|
BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO |
|
|
|
Henryk Sienkiewicz
W i r y
IV
Cały następny dzień Groński spędził na mieście, wieczorem zaś był u pani Otockiej, tak, że wrócił do domu dopiero koło północy. Ale Krzycki nie spał jeszcze, a ponieważ matka, z powodu zaburzeń na ulicach, nie mogła go tego dnia odwiedzić, więc z niecierpliwością czekał na powrót Grońskiego – i natychmiast począł go wypytywać, co słychać na mieście i u tych pań.
– Na mieście źle słychać – odpowiedział Groński. – Koło południa słyszałem ogień karabinowy w dzielnicach fabrycznych. Przed pójściem do pani Otockiej bytem też na zebraniu w Filharmonii, na którem zetknęli się przedstawiciele kilku wrogich stronnictw – i wiesz, jakie odniosłem wrażenie? Oto, że niestety Swidwicki pod pewnym względem miał słuszność i że doszliśmy do tego, iż tylko wojna domowa mogłaby oczyścić powietrze. Tem większa tragedia w tem, że byłaby ona jednocześnie ostateczną zagładą. Ale o tem potem. Mam tak zmęczoną głowę i nerwy tak potargane, że dziś nie mogę o tych rzeczach myśleć.
Tu zadzwonił na służącego i, poleciwszy mu przygotować, mimo spóźnionej godziny herbatę, tak mówił dalej:
– Ale i od pani Otockiej przynoszę nowinę. Uszom nic uwierzysz, gdy ci powiem, co się stało. Oto dziś po południu przed moim przyjazdem, był u tych pań Laskowicz. Cygaro, które palił Krzycki, wypadło mu z ręki.
– Laskowicz? – zapytał.
– Tak jest.
– Ależ jego ściga policja!
– Ściga go na prowincji, a nie ściga go w Warszawie. Policja, tak jak oni wszyscy, straciła obecnie głowę. Zresztą w dużem mieście łatwiej się ukryć. Oczywiście, gdyby im sam wlazł w ręce, to by go capnęli.
– Ale czego on chciał od pani Otockiej?
– Według moich przypuszczeń chciał widzieć Marynię, a przyszedł niby o składkę na cele rewolucyjne. Oni zresztą teraz ciągle chodzą po składkach.
– I te panie dały?
– Nie. Powiedziały mu, że na rewolucję nie dadzą, a na głodnych i pozbawionych pracy posłały już, ile mogły, do jednej z redakcji. – Jakoż tak było. Pani Otocka ofiarowała znaczniejszą kwotę i panna Anney także. Laskowicz próbował im tłumaczyć, że odmowa naraża opornych na niebezpieczeństwo, i że dlatego sam się do nich wybrał, by je od tego uchronić. Ale to nie pomogło. Był bardzo nierad i zły, zwłaszcza, że widział tylko panią Zofię i pannę Anney, bo Marynia nie wyszła. Zapowiedział jednak, że jeszcze przyjdzie.
– Niech spróbuje! – zawołał Władysław, ściskając pięści. Lecz następnie zapytał ze zdziwieniem:
– Jakże on się do nich dostał i dlaczego go przyjęły?
– Służba miejska jest w całym mieście sterroryzowana i słowa: „z partii" otwierają wszędzie drzwi, jak najlepszy wytrych. – Ale Laskowicz nie potrzebował używać i tego sposobu, gdyż zdarzyło się, ze lokaj pani Otockiej poszedł do sklepu, a wpuściła go służąca panny Anney, która go znała z Jastrzębia, i myślała, że przychodzi jako dobry znajomy.
– W każdym razie spisała się jak głupia.
Mój kochany, co ona może o nim wiedzieć? Nikt jej przecie nie opowiadał o tym, czem on jest, a widziała go między nami, widziała, ze odjeżdżał razem ze mną do miasta, i że był nauczycielem twego młodszego rodzeństwa. To, że brał udział w zamachu na ciebie, nie mogło jej także przyjść do głowy, albowiem i z naszej strony jest to tylko przypuszczenie, z którem nie zwierzaliśmy się nawet naszym paniom, aby ich nie niepokoić – a cóż dopiero jej.
– A może sama jest socjalistką.
– Wątpię, gdyż po zamachu, dowiedziawszy się, żeś ranny beczała podobno tak, że ją było w całym Jastrzębiu słychać, wzywała na twoich niedoszłych zabójców wszelkich kar piekielnych. Pannę Anney bardzo to dla niej ujęło. Pamiętam też, że potem, gdy się rozniosło, że to zrobili Rzęślewiacy, obiecywała podpalić Rześlewo. Ach! Ty masz zawsze szczęście...
– Ja sobie takiego szczęścia nie życzę... Ale co do Laskowicza, widziała przecie podczas rewizji w Jastrzębiu, że go szukają.
– To i cóż? Alboż ciebie nie prześladowali za to, żeś założył szkołę. W tym kraju wszelkie sympatie są zawsze po stronie ściganych. Wyobraź sobie, gdy panna Anney zapowiedziała jej, by więcej nie wpuszczała Laskowicza, to dziewczyna jeszcze się oburzyła. – Widocznie zdawało jej się, że panna Anney robi to tylko przed strachem przed policją.
– Panna Anney dała chyba dowód, że się niczego nie boi.
– Ja też ją o bojaźń nie posądzam, ani jej, ani pani Otockiej. Ale natomiast przyznaję, że sam się o nie boję. Ten narwaniec, jeśli nawet osobiście więcej się nie pokaże, to się będzie koło nich kręcił, a co więcej pisywał listy, wszystkie zaś listy wędrują obecnie do czarnych gabinetów. Gdybym wiedział, gdzie go szukać, tobym mu zapowiedział, żeby przede wszystkim nie ważył się pisywać.
– Ja mu zapowiem i to i co innego, niech go tylko spotkam.
– Skoro był u tych pań, to może przyjść i do mnie. Mieliśmy, jadąc razem z Jastrzębia, rozmowę, której pewno mi nie zapomniał.
– Jeśli tu przyjdzie, czy pan mi da carte blanche?
– Ani myślę. Poprzednio już zadałem ci pytanie, czy, gdyby w skutek awantury z tobą, aresztowano Laskowicza, mógłbyś wziąć na swoje sumienie jego zgubę – i odpowiedziałeś mi, że nie. Teraz zapytam cię inaczej: gdyby Laskowicz, tropiony i ścigany, jak dziki zwierz, schronił się do twego domu, czy nie starałbyś się go ukryć, lub pomóc mu do ucieczki?
Na to Krzycki odpowiedział ze złością, ale bez wahania:
– Pomógłbym mu... psiakrew...
A widzisz! – zauważył Groński. – klniesz a przyznajesz. Ja, jeśli do mnie przyjdą po składkę – wszystko jedno, czy z Laskowiczem czy bez Laskowicza, powiem im, że na ludzi pozbawionych chleba dam, a na bomby, dynamit i propagandę strajków nie dam. I powiem im więcej: że, zbierając składki na rewolucję od ludzi, którzy jej nie chcą i dają tylko ze strachu, upadlają własnych obywateli.
– A może im na tem zależy? Im wyższe warstwy będą tchórzliwe, tem im będzie łatwiej.
– Być może, ale w takim razie są rodzonymi braćmi tych wszystkich, którzy upadlają to społeczeństwo od dawna i umyślnie. Krzycki zamyślił się i rzekł:
– U nas się często takie rzeczy robi – z góry i z dołu. Groński spojrzał na niego z pewnym podziwem, jakby się nie spodziewał z ust jego takiej uwagi.
– Masz słuszność – ozwał się – z góry przez ciągłe redukowanie wielkiego ideału, z dołu dlatego, że obecnie wprost się go depce.
– Ba! Ale zostaje jeszcze tęga chmara sukman.
– Znów masz słuszność – odpowiedział Groński. – Dawniej marsz Dąbrowskiego był hasłem dla stu tysięcy ludzi, dziś jest nim dla dziesięciu milionów. Błogosławiony folklor!
Umilkli. Groński chodził czas jakiś po pokoju, zdejmując, wedle zwyczaju, binokle z nosa i nakładając je na powrót – poczem ozwał się:
– Wiesz, co mnie dziwi? To, że w takich czasach i w takich warunkach ludzie mogą myśleć o swym prywatnym szczęściu i swoich prywatnych sprawach. A jednak takie jest prawo życia, którego żadna siła nie może potłumić.
