|
BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO |
|
|
|
Henryk Sienkiewicz
W i r y
XXIII
Nadszedł dzień koncertu. Na sofie w gotowalni sióstr leżała przygotowana już od wczesnej godziny wieczorna suknia Maryni, biała jak śnieg, lekka jak piana, przejrzysta jak mgła i pachnąca fiołkami, które miały stanowić jedyną jej ozdobę. Przedtem pani Otocka i Groński odbywali nad tą suknią długie i poważne narady, oboje bowiem pragnęli gorąco, by umiłowane „bóstewko" zachwyciło nie tylko uszy, ale i oczy. – Tymczasem „bóstewko" kręciło po wszystkich pokojach, to chwytając co chwila skrzypce i powtarzając trudniejsze pasaże, to odbierając pudełka cukierków, które nadsyłał Groński, to żartując z siostrą i zagadując strach przed pierwszem wystąpieniem publicznem. Strach ten ogarniał i panią Otocka, która pocieszała się tylko myślą, że Marynia będzie się wprawdzie trzęsła przy wyjściu na estradę, ale z chwilą, gdy zacznie grać, o wszystkiem zapomni. Wiedziała też, że kochaną skrzypaczkę czekają gorące owacje oraz liczne kosze kwiatów, przygotowane przez,, Komitet pomocy dla głodnych" i przez znajomych. Mimo niepokoju, obie siostry czuły wielką radość w duszy, gdyż koncert zapowiadał się, z powodu zjazdu na sezon wyścigowy, świetnie i wiadomo już było, że przyniesie dochód nadzwyczajny Marynia znalazła przytem środek na swój strach: – Jak pomyślę mówiła do siostry – że tyle oczu będzie na mnie patrzyło, to mam duszę na ramieniu, ale, jak sobie przypomnę, że to nie chodzi o mnie, tylko o biednych, to się przestaję bać, więc poradzę sobie w ten sposób, ze wychodząc, będę powtarzała po cichu: dla biednych dla biednych! I wszystko pójdzie jak najlepiej. – A gdy tak mówiła głos jej drgał poczciwem wzruszeniem, gdyż młode jej serce odczuwało głęboko niedolę nędzarzy, nie mających chleba i czuła się zarazem dumna i szczęśliwa na myśl, że przyjdzie im z pomocą. Doznawała pewnych wyrzutów sumienia nawet i z powodu nowej sukni i z powodu nowych atłasowych trzewików, gdyż przychodziło jej do głowy, że i ten wydatek możnaby obrócić na chleb.
Koło południa przyszła Hanka i zabrała obie siostry do siebie na śniadanie. Groński, który był na nie proszony, nie stawił się, gdyż o tej samej porze miał się spotkać z kilku dziennikarzami. Marynia wzięła ze sobą skrzypce w zamiarze przegrania jeszcze po śniadaniu pierwszej części koncertu, a tymczasem, czekając zanim podadzą do stołu, poczęła z salonu Hanki wyglądać przez otwarte okno na ulicę.
Dzień był pogodny i jasny. W nocy spadł obfity deszcz, który potłumił kurzawę, obmył kamienie miejskie, odświerzył trawniki i opłukał liście na drzewach. Powietrze uczyniło się świeże i rzeźwe. Od dwóch akacji, rosnących pod oknami mieszkania Hanki, które zasypywały naokół chodniki białemi jak śnieg płatkami, biła woń mocna i upajająca, jakby z kadzielnic. Marynia przymknęła oczy i poruszając swemi delikatnemi nozdrzami, napawała się nią z rozkoszą, poczem odwróciła się w głąb pokoju:
– Pachnie... – rzekła.
– Pachnie, kotku – odpowiedziała Hanka, przerywając rozmowę z panią Otocką – umyślnie kazałam pootwierać okna.
A akacje nie tylko pachniały, lecz zdawały się i śpiewać, albowiem obsiadł obie niezliczony sejm wróbli tak, że liście i kwiaty aż trzęsły się od świergotu.
Dziewczyna śledziła przez jakiś czas rozbawionemi oczyma drobne, ruchliwe ptaki, poczem uwagę jej zwróciło całkiem co innego: oto na chodniku przed domem, na środku ulicy, a nawet i na chodniku po przeciwnej stronie, poczęły się zbierać i zatrzymywać gromadki ludzi, które podnosząc głowy, przypatrywały pilnie oknom mieszkania Hanki.
