|
BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO |
|
|
|
Henryk Sienkiewicz
W i r y
VII
Świdwicki nie zmyślał, mówiąc, że nie wie, jak się zowie rewolucjonista, któremu zapewnił przytułek, albowiem panna Polcia istotnie uczyniła z tego tajemnicę. Uradzili tak z Laskowiczem po drodze. Młody student, dowiedziawszy się, że Świdwicki, do którego go dziewczyna prowadzi, jest znajomym Grońskiego i pani Otockiej, stropił się w pierwszej chwili okropnie. Przypomniały mu się listy, jakie pisał do panny Maryni i nienawistny stosunek do Krzyckiego, na którego jego partia dokonała przed niedawnym czasem zamachu. Osobiście wprawdzie nie brał w nim udziału i myśl nie wyszła od niego, ale natomiast nie miał najmniejszej wątpliwości, że komitet wydał wyrok śmierci wskutek jego raportów, wskazujących na Krzyckiego jako na główną przeszkodę w propagandzie – i pamiętał, że nie uczynił nic, by zamachowi zapobiec, a nawet rad był w duszy, że nienawistny mu człowiek, a zarazem domniemany współzawodnik będzie z jego drogi usunięty. Przez pewien czas odczuwał nawet z tego powodu „umycia rąk" pewien wewnętrzny niesmak, na wieść jednak, że zamach się nie udał, doznał, jakby uczucia zawodu. I oto teraz szedł szukać schronienia u człowieka, który był krewnym pani Otockiej, i który mógł słyszeć i o listach do Maryni i o całym stosunku z Krzyckim. Był to zbieg rzeczy wprost fatalny, mogący z miejsca udaremnić najlepsze chęci panny Polci.
Zważywszy to wszystko, począł Laskowicz prosić dziewczyny, by nie wymieniała jego nazwiska, podając za przyczynę to, że w razie gdyby go policja znalazła, – Świdwicki byłby mniej odpowiedzialny.
Panna Polcia przyznała mu zupełną słuszność, po chwili jednak zauważyła, że jeżeli pan Groński odwiedzi kiedykolwiek Świdwickiego, to tem samem wszystko się wyda.
– Tak, odpowiedział student, ale ja tego schronienia potrzebuję na kilka dni tylko; potem poszukam sobie innego, albo może moja władza wyprawi mnie za granicę.
– Jaka władza? – zapytała panna Polcia.
– Taka, która chce wolności i chleba dla wszystkich, i która nie pozwoli na to, żeby nad panienką wynosił się ktoś stanem, albo pieniędzmi.
– Nie rozumiem. To niby jak? Żebym ja nie była sługą i nie miała pani?
– Tak jest.
Pannę Polcię uderzyło to, że w takim razie byłoby jej bliżej do „panicza", ale nie mając czasu dłużej nad tym rozmyślać, powtórzyła:
– Nie rozumiem. Później rozpytam, a teraz chodźmy. I szli dalej pośpiesznie w milczeniu, póki nie znaleźli się przed drzwiami Świdwickiego. Na odgłos dzwonka otworzył im on sam. Ze zdziwieniem, ale i z uśmiechem obaczył w ciemnawej sieni pannę Polcię, następnie dojrzawszy Laskowicza zapytał:
– A ten tu po co? – i kto to jest?
– Czy możemy wejść i czy mogę pomówić z panem na osobności? – zapytała dziewczyna.
– Proszę. Im bardziej na osobności, tem mi będzie przyjemniej – odrzekł Świdwicki.
I weszli. Student został w pierwszym pokoju. Gospodarz wprowadził pannę Polcię do drugiego i zamknął za sobą drzwi.
Laskowicz począł rozglądać się po dużej izbie pełnej nieładu, książek i rycin, a pod ścianami pełnej butelek z białymi i niebieskimi etykietami. Na okrągłym stole, pod oknem, założonym dziennikami, stała butelka z napisem: Vin de Coca, Mariani – i kilka popielniczek z niedopałkami cygar i papierosów. Meble w izbie były ciężkie i widocznie niegdyś kosztowne, ale brudne. Na ścianach wisiały obrazy, między niemi portret pani Otockiej, jako młodej jeszcze panienki. Z jednego kąta wychylał się znany posąg neapolitańskiej Psyche z obciętą czaszką.
Student postawił doniczkę z włoskiemi liliami na stole i począł nasłuchiwać. Chodziło o jego życie; gdyby bowiem odmówiono mu schronienia, byłby niechybnie tego dnia aresztowany. Przez zamknięte drzwi dochodziły od czasu do czasu wybuchy śmiechu Świdwickiego i rozmawiające głosy, przyczem głos dziewczyny brzmiał chwilami prośbą, chwilami gniewem i oburzeniem. Trwało to dość długo. Wreszcie drzwi się otworzyły i pierwsza wyszła panna Polcia, widocznie zła i z zaczerwienionymi policzkami, a za nią Świdwicki, który rzekł:
– Dobrze. Skoro śliczna Polusia tak sobie życzy, to nie powiem nikomu, kto mi przyprowadził tego pana Ananasa, i będę go przechowywał w różowej wacie, ale pod warunkiem, że Polusia będzie mi choć trochę wdzięczna.