– Czy pan ma na myśli mnie?
– Stwierdzam w teorii fakt, który w praktyce stwierdzasz i ty. Bo oto w tej chwili jest jakby trzęsienie ziemi, walą się budynki, giną ludzie, buchają ognie podziemne, a wy się wzajem kochacie w najlepsze z panną Anney i myślicie o założeniu nowego gniazda.
– Jak pan powiedział? – pytał z rozpromienioną twarzą Krzycki – „wy się wzajem kochacie?"
– Powiedziałem: „wy się wzajem kochacie", albowiem tak jest. Ty zresztą zakochany jesteś bardziej, niż ona.
– Z pewnością – odpowiedział Władysław – i w tem nie ma nic dziwnego, ale z czego pan to wnosi?
– Z tego, żeś się dotąd ani wprost, ani ubocznie nie zapytał i nawet nie starał się dowiedzieć, ile ci może wnieść panna Anney. W obywatelu wiejskim jest to dowód, że termometr wskazuje najwyższą temperaturę miłości.
– Daję panu słowo, że wziąłbym ją w jednej sukni – odrzekł Krzycki.
– Ale wolałbyś, żeby coś miała?
– Odpowiem szczerze, że wolałbym. Jest wielu „somsiadów" • bardziej gołych ode mnie i kawałka chleba nam nie zabraknie. Ale na Jastrząb jest nas troje, a licząc z matką – czworo. Ja jestem w jednej czwartej dziedzicem, a w trzech czwartych bezpłatnym rządcą mojego rodzeństwa i matki. Chciałbym zaś, żeby Jastrząb był tylko mój i mojej żony, a następnie moich dzieci, jeśli je mieć będziemy.
– Co do tego, to jestem pewien, ale i co do posagu, nie dręczą mnie zbytnie obawy – rzekł Groński. – panna Anney żyje, podróżuje, ubiera się i mieszka dostatnio, a nie jest to wcale osoba, która by komukolwiek chciała zasypywać piaskiem oczu. Przypuszczam, że milionów nie posiada, ale majątek jej, zwłaszcza jak na nasze stosunki, może się. okazać nawet znaczniejszy, niż myślimy.
– A niech go ma, albo nie ma – zawołał Krzycki – byle mi siebie oddała. Kto posiądzie taki klejnot, ten się może nim ukoronować jak król.
– Przewiduję wkrótce koronację – odrzekł, śmiejąc się Groński.
V
Z powodu urodzin Maryni, panna Anney wyprawiła się wraz ze swą służącą po kupno kwiatów. Zeszłego dnia Groński opowiadał, że w jednym z magazynów widział włoskie, różowe lilie, takie, jakie całymi pękami sprzedają szczególniej w okolicach Lukki i Pizy, ale mało hodowane w warszawskich cieplarniach i rzadko do kraju sprowadzane. Ponieważ Marynia dopytywała się o nie z wielką ciekawością, panna Anney postanowiła zakupić dla niej cały zapas, jaki się w sklepie znajdował. Poprzedniego wieczora przekomarzała się z Grońskim, że go w tem kupnie uprzedzi, albowiem on, jako znany śpioch, nie potrafi się dość wcześnie z domu wybrać. Obecnie, postanowiwszy spłatać mu istotnie figla, wyszła z domu o ósmej rano. Tak, ażeby trafić na otwarcie sklepu. Miała przytem przygotowany list ze słowami: „Już zakupione", który zamierzała przestać Grońskiemu przez pannę Polcie i cieszyła się myślą, że Groński odbierze go przy porannej kawie.
Jakoż wszystko poszło jej zupełnie po myśli, była bowiem pierwsza kupującą w sklepie.. zawód spotkał ją tylko w tem, że lilii było mało: jedna doniczka, zawierająca kilkanaście łodyg z kwiatami, tak, że o ubraniu niemi całego pokoju Maryni nie mogło być mowy. Ale właśnie dlatego panna Anney tym skwapliwiej zakupiła jedyny egzemplarz i, zapłaciwszy żądaną cenę, poleciła odnieść lilie do mieszkania pani Otockiej. Zakłopotała się jednak, gdy w sklepie oświadczono jej, że ogrodniczek, rozwożący kwiaty, przyjdzie dopiero w południe, pragnęła bowiem, by Marynia otrzymała je przed wstaniem z łóżka
– W takim razie – rzekła, zwracając się do panny Polci – zawołaj dorożki i zabierzemy doniczkę ze sobą.
Lecz panna Polcia, która, zachowując się dość obojętnie, a nawet opornie względem własnej pani, a także względem pani Otockiej, miała jednak jakąś wyjątkową, graniczącą z uwielbieniem sympatię dla Maryni – odpowiedziała:
– Niech pani pozwoli, żebym sama zaniosła te kwiaty. W dorożce się utrzęsą i jeszcze poopadają.
– Ale ty masz iść z listem do pana Grońskiego, a przytem podźwigasz się doniczką.
– Mieszkanie pana Grońskiego po drodze, a że się trochę podźwigam dla panienki, to choć tyle dla niej zrobię.
Panna Anney zrozumiała, że odmówiwszy zrobi jej wielką przykrość, więc rzekła:
– Dobrze. Bardzo jesteś poczciwa. Ale gdyby ci było za ciężko, to weź doroszkę, a ja pójdę do kościoła.
I poszła do kościoła pomodlić się za Władysława, który w tym dniu miał pierwszy raz wyjść z domu i spędzić wieczór u pani Otockiej z powodu urodzin Maryni. Spodziewała się, że nazajutrz będzie u niej i chciała także polecić opiece Boskiej ten dzień.
A panna Polcia, wziąwszy lilie, udała się w stronę wprost przeciwną, ku mieszkaniu Grońskiego. Po kilkudziesięciu krokach napełniona ziemią doniczka poczęła jej jednak ciężyć, więc przekładając ją z ramienia na ramię, myślała:
– Zęby tak dla kogo innego, cisnęłabym wszystko na ziemię, ale to taki ptaszek, że trudno jej nie kochać... Poniosłabym dla niej choćby dwie takie donice i jej jednej nie zrobiłabym krzywdy, choćby... Nawet w takim razie... jej jednej.
I na tę myśl posępna jej twarz zmierzchła jeszcze bardziej. W sercu jej, zdolnem tylko do krańcowych uczuć, poczęła się walka między tem dziwnym uwielbieniem dla Maryni, a ślepą i zapalczywą miłością do Krzyckiego. Towarzyszyło temu straszne i beznadziejne poczucie. że on w żadnym razie nie dla niej, gdyż on jest panicz, dziedzic. nieledwie królewicz, a ona prosta dziewczyna od szycia, sprzątania pokoi i domowej posługi. I do tego dołączyło się natychmiast drugie poczucie niezmiernej krzywdy. Przecie mogła się urodzić także „panienką" i nie wyhodować się w ochronie dla sierot pod opieką zakonnic, ale w bogatym pańskim domu. Dlaczego się tak nie stało i dlaczego do śmierci czeka ją tylko podła praca w służebnym stanie.
I tu przyszło jej na myśl, że przecie są teraz jacyś ludzie, jakaś „partia", która chce odebrać majątki zamożnym, rozdać je biednym, porównać ludzi tak, żeby nie było bogaczy i nędzarzy, sług i państwa, ni żadnej krzywdy na świecie, a natomiast jednaki dla wszystkich stan i jednaka wolność. Słyszała o tem od służby w domu, od rzemieślników, od kupczyków w sklepach, do których zachodziła po sprawunki – i dowiadywała się z podsłuchanych rozmów między „państwem". Dziwiło ją, że tych ludzi nazywają socjalistami, albowiem dotychczas „socjalista" i jakiś wariat, latający z nożem po ulicach, znaczyło dla niej jedno i to samo. Przez chwilę, po zamachu na Krzyckiego. gdy rozeszła się wieść, że zrobili to socjaliści, czuła nawet dla nich tak wściekłą i ślepą nienawiść, że gotowa była truć ich, lub piec żywym ogniem. Później, gdy służba w Jastrzębiu poczęła powtarzać, że na panicza porwali się me oni, lecz rzęślewiacy, nienawiść ta zgasła. Ale i następnie, gdy dziewczyna dowiedziała się dokładniej, czego chcą i czem są socjaliści, mało się nimi zajmowała. Po części bowiem uważała ich pomysły za głupstwo, po części myślała o rzeczach innych, bardziej osobistych, a wreszcie w Polsce odróżniała tylko „swoich" i „nie swoich", kochając bezwiednie pierwszych, nienawidząc tak jak wszyscy, drugich. Dopiero w ostatnich dniach poczęło jej świtać w głowie, że i między swoimi istnieją okrutne i bolesne różnice, istnieje dla jednych bogactwo, dla drugich bieda, dla Jednych używanie, dla drugich praca, dla niektórych śmiech, dla innych łzy, dla niektórych dola, dla innych niedola i krzywda.
