Ojczyzna.pl

 BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO

   

   

  

  

  

  

   

   

Henryk Sienkiewicz

  

  

W i r y

  

  

        

        

TOM II

(1-3)

    

  

I

  

Jednakże to, co Dołhański mówił o braku jakiejkolwiek władzy, okazało się niezupełnie słuszne, albowiem po upływie tygodnia dała znak życia i władza. Nadeszła pokaźna siła zbrojna wraz z żandarmami i policją. Naturalnie, sprawcy zamachu na Krzyckiego nie oczekiwali cały tydzień na przyjście do Jastrzębia wojskowej odsieczy, gdyż widocznie mieli interesy i w innych stronach powiatu. Wskutek tego lasy jastrzębskie, jak również i rzęślewskie, okazały się puste. Natomiast w samym Jastrzębiu zaaresztowano kilkunastu ludzi, między innymi obu gajowych, stangreta, który był ranny w czasie napadu i wszystkich robotników z tartaku. We dworze poczęto sprawdzać nader dokładnie paszporty, spisywać protokóły i poddawać ścisłym badaniom gospodarzy i gości, nic wyłączając kobiet. Z tych badań okazało się, że władze w istocie rzeczy, przybyły nie dla tego, że na właściciela Jastrzębia został wykonany zamach, ale w celu pochwycenia niebezpiecznego rewolucjonisty, niejakiego Laskowicza, który wedle najdokładniejszych inforamcyj, zebranych przez policję, ukrywał się w Jastrzębiu, ochraniany powszechną zmową jego mieszkańców. Oświadczenie Krzyckiego, że w swoim czasie paszport tego Laskowicza odesłał do policji i że Laskowicz jeśli wyjechał z miasta, to musiał go odebrać – jak również zaręczenia wszystkich obecnych, że Laskowicza w Jastrzębiu nie ma, nie znalazły żadnej wiary. Władze były zbyt doświadczone i ostro kute, by podobnym bredniom uwierzyć i widzieć w nich co innego, jak „nieprawomyślność, brak szczerości i serdecznego wylania". Poddano też najskrupulatniejszej rewizji cały dom, począwszy od strychu aż do piwnic. Pukano w ściany, celem przekonania się, czy nie ma w nich tajnych kryjówek. Szukano wśród sukien i bielizny damskiej, w piecach, pod dywanami, w szufladach i pudełkach od pastylek z fenacetyną, które woził ze sobą Groński, na koniec w zabudowaniach dworskich, w żłobach stajennych, w centryfudze od mleka, w maźnicach ze smołą, a nawet w ulach, których mieszkanki, przejęte widocznie ogólną nieprawomyślnością panującą w Jastrzębiu, sprzeciwiały się jednak rewizji w sposób zarówno nieprawomyślny, jak dotkliwy. Ale ponieważ poszukiwania, mimo całej dokładności i inteligencji, z jaką zostały przeprowadzone, nie dały żadnego pomyślnego wyniku, zabrano przeto we dworze sto kilkadziesiąt tomów książek, rejestra gospodarskie, całą prywatną korespondencję gospodarzy i gości, fiszki kościane do gry w karty, dzwonek z Napoleonem, maszynkę do golenia się, barometr – i, mimo pozwolenia, jakie posiadał Krzycki, wszelką broń myśliwską, nie wyłączając strzelby, strzelającej korkiem, która była własnością małego Stasia. Sam Władysław byłby niechybnie aresztowany, jako „wspólnik" Laskowicza, gdyby nie to, że nadjechał doktor, który leczył kapitana na basedówkę, a zwłaszcza, gdyby nie depesza, którą zniecierpliwiony do ostateczności Dołhański pokazał kapitanowi przed wysłaniem jej do miasta. Była ona zaadresowana do wielce wpływowego generała W., z którym Dołhański grywał w klubie w „bridge'a" i zawierała skargę na brutalność i samowolę rewizji. To ostudziło w znacznej części gorliwość kapitana i jego podkomendnych, którzy poprzednio, przy rewizji paszportów, zauważyli, że Dołhański jest istotnie członkiem klubu. W ten sposób Władysław zachował wolność, z dodatkiem tylko dozoru policyjnego, a mały Staś odzyskał strzelbę, strzelającą korkiem. Broni jednak kapitan nie mógł zwrócić, miał bowiem rozkaz, czarno na białem, konfiskowania nawet starych strzelb myśliwskich w całej okolicy.

 

Doux pays! doux pays! – wołał po odejściu policji Dołhański – rewolwery posiadają obecnie tylko bandyci. Wobec tego podaję się do dymisji jako dowódca sit zbrojnych jastrzębskich, zarówno lądowych, jak i wodnych. Jesteśmy teraz na łasce i nie łasce!

 

– Jedźcie państwo jutro do Warszawy – rzekł doktor. – Tu nie ma żartów.

 

– Jedźmy do Warszawy – powtórzył Dołhański – i tam, nie tracąc czasu, zapiszemy się do eksproprjatorów socjal–rewolucjonistów, uważam bowiem, że jest to jedyne w kraju Towarzystwo ubezpieczeń, które naprawdę ubezpiecza.

 

– Od wypadków – dodał Krzycki – a ubezpieczyć się można u mojego osobistego przyjaciela i „wspólnika" Laskowicza. Na to znów Dołhański:

 

– Ten wspólnik dał ci już nawet na rachunek zaliczkę. W przyszłości zapewne jeszcze coś otrzymasz.

 

Grońskiemu przyszedł na myśl i list Laskowicza do panny Maryni, o którym wśród mężczyzn w Jastrzębiu on jeden wiedział – i nienawiść osobista młodego medyka do Krzyckiego. Było dość prawdopodobnem, że Laskowicz widział we Władysławie współzawodnika i przyszłego pretendenta do ręki panny Maryni – a gdy przytem Krzycki popsuł jego robotę w Rześlewie, mógł istotnie pofolgować nienawiści i ze względów osobistych i w imię „sprawy". Sam Laskowicz był może człowiekiem po swojemu uczciwym, ale etyka partii była przecież także w stosunku do przestarzałej moralności rewolucyjną i na takie rzeczy pozwalała.

 

Lecz obecnie nie było czasu długo nad tem rozmyślać, więc po chwili Groński machnął ręką i rzekł:

 

– Czy Laskowicz umoczył w tem rękę, czy nie, to się może później pokazać. Teraz trzeba się zająć czem innem. Ja zapowiadam stanowczo, że jutro rano wywożę stąd moje panie, ale chciałbym, ażeby cały Jastrząb poszedł za moim przykładem.

 

Poczem zwrócił się do Szremskiego:

 

– Czy Władysław może jutro jechać?

 

– On? Choćby do Anglii – odpowiedział doktor. Groński i Dołhański uśmiechnęli się po tych słowach, a Władysław zarumienił się jak student i rzekł:

 

– To trzeba oznajmić paniom.