– Ja jestem wdzięczna – odpowiedziała z rozdrażnieniem dziewczyna.
– A oto dowody – rzekł Świdwicki, pokazując rysę na wierzchu dłoni. – Kot by lepiej nie zadrapał. Ale byle na Polusię popatrzeć, to zgadzam się i na to. Na przyszły raz znajdą się i cukierki.
– Do widzenia.
– Do widzenia – jak najczęściej.
Dziewczyna wzięła doniczkę z kwiatami i wyszła. Wówczas Świdwicki wsadził ręce w kieszenie i począl przypatrywać się Laskowiczowi tak, jakby miał przed sobą, nie człowieka, ale jakieś osobliwe zwierzę. Laskowicz patrzył także na niego i przez tę krotką chwilę zdążyli się sobie wzajem nie podobać.
Wreszcie Świdwicki począł pytać:
A szanowny pan dobrodziej z jakiej partii: socjalistów, anarchistów czy bandytów? Proszę! Bez ceremonii! – O nazwisko nie Pytam, ale trzeba się jakoś poznać.
– Należę do Polskiej Partii Socjalistycznej – odpowiedział z pewną dumą student.
– Aha! Tedy do najgłupszej. Doskonale. To jakby ktoś powiedział: do ateistyczno–katolickiej, albo do narodowo–kosmopolitycznej. Bardzo mi przyjemnie powitać pana.
Laskowicz nie był bynajmniej z natury pokorny, a przytem w jednej chwili zrozumiał, że ma przed sobą człowieka, z którym potulnością nic nie wskóra, więc spojrzał wprost w oczy Świdwickiemu i odpowiedział prawie pogardliwie:
– Jeśli pan możesz być katolikiem i Polakiem, to i ja mogę być socjalistą i Polakiem.
Lecz Świdwicki roześmiał się:
– Nie, panie naczelniku, rzekł: Katolicyzm to jest zapach. Można być kotem i mieć słabszy lub mocniejszy zapach, ale nie można być kotem i psem w jednej osobie.
– Nie jestem żadnym naczelnikiem, tylko trzeciorzędnym agentem – odparł Laskowicz. – Pan, widzę, dałeś mi schronienie, a sobie prawa drwin ze mnie.
– Najzupełniej! Najzupełniej! – ale też za to nie będę wymagał żadnej wdzięczności. Możemy zresztą zmienić rozmowę. Siadaj pan, panie trzeciorzędny agencie. Co słychać? Jak się ma Król Jegomość?
– Jaki król?
– Ten, któremu służysz i który dziś ma najwięcej dworaków –ten, który najbardziej ze wszystkich nie znosi prawdy i najłatwiej łyka pochlebstwa – ten, którego w zimie czuć wódką, a w lato kwaśnym potem – ten krostowaty, wszawy, parszywy, cuchnący i miłościwie, a raczej niemiłościwie dziś nam panujący: król – Motłoch!
Gdyby Laskowicz usłyszał najpotworniejsze bluźnierstwo przeciw wszelkim świętością, jakie dotychczas czciła ludzkość, nie wstrząsnęłoby go było tak, jak to, które wyszło z ust Świdwickiego. Było to dla niego jakby uderzenie pałką w głowę, albowiem przez myśl mu nigdy nie przeszło, by ktoś się ośmielił nawet powiedzieć coś podobnego. W oczach mu się zaćmiło, szczęki zwarły mu się konwulsyjnie, ręce poczęły drgać. W pewnej chwili ogarnęła go niepohamowana chęć strzelić w łeb Świdwickiemu z browninga, który miał przy sobie, a potem trzasnąć drzwiami i pójść, gdzie go oczy poniosą, lub przyłożyć sobie lufę do ucha i roztrzaskać własną głowę, ale zabrakło mu sił. Całą noc pracował w drukami, potem uciekał po dachach i przez ulicę, jak dziki zwierz, był zmęczony, czczy i wyczerpany strasznemi wrażeniami dzisiejszego poranku, więc nagle zachwiał się na nogach, zbladł jak trup i byłby padł na ziemię, gdyby w pobliżu nie stało krzesło, na które osunął się ciężko, jak martwy.
– Co to jest? Co u diabła panu jest? – zawołał Świdwicki. I począł go ratować. Wylał z butelki jakąś resztkę koniaku i zmusił go do wypicia, a następnie, podniósł go z krzesła, poprowadził do drugiego pokoju i prawie przemocą położył na własnem łóżku.
– Co u diabła! Powtórzył: jak się pan czujesz?
– Lepiej! – odpowiedział Laskowicz. Świdwicki spojrzał na zegarek.
– Za dziesięć minut powinna przyjść baba, która mi usługuje. Każę ci przynieść jeść. Tymczasem leż spokojnie.
Laskowicz posłuchał tej rady, gdyż nie mógł inaczej. Leżąc jednak, marszczył przez jakiś czas czoło i widocznie pracował myślą, poczem rzekł:
– Ten król... o którego pan pytał – jest... głodny!
