoje wyśmienite powody" – jak mówi Szekspir.

 

– Gdyż zbałamucić dziewczynę, to się na wsi zdarza, ale zbałamuciwszy ją, zabrać to, co było dla niej przeznaczone – tego byłoby nadto. A może ona tam gdzie w Ameryce biedę klepie?

 

– Wszystko jest możliwe – odpowiedział Groński.

 

– Więc, gdyby ogłoszenia, które porobię, nie doszły do jej wiadomości, to w takim razie ja używałbym jej pieniędzy, podczas gdy ona marłaby z głodu. Nie! Wszystko ma swoje granice. Ja nie jestem jakiś nadzwyczajny skrupulat, ale są rzeczy, których bym nie mógł po prostu zrobić.

 

– Powiedz mi – ale tak szczerze – czy ty masz do niej jaki sentyment?

 

– Powiem otwarcie, żem zupełnie o niej zapomniał. Teraz mi się? przypomniała i, oczywiście, nie mogę mieć do niej żadnej niechęci. Nawet owszem!... Tego rodzaju wspomnienia nie mogą być przecie przykre, chyba, że się łączy z niemi jaka zgryzota... ale myśmy byli prawie dziećmi – a zbliżył nas czysty wypadek.

 

– To pozwól sobie zadać jeszcze jedno pytanie. Gdyby nieboszczyk Żarnowski zapisał był jej całe Rzęślewo i wszystkie kapitały, a w razie jeśli ona się przez dwa lata nie zgłosi – tobie: czy odrzuciłbyś taki zapis?

 

– Nie mogę odpowiadać na pytania, nad któremi się nie zastanawiałem. Nie chciałbym się przedstawić panu ani lepszym, ani gorszym niż jestem. To jednak pewna, że ogłoszenia bym porobił i robił bym je przez całe dwa lata. Zresztą, co panu zależy na mojej odpowiedzi?...

 

I nagle przerwał, albowiem od strony pobliskiego brzeźniaka doszedł ich jakiś dziwny głos, podobny jakby do chrapania, a jednocześnie nad wierzchołkami brzózek i liwiny ukazał się na tle zorzy spory szary ptak, lecący w prostej linii ku zaroślom po drugiej stronie łąki.

 

– Słonki – zawołał Krzycki.

 

I skoczył naprzód.

 

A Groński podążając za nim myślał:

 

– Ten nie czytał zapewne Nietzschego, a jednak w jego żyłach płynie razem z krwią jakieś szlacheckie nadczłowieczeństwo. Gdyby mu ktoś uwiódł jego siostrę, strzeliłby mu w łeb, jak psu, ale ponieważ chodzi o wiejską dziewczynę, więc ani się zatroska.

 

Poczem ustawili się obaj na skraju brzeźniaka. Czas jakiś trwała zupełna cisza, poczem dziwny głos rozległ się powtórnie nad ich głowami i ukazała się druga słonka. Groński strzelił i chybił;

 

Krzycki poprawił – i widać było, jak zniżonym lotem zapadła w dalsze zarośla. Biały pies zamajaczył przez chwilę w mroku krzaków i niebawem wrócił, niosąc zabitego ptaka w pysku.

 

– Była już postrzelona – ozwał się Krzycki – to pan zabił. A Groński odpowiedział:

 

– Uprzejmy z ciebie gospodarz.

 

I znów zapadła cisza, której nie mącił nawet i szelest liści, gdyż nie było żadnego powiewu. Lecz po niejakim czasie zachrapały nad ich głowami naraz dwie słonki, jedna tuż za drugą, do których Groński nie mógł strzelać, lecz które Krzycki zrzucił dwójką bardzo czysto. Wreszcie zlitowała się jakaś desperatka i nad Grońskim, albowiem przeciągnęła nad nim tak wygodnie, jakby mu chciała usunąć wszelkie trudności. Sam on zawstydził się prawie tej radości, jaką odczuł, gdy po strzale usłyszał uderzenie ptaka o ziemię i, zgodnie ze swym nałogiem rozmyślania o każdym objawie, doszedł do wniosku, że jest to dziedzictwo z czasów niezmiernie pierwotnych, w których zręczność myśliwska stanowiła o bycie człowieka i jego rodziny. Ale dzięki tym wywodom nie strzelił wcale jeszcze do jednej sztuki, która przeciągnęła bliżej skraja zarośli – i na której ciąg zakończył się widocznie, gdyż przez dłuższy czas oczekiwali napróżno. Tymczasem ściemniło się zupełnie – i po chwili ze zmroku wynurzył się biały wyżeł, a za nim Krzycki.

 

– Przyszliśmy za późno – rzekł, ale to nic. W każdym razie są cztery sztuki dla czterech pań. Jutro postaramy się o więcej.

 

– To była tylko mała przerwa w twoich wyznaniach – odpowiedział Groński, przewieszając strzelbę przez ramię.

 

– W wyznaniach? – zapytał Krzycki. – Aha! – tak...

 

– Mówiłeś, że was zbliżył czysty wypadek...

 

– Rzeczywiście tak było. Ale teraz muszę iść naprzód, a pan niech idzie w ślad za mną, bo tu miejscami mokro. Tędy dojdziemy do mostu a przy moście będzie droga.