Jacyś nędznie przybrani ludzie rozmawiali ze stróżem stojącym przed bramą, widocznie go o coś wypytując. Gromadki stawały się co chwila liczniejsze i wraz z przechodniami, których zatrzymywała ciekawość, zmieniły się w tłum, wynoszący kilkaset głów. Marynia odskoczyło od okna.
– Patrzcie – zawołała – co się dzieje na ulicy. Oj! Oj!... może to moi biedni przychodzą mi z góry dziękować? Co ja zrobię, jeśli tu przyjdą, co im odpowiem?... Nie potrafię nigdy... Chodźcie, zobaczcie!
I tak mówiąc, pociągnęła siostrę i Hankę do okna. Trzy młode głowy wychyliły się na ulicę, ale w tejże chwili stała się rzecz niepojęta. Jakiś obdarty wyrostek wydobył z kieszeni kamień i puścił go z całej siły w otwarte okno. Kamień przeleciał nad głową pani Otockiej, odbił się o przeciwległą ścianę i upadł z hałasem na posadzkę. Hanka, Marynia i pani Otocka odskoczyły od okna i poczęły patrzeć na się pytającym i przerażonym wzrokiem.
Tymczasem na ulicy rozległy się wściekłe okrzyki: tłuszcza runęła w bramę; na schodach rozległ się gwałtowny tupot kroków, poczem w mgnieniu oka drzwi wiodące do pokoju pękły z łoskotem i motłoch złożony z chrześcijan, a w części i Żydów napełnił mieszkanie.
– Precz z utrzymanką! dawaj! wal! tłucz! – Wyły ochrypłe głosy.
– Na miłość Boską! Ludzie, czego tu chcecie?! – wołała Hanka.
– Precz z utrzymanką! Przez okna! Na ulicę!
W jednej chwili zwalono na ziemię i skopano nogami niemłodego sługę, spieszącego paniom na ratunek. Wśród przeraźliwych wrzasków, któremi czerń podniecała się coraz bardziej, rozpętało' się ludzkie zwierzę. Rozczochrane kobiety, plugawe wyrostki a piętnami zbrodni na zwyrodniałych rysach i wszelkiego rodzaju obszarpańcy o pijackich twarzach rzucili się na meble, dywany, kotary i na wszystko, co im popadło w ręce. W mieszkaniu zapanowała orgia zniszczenia. Pokoje napełniły się czadem potu i wódki. Motłoch szalał, łamał, rozbijał i kradł. Na ulicy, pod oknami. utworzyły się stosy potrzaskanych mebli. Wyrzucono nawet fortepian. Wreszcie jakiś drab, z ospowatą twarzą, chwycił skrzypce Maryni i zamachnął się, chcąc je zdruzgotać o mur.
Lecz ona podskoczyła im na ratunek i chwyciła go obu rękami za pięść:
– To moje! To moje!... ja na biednych!...
– Puszczaj!...
– Nie puszczę!... to moje!...
– Puszczaj, ścierwo!...
– To moje...
Buchnął strzał i jednocześnie rozległ się okropny krzyk pani Otockiej. Marynia stała przez chwilę z podniesionymi rękoma i przechyloną w tył głową, poczem zachwiała się i padła na wznak w ramiona Hanki.
Strzał i morderstwo przeraziły motłoch. Tłum umilkł, a po chwili począł uciekać, zdjęty panicznym strachem.
XXIV
Pani Krzycka, Otocka i Hanka, a z niemi Groński Władysław i doktor Szremski otaczali łóżko, na którym leżała po operacji i wyjęciu kuli Marynia. Drugi doktór – chirurg i jego pomocnik siedzieli opodal, czekając na rozbudzenie się chorej. W pokoju napełnionym zapachem jodoformu panowała głęboka cisza. Marynia rozbudziła się poprzednio zaraz po ukończeniu operacji, lecz odurzona jeszcze chloroformem i osłabiona utratą krwi, zasnęła niebawem ponownie. Śliczna jej głowa leżała nieruchomo na poduszce, oczy miała zamknięte, a twarz tak woskową i przeźroczystą, jakby była już martwa. W pani Otwockiej i Wrońskim, który dopiero obecnie zmierzył w sobie ogrom miłości dla tego dziecka, skowyczała rozpacz tak cichym, strasznym skowytem, który rwie, szarpie i rozdziera piersi a boi się wydostać nazewnątrz. Oboje spoglądali raz po raz z przerażeniem na doktora Szremskiego, który od czasu do czasu badał puls Maryni, ale widocznie, sam niepewny, czy ten sen nie będzie ostatnim, kiwał tylko głową, szepcząc, że puls bije jeszcze i przykładał palec do ust na znak milczenia.