– A niech go diabli wezmą! – odpowiedział Świdwicki. Burżuje go nakarmią, a on za to popodrzyna im przy sposobności gardziele. Ale nie bierz pan zbytnio do serca tego co mówię, bo ja takie same, albo i lepsze rzeczy, mówię wszystkim partiom. Wszystkim! – rozumiesz pan!...
Dzwonek przerwał im dalszą rozmowę. Laskowicz drgnął.
To moja baba; poznaję po dzwonku – rzekł Świdwicki. – Dziś wcześniej jak zwykle. Dobrze. Zaraz każę przynieść jeść.
Jakoż po kwadransie jadło stanęło na stole. Pokrzepiony Laskowicz przyszedł całkowicie do siebie i nie myślał już o porzuceniu nowego schronienia. Swidwicki począł otwierać i przerzucać rozmaite szuflady, na koniec znalazłszy paszport, podał go Laskowiczowi i rzekł:
– Zanim pan dobrodziej zostaniesz dyktatorem całej Polski, nazywasz się Zarańczuk, pochodzisz z Besarabii i służysz u mnie od roku. Jeżeli cię złapią, a z tobą i mnie, powtarzaj jeden wyraz: mamałyga! Mamałyga!
W taki sposób odbyło się wprowadzenie Laskowicza do Świdwickiego.
VIII
Następny ranek po urodzinach panny Maryni był niezwykle posępny. Zachodni wiatr napędził ciężkich czarnych chmur, które zwisły nad miastem, zapowiadając burzę. Powietrze uczyniło się duszne i parne. Gdy Krzycki wszedł do kościoła, było w nim zupełnie ciemno. W kaplicy Matki Boskiej rozpoczęła się prawie razem z jego przyjściem cicha wotywa, ale i tam nikłe promyki świec zapalonych przed ołtarzem źle rozświecały pomrokę. Krzycki począł szukać oczyma panny Anney i poznał ją po jasnych włosach, wychylających się z pod kapelusza. Klęczała w pierwszej ławce, mając ręce złożone do modlitwy. On chciał przemówić do niej, ale nie śmiał, i tylko, klęknąwszy, przy niej, przysunął nieco ku sobie książkę, tak, ażeby mogli modlić się z niej razem. Było jednak tak ciemno, że nie mógł nic wyczytać – a po chwili przekonał się, że nie może się wcale modlić. Ogarnęło go niezmierne wzruszenie, zrozumiał bowiem, że rozpoczyna się jakby nowy okres jego życia, i że ta chwila, w której, za zgodą panny Anney, klęknął przy mej przed jednym ołtarzem, by wspólnie prosić Boga o błogosławieństwo, więcej znaczy, niż wszelkie wyznanie, i że to jest pierwsze uświęcenie ich i miłości i wspólnego na przyszłość życia. Przejęło go uczucie szczęścia, ale zarazem jakaś uroczysta trwoga na myśl, ze wszystko przestaje już być tylko snem, tylko marzeniem, tylko widziadłem szczęścia i tylko upragnioną nadzieją, a poczyna spełniać się i stawać. Przez głowę jęły mu się przesuwać pytania, jak potrafi znieść to szczęście, co z niem zrobi i jak mu odpowie i – tych pytań rodziło się w nim poczucie ogromnej, przejmującej lękiem odpowiedzialności. Było to podobne, jakby do jakiejś troski, której dotychczas, jako swobodny człowiek, nie znal, lub przynajmniej nie stanął z nią oko w oko. A widział przed sobą i troski bardziej bezpośrednie, natychmiastowe. Zbliżała się chwila rozmowy z matką, były jeszcze jakieś tajemnicze przeszkody, o których wspominał Groński; – należało wszystko rozważyć, ułożyć, załatwić rozmaite sprawy, pousuwać przewidywane trudności. Zaiste, jeśli kiedy, to teraz warto i trzeba było powierzyć się łasce Bożej, wezwać wszechopatrznej pomocy i oddać jej w ręce przyszłość. Krzycki zauważył że podobne uczucia i podobne myśli musiały zawładnąć i panną Anney, gdyż twarz jej była cicha, skupiona, poważna, a nawet smutna. Płomyki świec odbijały się w jej wzniesionych oczach i przez chwilę zdawało się Krzyckiemu, że widzi w tych oczach łzy. Widocznie całą siłą duszy polecała jego i siebie Bogu. I tak klęczeli przy sobie, ramię przy ramieniu, serce przy sercu – połączeni już, szczęśliwi i trochę trwożni. Krzycki, potłumiwszy wicher myśli, począł się wreszcie modlić – i mówił Bogu: „uczyń ze mną co chcesz, ale jej daj szczęście i, spokój". I ogromna, wezbrana fala miłości zalała mu piersi. Modlitwa jego stawała się zarazem ślubem i wewnętrzną przysięgą, że tej najdroższej w świecie istoty nie ukrzywdzi nigdy i że te oczy nigdy na niego nie zapłaczą.