 

Jakoż dopiero, gdy znaleźli się na drodze, począł opowiadać:

 

– Zaczęło się i skończyło wszystko we młynie, który już wówczas służył na skład siana – a trwało nie dłużej nad dwa tygodnie. Było tak: poszedłem niegdyś ze strzelbą na wychodnego, na kozła, bo tu często wychodzą kozły wieczorami z zagajnika nad strugę. Chmurzyło się tego dnia mocno, ale że od strony zachodniej było pogodnie, myślałem, że przejdzie. Zasiadłem o kilkaset, a nawet i więcej kroków od młyna, bo bliżej leżało płótno na łące, którego mogły się kozły strachać – i w jakieś pół godziny później kozła rzeczywiście zabiłem. Ale tymczasem poczęło padać i wnet zrobiła się taka ulewa, jakiej w Jastrzębiu nie pamiętam. Porwałem mojego kozła za zadnie nogi i począłem machać co sił do młyna. Po drodze spostrzegłem, że płótno ktoś zabrał. Wpadam tedy do młyna i zakopuję się po uszy w siano, aż tu słyszę: oddycha ktoś przy mnie. Pytam: kto tam jest? Jakiś cienki głos odpowiada mi:

 

„Ja" co za ja? – „Hanka". – a co ty tu robisz? – „Przyszłam po płótno". – poczęło tak grzmieć, iż myślałem, że się młyn rozleci – i dopiero, gdy uspokoiło się trochę, dowiedziałem się za pomocą ciągłych pytań, że moja towarzyszka jest z Rzęślewa, że się woła:  Skibianka i że skończyło się jej szesnaście „roków" na świętą Annę. Wówczas – ale daję panu słowo, jeszcze bez żadnej złej myśli tylko dla konceptu i dlatego, że się tak zwykle gada z wiejskiemi dziewczynami – mówię do niej: A dasz buziaka? Nie odpowiedziała nic, ale że w tej chwili huknął piorun, więc przytuliła się do mnie – może ze strachu. A ja pocałowałem ją w same usta – i dalibóg – miałem takie wrażenie, jakbym pocałował w pachnący kwiat; więc zrobiłem to drugi raz, trzeci i tak dalej, a ona nie oddała mi pierwszego pocałunku, a oddała któryś tam dziesiąty, czy dwudziesty – a gdy burza przeszła i trzeba było się rozstać, miałem jej ramiona na szyi a jednocześnie policzek mokry od jej łez... Bo popłakiwała sobie, nie wiem, czy po utraconym wianku, czy dlatego, żem odchodził.

 

Grońskiemu przyszła mimo woli na myśl piosenka obłąkanej Ofelji:

 

„On się zerwał, drzwi otworzył, wdziewa suknię ranną Wpuścił pannę, lecz od niego nie wyszła już panną".

 

A Krzycki mówił dalej:

 

– Na odchodnem powiedziała mi, iż wie, że ja jestem panicz z Jastrzębia, że widywała mnie co niedziela w Rzęślewie, i że patrzyła na mnie, jak na cudowny obraz...

 

– Ach, ty przecież jesteś przystojny do obrzydliwości – przerwał z pewną irytacją Groński.

 

– Ba! – mam już trzy, albo cztery siwe włosy.

 

– Zapewne od urodzenia. Jak często widywaliście się potem?

 

– Zanim odszedłem, zapytałem jej, czy następnego wieczora będzie się mogła wymknąć. Odpowiedziała, że tak, ponieważ wieczorami zbiera zawsze blichujące się płótno z łąki, z obawy, by kto nie ukradł, a przytem latem sypia nie z tatusiami w chałupie, ale w stodole, na sianie. I schodziliśmy się już potem codziennie. Ja musiałem się ukrywać przed stróżami nocnymi, więc wykradałem się przez okno do ogrodu, choć to była niepotrzebna ostrożność, bo stróże spali tak, że raz jednemu zabrałem trąbę i kij. Zabawne też było i to, że z Hanką widywaliśmy się tylko w nocy i że, właściwie, nie wiedziałem nigdy dobrze, jak ona wygląda, chociaż przy księżycu wydawała mi się ładna.

 

– A w kościele?

 

– Nasza ławka kolatorska jest blisko ołtarza, a dziewczęta klęczą w głębi. Tyle tam takich samych czerwonych i żółtych chustek, tyle ponatykanych w nie kwiatów, że trudno coś odróżnić. Chwilami zdawało mi się, że ją z daleka widzę, ale dokładnie nie mogłem się nigdy przypatrzeć. Wakacje skończyły się też wkrótce, a gdym na następne przyjechał, Skibowie już wyemigrowali.

 

– Nie pożegnałeś się z nią?

 

– Wyznaję, że nie. Wolałem tego uniknąć.

 

– A nie zatęskniłeś do niej nigdy?

 

– Owszem. W Warszawie tęskniłem do niej ogromnie – i przez pierwszy miesiąc byłem w niej po prostu zakochany. Po powrocie do Jastrzębia, gdym znowu zobaczył młyn – także, ale jednocześnie rad już byłem, ze wszystko jak w wodę wpadło i że matka o niczem się nie dowie!

 

Tak rozmawiając skręcili z bocznej drogi na aleję, prowadzącą do dworu, którego niskie światła, w odległości mniej więcej wiorsty, to błyskały przez gałęzie lip, to chowały się, przesłonięte gęstwiną liści. Noc już zrobiła się zupełna, gwiaździsta i pogodna. Było jednak dość ciemno, bo księżyc jeszcze nie zeszedł i tylko miedziana poświata na wschodniej stronie nieba zwiastowała, że zejdzie lada chwila. Nie było żadnego wiatru. Wielkie nocne milczenie przerywały tylko ledwie dosłyszalne poszczekiwania psów w dalekiej, uśpionej wsi. Groński i Krzycki poczęli mimo woli mówić ciszej. Jednakże nie wszystko spało, bo o kilkaset kroków od alei migotało, na łące nad rzeką ognisko.

 

– To chłopi konie pasą i łapią przy świetle łuczywa raki – rzekł Krzycki. – Słyszę nawet, że jeden odjeżdża.

 

Jakoż w tej samej chwili dał się słyszeć na łące zgłuszony przez trawę tętent kopyt końskich, a prawie zaraz potem rozległ się donośny głos drugiego pastucha, który wśród ciszy nocnej, wołał przeciągle za odjeżdżającym:

 

– Wojtek!... A przywieź ta więcej szczypek, bo mi nie starczy! Nocny jeździec, wyjechawszy na drogę, przesunął się niebawem jak cień koło rozmawiających, jednakże poznał widocznie młodego dziedzica, gdyż, mijając, zdjął czapkę i ozwał się:

 

– Niech będzie pochwalony!