 

– A jutro powszechny exodus! – dodał Groński. I poszedł do pań, które wiadomość o postanowieniu przyjęły z widoczną ulgą. Obie siostry postanowiły zabrać do swego mieszkania, w Warszawie, panią Krzycką, ale ona nie przyjęła tych zaprosin, chcąc mieszkać razem z synem, i zgodziła się dopiero wówczas, gdy Groński oświadczył, że bierze Władysława do siebie, i zaręczył, że nie zabraknie mu opieki ani wygód. Panna Anney, której mieszkanie leżało drzwi w drzwi z mieszkaniem pani Otockiej, ofiarowała je również na użytek młodych członków rodziny Krzyckich i ich nauczycielki. Ale kwestię tę odłożono aż do przybycia do Warszawy. Tymczasem doktor pozwolił Krzyckiemu wstać, dlatego, by nie wyruszał w drogę wprost z łóżka. Przed wieczorem całe towarzystwo zgromadziło się na werandzie ogrodowej. Brakło tylko Dołhańskiego, który pojechał do Górek, albowiem postanowił doradzić pani Włóckiej i pannie Kajetanie, by również przeniosły się do miasta. Władysław, po znacznej utracie krwi i dłuższem leżeniu w łóżku, wyglądał blado i mizernie, ale twarz jego nabrała przez to bardziej subtelnego wyrazu i stałą się istotnie niezwykle piękną. Obecnie panie zajmowały się nim, jako chorym, z nadzwyczajną troskliwością. Był tą osobą, ku której zwracało się ogólne współczucie, więc, choć od czasu do czasu ćmiło mu się w oczach, upewniał matkę, że mu jest dobrze – i rzeczywiście rad oddychał świeżem, przedwieczornem powietrzem. Chwilami ogarniała go jakby lekka senność. Wówczas przymykał powieki i rozmowa cichła, lecz gdy je podnosił znowu, widział wpatrzone w siebie oczy matki i trzy oświecone zachodzącym słońcem młode twarze kobiece, które wydawały mu się wprost anielskie. Otaczała go miłość i przyjaźń, więc było mu istotnie dobrze. Serce wezbrało w nim uczuciem wdzięczności i zarazem żalem, że się te dobre dni jastrzębskie już kończą. W duszy żywił nadzieję. że nie wyjeżdża z Jastrzębia na długo, i obiecywał sobie rychło wrócić, a obiecywał z taką mocą, z jaką człowiek pragnie szczęścia. Jednakże czasy były tak dziwne, tak niepewne i tyle mogło zajść wypadków, których niepodobna było przewidzieć, iż mimo woli urodziła mu się w sercu obawa, jaki obrót wezmą bieżące zdarzenia, jaka będzie przyszłość kraju, i co za rok lub dwa stanie się z tym Jastrzębiem, który stał mu się teraz istotnie drogi, albowiem tu otworzyły się przed nim te drzwi, za któremi ujrzał wielką jasność szczęścia. Miłość potrzebuje gniazda, jak ptak. Otóż Krzycki wprost nie umiał sobie wyobrazić swojej jasnowłosej panny i siebie gdzie indziej, jak w Jastrzębiu. Ale za to serce poczynało mu bić ze zdwojoną siłą, gdy spoglądając na nią, puszczał wodze marzeniom i wyobrażał sobie, że może za rok, albo i prędzej, będzie siedziała na tej samej werandzie, jako pani tego domu i jako jego żona. Wówczas zwracał się ku niej i zapytywał ją duszą i oczyma: „Czy ty odgadujesz i odczuwasz moje myśli?". Ale ona, może dlatego, że krępowała ją obecność tylu świadków, nie odpowiadała na jego spojrzenia, siedząc jakby w zamyśleniu i wodząc wzrokiem za jaskółkami, które kręciły się chybko i wysoko nad drzewami ogrodu i nad stawem. Krzyckiego, gdy na nią teraz, spoglądał, przejęto jakby podziwem pewne przeciwieństwo między jej dorodną postacią, silnemi ramionami i wypukłą piersią, a drobną dziewczęcą twarzą. Ale widział w tem tylko nowy urok i nowe ponęty, pod których mocą przelatywała chwilami przez jego miłość piekąca żądza, podobna prawie do bólu i tłumiąca oddech w piersiach.

 

Tymczasem słońce zniżyło się znacznie i poczęło się kąpać w rozpłomienionych zorzach wieczornych. Ze skoszonych świeżo trawników dochodził mocny zapach przygrzanych przez dzienny upał kopek siana. Wszelako powietrze stało się pod wieczór rzeźwiejsze, albowiem od olszyn, okalających staw, dolatywało od czasu do czasu chłodne tchnienie, tak jednak słabe i lekkie, że nawet liście nie poruszały się na drzewach. Jaskółki zataczały kręgi coraz wyżej nad zarumienioną roztoczą stawu. Na wysokiej topoli z uciętym wierzchołkiem klekotał w gnieździe bocian, to przechylając głowę w tył, to spuszczając ja w dół, jakby się kłaniał zachodzącemu słońcu, lub odprawiał wieczorne nieszpory.

 

– Zagram i ja co na pożegnanie Jastrzębiowi – ozwała się nagle panna Marynia.

 

– Ach, kochane stworzenie! – rzekł Groński – może pójść po pulpit i nuty?

 

– Nie. Będę grała z pamięci.

 

I to rzekłszy, oddała pannie Anney album z widokami Jastrzębia, a sama pobiegła na górę i niebawem wróciła ze skrzypcami. Przez chwilę trzymała je oparte o ramię i, podnosząc w górę oczy, namyślała się, co wybrać – i wybrała: „Ich grolle nicht" Schumanna. Rozlewne tony napełniły ciszę ogrodową. Poczęły śpiewać, marzyć, tęsknić i płakać, kołysać się, uciszać i śnić, a z niemi czyniły to samo dusze ludzkie. Smutek stawał się smutniejszym, tęsknota mocniej tęskniąca, miłość rzewniej i głębiej rozkochaną. A „Bóstewko" grało wciąż, białe w swej muślinowej sukni, spokojne z zamyślonemi oczyma, zagubionemi gdzieś w nieskończonej dali, niepokalane i jakby w niebowzięte, przez muzykę i własną grę. Grońskiemu wydawało się, ze ma przed sobą jakowąś liliję mistyczną – i rozpoczął do niej w duszy jakby litanię, w której każde słowo było uwielbieniem małej skrzypaczki, za to, że gra i że wzbudziła w nim miłość, tak pozbawioną najdrobniejszego nawet pyłu ziemi, jakby była nie dziewczyną, złożoną z krwi i ciała, ale naprawdę jakąś lilią mistyczną.

 

A ona tymczasem przestała grać i zawiesiła rękę ze skrzypcami wzdłuż sukni. Nikt jej nie dziękował, nikt nie ozwał się ani słowem, albowiem wszyscy słuchali w dalszym ciągu tej muzyki, która jak echo grała jeszcze w nich samych. Pani Otocka przysunęła się mimo woli do Grońskiego, jakby pociągnęło ich ku sobie wspólne uwielbienie dla ukochanej dziewczyny. W oczach pani Krzyckiej zabłysły łzy, na które złożyły się i wywołane urokiem muzyki wspomnienia lat dawnych, i obecne cierpienia, i świeży niepokój o syna, i niepewność przyszłości. Panna Anney siedziała w zadumie, podtrzymując bezwiednie między kolanami album, który w czasie gry Maryni wysunął się jej z rąk – a przez otwarte drzwi, w zamroczonej już głębi salonu widać było jakąś niewyraźną postać niewieścią, która widocznie także przysłuchiwała się muzyce.

 

Nieco silniejszy powiew, który zawiał od olszyn zbudził wszystkich jakby z półsnu. Wówczas pani Krzycka zwróciła się do syna:

 

– Od stawu idzie chłód. Może byś wrócił do pokoju?

 

– Nie – odpowiedział – tak mi dobrze, jak dawno nie było. I począł upewniać ją, że nie czuje żadnych dreszczów, a następnie odwoływać się do doktora, który, ukołysany muzyką, nie od razu zrozumiał o co idzie.