Tymczasem wotywa dobiegała końca. Gdy ksiądz odwracał się od ołtarza, w napół pustej kaplicy słychać było jego słowa, jakby senne i jakby szeptane wśród westchnień – jak zwykle bywa w czasie porannych mszy. Ale chwilami głuszyły je grzmoty, gdyż na zewnątrz rozpoczęła się burza. Okna kaplicy pociemniały jeszcze bardziej i od czasu do czasu rozświecała szyby sina błyskawica, poczem mrok czynił się jeszcze gęstszy i tytko w ołtarzu migotały niespokojnie płomyki świec. Ksiądz odwrócił się raz jeszcze:
Dominus vobiscum! – potem Ite missa est – następnie przeżegnał zgromadzonych i wyszedł. W ślad za nim wyszła garstka ludzi, słuchających mszy. Zostało tylko ich dwoje. Wówczas ona poczęła mówić szeptem przerywanym przez wzruszenie: „Pod twoją obronę uciekamy się Święta Boża Rodzicielko", a dalsze słowa: naszemi prośbami nie racz gardzić ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać – o Pani nasza" mówili już razem z Władysławem i w ten sposób skończyli całą modlitwę.
Potem zapadło milczenie, które po długiej dopiero chwili przerwał Krzycki.
– Musimy poczekać – rzekł półgłosem – burza jeszcze trwa.
– Dobrze – odpowiedziała panna Anney.
– Droga moja, najdroższa pani...
Lecz ona przyłożyła palec do ust i znów zapadło milczenie. Nie czekali jednak zbyt długo, gdyż burze letnie, dwa razy to samo nadlatują i przelatują, jak ptaki. Po upływie kwadransa wyszli z kościoła. Ulice były zalane dżdżem, ale w przerwach porozganianych i podartych chmur świeciło już słońce jasne i, rzekłbyś, mokre. Oczy panny Anney mrużyły się pod nadmiarem blasku, a twarz jej była jakby zbudzona ze snu. Lecz skupienie jej i powaga jakby nie przeszły. Natomiast Krzyckiego na widok słońca, ulicznego ruchu i życia ogarnęła natychmiast ogromna wesołość i otucha. Spojrzał raz. i drugi na swą towarzyszkę – i wydała mu się cudna, jak sen – urocza jak nigdy i kochana, po prostu bez miary i granic. Czuł, że byłby zdolny chwycić ją w tej chwili w ramiona, pokazać słońcu, chmurom, miastu, tłumom ludzkim i krzyknąć: oto moje bogactwo, mój skarb, oto moje radosne życie! Lecz przypuszczając słusznie, że panna Anney nie zgodziłaby się na podobną manifestację, potłumił w sobie tę chętkę i zwrócił myśl ku sprawom pilniejszym.
– Pani moja uwielbiona – rzekł – muszę już wypowiedzieć te słowa, które mi palą usta. Kiedy będę mógł przyjść?
– Dziś, o czwartej – odpowiedziała. – Ja także mam powiedzieć panu takie rzeczy, od których wszystko zależy.
Wszystko zależy od pani – i od niczego więcej. Lecz jej jasne policzki oblały się jaskrawym rumieńcem, w oczach zabłysnął jakby przykry niepokój i odrzekła:
– Dałby Bóg... Pan nie wie... Pan nie wie – powtórzyła z naciskiem. – Będziemy sami... Ale teraz musimy się pożegnać.
Władysław odprowadził ją do dorożki, ucałował jej ręce i pozostał sam. Słowa jej potwierdzające to, o czem wspominał na skutek rozmów z panią Otocką, Groński, zaniepokoiły go jednak, ale na krótko, gdyż był zbyt rozkochany, by mógł przypuścić poważnie, ze coś może tę miłość zmniejszyć, lub odwieść go od zamiarów. na samą myśl o tem wzruszył ramionami.
– Kobiety – rzekł sobie – zawsze są pełne skrupułów i do istotnych trudności dodają urojone.
Poczem wrócił w najlepszym humorze do domu, gdzie prócz Grońskiego zastał i Dołhańskiego.
– Patrz – zawołał Groński – oto kawaler Dołhański! Powitajże do kosmatą ręką, bo się żeni.
– Nie? Naprawdę? – zapytał rozbawiony Władysław.
– Z panną Kajetana Włódzką – dodał z zimną krwią i nadzwyczajną powagą Dołhański.
– A to składam życzenia. Z całego serca! Kiedyż ślub?
– Bardzo prędko, z powodu powietrza, głodu, ognia i wojny, oraz tym podobnych wyjątkowych okoliczności. Za tydzień... Bez zapowiedzi, za indultem. A po ślubie tegoż wieczora zagranicę.
– I mówisz to wszystko poważnie?
– Najpoważniej w świecie. I uważ wyśmienite następstwa. Tu Dołhański rozłożył palce i zaczął wyliczać:
– Primo: kredyt mój zmartchwywstał, jak fakir indyjski, który zakopany przez całe miesiące w ziemi, budzi się po odkopaniu do nowego życia; secundo: Górki są bez grosza długu i bez towarzystwa; tertio: posag mojej narzeczonej przeszedł moje oczekiwania, a quarto: narzeczona wyładniała ze szczęścia tak, żebyście jej nie poznali.