 

– Na wieki wieków! I czas jakiś szli w milczeniu.

 

Krzycki począł pogwizdywać z cicha, to wołać na psa, lecz, Groński, który rozmyślał ciągle nad tem, co się stało we młynie, rzekł:

 

– Czy wiesz, że gdybyś ty był na przykład, Anglikiem, to wasza sielanka skończyła by się prawdopodobnie inaczej – i miałbyś czyste wspomnienie na całe życie, w którem byłaby ogromna poezja...

 

– My mniej jadamy ryb, więc mamy inny temperament niż Anglicy, a co do poezji, może jej trochę i tak było...

 

– Nic tyle inny temperament, ile inny obyczaj, a w nim więcej folgi... Oni mają dusze zdrowsze, a zarazem samodzielniejsze i nie zapożyczają moralności z francuskich książek...

 

Poczem zamyślił się przez chwilę i następnie mówił dalej:

 

– Ty powiadasz, że w waszym stosunku i tak było trochę poezji. – Zapewne! – ale patrząc tylko od strony Hanki, nie od twojej. W niej istotnie jest coś poetycznego, albowiem, wnosząc z twoich własnych stów, to ona kochała cię prawdziwie.

 

– To, z pewnością – przerwał Krzycki. – Kto wie, czy kiedykolwiek w życiu będę tak kochany.

 

– Ja też myślę, że nie. I dlatego dziwię się, że ten kamień tak wpadł w toń twojej niepamięci, i że się po nim tak wszystko w tobie wygładziło.

 

Krzyckiego dotknęły nieco te słowa, więc odrzekł:

 

– Otwarcie mówiąc, to ja panu opowiedziałem to wszystko tylko w tym celu, by wytłumaczyć, dlaczego nie przyjmuję zapisu – i w naiwności duszy myślałem, że mnie pan pochwali. A pan wyszukuje tylko na mnie miejsc bolących. Jużci wolałbym ostatecznie, żeby się to nie było stało – ale skoro się stało, to lepiej mi o tem nie myśleć. Bo gdybym ja miał tyle milionów, ile po wsiach znajdzie się co rok zbałamuconych dziewczyn, tobym nie tylko Rzęślewo, ale pół powiatu zakupił. Mogę jednak pana zapewnić, że ani one same nie patrzą na to, jak na tragedię, ani też rzecz nie kończy się nieszczęściem. Byłoby też po prostu śmieszne, gdybym to brał więcej do serca, niż Hanka, która prawdopodobnie wcale tego do serca nie brała i... nie bierze.

 

– Skąd to wiesz?

 

– Bo tak zwykle bywa. A gdyby zresztą było przeciwnie, to cóż zrobię? Przecie nie pojadę szukać jej za oceanem. W książce wyglądało by to może bardzo romantycznie, ale w rzeczywistości – mam gospodarstwo, którego nie porzucę, i rodzinę, której mi nie wolno poświęcić. Taka Hanka, której, mówiąc nawiasem, trochę mi pan zakwasił wspomnienie, może być najpoczciwszą dziewczyną, ale ożenić się – przecie z nią nie ożenię, więc koniec końców, co mogę zrobić?

 

– Nie wiem. Ale musisz się chyba zgodzić, że jest pewien moralny niesmak w takim położeniu, w którem człowiek, po spełnionej winie, pyta następnej siebie, lub drugich: co mogę zrobić?

 

– O, to tylko „facon de parler" – odpowiedział Krzycki –albowiem w gruncie rzeczy wiem doskonale. Porobię ogłoszenia i na tem się wszystko skończy. Pokutę, którą mi ksiądz w swoim czasie zadał, odprawiłem i więcej pokutować nie myślę i nie będę. A na to Groński:

 

– Sero molunt deorum molae. Rozumiesz, co to po poIsku znaczy?

 

– Objąwszy gospodarstwo w Jastrzębiu, posiałem moją łacinę na jego polach – ale nie weszła!

 

– To znaczy: późno mielą młyny bogów.

 

Krzycki zaś począł się śmiać, i ukazując ręką w kierunku starego młyna, rzekł:

 

– Ten już nic nie zmiele. Za to zaręczam.

 

Dalszą rozmowę przerwało im spotkanie blisko już bramy dwóch niewyraźnych postaci, z któremi się niemal potrącili, albowiem, chociaż księżyc już zeszedł, w starej alei lipowej było prawie zupełnie ciemno.

 

Krzycki był przekonany, że to przyjezdne panie używają wieczornej przechadzki, ale dla pewności zapytał:

 

–A kto tam?

 

– To my – odpowiedział nieznany niewieści głos.

 

– Mianowicie, kto?

 

– Służąca pani Otockiej i panny Anney. Młody człowiek przypomniał sobie dziewczynę, której czarna główka zasłaniała mu w czasie majowego nabożeństwa rozświetlone głosy Angielki.

 

– Aha! – rzekł. – Nie boją się to panienki chodzić w takich ciemnościach? Jeszcze, którą wilkołak porwie.

 

– Nie bojemy się – odpowiedział ten sam głos.

 

– A może ja jestem wilkołak!

 

– Wilkołak tak nie wygląda.

 

Rozpoczęły się śmiechy dwóch dziewczyn, ale obie cofnęły się nieco i w tej samej chwili jasny promień księżyca, który przedarł się przez liście, oświecił białe czoło, czarne brwi i połyskujące zielonawo białka oczu jednej z nich.

 

Krzycki, któremu pochlebiły słowa, że wilkołak tak nie wygląda, popatrzył w te oczy i rzekł:

 

– Dobranoc!

 

– Dobranoc!