Wszelako obawy były na razie płonne, gdyż po upływie godziny brwi Maryni poczęły się podnosić, drgać, a po chwili otworzyła oczy. Wzrok jej był z początku tępy i nieprzytomny. Zwolna jednak ustępowało odurzenie, a wracała świadomość zarówno tego wszystkiego, co zaszło, jak i chwili obecnej. Na twarzy jej pojawił się wyraz zdumienia i takiego rozżalenia, jakie odczuwa dziecko, ukarano okrutnie, a niesłusznie. Wreszcie zaćmiły się jej źrenice i dwie łzy spłynęły po policzkach.
– Za co?... za co?...
Bóg jeden mógł odpowiedzieć na to pytanie. Ale tymczasem zbliżył się doktor i rzekł:
– Niech pani nic nie mówi: to szkodzi.
Więc umilkła, ale wyraz rozżalenia nie schodził jej z twarzy i łzy płynęły dalej. Siostra poczęła jej je ocierać, powtarzając przytem stłumionym głosem:
– Maryniu, Maryniu, uspokój się... ty będziesz zdrowa... nie jesteś niebezpiecznie ranna... nie, nie! Doktor zaręcza...
Marynia podniosła na nią oczy, jakby chcąc odgadnąć, czy mówi prawdę. Zdawało się jednak, że słucha słów siostry z pewną otuchą.
Poczem rzekła:
– Duszno...
Szremski otworzył w pokoju okna. Na dworze był wieczór pogodny i gwiaździsty. Fala świeżego powietrza wniosła zapach akacji.
Chora leżała przez jakiś czas spokojnie, lecz nagle poczęła znów szukać kogoś oczyma i zapytała:
– Jest pan Groński?
– Jestem kochanie, jestem...
– Pan... mnie... nie da? Prawda?
Grońskiemu wydało się w tej chwili, że otacza go głęboka noc i ze wśród nieprzebitej ciemności odpowiada jakimś cudzym głosem:
– Nie, nie!
A ona mówiła z przestrachem, w coraz bardziej blednącej twarzy:
– Ja nie chcę umrzeć... ja się boję...
I znów z oczu poczęły jej kapać łzy – łzy bezradne, łzy skrzywdzonego dziecka. Wejście księdza przerwało straszną chwilę. Był to ten sam stary kanonik, krewny Krzyckich i Zbyłtowskich, który poprzednio spowiadał panią Krzycką. Zbliżywszy się siadł przy łóżku Maryni i pochylił się do niej z dobrym i pełnym otuchy uśmiechem:
– Jak się masz, dziecko kochane? – rzekł. – Ach, niegodziwcy!... Ale Pan Bóg od nich mocniejszy i wszystko będzie dobrze. Przyszedłem zapytać się tylko o twoje zdrowie. Chwała Bogu, że kula już wyjęta, teraz tylko trzeba cierpliwości, a ty będziesz cierpliwa, prawda?
Marynia mrugnęła oczyma na znak, że tak.
Staruszek zaś mówił dalej, rzeźwiejszym i jakoby rozweselonym głosem:
– A co! – wiedziałem, że będziesz. Teraz powiem ci, że jest coś, co często pomaga lepiej od wszelkich lekarstw i opatrunków. A wiesz co? – sakramenta! Ho! Ile razy ja to w życiu widziałem, ze ludziom, którzy byli o włos od śmierci, po spowiedzi, komunii te namaszczeniu robiło się zaraz lepiej, a potem przychodzili całkiem do zdrowia. Tobie, mój gołąbku, do śmierci zapewne daleko, ale skoro to chrześcijański obowiązek, który i duszy i ciału pomaga, to trzeba go spełnić. Dobrze dziecko?...
Marynia znów zmrużyła oczy na znak zgody.