– Co też ty mówisz! – zawołał naiwnie Krzycki.
IX
Dokładnie o czwartej Władysław stawił się u panny Anney. Przyjęła go wzruszona i na powitanie podała mu obie ręce, które począł kolejno przyciskać do ust i czoła. Następnie siedli przy sobie i przez długi czas słyszeli tylko zdwojone bicie własnych serc i szept stojącego na biurku zegara. Spoglądali wzajem na siebie i żadne nie mogło zdobyć się na pierwsze słowo. Za chwilę życie mogło im się rozpromienić jakby nową zorzą, zajaśnieć radością i szczęściem, ale na razie było im ciężko, kłopotliwie i tym kłopotliwiej, im dłużej trwało milczenie.
Wreszcie Krzycki, w poczuciu, że jeżeli będzie dłużej milczał, to wyda się śmiesznym, zdobył się na odwagę i ozwał się przerywanym głosem, którego brzmienie wydało się jemu samemu obcym:
– Od dzisiejszego rana mam trochę nadziei... a jednak serce mi tak bije, jakbym nie miał żadnej... I oto nie mogłem słowa przemówić, pókim nie złapał tchu... ale to nic dziwnego, gdy chodzi o całe życie... Pani przecie dawno odgadła, jak ja głęboko... jak z całej duszy panią kocham... pani to dawno wie – nieprawda?
Tu zaczerpnął na nowo powietrza, odetchnął głęboko i mówił dalej:
– Dziś w kościele powiedziałem sobie tak: jeśli ona mnie wysłucha, jeśli mnie nie odepchnie, jeśli zechce zostać moją na całe życie... moją żoną... to ślubuję Bogu przed tym ołtarzem, że ją będę kochał i czcił, że jej nie pokrzywdzę nigdy, i że dam jej tyle szczęścia, ile w mocy mojej. I przysięgam, że to jest prawdą... Tylko od pani zależy, żeby tak było... od tej zgody... od pani wiary we mnie... To rzekłszy, podniósł znów do ust ręce panny Anney i przywarł do nich w długim błagalnym pocałunku, a ona pochyliła się ku niemu tak, że włosy jej musnęły jego czoło i odrzekła cicho:
– Ja zgadzam się i z całej duszy wierzę – ale to nie zależy tylko ode mnie.
– Tylko od pani! – zawołał Krzycki. I sądząc, że panna Anney ma na myśli jego matkę, jął mówić z rozjaśnioną twarzą i głęboką radością w głosie:
– Matka moja chce przede wszystkim mojego szczęścia i ręczę, że przyjdzie tu błagać panią razem ze mną i razem ze mną dziękować za tę wielką niewypowiedzianą łaskę, a tymczasem ja na klęczkach dziękuję...
Chciał obsunąć się przed nią na kolana i otoczyć ramionami jej nogi, lecz ona poczęła go wstrzymywać i mówić z gorączkowym pośpiechem:
– Nie, nie! Niech pan nie klęka... pan musi mnie przedtem wysłuchać... Ja się zgadzam, ale mam wyznać takie rzeczy, od których wszystko zależy... Niech pan się uspokoi.
Krzycki podniósł się, siadł znów przy niej i rzekł z niespokojnym zdziwieniem:
– Słucham najdroższa pani...
– I ja się muszę trochę uspokoić, odpowiedziała panna Anney. Poczem wstała i, zbliżywszy się do okna, przyłożyła czoło do szyby.
Przez czas jakiś trwało znów milczenie.
– Co takiego pani moja? – ozwał się Krzycki.
Panna Anney oderwała czoło od szyby. Twarz jej była już spokojniejsza, ale oczy przyćmione jakby łzami. Zbliżywszy się do stołu, siadła naprzeciw Władysława:
– Nim powiem to, co trzeba już teraz powiedzieć – rzekła – mam do pana jedną wielką prośbę... I jeśli mnie pan... kocha naprawdę... to pan mi nie odmówi.
Pani, gdyby pani życia żądała ode mnie, to także bym nie odmówił, daję na to słowo! – zawołał Krzycki.
Dobrze. Niech pan da słowo... potem będę już pewna... Daję je z góry – i przysięgam na nasze przyszłe szczęście, że spełnię każde pani życzenie.
– Dobrze – powtórzyła panna Anney. – Więc naprzód proszę na wszystko, by pan nie czuł się wcale związany tem, co mi pan przed chwilą powiedział.
– Żebym się nie czuł związany? Jakim sposobem? To przecie może nie obowiązywać tylko pani – ale nie mnie...
– To też ja pana uwalniam od wszelkich zobowiązań i uważam, że nic nie było powiedziane. Pan przyrzekł, że mi niczego nie odmówi, a to jeszcze nie wszystko...
– Jeszcze nie wszystko?
– Tak. Chodzi mi także i o to, ażeby po tem co powiem, pan mi nie dawał żadnej odpowiedzi... i przez tydzień nie wracał do mnie i nie starał się mnie widzieć...