 

– Czy Władzio może zostać? – zapytała pani Krzycka.

 

– Może, może, tylko, jak słońce zajdzie, trzeba się lepiej okryć Następnie spojrzał na zegarek i dodał:

 

– A na mnie czas jechać; ale ja mam tak mało podobnych wieczorów, że okrutnie mi niesporo!

 

I jął trzeć dłonią swoje spracowane czoło. Pani Krzycka i Władysław zapowiedzieli mu na to, iż za nic nie puszczą go przed kolacją. Szremski spojrzał powtórnie na zegarek, ale, zanim zdążył im odpowiedzieć, na werandzie ukazała się ta sama postać niewieścia, która poprzednio słuchała muzyki, z głębi pokoju. – lecz tym razem z dwoma pledami na ramieniu.

 

– To ty, Polciu – rzekła panna Anney – ach, jakaś ty rozumna! A panna Polcia poczęła okrywać Władysława pledem. Okryła mu jednym ramiona, drugim nogi – przyczem klękła i pochyliła się tak, że jej piersi wsparły się na chwilę o kolana Krzyckiego.

 

– Dziękuję, panienko, dziękuję – powtarzał nieco zmieszany. Ona zaś spojrzała mu przelotnie w oczy, a następnie odeszła bez słowa.

 

– Ale ja zabrałem pani pledy – ozwał się Władysław, zwracając się do panny Anney.

 

– Nic me szkodzi, ja jestem ciepło ubrana. Tylko niech pan uważa, żeby zranione ramię było dobrze okryte.

 

Zbliżywszy się ku niemu, poczęła zasuwać lekko i starannie róg pledu między poręcz krzesła i jego ramię.

 

– Nie urażam pana? – spytała.

 

– Nie, nie. Jak ja mam dziękować?

 

I patrzył na nią tak rozkochanemi oczyma, że pani Krzyckiej po raz pierwszy przyszło na myśl, iż jest w tem może coś więcej, niż wdzięczność.

 

Spojrzała raz i drugi na delikatną twarz pani Otockiej i westchnęła, a serce ścisnęło się jej obawą, niepokojem i żalem. To był jej ideał dla syna, to ukryte marzenie. Polubiła wprawdzie z całej duszy młodą Angielkę i, gdyby w jej żyłach nie krążyła obca krew, nie miałaby jej nic do zarzucenia, ale jednakże pierwsze te przelotne podejrzenie, że ów gmach, który od chwili zbliżenia się z panią Otocką, budowała w duszy, może runąć, było jej niezmiernie przykre. Przez chwilę uczuła jakby niechęć do panny Anney. Postanowiła też od tej pory przyglądać się obojgu baczniej – i rozmówić się z Grońskim.

 

Lecz dalszy ciąg wieczora przywrócił jej otuchę, gdy bowiem towarzystwo przeszło do salonu, wydało się jej, po pewnym czasie, że to, co widziała na werandzie, było złudzeniem. Jakoż istotnie dzień ten nic zakończył się dla Władysława i panny Anney tak pogodnie, jak to zapowiadał zachód słońca. Powiał między nimi jakiś chłodniejszy wiatr, pani Krzycka nie mogła zaś wiedzieć, że przyczyną tego, ze strony jej chłopaka, jest zazdrość! Oto panna Anney po powrocie do pokoju, rozpoczęła na uboczu ze Szremskim tak długą rozmowę, że Władysława poczęło to drażnić! Obaczył, że ona mówi nie tylko z ożywieniem, ale jakby i z przymileniem; widział rozjaśnioną twarz doktora, z której łatwo było wyczytać, że ta rozmowa robi mu szczerą przyjemność – i w serce ukąsił go wąż. Tego, co mówiła panna Anney, nie mógł dosłyszeć, zdawało mu się tylko, że o coś nalega. Natomiast Szremski nie umiał rozmawiać cicho, więc do podsłuchujących uszu Krzyckiego dochodziły od czasu do czasu oderwane zdania:

 

„Miałem zamiar dopiero za tydzień!" – „Ha!" „Któż się oprze!" „Skoro tak, to tak!" – „Wiadomo, że Anglia zaborcza!" „Dobrze, dobrze!"

 

Władysław ułożył sobie, że z całym możliwym chłodem zapyta pannę Anney, kogo tam znowu Anglia podbiła i czy dzienniki mówią o czemś podobnem, lecz gdy ona i Szremski złączyli się po skończonej rozmowie z resztą towarzystwa. zmienił zamiar i z całą godnością obrażonego studenta, który gotów robić na przekór nie tylko ukochanej istocie, ale i sobie, postanowił okryć się płaszczem obojętności. W tej myśli zwrócił się do pani Otockiej i z niezwykłem zajęciem jął wypytywać o gospodarstwo w Zalesinie i prosić, by mu pozwoliła je zobaczyć, a gdy powiedziała, że zrobi jej tem wielką przyjemność, dziękował tak gorąco, że to właśnie wprowadziło w błąd matkę. Panna Anney próbowała kilkakrotnie wziąć udział w rozmowie, lecz, spotkawszy się z jego obojętnymi odpowiedziami, zdziwiona i trochę dotknięta, poczęła słuchać, co mówił Groński.

 

Po kolacji, Szremski oświadczył, że musi jechać. Przez chwilę jeszcze rozmawiał z Grońskim, poczem pożegnał panie, powtarzając: „Do jutra, na dworcu!" – Polecił też Krzyckiemu, by natychmiast udał się do siebie i dobrze przed drogą wypoczął. Groński po odprowadzeniu doktora, odprowadził i Władysława, a gdy znaleźli się sam na sam, widząc jego minę i domyśliwszy się łatwo, o co mu chodzi zapytał:

 

– Coś ty dziś taki godny?

 

A Krzycki odpowiedział z pewnym rozdrażnieniem:

 

– Czuję się jeszcze słaby, ale zresztą jestem taki, jak zwykle. Lecz Groński ruszył ramionami:

 

– To są zwykłe nieporozumienia zakochanych, ale ty jesteś przede wszystkim dzieciak i zrobiłeś jej przykrość. A wiesz za co? Za to, że uprosiła Szremskiego, by cię odprowadził aż do Warszawy.

 

We Władysławie zadrżało serce, lecz nadrobił miną i nie dał się jeszcze przejednać:

 

– Nie czuję się wcale słaby i obejdę się bez jego pomocy. A na to Groński:

 

– Dobranoc tobie – oraz twojej logice. I odszedł.

 

Krzycki zaś gdy go rozebrano i położono do łóżka, poczuł nagle łzy w oczach i począł przepraszać z nadzwyczajnem rozrzewnieniem... poduszkę.

 

 

II

 

Groński, bardzo z natury uczynny i do przyjaciół przywiązany, był zarazem człowiekiem dość zamożnym i wysoce kulturalnym, wskutek czego Władysław znalazł w jego mieszkaniu nie tylko taką opiekę jaką dać może jedynie szczera życzliwość, i nie tylko wygodę, ale nadto rozmaite rzeczy, których brakło w Jastrzębiu. Znalazł mianowicie książki, trochę obrazów, sztychy, różne drobniejsze dzieła sztuki, a przytem mieszkanie obszerne, pełne powietrza i przestrzeni i nieprzeładowane przedmiotami zbytku. Panowała w niem, dzięki gospodarzowi, wysoka umysłowa i estetyczna atmosfera, wśród której młody „dziedzic" czuł się wprawdzie mniejszym i mniej pewnym siebie, niż w Jastrzębiu, ale którą oddychał z przyjemnością. – Brała go jednak obawa, czy dłuższym pobytem nie sprawi kłopotu starszemu przyjacielowi, i zaraz następnego wieczora począł się z nim targować, by go wypuścił do hotelu.