Stało się to dla niej jasnem zwłaszcza w chwili obecnej, gdy z większym niż kiedykolwiek bólem poczuła tę prawdę, że ów panicz, do którego rwała się jej dusza i ciało, to jest po prostu niedosiężna gwiazda, na którą zaledwie wolno jej patrzeć. I jakkolwiek nic takiego nie zaszło, co by ją mogło dziś szczególnie rozdrażnić – i nic się nie zmieniło, ogarnęła ją taka rozpacz, jak nigdy przedtem.
Lecz bieg jej posępnych myśli przerwały wreszcie zdarzenia zewnętrzne. Mimo wczesnej godziny, spostrzegła na rogu dzielnicy duże gromady ludzi, ogarnięte niepokojem. Twarze zwrócone były w głąb poprzecznej ulicy, jakby działo się w niej coś niezwykłego. Jedni biegli przed się, inni cofali się z widoczną obawą. Niektórzy, rozprawiając gorączkowo i wskazując na coś rękami, patrzyli w górę na dachy domów. Ze wszystkich stron nadbiegały nowe gromadki robotników i wyrostków. Między dorożkarzami stojącymi na rogu, zapanował niezwykły ruch. Woźnice, po kilku i kilkunastu zawracali w rozmaite strony końmi, jakby chcieli tarasować ulicę. Naraz rozległy się przeraźliwe krzyki, a potem strzały. W jednej chwili powstał nieopisany zamęt. Tłum zakołysał się i począł pierzchać, krzyki rozlegały się coraz przeraźliwiej. Widocznem było, że kogoś ścigają. Dziewczyna, ze swemi liliami na ramieniu, stanęła jak wryta, nie wiedząc, co ma począć. Wtem nagle z pomiędzy dorożek wybiegł człowiek, pochylony naprzód, ze spuszczoną głową i biegi całym pędem ku niej. Po drodze cisnął swoją czapkę i zerwał kapelusz z głowy jakiegoś wyrostka, ów zaś, zrozumiawszy w mgnieniu oka, o co idzie, ani drgnął. Dorożki poczęły jeszcze gorliwiej zamykać ulicę, widocznie, by utrudnić pościg. Ale tuż za niemi zagrzechotały znów rewolwerowe strzały i wśród ogólnego krzyku i turkotu, można już było usłyszeć przeraźliwy głos świstawek policyjnych – i ochrypłe, podobne do ryku wołania: „dzierży! dzierży!" – Pannę Polcię ogarnął teraz ślepy niepohamowany strach i poczęła uciekać, przyciskając bezwiednie do piersi doniczkę z kwiatami, tak, jakby chciała uratować własne dziecko.
Lecz zaledwie ubiegła kilkanaście kroków, jakiś zziajany cichy głos począł wołać tuż za nią:
– Daj panna kwiaty! Na miłosierdzie Boskie, daj panna kwiaty Dziewczyna obróciła się i nagle, wraz z przerażeniem, nieopisane zdumienie odbiło się w jej oczach, poznała bowiem Laskowicza.
Ów zaś, wydarłszy jej prawie przemocą doniczkę, którą, nie wiedząc, co czyni, przytrzymywała z całej siły, szeptał dalej:
– Może nie poznają. Powiem, żem ogrodnik. Ratuj panienka!
Może nie poznają! Tchu mi brak!
Chciała uciekać dalej, lecz począł ją wstrzymywać:
– Ratuj panienka, jam przecie Polak!
Tymczasem z pomiędzy chaosu dorożek wydostało się kilkunastu policjantów i agentów cywilnych. Większość tłumu skierowała się, uciekając, ile sił w nogach, w stronę przeciwną tej, w którą szedł Laskowicz z dziewczyną – i bez najmniejszej wątpliwości, skierowała się tak umyślnie, by zmylić pościg. Rozległy się wśród robotników wołania: „dzierży!", aby tem lepiej zmylić policję. Jakiś robotnik począł gwizdać przeraźliwie w palce, naśladując głos policyjnej świstawki. Jakoż policjanci i agenci runęli za gęstszym tłumem. Na przecięciu ulic zostało tylko kilku i ci po chwili wahania puścili się w drugą stronę, ale przebiegli pędem obok dziewczyny i człowieka w jasnym kapeluszu, niosącego kwiaty. Biegnąc dalej, schwytali kilku robotników, ale inni robotnicy odbili ich w jednej chwili. Panna Polcia i Laskowicz szli dalej.
– Minęli! – mówi! student. – tu nikt nie zdradzi. Minęli... Zmyliły ich kwiaty i inny kapelusz. Dziękuję, panienko, dziękuję z całej duszy i do śmierci się dość nie odwdzięczę.
Lecz ona, nie otrząsnąwszy się jeszcze całkiem ze zdumienia, poczęła pytać:
– Co to było? Skąd się pan wziął?
– Z dachu. Przyłapali nas w drukarni. Ale inni posiedzą rok dwa i nic im nie będzie – a dla mnie był stryczek.
– Jak pan potrafił uciec?
– Gdy się dostali na dach, zsunąłem się po rynnie. Mogłem kark skręcić, ale zobaczyli mnie dopiero na ulicy. Strzelali do mnie i szczęściem nie ranili, bo krew byłaby mnie wydała. Kto żył, to mi pomagał i dorożki mnie zakryły. Nie widzieli, jak zmieniłem czapkę na kapelusz. Ale żeby nie towarzyszka, byłoby po mnie.
– Jaka towarzyszka?
– Do panienki tak mówię. Między nami taki zwyczaj.
– To niech pan mnie tak nie nazywa, bo ja nie żadna towarzyszka.
– To szkoda. Ale nie pora o tem mówić. Dziękuję jeszcze raz za ratunek, chociaż to na krótko.
– Dlaczego na krótko?
– Bo nie wiem, co ze sobą zrobić, gdzie iść i gdzie się skryć. Co dzień nocuję gdzie indziej, gdyż wszędzie mnie szukają.
– Prawda szukali pana i w Jastrzębiu. Czy pan wie, że tam była rewizja?
– Była?
– Jakże! Przyszły żandarmy, policja, wojsko. Mało wszystkich nie poaresztowali.
– O! Ich nie zaaresztują...
Tupot końskich kopyt i zgrzyt podków o kamienie bruku przerwał im na chwilę rozmowę. Z poprzecznej ulicy wyjechał patrol kozacki, złożony z kilkudziesięciu ludzi. Jechali wolno, z karabinami opartymi o uda, rozglądając się bacznie dokoła. Na ich widok panna Polcia pobladła nieco, Laskowicz zaś począł szeptać:
– To nic. Widzą, że niosę ze sklepu kwiaty. Wezmą mnie za ogrodniczka i przejadą... Jakoż przejechali.
– Aresztują teraz ludzi na ulicach co chwila całymi gromadami – rzekł Laskowicz. – Dla kogo innego to mała rzecz, ale ja, gdybym im się dostał w ręce, to już bym się nie wydostał.
Więc. co pan myśli zrobić Nieść za panienką kwiaty...
– A potem
– Nie wiem.
– Przecie musi mieć pan jakich znajomych, którzy pana schowają
– Mam. mam! Ale na wszystkich moich znajomych policja ma oko. Co noc bywają rewizje... Przez ostatnie dwie noce sypiałem w drukami, dziś jednak nakryli i drukarnię...
Nastała chwila milczenia.
Po czem Laskowicz ozwał się znów posępnym głosem:
– Nie ma już dla mnie ratunku... odniosę te kwiaty i pójdę sobie, gdzie mnie oczy poniosą.
Lecz w sercu, panny Polci zbudziła się nagle wielka litość dla niego. Przedtem ni ją grzał, ni ziębił. Obecnie widziała w nim tylko polskiego studenta, ściganego jak wściekły pies przez ludzi, których nienawidziła od dawna.