– Ależ na Boga, co to jest! – zawołał Krzycki. – Dlaczego ja mam mieć tydzień męki? Co to znaczy?
– I dla mnie będzie męka – odrzekła miękkim głosem. – Ale trzeba – trzeba! Pan musi na wszystko sobie odpowiedzieć, wszystko rozważyć, wszystko w sobie rozplątać i rozstrzygnąć – i postanowić... i mieć na to czas... Potem pan wróci... albo nie wróci, a tydzień to na to raczej mało...
I widząc wzburzenie na twarzy Krzyckiego dodała śpiesznie i jakby z przestrachem:
– Pan przyrzekł... pan mi dał słowo!...
Władysław pociągnął ręką po czuprynie, poczem jął trzeć dłonią czoło.
– Dałem słowo – rzekł wreszcie – bo go pani żądała... ale dlaczego?
A panna Anney pobladła; przez chwilę drgały jej usta, jakby na próżno chciała słowa z piersi wydobyć i dopiero po chwili odpowiedziała:
– Dlatego... że ja niegdyś... nie nazywałam się Anney...
– Pani nie nazywała się Anney?
– Ja... jestem... Hanka Skibianka...
Krzycki wstał, zatoczył się jak pijany i począł patrzeć na nią błędnym wzrokiem.
A ona dodała prawie szeptem:
– Paniczu... – to ja... ze młyna...
I łzy jęły jej spływać cicho po zbielałej twarzy.
X
Krzycki wyszedł od panny Anney z takiem wrażeniem, jakby tuż przed nim uderzył piorun i nagle go ogłuszył. Nie mógł zebrać ani połapać myśli, nie był nawet w stanie uświadomić sobie położenia, ni zastanowić się nad niem. Jedynem uczuciem, a raczej poczuciem, jakie mu w pierwszej chwili pozostało, było poczucie bezgranicznego zdumienia. Przez drogę powtarzał co chwila: „Hanka Skibianka!, Hanka Skibianka!" – i na nic innego nie potrafił się zdobyć. Grońskiego, który był wyszedł zaraz po południu i zapowiedział służącemu, ze wróci dopiero późnym wieczorem, nie zastał w domu, więc wszedłszy do swego pokoju, zamknął się w nim, niewiadomo dlaczego, na klucz, następnie rzucił się na fotel i przesiedział zupełnie bezmyślnie przeszło godzinę. Po upływie tego czasu, otworzył swój kufer i począł pakować nader gorliwie rzeczy, dopóty, dopóki nie zadał sobie pytania: „Dlaczego ja to robię?" – Nie mogąc w sobie znaleźć odpowiedzi, porzucił tę robotę i podjął ją na nowo dopiero wówczas, gdy doszedł do niespodziewanego wniosku, iż w każdym razie musi się wyprowadzić od Grońskiego.
Skończywszy, wziął kapelusz i wyszedł bez określonego celu na miasto. Na chwilę powstała w nim chęć, by pójść do matki i do pani Otockiej, ale stłumił ją natychmiast. Po co? Wydało mu się, ze nie ma nic matce o sobie i swych zamiarach do powiedzenia – i ze mógłby z nią mówić chyba o tej niesłychanej wiadomości, o której rozmowa byłaby dla niego narazie na wszelki wyraz męcząca. Bezwiednie doszedł do kościoła Św. Krzyża i chciał do niego wejść, ale godzina była późna i kościół był zamknięty. Dzisiejszy ranek i wspólna z nią modlitwa, stanęły mu jak żywe przed oczyma. Ach, jakże się modlił szczerze i jak ją kochał, jak kochał! A teraz nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ta jasnowłosa, uwielbiana panna, z którą odmawiał w tej kaplicy: „Pod twoja obronę: – i Hanka Skibianka to są dwie różne istoty. I uczuł w sercu jakby jakieś rozczarowanie, z którem począł się rozprawiać. Bo dlaczego jednakże je odczuwa? Czy dlatego, że Hanka jest chłopką, a on szlachcicem? Nie! Panna Anney nie podawała się za angielską szlachciankę, a chłopka polska, to przecie nic gorszego od angielskiej mieszczanki. Krzycki nie umiał sobie jasno zdać sprawy, iż przyczyna leży w tem, że panna Anney przez samo pochodzenie obce i dalekie, przedstawiała mu się, jak jakaś „princesse lointaine", a Hanka to była bliska i swojacka dziewczyna z Żarnowa. Mniej budziła ciekawości, zatem mniej pociągała. – Było o taką łatwiej –zatem była mu tańsza. I próżno przypominał sobie i powtarzał, że ta Hanka, to przecież ta sama jasnowłosa panna, cudna, ponętna, wytworna, kobieca, odczuwająca każdą myśl i każde słowo – poczucie pewnego rozczarowania silniejsze było od tych myśli i ów wdzięk egzotyczności, którego nagle dziewczynie zbrakło, zmniejszał w jego oczach jej wartość.