 

– Nawet Szremski uważa mnie już za zdrowego – mówił – czego najlepszym dowodem jest, że za trzy dni pozwolił mi wyjść na miasto.

 

– Słyszałem o pięciu – odpowiedział Groński.

 

– Ale to było wczoraj, więc nie licząc dzisiejszego, zostaje trzy. Pan ma swoje przyzwyczajenia, które musi dla mnie zmieniać. Tu przecie aż miło na wszystko popatrzeć, więc będę i tak do pana zachodził, ale to jest co innego przyjść na godzinę, albo nawet na dwie, a co innego wnosić zamieszanie w zwykły tryb życia.

 

Powiem ci tylko jedno – odpowiedział Groński – oto pani Otocka i pani Marynia uważają mnie za starego kawalera, obiecały mi tu jutro, lub pojutrze zajść, jak to zresztą już nieraz czyniły i same i w towarzystwie panny Anney. Widzisz ten fotel: w nim siadywała podczas muzyki twoja płowowłosa. Idź, idź do hotelu! – zobaczymy, czy cię tam kto, prócz matki, odwiedzi.

 

– Pan jest zanadto dobry.

 

– Ja jestem stary egoista. Bo, widzisz, mam tu trochę rupieci, które w ciągu życia zebrałem, ale jednej rzeczy, choćbym był bogaty jak Morgan razem z Jay Gouldem, nie będę mógł, niestety, nigdy kupić – to jest młodości. A ty jej masz tyle,, że mógłbyś bank założyć i akcje wypuszczać. Od ciebie idą po prostu promienie. Niechże mnie trochę oświecą i ogrzeją. Inaczej mówiąc, daj sobie spokój i siedź, jeśli ci u mnie wygodnie.

 

– Ja się tylko nie chcę rozpieszczać, bo szczerze mówię, że czuję się już zupełnie na siłach.

 

– To tem lepiej. Podziękuj Bogu, pannie Anney i Szremskiemu, że ci podróż nie zaszkodziła. Tego się trochę obawiałem.

 

– Ona mi nie zaszkodziła, ale też nie pomogła.

 

– Co do czego?

 

– Bo miałem nadzieję, że po drodze powiem mojej jasnej królewnie, co chowam w duszy, tymczasem pokazało się, że to była głupia nadzieja. Siedzieliśmy jak śledzie w przedziale, Szremski sterczał ciągle nade mną, jak kat nad dobrą duszą i nie było ani przez chwilę sposobności.

 

– Nie czyń nigdy wyznań w wagonie, albowiem z powodu huku i hałasu giną najpatetyczniejsze ustępy. Zresztą, ponieważ Laskowicz nie wyprawił cię na tamten świat, więc sposobność łatwo się znajdzie.

 

– Czy pan jednak naprawdę myśli, że to była robota Laskowicza?

 

– Nie. Mówię tak: Laskowicz, jak na przykład mówi się o Anglikach: John Bull. Ale jeśli się kiedy dowiem napewno, że to on, to się bardzo nie zdziwię, albowiem takie położenie, w którem można dogodzić sobie i przysłużyć się dobrej sprawie, rzadko się zdarza.

 

– Jak to, dogodzić sobie i przysłużyć się dobrej sprawie?...

 

– Dobrej w jego rozumieniu. Alboż nie żyjesz potem i krwią ludu?

 

– To dobrze. Ale dlaczego moja śmierć miałaby mu dogodzić osobiście?

 

– Bo cię znienawidził kogo innego zaś pokochał, a ciebie uważał za współzawodnika.

 

Usłyszawszy to Krzycki podskoczył jak oparzon:

 

– Co, onby śmiał?...

 

– Upewniam cię, że onby śmiał – odpowiedział spokojnie Groński. – Tylko tyle, że się mylił. Ale, że nie zabrakłoby mu odwagi, na to złożył dowody, pisząc coś w rodzaju miłosnego wyznania do Maryni.

 

Krzycki otworzył szeroko oczy i począł mrugać:

 

– Co takiego?...

 

– Nie chciałem ci o tem mówić w Jastrzębiu, gdyż jeździłeś wówczas do miasta, więc obawiałem się, że go możesz spotkać i zrobić grubą awanturę. Ale obecnie mogę ci wszystko powiedzieć:

 

Laskowicz zakochał się w Maryni i napisał do niej list, oczywiście, pozostał bez odpowiedzi.

 

–I myślał, że ja także kocham się w Maryni?

 

– Pozwolisz, że nie byłoby to nic nadzwyczajnego. Mógł coś zasłyszeć. Kto się kocha, temu się zwykle zdaje, że każdy sięga po przedmiot jego miłości. Rozumiesz, że Laskowicz, mi się z tem nie zwierzał, ale taka jest moja hypoteza, która, jeśli jest błędna, to tem dla Laskowicza lepiej. Partia przysłała ci wyrok śmierci na skutek jego raportów, a jemu to było na rękę z powodów osobistych. Zresztą w zamachu mógł osobiście nie brać udziału...

 

– Czy pan go po tym liście widział?

 

– Jakże mogłem go widzieć, skoro pisał po wyjeździe. Ale szczęście, że poradziłem pani Otockiej, by tę elukubrację spaliła, gdyby bowiem znaleziono list przy rewizji w Jastrzębiu, rozumiesz. jakie policyjna przenikliwość wyprowadziłaby stąd wnioski. W oczach Władysława błysnął gniew.

 

– Wolę, że nie chodzi o pannę Anney – rzekł – ale jednak Laskowiczowi nie radzę się ze mną spotkać. Bo żeby taki pawian, jak powiada Dołhański, śmiał podnieść oczy, w naszym domu, na naszą krewną i jeszcze do niej pisać, to uważam po prostu za obelgę dla nas, której mu nie daruję.

 

– Prawdopodobnie nigdy go nie spotkasz, gdyż on się obecnie kryje, a jeśli go spotkasz, to ani palcem nie ruszysz.

 

– Ja? – to mnie pan nie zna. Dlaczego?

 

– Między innymi ze względu na nasze miłe położenie. Zastanów się: pojedynków oni nie przyjmują – i bodaj w tem jednem mają rację. Więc co? Obijesz go laską lub wytargasz za uszy?

 

– Całkiem możliwe.

 

– Poczekaj! Naprzód w jego liście nie było nic podobnego do obelgi, a po wtóre co dalej? Zabiorą was na policję, tam spostrzegą, że złapali rewolucyjnego ptaszka, który był od dawna poszukiwany, i ześlą go na Sybir, albo nawet i powieszą. Czy możesz wziąć coś podobnego na swoje sumienie?

 

– Niechże takie czasy licho porwie! – zawołał Krzycki – człowiek ciągle jest w położeniu bez wyjścia.

 

– Jak zwykle między dwiema anarchiami – odpowiedział Groński – zresztą to tylko mały przykład.

 

Dalszą rozmowę przerwało im wejście służącego, który podał Grońskiemu kartę wizytową, a ten, spojrzawszy na nią, rzekł:

 

– Prosić!

Poczem do Władysława:

 

– Czy znasz Świdwickiego?