Obecni wyszli z pokoju i wrócili dopiero na odgłos dzwonka, by być świadkami komunii. Chora po przyjęciu jej leżała czas jakiś z przymkniętymi powiekami i cichą jasnością w twarzy; poczem nadeszła chwila ostatniego namaszczenia.
W pokoju zgromadziła się, prócz obecnych poprzednio, cała służba domowa i wszyscy, tłumiąc łkanie, słuchali zwykłej przed obrzędem modlitwy:
– Panie Jezu Chryste, któryś rzekł przez swego apostoła, świętego Jakóba: „Choruje kto między wami? – niech wwiedzie kapłany kościelne, niech się modlą za nim, pomazując go olejem w imię pańskie". Błagamy Cię, Panie Boże, Odkupicielu nasz, łaską Twego Ducha Świętego, zlituj się nad tym chorym; uzdrów jego rany, odpuść grzechy i oddal od niego wszystkie boleści duszy i ciała, a w miłosierdziu Twojem, zupełne mu zdrowie przywróć, aby łaską Twą wrócony do życia, mógł znów oddawać się dobrym uczynkom – o Ty, który będąc Bogiem, żyjesz i królujesz z Ojcem i Duchem Świętym, przez wszystkie wieki wieków – amen!
Ksiądz zdawał się spieszyć. Prędko wziął naczynie stojące między dwoma świecami pod krucyfiksem i zbliżywszy się do chorej, wyszeptał drugą, wskazaną rytuałem, krótką modlitwę a jednocześnie począł kłaść święte oleje. Więc, dotknął naprzód powiek dziewczyny, mówiąc: „przez to święte namaszczenie i swoje najsłodsze miłosierdzie, nich ci Bóg odpuści wszystkie grzechy, które popełniłaś zmysłem widzenia" – potem namaścił jej uszy, by zgładzić grzechy, które mogła popełnić słuchem, potem usta, potem podobne do dwóch białych lilii, ręce, które dziś właśnie miały grać dla biednych; a potem błogosławił ją całą od stóp do głów –już z wszelkiej zmazy oczyszczoną i już naprawdę tak anielską i niepokalaną, jak lilia polna....
Upłynęło pół godziny. Obecnym zdało się, że chorą ogarnia znów sen. Ale ona otworzyła niespodzianie szeroko oczy i zawołała mocniejszym, jakby radosnym, głosem:
– Ile chleba!... ile chleba!...
I zgasła cicho.
Głęboką już nocą, jakiś młody człowiek przyszedł pod bramę i zapytał odźwiernego, czy panienka żyje jeszcze, a usłyszawszy, ze zmarła, odszedł w milczeniu.
W godzinę później, na strychu jednego z domów na Powiślu, buchnął strzał z browninga i napełnił przerażeniem zbudzonych nagle ze snu mieszkańców. Ludzie z sąsiednich izb zbiegli się na miejsce wypadku. Odbito zamknięte drzwi pokoju, lecz wszelka pomoc okazała się daremną. Na łóżku leżał z przestrzeloną piersią trup studenta. Posępna i tragiczna dusza uleciała już w ciemność.
XXV
Pokój, w którym zmarła Marynia, zamieniono w żałobną świetlicę. Trumna stała na środku, wysoko, wśród gorejących świec i całego lasu krzewów i kwiatów, których nagromadziło się tyle, że nie tylko sama świetlica, ale nawet przedsionek i schody były niemi zapełnione. Trumna była jeszcze otwarta i w blaskach dnia, pomieszanych ze światłem gromnic, widać było Marynię przybrana w tę samą suknię, w której miała wystąpić na koncercie. Metalowy krzyżyk, który trzymała w złożonych rękach, błyszczał jak świetlisty punkt na ciemnym tle roślin. Twarz miała zamyśloną, ale bez najmniejszego śladu cierpienia – i zarazem jakby zasłuchaną w jakieś głosy, dźwięki i tony, dla śmiertelnych niedosłyszalne i nieuchwytne.
Przez otwarte okna wpadał od czasu do czasu powiew, gasząc tu i ówdzie chwiejne płomyki świec i szeleszcząc liśćmi krzewów.