Ale było przytem i coś innego, wobec czego i to rozczarowanie i wszelki niespodziane wrażenia schodziły na dalszy plan i stawały się rzeczą podrzędną. Oto on tę dziewczynę już posiadał – razem z ciałem i duszą. Była wówczas prawie dzieckiem, i zarazem nie rozkwitłym jeszcze kwiatem, który on zerwał i nosił czas jakiś przy piersi. Pamięć o tem mogła być wyrzutem tylko dla niego – jej nie obciążała żadną winą. Przypomniał sobie te księżycowe noce, w których się skradał do młyna, te szepty, które były jedną cichą pieśnią miłości i upojenia, przerywaną tylko pocałunkami; przypomniał sobie, jak tulił do serca jej pachnące sianem, polne, dziewczęce ciało, jak spijał z jej oczu łzy i jak mówił jej, że oddałby za nią wszystkie panny ze wszystkich dworów. Sielanka minęła, ale teraz powiało na niego od niej tchnienie pierwszych młodocianych lat, pierwszej miłości, pierwszych uniesień i prawdziwej a wielkiej poezji życia. Przytem była prawda i w tem, co powiedział, zwierzając się w Jastrzębiu ostatnim razem Grońskiemu: że ta dziewczyna kochała go tak, jak napewno nie będzie go kochała żadna inna na świecie kobieta. I na tę myśl serce poczęło w nim topnieć. Wraz z falą wspomnień wracała Hanka i brała je napowrót w dłonie...
Tak. Ale to była Hanka, a teraz jest panna Anney. W Krzyckim od czasu, gdy ją pokochał, rwały się do niej zmysły, jak skowycząca sfora, ale on je trzymał dotychczas na uwięzi, albowiem jednocześnie klękał przed ukochaną. Była mu pożądaniem, lecz zarazem czemś tak niedostępnem. Wysokiem, czystem i tajemniczem w swej dziewiczości, iż na myśl, że przyjdzie chwila, w której zostanie panem tych skarbów i tych tajemnic, wydawała mu się rozkoszą, nad wszelką miarę rozkoszy; tem bardziej bezdenną, że połączoną jakby ze świętokractwem. – A teraz musiał sobie powiedzieć, że to świętokradztwo już spełnił, że urok czegoś nieznanego się rozwijał, że w tej westalce nie było dla niego już tajemnicy, i że z tego kielicha już pil. I to znów była jedna ponęta mniej, jedno rozczarowanie więcej. W ten sposób panna Anney mąciła mu wspomnienie polnej wieśniaczej Hanki, –Hanka zaś zmniejszała urok panny Anney. Obie były tak odmienne, tak do siebie niepodobne, że nic mogąc ich połączyć w jedną istotę, zmagał się z tem rozdwojonem wrażeniem na próżno z uczuciem niepokoju i bólu.
A w tej szarpaninie przyszła mu jeszcze jedna zła, niska i straszna myśl. Jakim sposobem uboga i prosta Hanka zmieniła się w świetną pannie Anney? – jakim sposobem szary wróbel z pod wiejskiej strzechy przerodził się w rajskiego ptaka? Hanka była przecie uwiedzioną dziewczyną, więc mosty miała za sobą spalone. Wśród bogactw zagranicznych, piękne i biedne dziewczyny mają przed sobą tylko jedną drogę zdobycia dostatków, a nawet i polom – a tą drogą jest hańba. Hanka znalazła w nim samym jedynego opiekuna, który się nią we właściwy sposób zaopiekował – iluż podobnych opiekunów i protektorów mogła znaleźć panna Anney. Krzyckiemu na tę myśl pociemniało w oczach. Sumienie powiedziała mu: „te wrota otworzyłeś przed mną ty!", a jednocześnie chwycił go taki gniew na pannę Anney i na siebie, że gdyby w jego ręku było życie i śmierć ich obojga, byłby w tej chwili wybrał śmierć. Coś się w nim chwilowo rozdarło, coś runęło. Wydało mu się, że znów huknął mu tuż nad głową piorun, który go ogłuszył i wypalił w nim do dna zdolność myślenia.
Chodził jeszcze długo po mieście. Sam nie wiedział, jakim sposobem znalazł się znów pod domem pani Otockiej, ale do niej nie wstąpił, poczuł bowiem powtórnie, że nie mógłby mówić w tej chwili z matką. Wrócił do siebie dopiero późnym wieczorem. Groński był już w domu i czekał od godziny z herbatą.
– Dobry wieczór – rzekł mu. – Wracam od twojej matki. A Krzycki zapytał wręcz, obcesowo:
– Pan wie, kto jest panna Anney?
– Wiem. Powiedziała mi pani Otocka. Nastała chwila milczenia.
– To ja mógłbym się o to spytać.
Krzycki siadł ciężko na krześle, pociągnął dłonią po czole i odrzekł z gorzką ironią:
– Ach, ja mam czas. Dano mi tydzień czasu do namysłu.
– To wcale nie za dużo – odpowiedział Groński, patrząc na niego badawczo.
– Zapewne. Czy matka także już wie?
– Tak jest. Powiedziała jej wszystko pani Otocka. I znów zapadło milczenie.