 

Panie z Dołhańskim były już w jadalnym pokoju, gdyż z podaniem wieczerzy czekano tylko na myśliwych, którzy po powrocie poszli się przebrać. Panna Marynia przysiadła się do dzieci na końcu stołu i rozmawiała po trochu z niemi, potrochu z Laskowiczem; ten zaś opowiadał jej coś z wielkim ożywieniem, przypatrując się jej uporczywie, ale i z czujnością, by nie zwrócić na to niczyjej uwagi. Groński zauważył to jednak od pierwszej chwili wejścia, a ponieważ młody student zaciekawiał go i niepokoił od czasu, jak się dowiedział o jego agitacji wśród rzęślewskich chłopów – pragnął wmieszać się do rozmowy. Ale panna Marynia przerwała ją prawie w tej samej chwili i, wysłuchawszy ostatniego zdania, przyłączyła się do innych pań, które, słysząc poprzednio z ganku strzały w stronie starego młyna, poczęły dowiadywać się o rezultat polowania. Pokazało się przytem, że ani panna Anney, ani obie siostry nie widziały inaczej słonek jak na półmisku, więc gdy stary służący przyniósł na rozkaz Krzyckiego cztery martwe ofiary, oglądały je z ciekawością, wypowiadając przy tej sposobności słowa spóźnionego współczucia dla ich tragicznego losu i wypytując o ich sposób życia. Władysław Krzycki, którego świat zwierzęcy zaciekawiał i zajmował od wczesnych lat, jął rozpowiadać przy kolacji o dziwnych obyczajach tych ptaków i ich tajemniczych ciągach – przyczem zwracał się szczególnie do pani Otockiej, albowiem uderzyła go poraz pierwszy jej niezwykła uroda.

 

W ogóle wolał on inny, mniej subtelny rodzaj piękności i cenił przedewszystkiem kobiety hoże, zauważył jednak, że tego wieczoru pani Otocka wyglądała wprost nadzwyczajnie. Jej niezmiernie delikatna cera wydawała się jeszcze delikatniejszą przy czarnej i naszytej koronkami sukni, a w oczach jej, w rysunku ust, w wyrazie twarzy i w całej postawie było coś tak dziewiczego, że ktoby nie wiedział o jej wdowieństwie, wziąłby ją za pannę, a nawet za panienkę z dobrego wiejskiego domu. Władysław od pierwszej chwili przyjazdu tych pań zapisał się wprawdzie do stronnictwa panny Anney, obecnie musiał wszelako przyznać w duchu, że młoda Angielka nie jest okazem rasy tak wyrafinowanej – i co gorzej – że wydaje mu się dziś znacznie mniej ładna od tej „subtelnej kuzynki".

 

Ale zrobił zarazem jedno dziwne odkrycie, a mianowicie, że to spostrzeżenie nie tylko nie zmniejsza jego sympatii dla jasnowłosej panny, ale poniekąd go rozczula i usposabia jeszcze przyjaźniej. Miał takie przeczucie, jakby tem porównaniem do pani Otockiej wyrządził jakąś niezasłużoną krzywdę Angielce, za którą powinien ją przeprosić.,, Trzeba się będzie trzymać – pomyślał – bo inaczej wypadnę". Począł jednak szukać niebieskiej smugi tych dziwnych oczu, i znalazłszy ją – pić kropla po kropli jej zamglony lazur.

 

Tymczasem pani Krzycka, chcąc dowiedzieć się, jakie są najbliższe zamiary sióstr, jęła wypytywać panią Otocka, czy wyjadą tego lata za granicę i dokąd.

 

– Mnie – mówiła – doktor wysyła z powodu moich reumatyzmów na kąpiele borowinowe, ale bardzobym była rada spędzić gdzieś z wami jeszcze jedno lato.

 

– I nam wspólny pobyt w Krynicy zostawił jak najmilsze wspomnienie – odpowiedziała pani Otocka. – Właściwie, to my jesteśmy zupełnie zdrowe i chętnie siedziałybyśmy na wsi, a ja jeszcze chętniej zaprosiły do nas ciocię z całym domem, gdyby nie to, że czasy takie niespokojne i niewiadome, co jutro będzie. Ale jeśli się uspokoi, to ciocia po kuracji koniecznie musi do nas zajechać.

 

To powiedziawszy, ucałowała bardzo serdecznie rękę pani Krzyckiej, która odrzekła:

 

– Jakaś ty dobra i kochana. Ja z całego serca pojechałabym do was, tylko, że przy mojem zdrowiu człowiek musi słuchać nie serca, ale różnych ukrytych dolegliwości. Przytem czasy są rzeczywiście niespokojne i rozumiem, że samym kobietom trochę straszno siedzieć teraz na wsi. Czy masz jakich pewnych ludzi w Zalesinie?

 

– Ja naszych ludzi się nie obawiam, gdyż oni bardzo byli przywiązani do mego męża, a teraz to przeszło na mnie. Mój mąż dużo im świadczył dobrego. Nauczył ich przede wszystkim patriotyzmu, a jednocześnie zaprowadzał rozmaite urządzenia, których gdzie indziej nie było. Mamy ochronę, szpital, kąpiele, sklepy, szkółki owocowe dla rozdawania drzewek. Nawet studnie artezyjskie pozakładał mąż, żeby we wsi było dość zdrowej wody.

 

Dołhański, usłyszawszy to, przechylił się ku Krzyckiemu i szepnął:

 

– Fantazje kapitalisty. Uważał żonę i Zalesin za dwa cacka, z któremi się pieścił, a bawił się w filantropa, bo miał za co. Lecz pani Krzycka spytała znowu:

 

– Kto rządzi teraz Zalesinem?

 

A młoda wdowa, otrząsnąwszy się z chwilowych smutnych wspomnień – odpowiedziała z uśmiechem:

 

– W okolicy mówią tak: że Zalesinem rządzi Dworski (jest to dawny rachmistrz mojego męża, bardzo do nas przywiązany), Dworskim rządzę ja, a mną Marynia.

 

–I to prawda – wtrąciła panna Anney – z tym dodatkiem, że i mną.

 

Na to panna Marynia poczęła kiwać głową i rzekła:

 

– Żeby ciocia wiedziała, jak one czasem na mnie zrzędzą!

 

– Jakoś tego nie widzę, ale myślę, że przyjdzie czas, że i tobą będzie ktoś rządził.