W akacjach przed domem świergotały zgiełkliwie wróble, rzekłbyś, opowiadając sobie gorączkowo, co się stało, a w mieszkaniu, obok katafalku przepływała rzeka ludzka. Przychodzili z wieńcami robotnicy, na których korzyść miał się odbyć koncert i na widok zamordowanej okrutnie, dobroczynnej „panienki" odchodzili z gniewem w oczach i ze ściśniętymi pięściami. Wiadomość o potwornej i bezmyślnej zbrodni sprowadziła też całe gromady studentów, którzy postanowili nieść trumnę na ramionach. Tymczasem przesuwali się cicho naokół katafalku, spoglądając z piersią wezbraną współczuciem i żalem na srebrny, zwrócony ku niebu dziewczyny i mimo woli przypominając sobie słowa poety:
– Na atlasie cicha, biała, rączki trzyma w krzyż". – Zgroza, oburzenie ale zarazem i ciekawość poruszyły miasto jak długie i szerokie Nawet ulicę przed domem zaległy duże tłumy – niespokojne, nie umiejące sobie wytłumaczyć, dlaczego taka rzecz się stała– i jakby przerażone myślą o tem, do czego dojść może w przyszłości i jakie jeszcze zbrodnie przyniesie, oraz jakie ofiary jeszcze pochłonie niepewne jutro.
Zwłoki Maryni miały być odwiedzione na kolej, a z stamtąd do Zalesina, gdzie były groby Otockich. Zaraz po południu zdjęto z mar trumnę – wówczas, przed jej zamknięciem, przyszła dla pani Otockiej i dla Grońskiego straszna chwila ostatniego w życiu spojrzenia na tę ukochaną istotę, która im była światłem i słońcem. Gdyby była umarła z jakiej choroby, rozpacz ich nie byłaby może mniejsza, lecz natomiast dla nich samych zrozumialsza. Ale ją zamordowano! Zamordowano to dziecko słodkie i bezwinne właśnie wówczas, gdy chciało ludziom pomagać i gdy cieszyło się myślą o tej pomocy. Zamordowano tę wcieloną pieśń, ten wonny kwiat, zesłany przez Boga na radość ludziom. I w tem właśnie było cos, co już nawet nie mieściło się w kręgu rozpaczy, lecz sięgało w krąg szaleństwa... Bo oto ostatnia chwila spojrzenia na to ukochanie, na tę młodość, na ten dziewczęcy urok, na te białą ofiarę zbrodni i pomyłki, a potem nicość, ciemność – pustka.
Lecz przesilony ból zabija sam siebie, jak skorpion, pokrywa pomroką umysł i każe krzepnąć krwi w żytach. – Tak stało się z siostrą zabitej. – Doktor Szremski długi czas nic byt pewien, czy ją potrafi przywrócić do życia. W przerażeniu i zamieszaniu prawie me dostrzeżono, że do świetlicy wpadła jakaś obłąkana i skowycząc żałośnie, rzuciła się na ziemię. Wyprowadził ją Świdwicki z pomocą studentów i powierzył ją ich opiece.
Tymczasem zalutowano trumnę, którą młodzież wzięła na ramiona i kondukt wyruszył na kolej. Za nimi pociągnął olbrzymi orszak, na końcu którego wlokły się puste karety. Coraz większe tłumy płynęły środkiem ulic i chodnikami – dopiero w pobliżu mostu, ci, którzy przyłączyli się tylko przez ciekawość, poczęli wracać do domów.
Do doktora Szremskiego zbliżył się Świdwicki i przez jakiś czas szli obaj w milczeniu, nie spostrzegając, że pozostają coraz bardziej w tyle orszaku.
– Pan znał nieboszczkę? – zapytał doktor.
– Otocki był moim krewnym.
– Ach, panie, co to za straszna jakaś pomyłka! A Świdwicki wybuchnął:
– To nie jest żadna pomyłka. To logiczne następstwo czasów, które nadchodzą i w których takie wypadki staną się zwykłym, codziennym biegiem rzeczy.
– Jak to pan rozumie?
– Tak, jak należy rozumieć. Ta trumna ma większy sens, niż się zdaje. To zapowiedź. Pomyłka? Nie! Oto grzebiemy dziś harfę, która chciała grać dla ludzi, a którą podeptał brudnemi nogami motłoch... Poczekaj pan!... Niech tak dalej pójdzie, a za dziesięć czy dwadzieścia lat, kto wie czy nie będziem tak grzebać nauki sztuki, kultury, ba, całej cywilizacji. I oto nie tylko u nas, ale wszędzie. Będzie nieskończony szereg takich wypadków... Mnie to zresztą wszystko jedno, ale, – to zupełnie możliwe.