Więc na energicznej i zawziętej jej twarzy odbiło się niezłomne postanowienie.
– Niech się co chce dzieje, a ja pana nie opuszczę! – rzekła, marszcząc swe czarne brwi.
Laskowicza chwyciła nagle ochota, by pocałować ją w rękę, i gdyby nie byli na ulicy, byłby to uczynił. Wzruszył się nie tylko nadzieją ratunku, lecz i tem, że ta dziewczyna, której prawie nie znał, która nie należała do jego obozu, gotowa była sama narazić się na największe niebezpieczeństwo, byle przyjść mu z pomocą.
– Co panienka może zrobić? Gdzie mnie schowa? – zapytał cicho.
A ona szła ze zmarszczony m i przez wysiłek brwiami, a wreszcie rzekła:
– Już wiem. Pójdźmy.
Lecz on przełożył doniczkę do lewej ręki.
Bo muszę powiedzieć – mówił zniżonym głosem – że za ukrywanie mnie grozi co najmniej Sybir. Muszę to powiedzieć! Ja i tak mogłem panienkę zgubić, ale w pierwszej chwili... panienka rozumię... instynkt zachowawczy... nie ma się czasu myśleć...
Panienka nie bardzo zrozumiała, co to jest instynkt zachowawczy, natomiast zrozumiała co innego. Oto, że jeśli zaprowadzi, jak miała zamiar, Laskowicza do Grońskiego, to narazi na niebezpieczeństwo nie tylko Grońskiego ale i Krzyckiego.
I pod wpływem tej myśli stanęła jak wryta.
– W takim razie nie wiem, co mam zrobić – rzekła
– A widzi panienka – odpowiedział jakby ze smutkiem student. Ona zaś znów poczęła pracować głową. Zaprowadzić Laskowicza do panny Anney lub pani Otockiej nie przeszło jej nawet przez myśl. Wyłajano ją przecież za to, ze go poprzednio puściła do mieszkania tych pań. Czuła, że tu trzeba pomocy mężczyzny, i że trzeba było znaleźć takiego, który by się nie bał, i o którego by ona sama niewiele dbała... Więc poczęła przebiegać pamięcią szereg znajomych panny Anney i pani Otockiej... Pan Dołhański?... nie!... Może by się nie bał, ale ich odprawi do licha i jeszcze wydrwi... Doktor Szremski?... podobno już wyjechał. Ach, gdyby nie ten panicz, to jednak właśnie do pana Grońskiego zaprowadziłaby tego biedaka, albowiem, gdyby go nawet nie przyjął, w najgorszym razie dałby dobrą radę, albo by kogoś wskazał... I nagle przyszło jej do głowy, że jeśli temu, ktoby ukrył Laskowicza, grozi Sybir, to Groński nie może nikogo wskazać, ale gdyby mógł, to by wskazał tylko jednego człowieka, którego i ona znała. I na tę myśl strzepnęła rękoma po sukni i, zwracając się do Laskowicza, rzekła:
– Już wiem! Spróbuję!
Poczem, przystanąwszy na chwilę, mówiła dalej:
– Wejdźmy do tego domu, tu zaraz. Pan poczeka z kwiatami w sieni, a ja na górze oddam list i wrócę. Niech pań niczego się nie boi, bo stróż tu mnie zna – i to dobry człowiek... Potem może pana gdzieś zaprowadzę.
To rzekłszy, weszła do bramy, i zostawiwszy Laskowicza na dole, zadzwoniła po chwili do Grońskiego.
Groński wstawszy tego dnia wcześniej niż zwykle, był już ubrany i siedział z Krzyckim przy herbacie. Gdy panna Polcia oddała mu list, przeczytał go i, śmiejąc się, pokazał go Władysławowi poczem wstał i przeszedł do gabinetu, by napisać odpowiedz. Przez ten czas Krzycki począł wypytywać o zdrowie matki i młodszych pań.
Dziękuję, panie zdrowe, a moja pani wyszła już nawet na miasto.
Tak rano? – i nie boi się pani sama chodzić po mieście?
– Pani wyszła ze mną i kupowała kwiaty dla panny Maryni, a potem poszła do kościoła.
– Do którego kościoła pani chodzi?
– Nie wiem.
Panna Polcia wiedziała dobrze, ale ubodło ją natychmiast to, że on o jej panią wypytuje; on zaś, domyśliwszy się tego, przestał istotnie dalej pytać, albowiem i poprzednio już postanowił jak najmniej z nią rozmawiać.
Więc zapadło między nimi milczenie – trochę kłopotliwe – i trwało dopóty, dopóki Groński nie wrócił z listem.
– Oto jest odpowiedź – rzekł. – Niech panienka pokłoni się od nas paniom i powie, że dziś tam obaj będziemy, bo już i niewola pana Krzyckiego skończona.
– Dziękuję – odrzekła panna Polcia – ale ja mam jeszcze prośbę... Chciałabym dowiedzieć się, jaki jest adres pana Swidwickiego?
Groński spojrzał na nią ze zdziwieniem.
– Czy to panie poleciły spytać?
– Nie... To ja tak chciałam wiedzieć...
– Panno Polciu – rzekł Groński. – pan Świdwicki mieszka na Oboźnej 5, ale młodym panienkom nie bardzo jest bezpiecznie do niego chodzić...
Ona zaś zaczerwieniła się po uszy, z obawy, że „panicz" może coś złego o niej pomyśleć.
I zawahała się przez chwilę, czy nie powiedzieć, że Laskowicz jest w sieni i że trzeba go ukryć, gdyż inaczej czeka go zgubi Lecz znów przypomniała sobie, że Laskowicza szukano już w Jastrzębiu i że Krzycki omal nie został z tego powodu aresztowany chwyciła ją obawa, że może Groński sam zechce przechować studenta, a w takim razie narazi i panicza. Objęła raz i drugi oczyma urodziwą postać Krzyckiego i postanowiła milczeć.
Groński zaś mówił dalej:
– Nie radzę do niego chodzić, nie radzę. Panienka mu już raz podobno nawymyślała.
A ona podniosła głowę i odpowiedziała zarazem hardo i gniewnie:
– To nawymyślam drugi raz, ale mam do niego interes...
I skłoniwszy się, wyszła. Groński wzruszył ramionami i rzekł:
– Nie rozumiem, o co jej może chodzić. – Jest w tej dziewczynie coś dziwnego – i powiem ci, że twoja przyszła pani składa dowody świętej cierpliwości, jeśli jej dotychczas nie odprawiła. Powiada zawsze, że to jest gwałtowny charakter, ale złote serce – i być może – wiem jednak od pani Otockiej, ze to złote serce wyprawia jej czasem takie sceny, których nikt inny by nie zniósł.
VI
Wieczorem, w dniu urodzin Maryni, Krzycki i panna Anney, znaleźli się przez chwilę opodal od reszty towarzystwa, przy pianinie przybranym w kwiaty. Oczy Władysława błyszczały radością i szczęściem. Czuł się szczęśliwy, że skończyła się jego niewola i że może znów patrzeć na tę swoją panią, którą ukochał całą siłą młodego serca.
– Wiem – mówił jej – że pani była dziś rano na mieście i kupowała kwiaty. Dowiedziałem się o tem od pani służącej, która przyniosła list do pana Grońskiego. Pytałem, do którego, gdyż chciałem tam iść. Ale służąca nie wiedziała.
– To mnie dziwi, bo ona wie, że zawsze chodzę do Świętego Krzyża i czasem, a nawet często, biorę ją ze sobą. Bywam tam co dzień na rannej Mszy.
– Powiedziała mi, że nie wie – odrzekł Władysław. – Czy pani tam będzie i jutro.
– Tak. Chybaby by ta wielka niepogoda. Krzycki zniżył głos:
– dlatego o to pytam, że mam wielką i serdeczną prośbę... Niech mi pani pozwoli tam przyjść o tej samej godzinie i przed ten sam ołtarz...
Przez twarz panny Anney przebiegły rumieńce i piersi jej poczęły się poruszać żywiej. Pochyliła nieco głowę i, przyłożywszy brzeg wachlarza do ust, odrzekła cicho:
– Nie mam prawa zabraniać, ani pozwalać, kościół otwarty jest dla wszystkich.