 

– Już przyszedł! – wyrwało się pannie Maryni.

 

– No? A to ciekawam! Któż to jest ten despota?

 

A mała skrzypaczka, wskazując prędkim ruchem paluszka na Grońskiego, rzekła:

 

– Ten pan.

 

– To teraz rozumiem – rzekł Dołhański – dlaczego wówczas, gdy wróciliśmy od rejenta, miałem nad głową imbryczek pełen ukropu.

 

Groński zaś ruszył ramionami jak człowiek, w którego wmawiają rzeczy wprost niesłychane i zawołał:

 

– Ja?... despota? Ależ ja jestem ofiara najbardziej zahipnotyzowana ze wszystkich.

 

– To pan Laskowicz jest hipnotyzerem, nie ja – odrzekła panienka. – Sam mi to przed kolacją powiedział i tłumaczył mi, co to jest hipnotyzm.

 

Groński zwrócił wzrok na drugi koniec stołu, w stronę studenta i ujrzał jego oczy wytężone, uporne i błyszczące, utkwione w pannę Marynię.

 

– Ależ – pomyślał – on istotnie próbuje na niej swoje siły. Więc zmarszczył brwi i zwróciwszy się ku niej, rzekł:

 

– Tego co jest hipnotyzm, naprawdę nikt dobrze nie wie. Widzi się objawy i nic więcej. Ale jak też tłumaczył go pan Laskowicz?

 

– Mówił, to co już dawniej słyszałam, że osoba uśpiona musi wykonać wszystko, co każe ten, który ją uśpił – i że, nawet rozbudzona, zawsze mu podlega.

 

– To nieprawda! – odpowiedział Groński.

 

–1 ja tak myślę. Utrzymywał przytem, że i mnie potrafiłby bardzo łatwo uśpić, ja zaś czułam, że wcale nie.

 

– Doskonale! A czy takie rzeczy panią zajmują?

 

– Hipnotyzm mniej. Jak ma być coś tajemniczego, to wolę słuchać o duchach, a zwłaszcza podobają mi się historie, które opowiada jeden nasz sąsiad w Zalesinie o małych duszkach. Mówi, że się nazywają skrzaty, że broją w starych domach i że można je widzieć, gdy się w nocy patrzy przez okno do pokoju, w którym się pali na kominie. Biorą się wtedy za łapki i tańcują przed ogniem.

 

– To jakieś wesołe duszki

 

– I nie złośliwe, chuć psotne. Sąsiad nasz, staruszek wierzy w nie święcie i kłóci się o nie z proboszczem. Powiada, że u niego ich pełno i że mu płatają ciągle figle: czasem pociągają za sznurek od zegara, żeby dzwonił, czasem chowają pantofle, lub inne rzeczy, hałasują w nocy, zaprzęgają świerszcze do łupin od orzechów i jeżdżą nimi po pokojach; w kuchni zjadają kożuszki z mleka i rzucają groch do ognia, który strzela. Ale gdy im się nie dokucza, to bywają nawet życzliwe, wypędzają pająki, myszy i pilnują, żeby grzyb nie stoczył podłóg. Ten nasz sąsiad był to niegdyś człowiek bardzo wykształcony, ale na starość zdziwaczał i opowiada to wszystko zupełnie serio. My, naturalnie, śmiejemy się z tego, przyznam się jednak, że chciałabym bardzo, żeby istniał taki jakiś inny świat – dziwny i tajemniczy. Byłoby z tem tak dobrze i ładnie i mniej smutno...

 

Tu poczęła spoglądać przed siebie nieco rozmarzonemi oczyma, poczem tak mówiła dalej:

 

– Pamiętam też, że gdy rozmawialiśmy nieraz z panem o obrazach Boecklina, o tych faunach, nimfach i driadach, które on malował, to żałowałem zawsze, że tego wszystkiego nie ma w rzeczywistości. A czasem tak jakoś mi się zdawało, że to może jest, tylko my tego nie widzimy. Bo, prawda, panie, że któż wie, co się dzieje w lesie w południe, albo w nocy, kiedy tam nikogo nie ma, albo przy księżycu we mgle, albo na stawach? Wiara w taki świat nie jest przecie dzieciństwem, skoro wierzymy w aniołów.

 

– Toteż ja wierzę w duszki, w nimfy, w driady i w aniołów –odrzekł Groński.

 

– Naprawdę? – spytała?. – Bo pan mówi zawsze ze mną jak z dzieckiem.

 

A on odpowiedział jej tylko w myśli:

 

– Mówię jak z dzieckiem, ale uwielbionem.

 

Lecz dalszą rozmowę przerwał służący, który oznajmił Krzyckiemu, że przyjechał ekonom z Rzęślewa i że w pilnej sprawie chce się widzieć z „jaśnie paniczem". Krzycki przeprosił towarzystwo i ze zwykłemi u wiejskich gospodarzy słowami: "Cóż tam znowu?" wyszedł z pokoju. Ale ponieważ wieczerza była prawie skończona, więc niebawem ruszyli się wszyscy za przykładem pani domu, która jednak przez chwilę napróżno usiłowała się podnieść, albowiem od dwóch dni reumatyzm dokuczał jej coraz mocniej. Podobne ataki zdarzały się często i w takich razach syn przeprowadzał ją zwykle z pokoju do pokoju. Tym razem przyszła jej w pomoc siedząca najbliżej panna Anney – i, otoczywszy ją ramieniem, podniosła ją lekko, zręcznie i bez żadnego wysilenia.

 

– Dziękuję pani, dziękuję – odrzekła pani Krzycka – bo inaczej musiałabym chyba czekać na Władzia. A, mój Boże, jak to dobrze być taką mocną.

 

– O, ze mnie prawdziwy Samson – odpowiedziała swym miłym, przyciszonym głosem panna Anney.