Doktor żuł przez jakiś czas słowa Świdwickiego w milczeniu, wreszcie zawołał:
– Ach, oświaty, oświaty, oświaty!
Świdwicki zaś, zatrzymał się, chwycił Szremskiego za klapę od surduta i potrząsnąwszy swą koźlą brodą, rzekł:
– Posłuchaj pan ateisty, a przynajmniej człowieka, który z żadną religią, nie ma nic do czynienia: oświata bez religii wyhoduje tylko złodziei i bandytów.
Kondukt wstrzymał się na chwilę z powodu zapchania drogi więc rozmawiając zbliżyli się znów do trumny; jednakże Świdwicki zniżył tylko głos, ale nie przestał gadać.
– Tak panie... Wielu ludzi myśli tak samo jak ja, tylko nie ma odwagi tego głośno powiedzieć. Zresztą, powtarzam, że to mi wszystko jedno, bo co do nas – zginęliśmy bez ratunku. – U nas są tylko wiry I to, nie wiry na toni wodnej, gdzie poniżej jest głębia spokojna, ale wiry z piasku. Teraz wicher dmie od Wschodu i jałowy piasek zasypuje naszą tradycję, naszą cywilizację, naszą kulturę – całą Polskę – i zmieniają w pustynię, na której giną kwiaty, a żyć mogą tylko – szakale.
Tu wskazał na trumnę Maryni.
– I ot kwiat, który uwiądł. Czy pan wiesz, dlaczego ja u nich, chociaż to moje krewne, rzadko bywałem? Dlatego, żem się wstydził jej oczu.
Doszli do dworca i wyszli na peron, z którego widać było przybrany w kwiaty i w gałęzie świerków wagon.
– Jedziesz pan do Zalesina? – zapytał doktor.
– Jadę. Chcę jeszcze popatrzeć na Otocką, z którą Bóg wie co się teraz stanie. A patrz pan, jak wygląda i Groński! Dziad – co? Nie pomoże mu teraz jego łacina i jego książki.
– Ktoby tego nie odczuł – odpowiedział doktor.
– Krzycki również wygląda jak z krzyża zdjęty.
– Krzycki? Ale może dlatego, że małżeństwo jego zerwane? Dalszą rozmowę przerwała im orkiestra, która poczęła grać marsz pogrzebowy Szopena.
XXVI
Doktor Szremski, wróciwszy do hotelu, począł rozmyślać nad słowami Świdwickiego, które głęboko utkwiły mu w pamięci. Przed oczyma przesuwały mu się obrazy konduktu pogrzebowego i tej trumny z ofiarą zamordowaną przez tych, dla których chciała czynić dobrze. „Tak tak, mówił sobie, to niby pomyłka, ale podobne pomyłki są istotnie logicznem następstwem rozpętania ślepych zwierzęcych instynktów. Trzeba przyznać, że w tej chwili zlatujemy na złamanie karku do jakiejś bezdennej przepaści. I oto nie tylko my. – Ale czy wolno z tego wnioskować, że jak dziś odprowadziliśmy zabitą przez motłoch pieśń, tak za lat dziesięć, dwadzieścia, czy pięćdziesiąt będziemy świadkami pogrzebu nauki, kultury i cywilizacji? Pozornie – tak. Najwyższy czas, żeby Bóg, który rządzi światem, złożył jakiś nowy dowód, że nim istotnie rządzi. Powinno zagrzmieć tak, żeby się aż ziemia zatrzęsła – czy co?... Ludzkość zaczyna wstępować na drogę wprost przeciwną całej naturze... Bo całym wysiłkiem natury jest tworzyć jak najdoskonalsze osobniki i przez nie uszlachetniać gatunek, a ludzkość odwrotnie, zabija je tak, jak zabito tę anielską dziewczynę, lub chwyta je za włosy i ściąga z wyżyn do ogólnego poziomu. A jednakże jest to tylko pozór... Gdyby inżynierowie postanowili rozkopać wszystkie góry i uczynić ziemię tak gładką jak kula bilardowa, to przyszłoby jakieś wstrząśnienie, przyszedłby jakiś wybuch wulkanu i wytworzył nowe przepaście i nowe szczyty. O aryjskim duchu można powiedzieć to, co rozkochani w ukojonych, architektonicznych liniach Grecy mówili o rzymskich łukach: „łuk nigdy nie zaśnie". Aryjski duch również. Ludzkość która go posiada nie potrafi płynąć do nieskończoności jedną falą, myśleć jedną myślą i żyć jedną ideą. To co dziś jest – przejdzie. Na szczytach rozumu, uczucia i woli zrodzi się nowy wicher i spiętrzy nowe fale...