– Tak. Aleja bym chciał klęknąć na chwilę przy pani. Razem i nie przez zwykłą pobożność, tylko na szczególną intencję. Co do mojej pobożności, to szczerze powiem, że – wierzę w Boga, ach' Zwłaszcza teraz – wierzę w Boga i jego dobroć, ale dotychczas nie byłem bardzo pobożny... – Tak jak wszyscy... Gdy jednak chodzi o całe życie, to nawet człowiek całkiem niewierzący gotów jest klęknąć i modlić się. Klęknąć przy pani, to jest już ogromne szczęście, bo to, jakby się miało przy sobie anioła. A ja chcę jeszcze o coś więcej prosić: oto, żebyśmy razem, w tej samej chwili, odmówili: „Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko..."
Krzycki pobladł ze wzruszenia i na czoło wystąpiły mu krople potu. Na chwilę umilkł, by przeczekać zbyt gwałtowne bicie serca, poczem znów mówił:
–,, Uciekamy się" – to będzie znaczyło: nas dwoje. – Nic więcej, droga, najdroższa pani – nic więcej! – Potem sobie pójdę, a po południu, pani pozwoli, że przyjdę do jej mieszkania i wypowiem wszystko, co się we mnie zebrało od czasu, jak pierwszy raz zobaczyłem panią w Jastrzębiu... W rękach pani mój los, ale muszę, muszę już. to wypowiedzieć, bo inaczej rozsadziłoby mi piersi, ale jeśli się pani zgodzi na to wspólne odmówienie przedtem: „Pod Twoją obronę", to już będę tak szczęśliwy, że nic wiem, jak jutra dożyję...
A ona spojrzała mu wprosi i poczciwie w oczy niebieską smugą swych zamglonych źrenic i odrzekła:
– Niech pan przyjdzie jutro do kościoła. Krzycki zaś począł szeptać:
– I nic móc paść do nóg pani w tej chwili – i nic móc paść do nóg.
Lecz panna Anney musnęła niby niechcący swą przybraną w białą rękawiczkę dłonią jego dłoń, wspartą na brzegu pianina, i odeszła, albowiem nic zapamiętawszy się do tego stopnia, jak Władysław, spostrzegła, że poczynają na nich patrzeć. Z powodu urodzin Maryni zebrało się wieczorem u pani Otockiej dość znaczne grono osób Zjawił się rejent Dzwonkowski. dalej stary sąsiad z okolic Zalesina, a prócz tego Dołhański i obie panie Włóckie, które po uprzedniej zamianie wizyt zaprosiła pani Otocka. Groński ziawił się oczywiście najwcześniej i niemal grał rolę gospodarza, w czem mu pomagał dawny nauczyciel Maryni, nic mniej w niej rozmiłowany skrzypek Bochener i wreszcie, wyjątkowo w dniu dzisiejszym, trzeźwy, Świdwicki.
Pani Otocka zajęta była paniami Wlóckiemi. Groński rozmawiał ze Świdwickim. o ile nic wodził oczyma za Marynią, która w swej białej, przybranej fiolkami sukni, wysmukła, prawic wiotka. wyglądała istotnie jak, alabastrowy posążek. Ale ona to właśnie, a z nią pani Krzycka poczęły się przypatrywać ze szczególną uwagą Władysławowi i pannie Anney. Małe uszka Maryni zaczerwieniły się zupełnie z ciekawości, na twarzy zaś pani Krzyckiej pojawił się niepokój i jakby odcień niezadowolenia.
Lecz panna Anney. przerwawszy rozmowę z. Krzyckim. zbliżyła się wprost ku niej i siadła na stojącym obok krześle.
– Pan Władysiaw taki szczęśliwy – rzekła – że skończyło się jego więzienie.
– Widzę – odpowiedziała pani Krzycka – ale obawiam się, że go rozmowy jeszcze męczą. Co ci lak żywo rozpowiadał?
Panna Anney pochyliła na chwilę głowę i poczęta rozgarniać palcami fałdy swej jasnej sukni, jakby w zakłopotaniu, lecz następnie, powziąwszy widocznie nagłe postanowenie, podniosła swe szczere oczy wprost na panią Krzycka, tak jak przedtem na Władysława, i odrzekła:
– Mówił mi takie miłe i kochane rzeczy, że chce przyjść jutro do kościoła i zmówić : 'Pod Twoją obronę" – razem ze mną...
W oczach jej nie było ni zapytań, ni niepokoju, ni wyzwania, ale wielka dobroć i prawda.
Pani Krzycka zaś stropiła się otwartością odpowiedzi, tak, że w pierwszej chwili umilkła. Zdawało jej się. że to, co dotychczas było wątpliwem, zatartem i niewyraźnem przypuszczeniem, rozświetliła się nagle i występuje na jaw wyraźnie, ale próbowała jeszcze temu nie uwierzyć więc po pewnym wahaniu się, odrzekła
– Władzio byłby inaczej niewdzięczny. On ci tyle winien – i ja także...
Panna Anney zrozumiała doskonale, iż chcą jej dać do poznania, że motywem słów Władysława jest tylko wdzięczność – ale nie miała czasu nic odpowiedzieć na słowa pani Krzyckiej, gdyż w tej chwili przez poręcz krzesła przechyliła się wysmukła figurka Maryni:
– Aninko, czy mogę cię prosić na chwilę?
– Owszem – odpowiedziała panna Anney.
I wstawszy odeszła. Pani Krzycka przeprowadziła ją oczyma i westchnęła. Tyle było w tej ślicznej postaci młodości, zdrowia, blasku, tyle złota warkoczy, błękitu spojrzeń, tyle ciepła i kobiecych ponęt, iż starsza i doświadczona kobieta, jaką była pani Krzycka, musiała w duszy przyznać, ze byłoby raczej niezrozumiałem gdyby Władysław pozostał obojętny na te wszystkie uroki.
I, westchnąwszy po raz drugi, pomyślała:
– Po co ta Zosia przywiozła ją do Jastrzębia!
I poczęła szukać oczyma pani Otockiej, ta zaś w tej chwili zbliżyła się do drzwi, by powitać jakiegoś starego pana o białej lwiej grzywie i z takąż białą brodą, który widocznie na wpół ślepy, stanął na progu i rozglądał się przez złote okulary po salonie.
Dojrzawszy wreszcie panią Otocką, chwycił obie jej ręce i począł całować je z wielkim zapałem, a ona witała go z tym właściwym sobie nieśmiałym wdziękiem, który czynił ją podobną do młodej wiejskiej panny.
– Jakie to słodkie i jakie kochane! – mówiła sobie pani Krzycka.
Lecz dalsze rozmyślania i żale przerwał jej Świdwicki, który zająwszy krzesło opuszczone przez pannę Anney, począł mówić:
– Ależ syn pani dobrodziejki, to prawdziwy ułan z pod Somosierry. Co to za rasa! Co za typ! Ja, który wystawiam tak wszędzie piękność, jak wyżeł kuropatwy, zauważyłem go natychmiast u Grońskiego. Tylko mu szablę w dłoń i na koń! Albo na jaką wystawę Po prostu na wystawę, jako okazowy egzemplarz rasy. Ach, co za krew z mlekiem! Kobiety muszą za nim szaleć!
–Pani Krzyckiej. mimo wszelkich wewnętrznych trosk, miło było słuchać tych słów. albowiem uroda Władysława była dla niej od lat jego dziecinnych źródłem dumy i radości. Ale oczywiście uważała za stosowne nie przyznać się do tego przed Świdwickim.
– Ja nic przywiązuję do tego wagi – odrzekła – i dziękuję Bogu, że nic tylko to można na korzyść mego syna powiedzieć. A Świdwicki strzepnął palcami i rzekł:
– Przywiązuje pani. przywiązuje! – i ja przywiązuję a i te oto panie tylko udają, że nie przywiązują – zarówno ta młoda Angielka, jak nawet ta mała przeźroczysta porcelanka, choć niby tylko myśli o muzyce... Może najmniej pani Zofia, ale to dlatego, że od pewnego czasu zanadto pilnie wczytuje się w Platona...
– Zosia w Platona? – zapytała pani Krzycka.
– Tak się spodziewam, a nawet jestem pewien, gdyż inaczej nie byłaby taka platoniczna...
– Przecież chyba nie umie po grecku.
– Ale Groński umie i może jej go tłumaczyć.