 

Lecz w tej chwili Władysław, który widocznie przypomniał sobie, że trzeba odprowadzić matkę, wpadł do pokoju, i, ujrzawszy co się dzieje, zawołał:

 

– Niech pani pozwoli. To mój obowiązek. Pani się zmęczy.

 

– Ani trochę.

 

– Ach, Władku – odrzekła pani Krzycka – doprawdy nie wiem, które z was silniejsze.

 

– Czy naprawdę tak? – zapytał, patrząc zachwyconemi oczyma na wysmukłą postać dziewczyny.

 

A ona poczęła mrugać oczyma na znak, że tak naprawdę, przyczem jednak zaczerwieniła się, jakby wstydząc się swej nie kobiecej siły.

 

Krzycki jednak pomógł jej usadzić matkę przed stołem, na którym zwykła była kłaść wieczorami w saloniku pasjanse. – Przy tej sposobności przycisnął mino woli ramieniem ramię panny Anney –  i gdy poczuł to młode, jakby stalowe ciało, oblał go nagle war żądzy, a zarazem ogarnęło go poczucie jakiejś elementarnej, niesłychanie błogiej siły. Gdyby był Grońskim i czytał kiedy w życiu Lukrecjusza hymn do Wenus, byłby umiał siłę tę uświadomić i nazwać. Ale ponieważ był jeno dwudziestosiedmioletnim zdrowym szlachcicem, więc tylko pomyślał, że za taką chwilę, w której wolnoby mu było przycisnąć do piersi całą podobną dziewczynę, wartoby oddać Jastrząb, Rzęślewo – a nawet i życie.

 

Ale tymczasem musiał wracać do rzęślewskiego ekonoma, który czekał w kancelarii z pilną sprawą. Rozmowa z nim trwała tak długo, że, gdy Krzycki pojawił się znowu w salonie, młode panie odeszły były już do siebie, tak, że zastał tylko matkę, która czekała go umyślnie, chcąc dowiedzieć się, o co chodzi, a z nią Grońskiego i Dołhańskiego, który grał sam ze sobą w bakarata.

 

– Jakie nowiny? – zapytała pani Krzycka.

 

– Zupełnie niedobre. Tylko niech się mama nie niepokoi, bo tu przecie Jastrząb, a nie Rzęślewo – i ostatecznie możemy na to wszystko machnąć ręką. Ale swoją drogą tam się dzieją dziwne rzeczy, i Kapuściński w każdym razie dobrze zrobił, że tu przyjechał...

 

– Na Boga, któż to jest Kapuściński – zawołał Dołhański, wypuszczając monokl z oka.

 

– Ekonom z Rzęślewa. Otóż powiada, że tam pojawiły się jakieś nieznane figury, podobno z Warszawy, i rządzą się jak szare gęsi po niebie. Wydają rozkazy, zwołują chłopów, burzą ich, przyrzekają im grunta, każą nawet zajmować inwentarze i obiecują, że w całej Polsce wkrótce tak będzie, jak w Rzęślewie...

 

– A cóż chłopi, cóż chłopi? – przerwała pani Krzycka.

 

– Jedni wierzą drudzy nie wierzą. Niektórzy rozumniejsi próbowali się opierać, ale tym grożą po prostu śmiercią. Parobcy dworscy nie chcą już jednak słuchać Kapuścińskiego i powiadają, że tylko bydło będą paśli i karmili, ale żadnej innej roboty nie tkną. Kilkunastu komorników wybiera się już do lasu z siekierami – i zapowiadają, że gajowych, jeśli będą bronili wyrębu – pobiją. Kapuściński stracił zupełnie głowę i przyjechał do mnie, jako do jednego z egzekutorów testamentu, pytać o radę.

 

– A tyś co mu poradził?

 

– Ja, ponieważ mi oświadczył, że w Rzęślewie nie jest pewny życia, poradziłem mu przedewszystkiem, by został na noc u nas w Jastrzębiu. Chciałem pierwej pogadać z matką i z wami, bo istotnie rada jest trudna i położenie ciężkie. Przecie taki stan rzeczy nie może się ostać i prędzej, później skrupi się wszystko na samych chłopach. Temu trzeba koniecznie zapobiec. Ja powiem otwarcie, że od dwóch dni myślałem o tem, czyby się kuratorstwa tej przyszłej szkoły i w ogóle praw rzęślewskich nie zrzec. Wahałem się tylko dlatego, że to służba publiczna, naprawdę jednak, to ja mam tyle do roboty w Jastrzębiu, że nie wiem, do czego pierwej ręki przyłożyć. Ale teraz, skoro chodzi o to, by ratować chłopów, i skoro łączy się to z pewnym niebezpieczeństwem, to już się nie mogę cofnąć

 

– Ja będę się o ciebie bała, ale cię rozumiem – rzekła pani Krzycka.

 

– Myślę więc, że przedewszystkim trzeba będzie zaraz jutro pojechać do Rzęślewa, ale Jeśli tam nie znajdę żadnego posłuchu, to co wówczas?

 

– Nie znajdziesz – rzekł Dołhański, nie przestając rozdawać kart. Jeśli pojedziesz, to ja pojadę z tobą – rzekła pani Krzycka

 

– Tego tylko brakowało! Niechże mama pomyśli, że w takim razie byłbym okropnie skrępowany i na pewno nic bym nie wskórał.

 

Poczem ucałował jej ręce i począł powtarzać:

 

– Nie, nie! Mama rozumie, że to byłoby jeszcze gorzej, i gdyby się mama uparła, to wołałbym wcale nie jechać.

 

Groński wsparł głowę na ręku i myślał, że łatwiej jest jednak analizować, siedząc przy biurku, rozmaite objawy życiowe, niż zdobyć się na radę wobec zdarzeń doraźnych. Dołhański zaś przestał wreszcie grać z sobą w bakarata i rzekł:

 

– W jakiem my jednak jesteśmy położeniu, to przechodzi wszelkie pojęcie. Bo przecie w każdym innym kraju wezwałoby się policję i rzecz skończyłaby się tego samego dnia.