Tu myśli Szremskiego zwróciły się widocznie do rzeczy bliższych i bardziej mu leżących na sercu, gdyż począł zaciskać pięści i chodzić wielkimi niespokojnemi krokami po pokoju:
– Czy jednak – mówił sobie – my ostaniem się wśród tych wstrząśnień, fal i wichrów? Wiry! Wiry!... – i to piaskowe! Piasek zasypuje całą Polskę i zmienia ją w pustynię, na której żyją szakale?... Gdyby tak było, to choćby zaraz w łeb sobie strzelić... Ciekawym, co by powiedział o tem taki Groński... A jemu teraz piorun strzelił w głowę i nie ma co z nim gadać... Giniemy bez ratunku? – Otóż nieprawda! Pod temi wirami, które się kręcą na powierzchni naszego życia – jest coś, czego Świdwicki nie dojrzał. – Jest więcej niż gdzie indziej, bo jest bezdenna głębia cierpienia. Nie ma po prostu na świecie większego cierpienia niż nasze... U nas ludzie budzą się rano i idą z pługami w pole, idą do fabryk, do biur, za lawy sklepowe i do wszelkiego rodzaju pracy – w bólu. – Idą spać w bólu. – Cierpienie – to wielka, to wielka bezbrzeżna, jak morze, roztocz, zaś wiry to tylko zmarszczki na tej roztoczy. A dlaczego tak cierpimy? Przecie zaraz jutro moglibyśmy odetchnąć, moglibyśmy być szczęśliwsi. Dośćby każdemu powiedzieć Jej, tej Polsce, o której Świdwicki mówi, że ginie: – „Zanadto mnie bolisz zanadto mi dolegasz, więc się Ciebie wyrzekam i od dziś. chcę o Tobie zapomnieć..." A Jednak nikt tego nie mówi – nawet taki Świdwicki, który łże ze mu wszystko jedno – nawet tacy, którzy rzucają bomby i mordują siostry i braci! – A jeśli tak, jeśli wolimy cierpieć, niż Jej się wyrzec, to gdzie nam do szakalów i gdzie Jej do zguby! Szakale szukają ścierwa, nie cierpienia! Więc Ona żyje w każdym z nas, we wszystkich razem na świecie. A my ścisniemy zęby i będziem cierpieć dla Ciebie Matko, dalej – i my – a jeśli Bóg tak zechce – to i nasze dzieci nasze wnuki – i nie wyrzeczemy się, nie tylko Ciebie, ale i nadziei.
Tu wzruszył się Szremski własnymi myślami, lecz w twarzy zajaśniała mu jakby zorza. Znalazł odpowiedź na te pytania, które mu wrzucił w duszę Świdwicki. Począł chodząc powtarzać: – „Dla niczego, dla złudy i majaku, nikt by nie chciał tak cierpieć!" – poczem widocznie przyszło mu do głowy, że cierpieć dla Niej, to jeszcze nie wszystko, bo jął zacierać ręce i zakasywać przez roztargnienie rękawy, jakby się chciał zaraz zabrać do jakiejś ważnej i pilnej roboty. Ale po chwili pomiarkował, że jest w hotelu, więc roześmiał się tylko szczerym, zwykłym sobie śmiechem – i rzeki głośno:
– Ha! Niema rady. Trzeba jutro wracać do mojej dziury i pchać taczkę dalej...
I nagle westchnął:
– Do mojej samotnej dziury!...
Poczem, sam nie wiedział dlaczego, przypomniało mu się, co mu mówił Świdwicki, że małżeństwo Krzyckiego jest zerwane – i myśli jego poleciały, jak skrzydlate ptaki, do Zalesina.
KONIEC
[Góra] [Strona główna] [Poprzednia część]
|