 

– Nazwisko obiło mi się o uszy, ale nie znam.

 

– To krewny nieboszczyka pani Otockiej. Bardzo osobliwa figura.

 

W tej samej chwili Świdwicki wszedł do pokoju. Był to człowiek czterdziestoletni, łysy, wysoki, chudy, z twarzą inteligentną,  gorzką, a zarazem zuchwała. Ubrany niedbale w suknie, które wydawały się na niego zbyt szerokie, miał jednak w sobie coś zdradzającego przynależność do wyższych sfer towarzyskich.

 

– Jak się masz Świdwa – odezwał się Groński.

 

Poczem przedstawiwszy Władysława, pytał w dalszym ciągu:

 

– Co się z tobą działo? Nie widziałem cię od wieków.

 

– Przecie wyjeżdżałeś?

 

– Tak, aleś ty i przedtem nie pokazywał się z jaki miesiąc.

 

– Na starość robię się pustelnikiem

 

– Czemu tak?

 

– Albowiem nudzi mnie głupota ludzi, którzy uchodzą za rozumnych, i złość ludzi, którzy uchodzą za dobrych. Zresztą włóczę się teraz od rana do wieczora po ulicach. Ach! – istnieją „Noce Atyckie" i „Noce Florenckie", ja zaś mam ochotę napisać: „Dni warszawskie!" Rozkoszne dni! Tytuły pojedynczych rozdziałów:

 

„Ręce do góry!" – „Ruki w wierch!" – „Precz z gęsią!" i t. d. Czy wiesz, że w tej chwili tyle jest wojska i patroli na ulicach, iż kto inny na moim miejscu byłby dziesięć razy aresztowany.

 

– Wiem, ale ty sobie radzisz?

 

– Ja chodzę wszędzie tak spokojnie, jak po własnym pokoju. A sposób jest prosty. Oto, o ile nic jestem naprawdę pijany – udaję pijanego. Nie uwierzycie, panowie, jakie współczucie i jakie uznanie budzi obecnie człowiek cięty. I podług mnie, to jest zupełnie słuszne, kto bowiem „wstawia się" od rana do wieczora, ten z pewnością jest człowiekiem niewinnym i dobrze myślącym, na którego tak zwany ład społeczny może liczyć z całą ufnością.

 

– Zapewne. Ale ład społeczny, który opiera się na takich ludziach, nie stoi na pewnych nogach.

 

– Kto dziś stoi na pewnych nogach? Doktryny upajają nie gorzej od alkoholu – więc w tej chwili wszyscy są pijani. Zatacza się państwo, zatacza się rewolucja, zataczają się partie, a ktoś trzeci stoi z boku i patrzy, rychło się zwalą na ziemię. Wówczas przyjdzie i zrobi porządek. I niech sobie przyjdzie jak najprędzej.

 

– Tym trzecim powinniśmy być my.

 

– Tym trzecim jest Niemiec, a my jesteśmy głupcy. My zaczęliśmy od wzięcia się za łby, i doszliśmy do takiego stanu, że jedynem zbawieniem dla naszej duszy społecznej byłaby porządna wojna domowa.

 

Tu umilkł i po chwili zwrócił się do Krzyckiego:

 

– Widzę, że pan robisz wielkie oczy, a jednak tak jest. Wojna domowa to pyszna rzecz! Nic tak nie wyjaśnia położenia i nie oczyszcza powietrza. Ale doprowadzić się do takiego stanu i nie móc jej zrobić – to dopiero szczyt nieszczęścia, albo głupoty.

 

– Wyznaję, że nie rozumiem – rzekł Krzycki. A Groński machnął ręką:

 

– I nie staraj się, gdyż po kwadransie rozmowy nie będziesz wiedział, co jest czarne, a co białe i dostaniesz szumu w głowie, albo i gorączki, której, jako ranny, powinieneś się wystrzegać.

 

– Prawda! – rzekł Świdwa. – Słyszałem, a bodaj nawet czytałem o pańskim wypadku w jakimś dzienniku i zwróciłem na to uwagę właśnie dlatego, że w domu pańskim bawił Groński i Otocka z siostrą. Ja jestem krewnym nieboszczyka starego Otockiego. Musiały się koniecznie wystraszyć. Ale jeśli myślą, że tu bezpieczniej niż na wsi, to się mylą.

 

– Sądząc z tego, co się widzi, to istotnie nie jest tu bezpieczniej. Nic był pan jeszcze u tych pań?

 

– Nic. Ja tam nie lubię zachodzić.

 

Na to Krzycki, bardzo z natury porywczy i czupurny, zmarszczył brwi i, patrząc w oczy Świdwickiego, odpowiedział:

 

– Nie pytam o przyczynę, bo to do mnie nie należy, ale się dziwię – i muszę pana uprzedzić, że to są i moje krewne.

 

– Za któremi młody rycerz musiałby się ująć – odpowiedział Swidwicki, spoglądając jakby z pewnem upodobaniem na Władysława. – Ach, nie! Gdybym miał nawet zamiar powiedzieć co przeciw tym paniom, nie powiedziałbym tego w tym domu, gdyż Groński zrzuciłby mnie ze schodów, a ja mam do niego interes. To, co powiedziałem – jest najwyższą dla nich pochwałą, a dla mnie prostą przykrością.

 

– Przepraszam, ale znów nie rozumiem.

 

– Bo, widzi pan, dla przeciętnego Polaka mieć dla kogoś szacunek i nie móc ostrzyć na nim zębów, to zawsze nieprzyjemna rzecz. A ja nie mogę o nich mówić, tak jak bym chciał, to jest z ujmą. Nic znoszę idealnych kobiet! – przytem zauważyłem, że jeśli mi się czasem zdarzy spędzić u nich wieczór, to staję się jakby porządniejszym człowiekiem – to jest zaś luksus, na który w dzisiejszych czasach nie można sobie pozwalać.

 

Władysław począł się śmiać, a Groński rzekł:

 

– Mówiłem ci, że na pewno dostaniesz szumu w głowie. Poczem do Świdnickiego:

 

– Jeśli mu się pogorszy, to namówię go. by ci posłał rachunek doktora i apteczny.

 

– Skoro tak, to sobie idę – odpowiedział Świdwicki – ale ty chodź ze mną do innego pokoju, bo mam do ciebie interes, a wolę, żebyś mi odmówił bez świadków.

 

I pożegnawszy się z Władysławem, wyszedł. Groński odprowadził go do przedpokoju i po chwili wrócił, ruszając ramionami.

 

– Cóż to za dziwny jegomość – rzekł Krzycki. –Bez, niedyskrecji: czy on nie chciał pożyczyć od pana pieniędzy?

 

– Gorzej – odpowiedział Groński. – Tym razem chodziło o kilka rycin Falka. Odmówiłem stanowczo, gdyż. on pieniądze najczęściej oddaje, a raczej pozwala je odebrać ze swego dożywocia –natomiast książek, rycin i tym podobnych rzeczy nigdy.

 

– Zbiera?

 

– Przeciwnie: rozrzuca, rozdarowywa, gubi, niszczy – bo ja wiem! Będziesz go teraz, często widywał, gdyż pożyczenia rycin odmówiłem, alem pozwolił, by przychodził je oglądać i studiować. Zapewnia, że pisze o Falku książkę.

 

– Ach, więc to literat?

 

– Może mógłby nim być. – Ponieważ będziesz go spotykał, więc muszę cię trochę przed nim ubezpieczyć. Określę ci go krótko: To jest człowiek, któremu Pań Bóg dał dobre nazwisko, duży majątek. piękność, wielkie zdolności i dobre serce, a on potrafił to wszystko zmarnować.