Pani Krzycka spojrzała ze zdumieniem na Świdwickiego i przerwała rozmowę. Poznawszy go dopiero tego wieczora i nie mając pojęcia, że człowiek ten dla konceptu, dla lichej igraszki słów i z nałogu, gotów jest gadać zawsze i wszędzie w sposób jak najbardziej nieoględny – nie mogła zrozumieć, dlaczego jej to mówi. Jednakże słowa jego były dla niej jakby promieniem rozjaśniającym rozmaite rzeczy, których dotychczas nie spostrzegła – znalazła nowy dowód, że serdeczne i ukryte jej życzenia pozostaną zawsze marzeniem bez treści – i westchnęła po raz. trzeci.
– Ach więc to tak? – pomyślała sobie w duszy. Świdwicki zaś począł się śmiać.
– Tak, tak! – rzekł – kuzynka jest bardzo platoniczna, a przytem trochę anemiczna.
I w śmiechu jego była jakaś gorycz, a nawet jakby złość, tak że pani Krzycka znów spojrzała na niego ze zdziwieniem.
Tymczasem Marynia wyprowadziła pannę Anney do drugiego pokoju. Uszki jej były coraz czerwieńsze, a oczy płonęły dziecinną zupełnie ciekawością – więc przyłożywszy nosek do policzka panny Anney, jęła szeptać:
– Powiedz! – oświadczył ci się przy pianinie? – oświadczył się? powiedz!...
A panna Anney objęła ramionami jej szyję i, ucałowawszy ją serdecznie, odszepnęła jej w same uszko:
– Prawie.
– A co!... przy pianinie! Zaraz odgadłam! Ho, ho! Ja się takich rzeczach znam wybornie! Ale jak to: prawie?
– Bo ja wiem, że mnie kocha...
– Władzio? – powiedział ci to?
– Nie potrzebował nawet mówić.
– Rozumiem, doskonale rozumiem! Panna Anney, choć oczy miała wilgotne, poczęła się śmiać uściskawszy powtórnie małą skrzypaczkę, rzekła:
– Wróćmy teraz do salonu.
– Wróćmy – odrzekła Marynia.
I po drodze poczęła mówić z rozradowaną twarzą:
– Wyście myślały z Zosią, że ja nic nie widzę, a ja – oho!... W salonie trafiły na rozmowę polityczną. Wysoki stary pan z białą grzywą, który był kolegą i przyjacielem nieboszczyka Otockiego, a zarazem redaktorem jednego z wielkich warszawskich dzienników, mówił:
–... Myślą, że to jest nowy stan rzeczy, który będzie odtąd trwał, a to jest atak histerii, po którym nastąpi wyczerpanie i prostracja. Ja dawno żyję na świecie i nieraz już podobne zjawiska widziałem... tak jest! To jest głupia i zła rewolucja.
Gdyby Świdwicki usłyszał był od jakiego zapaleńca, że to jest mądra i zbawienna rewolucja, byłby niezawodnie zdania starego redaktora, ale ponieważ, lekceważył dziennikarzy w ogóle, a w szczególności gniewało go to. że staruszek uchodzi w pewnych kołach za powagę polityczną, więc zaczął się natychmiast sprzeczać.
Tylko bezdenna naiwność konserwatystów – rzekł – może się zdobyć na to, by żądać od rewolucji rozumu i dobroci. Jest to samo, co żądać na przykład od pożaru, żeby był łagodny i rozsądny Wszelka rewolucja jest dzieckiem namiętności – nie rozumu – i gniewu – nie zaś miłości. Zadaniem jej jest rozsadzić starą formułę głupoty i zła, a wtłoczyć przemocą życie w nową.
– A te nową, jak pan sobie u nas wyobrażasz?
– Oczywiście, że także jako głupotę i zło, ale nowe. Na takich przemianach polega nasza historia, a nawet dzieje ludzkości w ogóle...
– To jest filozofia rozpaczy.
– Albo śmiechu.
– Jeśli śmiechu, to i egoizmu.
– Tak jest. Moje stronnictwo zaczyna się ode mnie i kończy na mnie...
Groński cmoknął niecierpliwie, redaktor zaś zdjął okulary i mrugając oczyma, począł je chustką przecierać.
– Przepraszam – rzekł z wielką flegmą. – Pańskie stronnictwo może być bardzo zajmujące, ale ja chciałem mówić o innych.
– Mniej zajmujących...
Lecz stary dziennikarz zwrócił się do Grońskiego.
– Nasi socjaliści – mówił zabrali się do przebudowy nowego domu, zapomniawszy, że żyjemy stłoczeni tylko w kilku izbach, a w innych mieszkają obcy, którzy na to nie pozwolą. A raczej owszem! Te kilka izb pozwolą zwalić, ale nie dadzą ich odbudować.
– To lepiej cały dom wysadzić dynamitem – wtrącił Świdwicki. Ale uwagę tę pominięto milczeniem – poczem Groński rzekł:
Jedna rzecz mnie wprost zdumiewa, a mianowicie to, że konserwatyści zwracają się z największą zaciekłością, nie przeciw rewolucjonistom, ale przeciw partiom narodowym, którzy rewolucji nie chcą i którzy jedynie mają dość siły, by do niej nie dopuścić.
Rozumiem, że to robi obca biurokracja, ale dlaczego wtórują jej tem nasi patres conscripti?
Redaktor nałożył okulary, umoczył palec w herbacie szukając filiżanki, następnie podniósł ja do ust, popił i odpowiedział:
– Przyczyną tego jest ich większa ślepota i większy rozsądek.
– Proszę! – zawołał Świdwicki, któremu trochę zaimponowała ta odpowiedź.
A sąsiad z Zalesina, który słuchał chciwie słów dziennikarza, zapytał:
– Jak to, panie dobrodzieju? – nie rozumiem.
– Tak jest – odpowiedział redaktor. – Większa ich ślepota polega na ciaśniejszym widnokręgu, na braku zdolności spojrzenia w dalszą przyszłość, w te czasy i te wieki, które dopiero nadejdą i dla których sto razy większe znaczenie ma, żeby wielki Znicz nie zgasł. – niż drobne doraźne korzyści. Trzeba mieć czucie przyszłych dziejów, a oni tego nie mają. Oni są trochę jak Ezaw, który odstąpił starszeństwo za garnek soczewicy. A nam nie wolno nic odstępować. Absolutnie nic! Natomiast, gdy chodzi o pojedyncze momenty, o stany i stosunki w danej chwili czasu, to oni są sto razy rozsądniejsi, zręczniejsi – robią daleko mniej błędów w szczegółach, i trzeźwiej patrzą. Mówię o tem zupełnie bezstronnie, ponieważ sam należę do bezpartyjnych.
– Którzy nie mają racji ani w teraźniejszości, ani na przyszłość – wtrącił Świdwicki. – zresztą zgadzam się, że różnica między realnym poglądem polityków, a uczuciowym patriotów i w ogóle zapaleńców, leży w tem, że z politycznego umiarkowania można bić monetę – chociaż czasem fałszywą – ale zaraz, z uczuć zaś politycznych, zbyt gorących i gwałtownych, w przyszłości. Historia stwierdza to na każdym kroku, gdyż to. co lat temu sto, pięćdziesiąt, albo nawet dwadzieścia wydawało się czy to politycznem, czy społecznem szaleństwem, dziś weszło w życie. I tak będzie w dalszym ciągu.
Może być – rzeki Groński – ale to jest słuszne o tyle, o ile radykalizm pojęć lub furia uczuć nie przeradza się w teraźniejszości w wielki, a głupi doraźny czyn, jeśli bowiem tak jest, to dzieje się zbrodnia i rodzi się błąd, który zagraża i przyszłości. A tak bywa najczęściej.
I przypuszczam, że tego właśnie boją się konserwatyści –odpowiedział dziennikarz. – Zbyt gorący, a – należy przyznać –często nieopatrzny i niedorzeczny w swych objawach patriotyzm przeraża ich. Poprzednio obawiali się, by chłopi, którzy czytują „Polaka", nie wzięli się do kos. Obecnie dostają gęsiej skórki, gdy jakiemuś zapaleńcowi wyrwie się słówko o przyszłem państwie polskim.
– Państwo polskie! – rzekł, parskając ironicznie Świdwicki. – Powiem panom anegdotę. Pewien urzędnik rosyjski zwariował i zapadl na manię wielkości. Oczywiście, w czynowniku mania polegała na tem, że sobie wyobraził, iż posiadała „czyn" najwyższy ze wszystkich czynów, tak na ziemi jak w niebie. I jak wam się zdaje? – za kogo się uważał?