 

Na to Krzycki zawołał prawie z gniewem:

 

– Co do tego, to pozwól! Już ja tam nie będę wzywał policji, nie tylko przeciw naszym chłopom, ale nawet i przeciw takim zakazanym figurom, jakie w tej chwili siedzą w Rzęślewie. Co to – to nie!

 

– A wiec, niech żyje okres prawdziwie wolnościowy!

 

Lecz Groński podniósł głowę i ozwał się:

 

– Kto wie, czy wezwanie policji nie byłoby na rękę tym jegomościom.

 

– A to jakim sposobem?

 

– Bo sami mogą w porę dać nurka, a później burzyć lud i wołać na całą Polskę: „Patrzcie kto wzywa na chłopów policję"

 

– To jest trafna uwaga – rzekł Krzycki. – Teraz zaczynam rozumieć rozmaite rzeczy, których przedtem nie rozumiałem.

 

– Mnie – począł mówić z wolna Dołhański – od chwili otwarcia testamentu, nic a nic nie obchodzi ani Rzęślewo, ani jego mieszkańcy. Jednakże, podczas rozdawania kart, przyszła mi jedna myśl. Władek pojedzie tam jutro zupełnie niepotrzebnie. Może tylko oberwać guza, bez żadnego dla nikogo pożytku...

 

– Do tego jeszcze nic doszło i tego się wcale nic obawiam. Nasza rodzina siedzi w Jastrzębiu od niepamiętnych czasów i chłopi okoliczni na żadnego Krzyckiego ręki nie podniosą...

 

– Przedewszystkim nie przerywaj mi – odrzekł Dołhański. – jeśli nie oberwiesz guza – a i ja przypuszczam, że może nie – to nie znajdziesz, jak sam przed chwilą przewidywałeś, posłuchu. Gdybyśmy pojechali my dwaj – to jest ja i Groński – to także nic nie wskóramy, albowiem widziano nas na pogrzebie i czcigodni Słowianie rzęślewscy patrzą na nas, jak na ludzi, którzy mają w tej sprawie swój własny interes. Tam trzeba, żeby przyjechał ktoś nieznany i nie namawiał –ale jak człowiek, który ma prawo i siłę – rozkazał chłopom, by zachowali się spokojnie. Skoro wam tak o nich chodzi, to jest jedyna droga. Otóż, z mocy niezbadanych wyroków Opatrzności, istnieją przecie w tym miłym kraju i demokraci narodowi, których, mówiąc nawiasem, nie znoszę, jak siódemki treflowej w kartach, ale którzy maja podobno, jeśli niemniej spocone, to i niemniej ciężkie pięści od socjalistów. Czy z tymi nie załatwić się za pomocą tamtych?

 

– Ależ naturalnie! Naturalnie! – zawołał Groński. – Chłopi mają ostatecznie i więcej ufności do partii narodowej.

 

– Ja też do niej całym sercem należę – rzekł Krzycki – ale siedząc kamieniem w Jastrzębiu, niewiem, do kogo się udać.

 

– W każdym razie nie do mnie – odpowiedział Dołhański. Lecz, Groński który, jakkolwiek nie należał do żadnych stronnictw, znał jednakże całe miasto, z łatwością wskazał adresy i sposób, w jaki można partię zawiadomić – poczem rzekł:

 

– A teraz dam jedną radę, taką samą, jaką ty, Władku, dałeś Kapuścińskiemu, a mianowicie, żebyśmy poszli spać, albowiem zwłaszcza pani (i tu zwrócił się do gospodyni domu) od dawna się to należy. Czy zgoda?

 

– Zgoda odpowiedział Władysław – ale zaczekajcie jeszcze parę minut. Po odprowadzeniu matki, odprowadzę i was na górę.

 

Jakoż w kilkanaście minut powrócił, lecz zamiast obiecanego gościom: dobranoc! przysunął się do nich i rozpoczął na nowo przerwaną rozmowę.

 

– Nie chciałem przy matce mówić wszystkiego – rzekł – żeby jej nie niepokoić. W gruncie rzeczy sprawa przedstawia się daleko gorzej. Oto, mówiąc naprzód o tem, co nas dotyczy, wyobraźcie sobie, że ci przybysze, zaraz po przyjeździe, pytali przedewszystkim o Laskowicza, i że Laskowicz był dziś po południu w Rzęślewie, a wrócił na godzinę przed naszym powrotem z polowania. Teraz jest już zupełnie pewne, że mamy agitatora tu, między nami...

 

– To go wyrzuć – przerwał Dołhański. – Ja na twoim miejscu byłbym to dawno zrobił, choćby dlatego, że on ma oczy osadzone tak blisko jedno od drugiego, jak pawian. U człowieka oznacza to fanatyzm i głupotę.

 

– Niezawodnie, że skończę z nim wkrótce, a skończyłbym, pomimo późnej godziny, natychmiast, gdyby nie to, że chcę się wpierw uspokoić, żeby nie zrobić jakiej głupiej awantury. Ja tego nie lubię; ale swoją drogą, tym apostołom z Rzęślewa, nie radzę zaglądać mi tu do Jastrzębia. – Dalibóg nie radzę!

 

– Czy mają zamiar złożyć ci wizytę?

 

– Prawie. A jeśli nie mnie osobiście, to moim parobkom. Zapowiedzieli w Rzęślewie, że w całej okolicy będą urządzali strajki rolne. Tem bardziej przyda się moja rada, by ten klin wybić drugim. Niezawodnie. Zabiorę się też do tego niezwłocznie.

 

– Wiem – rzekł Groński – że oni chcą przeprowadzić strajki rolne w całym kraju. To się nie uda, gdyż żywioł chłopski tę robotę odeprze. Oni, jako ludzie przeważnie z miast, nie zdają sobie sprawy ze stosunku człowieka do ziemi. Będą wszelako częściowe szkody i zamęt się powiększy, a oto im tylko chodzi. Ach! –szekspirowskie,, słońce głupoty" nie tylko świeci nad naszym krajem, ale jest w zenicie.