 

Aj! nawet i dobre serce?

 

O tyle, że jest to człowiek raczej szkodliwy. To lepiej, że on nic nie pisze. Bo, widzisz, może się zdarzyć, że komuś gnije mózg, tak jak ludziom chorym na suchoty, gniją płuca. Ale nikt nie ma prawa karmić narodu zgnilizną swoich płuc lub swego mózgu. A takich jest teraz wielu. Świdwicki nic działa na szczęście publicznie. ale robi to w zakresie stosunków prywatnych. Wiesz, jak on przytem tłumaczy to, że niczego w życiu nie dokonał? Tem, że, aby czegoś na świecie dokonać, trzeba w coś wierzyć, a żeby w coś wierzyć, trzeba posiadać taką pewną dozę głupoty, jakiej on nie posiada. I nic mówię tylko o rzeczach religijnych. On nie wierzy po prostu, by coś mogło być prawdziwem lub nieprawdziwem, slusznem lub niesłusznem, dobrem lub złem. Ale Balzac mądrze powiada: Quil dit doule, dit impuissance. – Świdnickiego drażni to jednak i napełnia goryczą, że jest niczem, więc ratuje się paradoksem i wywraca umysłowe koziołki. Widziałem raz klowna, który bawi! publiczność tem. że nadawał swojej czapce najrozmaitsze dziwaczne i śmieszne kształty. Swidwicki robi to samo z prawdą i logiką. Jest to także klown, ale zgorzkniały i przekorny. Z tego powodu jest zawsze przeciwnego zdania niż ten, z którym mówi. Dzieje się tak zwłaszcza wówczas, gdy jest pijany, a upija się co wieczór.. Wówczas patriocie będzie mówił, że ojczyzna jest głupstwem, wobec człowieka wierzącego będzie drwił z. wiary, konserwatyście powie, ze tylko anarchia i rewolucja są coś warte, socjaliście, że proletariat posiada „pyski" słyszałem jak się tak wyraził) tylko dlatego, ażeby on.. nadczłowiek'' miał w co bić, gdy mu przyjdzie ochota. I tak ciągle. Błyska w rozprawach paradoksami, ale czasem zdarzy mu się wypowiadać rzeczy uderzające, dlatego, ze we wszelkiej krytyce jest zawsze część słuszności. Jeśli chcesz, to urządzę ci kiedy takie widowisko, chociaż on ma dla mnie pewne względy, naprzód dlatego, ze mnie lubi.; i po wtóre, że oddałem mu w życiu parę usług. Obiecał mi za nie zapłacić czarną niewdzięcznością, ale tymczasem nie napastuje mnie z taka energią, jak innych.

 

– A że to nikt nic połamał mu dotychczas kości – zauważy! Władysław.

 

– On się przed tem bynajmniej nie cofa. Sam nawet często szuka awantur i nie ma roku, żeby nie wywołał jakiegoś zajścia.

 

– W knajpach?

 

– Nie tylko, albowiem należąc z nazwiska i związków rodzinnych do tak zwanych, wyższych warstw towarzyskich, ma i wśród nich dużo znajomych. Dwa lata temu obili go wprawdzie artyści w jakiejś knajpce, ale na przykład, i Dołhański, z którym się wzajem? nie znoszą, postrzelił go zeszłej wiosny w pojedynku.

 

– A, to ja wówczas słyszałem jego nazwisko: teraz sobie przypominam.

 

– Możeś słyszał je i dawniej, albowiem poprzednio miał kilka rozpraw o kobiety, gdyż w dodatku jest to wielki kobieciarz. Ostatecznie to szelma jest niepohamowana.

 

– A co do kobiet, czy dotychczas?

 

– To nie stary człowiek. Od pewnego czasu jest wszelako w takiej fazie, że podobają mu się nie panie, ale ich służące. Wyobraź sobie, że niedawno jeszcze tak mu wpadła w oku służąca panny Anney – ta sama brunetka, która cię doglądała trochę w Jastrzębiu, że chodził za nią czas jakiś krok w krok. Mówił, że zwymyślała go kiedyś na schodach, ale to właśnie ujęło go jeszcze bardziej.

 

Krzycki na wzmiance o „brunetce, która go oglądała w Jastrzębiu", zmieszał się tak wyraźnie, że Groński to zauważył, ale nie wiedząc, co zaszło między nią a Władysławem, sądził, iż rozkochanego młodzieńca uraziła myśl, że koło panny Anney kręcą się podobne figury, jak Świdwicki. Więc, chcąc zatrzeć wrażenie, rzeki:

 

– On powiada, że nie lubi zachodzić do tych pań ale i pani Otocka nie przyjmuje go wcale z entuzjazmem. Robi to tylko przez pamięć dla męża, który był jego ciotecznym bratem i niegdyś opiekunem jego majątku. Zresztą być może, że i Świdwickiemu nieswojo wśród takich kobiet.

 

– Bo mikroby nie lubią czystego powietrza.

 

To pewna, że jest w nim jakiś „moralinsanity". Ja się do niego przyzwyczaiłem, ale są rzeczy, których i ja w nim nie znoszę. Niech sobie bluzga na wszystko – pal go sześć – ale niech pewnych rzeczy nie tyka. Nic masz pojęcia o tem pogardliwym politowaniu, o tej niechęci i prawie nienawiści, z jaką on się odzywa o wszystkiem, co jest polskie. I tu już ja mówię: hola! Pomimo naszych dobrych stosunków, o mało raz nie doszło między nami do awantury. Bo jak zaczął strzykać pewnego wieczora żółciowemi dowcipami na całą Polskę, powiedziałem mu tak: Ten lew jeszcze nie kona, a choćby konał, to wiesz, kto kopie konającego lwa? –Nie zachodził potem do mnie przez miesiąc – ale czy nie miałem słuszności? Rozumiem, że z goryczą i nawet z jadem może mówić o swym narodzie jakiś wielki bohater, któremu zapłacono niewdzięcznością – ale Świdwicki to przecież nie Milcjades, ani Temistokles. A takie wylewy żółci są wprost szkodliwe, bo on, jako umysł niezmiernie błyskotliwy, znajduje naśladowców – i tworzy modę, wskutek której rozmaite snoby, które nic nigdy dla Polski nie zrobiły, ostrzą na tej osełce swoje zwapniałe rozumy. Rozumiem krytykę, choćby nieubłaganą, ale jeśli to się staje koniem, a raczej osłem, z którego się nigdy nie zsiada, to jest i złe, bo odbiera się chęć do życia tym, którzy muszą jednak żyć – i paskudne, bo to jest plwanie na społeczeństwo, często wprawdzie grzeszne, ale przede wszystkiem niesłychanie nieszczęsne. Pesymizm nie jest rozumem, ale surogatem rozumu, a zatem i oszustwem taktem, jakiego dopuszcza się kupiec, sprzedający na przykład cykorię zamiast kawy. – A z takim surogatem spotkasz się teraz na każdym kroku, w życiu i w literaturze...

 

Tu Groński umilkł na chwilę, a Krzycki podniósł brwi w górę i rzekł:

 

Z tego, co pan mówi, widzę, że Świdwicki to wielka małpa. 