– Co najmniej – za pana Boga!
–Więcej.
– Wyznaję, że wyobraźnia moja mdleje – odrzekł Groński.
– A widzisz. Tymczasem on wymyślił jednak czyn jeszcze wyższy, albowiem przedstawił się jako „predsiedatiel Swiatoj Trojcy"
prezes Trójcy Świętej' – Rozumiesz? Jest komitet złożony z Boga Ojca, Syna i Ducha – a on jest prezesem Czy to nic więcej?
– Prawda – ale dlaczego przytoczyłeś tę anegdotę?
Na dowód, że dla chorych mózgów nic ma niepodobieństw i... że tylko takie mózgi mogą myśleć o państwie polskiem. Groński pomyślał chwilę i rzekł:
– Dwadzieścia milionów ludzi, to jednak jest materiał – pozwól sobie powiedzieć, że prezydentura Trójcy Świętej jest większym nieprawdopodobieństwem. Co ty wiesz o przyszłości i kto ją może odgadnąć? Możesz co najwyżej powiedzieć, że wobec dzisiejszych warunków myśl stworzenia czegoś podobnego przemocą, przez rewolucję, byłaby błędem, a nawet zbrodnią. Ale nasz naród zjedzon będzie tylko wówczas, gdy się da zjeść. Lecz jeśli się nie da? Jeśli przez wielką i szlachetną pracę wytworzy oświatę, karność społeczną, dobrobyt, naukę, literaturę, sztukę, bogactwo, czerstwość, zdrowie, spokojną siłę wewnętrzną, to co wówczas? A któż może dziś powiedzieć, jak się ułożą w przyszłości stosunki polityczne i społeczne? Kto może zaręczyć, że dzisiejsze systemy rządzenia nie zmienią się całkowicie, nie padną i nie będą uznane za tak idiotyczne i zbrodnicze, jak są dziś uznane na przykład tortury? Kto może odgadnąć, jakie prądy powstaną w tym wielkim morzu, którem jest ludzkość? Człowiek, któryby powiedział, na przykład za czasów Cycerona, że gospodarstwo społeczne może się obejść bez niewolnictwa, poczytany byłby za wariata – a jednak dziś nie ma niewolnictwa. I w stosunkach politycznych może zajść coś podobnego. Dzisiejsze stosunki przemocy mogą się zmienić w dobrowolne i swobodne unie. Wówczas dzisiejsi ciemięzcy może sami powiedzą nam: urządźcie się jak chcecie. W obecnej chwili wydaje się to marzeniem całkiem naiwnem, ale przyszłość nosi w swem łonie takie niespodzianki, o jakich nie śniło się, nie tylko politykom, ale i filozofom. Nie wiem czy tak będzie, ale ty nie wiesz, czy tak nie będzie. A wobec tego widzę potrzebę żelaznej pracy, natomiast zaś nie widzę potrzeby zarzekania się i wyrzekania żadnych ideałów – i powiem ci więcej – że Polak, który na dnie duszy nie nosi ideału niepodległości, jest poniekąd odstępcą – i nie rozumiem dlaczego nie wyrzeka się wszystkiego.
– Napisz to wierszem i po łacinie – odpowiedział z niecierpliwością Świdwicki – albowiem w ten sposób zawrócisz w głowie mniejszej liczbie ludzi.
Poczem mając widocznie dość tej rozmowy, dodał:
– Ale mniejsza z tem. Zawieszam słuchawkę i przerywam. Dziś trzeba się zajmować nie polityką, ale solenizantką, a ją takie rzeczy nudzą napewno.
I to rzekłszy, zwrócił się do stojącej z panną Anney Maryni, lecz ta. potrząsnąwszy główką, odrzekła w tej samej chwili z wielkim zapałem:
– Owszem ja jestem zdania pana Grońskiego:
I zaczerwieniła się po uszy, albowiem wszyscy zaczęli się śmiać. Świdwicki zaś odpowiedział:
– A, jeśli tak, to wszystko załatwione.
Krzycki roześmiał się także z zakłopotania Maryni, choć po prawdzie nic bardzo wiedział, o co chodzi, cała dusza zebrała mu się w rozmiłowanych oczach, patrzących na pannę Anney. Ona stała między dwoma krzesłami, spokojna, uśmiechnięta, biała w swej białej sukni, hoża jak letni poranek – i tylko, po ostatniej rozmowie, bardziej różana jak zwykle, a on pochłaniał ją poprostu wzrokiem. Rozszalało się w nim serce i zmysły, których nigdy nie umiał hamować. Patrzył na jej promienną twarz, na obnażone ramiona, wykute jakby z ciepłego marmuru, na wypukłą silną pierś, na wężowate gibkie linie postaci, na rysujące się pod lekką suknią zbliżone ku sobie kolana i porwał go wicher żądz, które zmagały się z uczuciem uwielbienia, jakie żywił dla tej dziewczyny, czystej jak łza. Tętna poczęły mu bić głucho, na czoło wystąpił splot żył. Na myśl, że ona będzie mu żoną i że te wszystkie skarby będą jego, ogarniała go pożoga krwi, a zarazem jakieś osłabienie, tak wielkie, że chwilami nic był pewien, czy potrafi się podnieść z krzesła. Jednocześnie zaś kłócił się z sobą. oburzał się z całej duszy na to „zwierzę", którego nie umiał w sobie okiełznać, i wymyślał sobie od ostatnich słów za to, że nie kocha jej tak, jak ją kochać powinien, to jest taką miłością, która tylko klęczy i tylko uwielbia. Więc w myśli padał przed umiłowaną na kolana, obejmował jej stopy i błagał o przebaczenie, ale gdy wyobrażał sobie, że usta jego całują jej stopy, znów żądze porywały go za włosy. I w tej rozterce czuł się nie tylko jej niegodnym, nie tylko „zwierzęciem", lecz zarazem jakimś niedoważonym i komicznym mydłkiem, pozbawionym tego rozumu, spokoju i panowania nad sobą, jakie prawdziwy mężczyzna mieć powinien.
Ogarniało go też zdziwienie, że to wszystko może zapowiadać tyle rozkoszy, a zarazem tak męczyć. Szczęściem dalszą jego mękę i dalsze rozmyślania przerwała muzyka, na której wieczór w domu pani Otockiej musiał się skończyć. Bochener siadł do fortepianu, zapalczywy rejent Dzwonkowski jął przedmuchiwać flet, a panna Marynia stanęła obok ze skrzypcami – i gdyby obecni nie byli przyzwyczajeni do jej widoku, mogliby zdumiewać się zmianą, jaka w niej zaszła. Śliczna, ale dziecinna twarz rozbawionej i ciekawskiej dziewczyny, nabrała w jednej chwili wyrazu powagi i głębokiego spokoju. Oczy jej stały się jakby zamyślone i smutne. Na czerwonym tle salonu jej wąska biała postać wyglądała jak stylizowany rysunek na kościelnym witrażu. – Było w niej coś po prostu hieratycznego.
Rozpoczął się tercet. Łagodne tony poczęły kołysać wzburzoną duszę Krzyckiego. Zmysły jego usypiały zwolna i żądze gasły. Serce zaległa mu cisza. Miłość jego zmieniła się w wielkiego skrzydlatego anioła, który wziął swą Umiłowaną na ręce, niby dziecko, niby uśpioną lunatyczkę i poszybował z nią w niezmierne przestworza, przed ołtarze uczynione z blasków zórz wieczornych i z wieczornych świateł gwiazd.
Godzina była późna, gdy Groński, Świdwicki i Władysław wyszli od pani Otockiej. Na ulicach mało spotykali przechodniów, ale zato co krok patrole wojskowe i policyjne, które zatrzymywały ich, pytając o paszporty. Świdwicki tym razem nie udawał pijanego, albowiem wpadł w zły humor właśnie dlatego, że u pani Otockiej musiał poprzestać na dwóch kieliszkach wina. Więc ukazując policjantom, prócz paszportu, na swój frak i biały krawat, pytał ich opryskliwie, czy socjaliści albo bandyci ubierają się w podobny sposób.