 

– Jeśli o takim słońcu mowa – odpowiedział Dołhański – to możemy powiedzieć, jak ongi królowie hiszpańscy: że w naszych posiadłościach nie zachodzi ono nigdy.

 

A Groński mówił dalej, podnosząc brwi i przymrużając w zamyśleniu oczy:

 

– Socjalizm... dobrze! To przecie rzecz starsza od Menenjusza Agryppy. Płynie ta rzeka przez całe wieki. – Czasem, gdy przykryją ją inne idee, nurtuje pod ziemią, potem zaś znów wydostaje się na światło dzienne. – Czasem opada, czasem wzbiera i rozlewa... obecnie mamy powódź i to bardzo groźną, która może zatopić nie tylko fabryki, miasta i kraje, lecz nawet cywilizację... Grozi to przedewszystkim Francji, gdzie dobrobyt i pieniądz wyrugowały wszelkie inne idee. – Socjalizm jest tego następstwem koniecznem. Kapitał, ożeniony z demagogią, nie mógł spłodzić innego dziecka, że zaś to dziecko ma głowę potwora i kretyna, to tem gorzej dla jego ojca. – Pokazuje się, że zbytnie bogactwo może być narodowym niebezpieczeństwem. Ale to nic dziwnego. Przywilej jest niesprawiedliwością, z którą ludzie walczyli od wieków. Otóż dawniej mieli przywileje książęta, duchowieństwo i szlachta. Dziś nikt nie ma żadnych – pieniądz ma wszystkie. Oczywiście, że występuje do walki przeciw niemu praca.

 

– To mi zaczyna trącić apologią socjalizmu – zauważył Dołhański

 

– Nie. To nie jest apologią. Bo przedewszystkiem, patrząc na rzecz z góry, czymże jest ten nowy prąd, jeśli nie jednem więcej złudzeniem w gonitwie ludzkości za szczęściem. Co do mnie, to twierdzę tylko, że socjalizm przyszedł, a raczej, że w naszych czasach ogromnie wezbrał, ponieważ musiał wezbrać. Chodzi tylko o to, jak się przedstawia i czy nie mógłby mieć innej twarzy, l tu się zaczyna moja krytyka. Ja socjalistom nie uważam za grzech socjalizmu, tylko właśnie to, że idea zaczyna w ich szkole nabierać coraz bardziej rysów złośliwego idioty. Naszym zarzucam głupotę wprost bajeczną, co bowiem mógłby ktoś powiedzieć, naprzykład, o mrówkach, któreby wytoczyły sprawę robotnic i gryzły się o nią w chwili, gdy na mrowisku leży mrówkojad i połyka je tysiącami?

 

– Prawda – zawołał Krzycki.

 

– A przecie – zakończył Groński – na naszem mrowisku leży całe stado mrówkojadów.

 

Tu Dołhański wypuścił znów monokl z oka:

 

– Żebyśmy nie poszli spać pod nieprzyjemnem wrażeniem – rzekł – opowiem wam anegdotę, która ma pewien związek z tem, co mówi Groński. W czasie ostatniej wystawy w Paryżu, jeden czarny król we francuskiem Kongo, zasłyszawszy o niej, oświadczył, że chce na nią jechać. Zarząd kolonii, któremu zależało na tem, by wysłać do Paryża jak najwięcej egzotycznych figur, nie tylko się na to zgodził, ale przesłał rzeczonemu monarsze kilka koszul, z oświadczeniem, że we Francji jest to ubranie konieczne. Naturalnie, że koszule wywołały podziw i zdumienie powszechne. Król zwołał ministrów, kapłanów i naczelników stronnictw, chcąc się z nimi naradzić, jak się tego rodzaju ubranie wkłada. Po długich debatach, przy których nie obyło się zapewne bez starcia miejscowych realistów z miejscowymi narodowcami i postępowcami, wątpliwości zostały wreszcie usunięte. Król włożył rękawy koszuli na nogi, tak, że mankiety miał na kostkach. Dolny brzeg koszuli, który w tym wypadku stał się górnym, ściągnięto mu sznurkiem pod pachami w ten sposób, ze gors wypadł mu na plecach, a otwór na szyję... nieco niżej. Uradowany z rozwiązania trudności władca uznał nawet, że to jest ubranie, jeśli nie całkowicie, to przynajmniej pod pewnym względem bardzo praktyczne, a przedewszystkiem nadzwyczaj efektowne.

 

– Dobrze – rzekł, śmiejąc się Groński – ale co to ma za związek z tem, o czem mówiłem poprzednio?

 

– Większy, niż się zdaje – odpowiedział Dołhański – albowiem faktem jest, że rozmaici Słowianie gotowi są tak nosić wolność, a nasi socjaliści tak socjalizm, jak ten murzyński król tę europejską koszulę. To rzekłszy,  na nowo monokl okiem i oświadczył, że ponieważ w cnotliwym Jastrzębiu i z takimi kompanami nie może być mowy o nocnej „partyjce" przeto żegna towarzystwo i idzie spać. Za jego przykładem poszli Groński i Krzycki. Władysław wziął lampę i począł świecić gościom, ale na schodach zwrócił się jeszcze raz ku nim z twarzą, na której malował się zły humor i rzekł:

 

– Niech też diabli porwą i to, że te wszystkie awantury, przychodzą wówczas, gdy w Jastrzębiu mamy takie mile kobiety!

 

– Strzeż się – odpowiedział Dołhański – i wiedz, że nic się nie ukryje przed moim okiem. Gdyś pomagał pannie Anney przeprowadzać matkę, wyglądałeś jak machina elektryczna. Gdyby ktoś przeciągnął przez ciebie druty, mógłby oświetlić nie tylko dwór, ale i czworaki.

  

A Krzycki podniósł w górę lampę, tak, aby światło nie padało mu na twarz, albowiem uczuł, że w tej chwili zaczerwienił się jak student.

 

 

[Następna część]  [Góra]  [Strona główna]  [Poprzednia część]