 

– Czasem myślę, że to jest człowiek bajecznie nieszczęśliwy – i dlatego nie zrywam z nim stosunków... Przytem on ma dla mnie jakiś rodzaj przywiązania, a to zawsze rozbraja. Na koniec, wyznaję otwarcie, iż mam tę czysto polską słabość, gwoli, której pobłaża się i przebacza u nas wszystko ludziom, którzy nas bawią, l On zaś bywa czasem bardzo zabawny, zwłaszcza, gdy się rozgada i gdy tylko do pewnej miary głowę zaprószy.

 

– Ale ostatecznie, jeśli nic się nie robi, tylko gada, to z czego on żyje?

 

– On nie należy do ludzi biednych. Niegdyś byt bardzo zamożny, potem stracił większą część majątku. Ale w końcu nieboszczyk Otocki, który był najpoczciwszym w świecie człowiekiem, a przytem bardzo praktycznym, widząc, do czego idzie, wziął wszystko w ręce, ocalił sporo i zmienił kapitał na rentę dożywotnią. Świdwicki otrzymuje z tego kilka tysięcy rubli rocznie i choć wydaje więcej, niż powinien, ma jednak z czego żyć. Gdyby nie pił, żyłby nawet dostatnio, gdyż jednej tylko namiętności nigdy nie miał – mianowicie do kart. Powiada, że na to trzeba mieć umysłowość murzyna. Z tego właśnie powstała awantura z Dołhańskim. Ale zresztą oni się nie znosili wzajem od dawna. Obaj są, jak się ktoś wyraził, komiwojażerami, podróżującymi w cynizmie – i robią sobie konkurencję

 

– Z pomiędzy tych dwóch, wolę jednak Dołhańskiego – rzekł Krzycki.

 

– Bo cię bawi, a Świdwicki nie miał dotąd sposobności. Wiecznie ta sama polska słabość! – odpowiedział Groński. A po chwili dodał:

 

– W Dołhańskim łatwiej zobaczyć dno.

 

– A na dnie pannę Kajetanę.

 

– Obecnie, może i naprawdę tak jest. Czy wiesz, że Dołhański przywiózł te panie następnym po nas pociągiem? – Mówił mi też, że wybiorą się zaraz z wizytą do twojej matki i do pani Otockiej.

 

– Pan oczywiście też dziś do nich zajrzy?

 

Tak Ja tam zachodzę codziennie. A ponieważ tobie jeszcze nie wolno wychodzić, zaproszę ją jutro na popołudniową herbatę. Serdecznie, panu dziękuje. Mnie nie wolno wychodzić, ale mógłbym wyjechać.

 

– Powiadał mi służący, że jutro od rana, z rozkazu partii, strajk dorożkarzy.

 

– Więc jakże te panie będą mogły jutro przyjechać?

 

– Prywatnym swoim powozem. Chyba, że zakażą jeździć nawet prywatnym...

 

– W takim razie i matka nie będzie mogła do mnie zajrzeć?

 

– Jeśli na ulicach będzie spokojnie, to przyprowadzę ją i odprowadzę. Czasem tak bywa, że jednego dnia ulice są burzliwe jak morze, a drugiego ciche i głuche. Oczywiście, jest to względne bezpieczeństwo, gdyż kto dziś wychodzi na miasto, to ten nigdy nie może zaręczyć, że wróci. Nie ci, to tamci mogą mu wsadzić w bok nóż, albo bagnet. Ale dla kobiet jest stosunkowo bezpieczniej.

 

– W takim razie lepiej jednak, żeby matka wcale mnie nie odwiedzała. Wolę popiłować się jeszcze przez te trzy dni, które wyznaczył mi Szremski, niż narażać ją, albo którąkolwiek z tych pań. Niech pan odłoży swój five o'clock ".

 

– Bodaj, że trzeba będzie tak zrobić! Ale twoja matka nie zgodzi się na to, żeby cię przez trzy dni nie widzieć. A może i kto inny będzie się napierał, bym nie odkładał.

 

Twarz Władysława zajaśniała głęboką i tkliwa radością.

 

– Matce niech pan powie, że niepokój o nią może mi zaszkodzić i sprowadzić gorączkę, a komu innemu, że mu całuję brzeg sukni.

 

– Nie. Takie rzeczy trzeba mówić samemu.

 

– Obym jak najprędzej mógł to nie tylko powiedzieć, ale i wykonać. Tymczasem mam do pana prośbę, bym mógł wysłać na miasto służącego. Jeśli się będzie bal, niech mi tylko skrzyknie posłańca. Chciałbym temu komu innemu posłać trochę kwiatów.

 

– To poślij i kuzynkom, gdyż inaczej twoja matka zdziwi się przedwcześnie.

 

– Na pewno by się zdziwiła, albowiem, z powodu swej choroby, tak mało widywała nas razem, że nie mogła się pomiarkować w położeniu. Ale ja niebawem wszystko jej wyznam.

 

– Powiem ci tylko, co mi powiedziała pani Otocka. Powiedziała mi tak: Niech Władysław nie mówi z matką przed ostateczną rozmową z Aninką, gdyż inaczej nie będzie mógł jej powiedzieć wszystkiego.

 

Krzycki spojrzał Grońskiemu bystro w oczy.

 

– A pan wie, o co idzie?

 

– Wiesz, że o brak ciekawości nie można mnie posądzać – odpowiedział Groński – ale sądziłem, że pani Otocka ma dostateczne do milczenia powody i dlatego nie wypytywałem o nic.

  

 

III

  

Groński odłożył istotnie swój five o'clock, pani Krzycka odwiedzała jednak syna czasem dwa razy dziennie, twierdząc słusznie, że, jako starszej kobiecie grozi jej mniejsze, niż komukolwiek niebezpieczeństwo. Władysław spędzał z nią długie godziny, rozmawiając o wszystkiem, a najwięcej o pannie Anney. Po ostrzeżeniu Grońskiego, nie wyznał wprawdzie matce swych uczuć dla młodej Angielki i nie wspominał ani słowem o swych zamiarach, ale już to samo, że jej imię nie schodziło mu prawie z ust, że przypisywał jej wyłącznie swe ocalenie i ciągle mówił o długu wdzięczności, jaki względem jej zaciągnął on sam i cała rodzina, dało pani Krzyckiej do myślenia. Poprzednie podejrzenie, które jej przebiegło przez głowę w wigilię wyjazdu z Jastrzębia, wróciło i utrwalało się coraz mocniej. Nic przypuszczała wprawdzie, by Władysław powziął już jakieś niezłomne postanowienie, ale doszła do wniosku, że się „podkochał", i że ostatecznie ta jasnowłosa dziewczyna podobała mu się bardziej od kuzynki Otockiej. Przejęło to panią Krzycka smutkiem. W drodze i przez kilka dni pobytu w Warszawie polubiła pannę Anney za jej miłe obejście, prostotę i usłużność, ale „Zosia Otocka" była zawsze jej oczkiem w głowie. Od chwili spotkania jej w Krynicy, nie przestała marzyć o niej dla syna. Sądziła, że pod względem szlachetności i delikatności uczuć nikt się z nią nie może porównać. Uważała ją za duszę wybraną i wprost za wcielenie kobiecego anielstwa. Oczekiwała jej przybycia z biciem serca, nie przypuszczając ani na chwilę, by Władysław mógł się nie zachwycić jej postacią, jej słodką twarzą i tym jakimś urokiem dziewiczej nieśmiałości, który, mimo swego wdowieństwa, zachowała w całej pełni. I do ostatniej chwili pani Krzycka miała nadzieję, że się tak stanie, a dopiero, nic licząc przelotnego wrażenia w Jastrzębiu, w czasie drogi do Warszawy i w ciągu tych ostatnich kilku dni, miarkowała, że stało się inaczej, i że oczy Władysława zachwyciły się więcej innym kwiatem. Wolała jednak nie rozpytywać o to swego chłopaka, przypuszczając, że to może jeszcze przejdzie.