– Zęby jednych i drugich piorun pobił – mówił, uderzając laską w chodnik. – w dodatku wszystko zamknięte, nie tylko restauracje po hotelach, ale nawet apteki, w których w ostateczności można dostać vin de coca, albo spirytusu. Apteki strajkują! Tegośmy dożyli.! Powinni jeszcze zastrajkować doktorzy, a wówczas zastrajkują mimo woli i grabarze. Niech wszystkich i wszystko diabli porwą! W domu nie mam ani butelki, więc przez całą noc oczu nie zmrużę, a jutro będę jak z krzyża zdjęty.
Choć do nas – rzekł Groński. – Znajdzie się może jaka butelka i czarna kawa.
Ocalisz życie , nic tylko mnie, ale i memu „towarzyszowi", zwłaszcza, jeśli się znajdą dwie butelki.
– Poszukamy. Ale o jakim towarzyszu mówisz'?
– Prawda, że to wy jeszcze nic nie wiecie. Opowiem wam przy kieliszku.
Do mieszkania Grońskiego nie było daleko, więc wkrótce zasiedli we trzech wkoło stołu, na którym znalazła się butelka szlachetnego Chambertina i maszynka z parującą w rozkoszny sposób kawą czarna. Świdwicki nabrał ducha.
– Te panie – mówił – to są istne anioły i z tego zapewne powodu jest się u nich jak w raju, gdzie szczęście polega głównie na wpatrywaniu się w światłość wiekuistą i słuchaniu chórów archanielskich.
Tu zwrócił się do Krzyckiego:
– Zauważyłem, że panu i Grońskiemu to wystarcza – ale dla mnie to absolutnie za mało.
– Tylko nic zacznij ostrzyć sobie języka na tych paniach – odpowiedział Groński – bo natychmiast każę sprzątnąć butelkę. A Świdwicki objął ją obu rękoma.
– Ja je uwielbiam – wszystkie trzy! – zawołał z komicznym pośpiechem.
– O jakim to mówiłeś towarzyszu?
Świdwicki pociągnął wina i przymknąwszy oczy, oceniał przez chwilę jego wartość.
– Mam tam u siebie od dziś rana jakiegoś wisielca – rzekł – którego poszukuje policja i którego jeśli u mnie znajdą, powieszą prawdopodobnie nas obu.
– Dałeś mu jednak schronienie?
– Dałem mu schronienie, albowiem przyprowadził go ktoś taki, komu nie mogłem odmówić. Założę się, że jakaś niewiasta.
– Oczywiście. Mogę dodać, że przystojna i jedna z takich, które wywołują u mnie odpowiedni prąd elektryczny. Ale nie mogę powiedzieć jak się nazywa, gdyż prosiła mnie o tajemnice.
– Nie pytam – rzekł Groński – a co do prądu nie wątpię, gdyż inaczej bałbyś się chyba tak narażać. Na to Świdwicki rzekł:
– Wiedzcie o tem, że ja się niczego na świecie nie boję, i to mi daje w tym niewolniczym kraju tak niesłychaną swobodę, jakiej nie ma nikt inny.
To rzekłszy, wychylił do dna kieliszek wina i zawołał:
– Niech żyje wolność – ale tylko moja.
– Jednakże to wszystko dowodzi, że masz trochę dobrego serca.
– Bynajmniej. Ja to zrobiłem naprzód dlatego, że spodziewam się nagrody, o której zresztą w tak cnotliwym towarzystwie wolę się nie rozwodzić – chyba po drugiej butelce – a po wtóre dlatego, żebym miał komu na łbie kołki ciosać. Upewniam cię, że mój wisielec nie będzie sypiał na różach – i kto wie, czy po jakim tygodniu, nie będzie wolał szubienicy od mojej gościnności.
– To możliwe. Ale tymczasem...
– Tymczasem kupiłem mu wody Allena, by swoją czarną czuprynę przemalował na jasną.,, Arte biondegiante" –jak za czasów Tycjana. – Odczuwam też trochę zadowolenia na myśl, że policja będzie na głowie stawała, by go znaleźć i nie znajdzie.
– A jeśli znajdzie?
– Wątpię. Pamiętasz, że czas jakiś miałem lokajczyka, rodem aż z Basarabii, którego znałeś. Przed dwoma miesiącami okradł mnie i uciekł. Pisał już do mnie z New Yorku, z propozycją, której wam nie powtórzę! Pyszny typ! Zupełnie moderne. Otóż przed ucieczką prosił mnie, bym mu oddał paszport, z tego powodu, że teraz co chwila pytają o paszporty. Ale ja wsadziłem go w jakąś książkę i nie mogłem znaleźć – obecnie przed dwoma lub trzema dniami wypadkiem znalazłem, tak. że mój nowy wisielec, będzie miał nic tylko włosy blond, ale i paszport.
– A nie okradnie cię tak jak poprzednik?
Mówiłem mu co powinien to zrobić. ale on się obraził. Zdaje się że będziesz się obrażał od rana do wieczora – i jeśli mnie w końcu okradnie, to przez – obrazę żem coś podobnego mógł przypuścić ta mała patronka, która mi go wsadziła na kark, zaręcza też, że jest uczciwy, ale nie powiedziała mi nawet jego nazwiska. Sprytna dziewczyna!... Bo mówi tak: „jeśli go znajdą, to pan będzie mógł się tłumaczyć, że pan nie wiedział, kto to jest". l ma słuszność – choć, gdy idzie o taką wdzięczność, to drapie jak kot. Ja się dla niej narażam na stryczek, a gdy chciałem ją trochę tego.. to o mało nie dostałem w papę...
Groński zmarszczył brwi i począł bystro patrzeć na Świdwickiego, poczem rzekł:
– Służąca panny Anney, Polcia, pytała mnie dziś rano o twoje mieszkania. Powiedz mi, co to znaczy? Świdwicki popił znów wina.
– A była także, była. – Otocka przesłała mi przez nią zaproszenie.
– Pani Otocka przestałaby ci zaproszenie, przez Polcię? Powiedz to komu innemu.
– O co tobie chodzi? – zapytał z głupia frant Świdwicki – kazała jej przesłać zaproszenie przez posłańca, ale posłańcy od wczoraj wieczór strajkują.
Teraz wszyscy strajkują. Dziewczyny także – z wyjątkiem „towarzyszek", zwłaszcza starszych i brzydszych. Te jeśli strajkują, to sans le vouloir...
Odpowiedź wydała się Grońskiemu wystarczającą, gdyż istotnie posłańców brakło od wczorajszego dnia na ulicach. Zresztą Świdwicki zwrócił rozmowę w inną stronę.
– Ja go przyjąłem – rzekł, nie dlatego, żeby jednego durnia ocalić, ale dlatego, że się nudzę i że mi się tak podobało. Jakiś mądry Włoch powiedział kiedyś, ze bóstwo, które utrzymuje wszystko w karbach na świecie, zowie się la paura – strach. I Włoch ma słuszność. Gdyby ludzie się nie bali, nie ostałoby się nic – ani jedna społeczna form życia! W tej drabinie strachu jest jednak mnóstwo szczebli, a najwyższym jest strach śmierci. Śmierć! – oto prawdziwe bóstwo... Reges rego, leges lego judices judico!... I wyznaję, że ja, któremu życie spłynęło na strącaniu z piedestałów rozmaitych bóstw, miałem najwięcej roboty, zanim się z tem bóstwem uporałem. Alem się uporał – i to tak dokładnie, żem zrobił z niego mego psa.
– Coś zrobił?
– Psa, którego, ile razy mi się podoba, głaszczę pod włos, jak na przykład teraz, gdym przyjął do siebie tego rewolucyjnego bubka. Ale to jeszcze nic! Patrzcie pod jaką ludzie żyją grozą: Topór, szubienica, kula, rak, suchoty, tyfus, tabes – cierpienie, ból, całe miesiące i łata męki – dlaczego? Przez strach śmierci. A ja z tego drwię. Mnie kat nie powiesi, rak nie stoczy, suchoty nie zjedzą, ból nie złamie, męka nie upodli, bo ja na bóstwo, przed którem wszyscy drżą, zawołam w danej chwili jak na wyżła: do nogi...
– A ten mój wściekły bubek schował się jednak przed śmiercią. Powiedz mi, co by to było, gdyby oni istotnie się nie bali?
– Nie byliby sobą – odpowiedział Groński – oni chcą życia, nie śmierci.
[Następna część] [Góra] [Strona główna] [Poprzednia część]
|