 

On tymczasem rwał się jak na uwięzi i byłby niezawodnie nie przytrzymał tych kilku dni, które zawarował doktor, gdyby nie to, że przyrzekł to matce wobec panny Anney i bał się uczynić sobie w jej oczach opinię człowieka, który nie szanuje swoich przyrzeczeń. Po radzie, jakiej przez pośrednictwo Grońskiego udzieliła mu pani Otocka, by pierwej rozmówił się z panną Anney, tem bardziej nie. mógł usiedzieć w domu. Od rana do wieczora łamał sobie głowę nad tem, co to mogło być, i nie mógł do niczego dojść. Nazajutrz, po rozmowie z Grońskim, postanowił zapytać o to listownie pani Otockiej i siadł z wielkim zapałem do pisania listu. Lecz po pierwszej stronicy ogarnęło go zwątpienie. Zdało mu się, że nie potrafi wypowiedzieć tego, co chciał. Rozumiał, że pod adresem pani Otockiej pisze list właściwie do panny Anney, więc pragnął zrobić go swego rodzaju arcydziełem, a tymczasem doszedł do przekonania, że to jest coś tak niedołężnego i niezgrabnego, że wysyłać tego niepodobna. Ostatecznie stracił całkiem zaufanie do swych zdolności stylistycznych i to popsuło mu humor tak dalece, iż znów począł zapytywać sam siebie w duszy, czy taki „osioł", który trzech słów nie umie napisać, ma prawo sięgać po tak nadzwyczajną i pod każdym względem doskonałą istotę jak „Ona". – Pocieszył go jednak Groński, tłumacząc mu, iż list dlatego się nie udał, że od początku był projektem chybionym, a w takim wypadku nikt nic nie potrafi. Potem zwrócił także jego uwagę na inną okoliczność, mianowicie, że ze słów pani Otockiej i z jej rady. by rozmowa z panną Anney poprzedziła rozmowę z matką, można wyciągnąć ten wniosek, iż tam wszystko jest już widocznie na wybuch przygotowane i wszelkie środki, zapobiegające pęknięciu serca – przedsięwzięte. Władysławowi wróciła natychmiast wesołość i począł się śmiać jak dziecko, a następnie posłał znów trzem paniom całe pęki najwspanialszych róż, na jakie mogła się zdobyć Warszawa.

 

A dalszy ciąg dnia był jeszcze pomyślniejszy. gdyż. nadeszły dowody wdzięczności. Przyniosła je po wyjściu Grońskiego panna Polcia w formie małego i wonnego listu, w którym były wypisane ręką jasnowłosego bóstwa następujące słowa: „Dziękujemy za śliczne róże i do prędkiego zobaczenia". Dalej szły podpisy:

 

Agnieszka Anney, Zofia Otocka i Marynia Zbyłtowska. Krzycki uznał list za arcydzieło prostoty i wymowy. Byłby też niechybnie ucałował każdą literę osobno, gdyby nie to, że stała przed nim panna Polcia z chmurną twarzą, wpatrzona w niego jak w tęczę oczyma – niespokojna i pełna już podejrzliwej zazdrości, choć widocznie nie wiedząca jeszcze, ku której z trzech pań ją zwrócić. Krzycki, nie ukrywając radości, jaką mu sprawił list, zwrócił się ku niej i zapytał:

 

– Co tam słychać panienko? Panie zdrowe?

 

– Tak, pani kazała mi się też dowiedzieć o pańskie zdrowie.

 

– Proszę bardzo podziękować. Doskonale – i jeśli mnie drugi raz nie postrzelą, to z tego pierwszego postrzelenia nie umrę.

 

A ona, nie spuszczając z. niego swych przepaścistych oczu, odrzekła:

 

– To chwała Bogu.

 

– Ale, że to panienka nie bała się wyjść w taki czas niespokojny.

 

– Lokaj się bał, ale ja się niczego nie boję i chciałam sama zobaczyć, jak się pan ma.

 

– O, to mi zuch! Bardzo panience jestem wdzięczny. Skoro jednak ten głupi strajk dorożek dziś się skończył, to lepiej wrócić dorożką. Niechże panna Polcia przyjmie... na...

 

To rzekłszy, począł szukać w portmonetce i, wydobywszy pięć rubli w zlocie, chciał jej je ofiarować, mając jednak zarazem poczucie, że robi cos niestosownego, a nawet okrutnego. Było to dla niego samego przykre, tak, że zmieszał się i zaczerwienił, ale zdawało mu się, że wszelkie inne podziękowanie będzie pokarmem dla tego uczucia, które w niej widział, a które chciał przeciąć, z powodu jakiejś dziwnej obawy, spotęgowanej jeszcze przez to, że dziewczyna była służącą panny Anney.

 

Więc począł powtarzać z przymuszonym i trochę głupowatym uśmiechem:

 

– Proszę, panno Polciu... proszę...;

 

Lecz ona cofnęła rękę i twarz jej pociemniała w jednej chwili.

 

– Dziękuję – rzekła – nie po to przyszłam.

 

I zwróciła się ku drzwiom. Do niezadowolenia, jakie Krzycki odczuwał z siebie samego, przyłączyła się litość dla niej, więc poszedł za nią kilka kroków.

 

– Niech się panienka nie obraża – rzekł – tu przecież nie chodziło o nic innego, tylko o bezpieczeństwo panienki. Tylko o to chodziło... Może służący zawołać doroszki...

 

Lecz ona nie odpowiedziała już nic i odeszła. Krzycki, podszedłszy do okna, spoglądał przez chwilę na jej zgrabną postać, oddalającą się w głąb ulicy – i nagle zjawiła mu się znowu przed oczyma wizja białego posągu w błękitnych kroplach wody. Było jednak w tej dziewczynie coś drażniącego i mimo woli krewkiemu paniczowi przyszło na myśl, że gdyby ona nie była służącą panny Anney i gdyby poznał ją był dawniej, to, jak dwa a dwa cztery, byłby uległ pokusie.

 

Lecz obecnie i łakome jego zmysły i serce porwała inna, większa siła. Po chwili wrócił do listu i począł go odczytywać na nowo:

 

,, Dziękujemy za śliczne róże i do prędkiego zobaczenia". A więc go tam chcą widzieć. Pojutrze już nic będzie siedział tu uwiązany na łańcuchu własnego słowa, ale pójdzie tam i spojrzy w te cudne oczy, patrzące niebieską smugą, i przywrze ustami do ukochanej dłoni tak, że w jednym pocałunku wypowie wszystko, co ma w sercu. Słowa będą później tylko echem. I wyobraźnia poniosła go jak rozhukany koń. Przecież Groński mówi, że tam już wszystko gotowe, więc może ta uwielbiana dziewczyna pochyli mu się od razu w ramiona może przymkną    się te cudne oczy, a wysuną się ku niemu usta. Krzyckiego na tę myśl przeszedł dreszcz od stóp do głów – i zdało mu się, że  wszelka miłość, wszelkie porywy i  żądze, jakie istniały i istnieją na świecie, skupiają się obecnie w nim jednym.

 

 

[Następna część]  [Góra]  [Strona główna]  [Poprzednia część]