– Mój kochany Władku – rzeki Groński – rozumiem, że cię to mogło wstrząsnąć i dlatego nie będę z tobą o tem mówił, póki się nie uspokoisz i nie odzyskasz równowagi. Musisz także poznać i rozważyć dobrze powody, dla których panna Anney powiedziała tylko pani Otockiej, kim jest, a do Jastrzębia przybyła pod nowem swem nazwiskiem, do którego ma zresztą wszelkie prawo. Oto jest list od niej. Poleciła mi wręczyć ci go dopiero jutro i to jest powód, dla którego nie wręczyłem ci go natychmiast, gdyś się ukazał. Obecnie myślę jednak, że nie należy z tem zwlekać. Swoją drogą nie otwieraj go ani zaraz, ani. przy mnie. Schowaj go i przeczytaj w samotności, gdy będziesz mógł zastanowić się nad każdem słowem. Zrób tak koniecznie. To, co się stało, poruszyło i mnie do tego stopnia, że na razie nie mógłbym o tem mówić spokojnie... Dziś dać ci mogę tylko jedną radę: bądź mężczyzną i nie pozwól się nieść prądowi wrażeń, ale wiosłuj.
Na to Krzycki, który cokolwiek otrzeźwiał pod wpływem tych słów, rzekł:
– Dziękuję panu. Przeczytam list w samotności. Jest mi ona teraz tak niezbędna, że spodziewam się, iż nie weźmie mi pan tego za złe, jeżeli dłużej nie będę nadużywał pańskiej gościnności. Szczerze i gorąco jestem panu za wszystko wdzięczny, ale potrzebuję się zamknąć. Na jak długo – nie wiem. Gdy się z sobą uporam, przyjdę do pana rozmówić się o wszystkiem, da Bóg już spokojniej. Teraz istotnie widzę, że dano mi słusznie tydzień czasu, ale prócz czasu, czuję i potrzebę osobnej własnej nory. Nie mogę się pozbyć rozmaitych myśli ogromnie gorzkich, a nawet strasznych. Dziś one trzymają mnie za łeb, a trzeba, żebym ja wziął je za łeb – i dlatego chcę własnej nory.
– Wiesz, jak ci jestem rad – odpowiedział Groński – ale cię rozumiem i choć z góry postanowiłem nie dręczyć cię pytaniami, jednakże zrób, jak ci będzie lepiej. Muszę ci też powiedzieć, że i matka twoja przenosi się do hotelu, gdyż obraziła się na panią Otocka. Wzięła jej za złe, że nie powiedziała jej zaraz w Jastrzębiu, kto jest panna Anney.
– Wyznaję, że i ja tego nie rozumiem...
A jednak byłoby to właśnie wprost przeciwne temu, czego te panie chciały. Intencje pani Otockiej były najszlachetniejsze.... Czas to wszystko wyjaśni i wyrówna. Oczywiście, że panna Marynia o niczem nie wiedziała, nie tylko dlatego, że pani Zofia była związana słowem, ale że nie uważała za stosowne wtajemniczać jej w twoje dawne dzieje i w twoje stosunki z ówczesną Hanką... Z Hanki – panna Anney! – to przecie niesłychany obrót zdarzeń... pamiętasz naszą rozmowę w Jastrzębiu, gdyśmy szli na słonki? – pamiętasz?
– Pamiętam, ale nie mogę o tem mówić.
– Tak, lepiej w tej chwili nie mówić. List panny Anney rozjaśni niezawodnie ciemne strony sprawy i wytłumaczy niezrozumiałe... Jeśli chcesz go zaraz przeczytać, to sobie pójdę, a ciebie tu zostawię.
– Pilno mi do niego i właśnie dlatego muszę pana pożegnać.
– Ale tę noc spędzisz u mnie?
– Rzeczy mam spakowane, a hotele zawsze otwarte.
– W takim razie bądź zdrów i... pamiętaj com ci powiedział: wiosłuj! Wiosłuj!
Po chwili Groński został sam. Byt także wzburzony, zatroskany, ale rozciekawiony do wysokiego stopnia. Gdy po wyznaniach Krzyckiego w Jastrzębiu, powiedział mu, że „młyny bogów mielą nierychło", powiedział to tak, jak się mówi pierwszą lepszą maksymę, do której nie przywiązuje się realnego znaczenia. Tymczasem życie sprawdziło ją w sposób bajeczny, a jednak zarazem i logiczny. Bo na bajkę tylko wyglądała przemiana Hanki w pannę Anney, natomiast to, że panna Anney chciała zobaczyć i człowieka, którego, jako dziecko jeszcze pokochała pierwsza miłością, i te miejsca, z któremi wiązało ją tyle wspomnień i serdecznych i smutnych, było rzeczą i naturalną i zrozumiałą. A przecie nie mogła wrócić do Jastrzębia i przebywać pod dachem Krzyckich inaczej, jak pod zmienionem nazwiskiem. I tak się stało, a później wypadki potoczyły się już własną siłą, aż doszły do tej chwili, w której trzeba było odsłonić tajemnicę. Groński wiedział już od pani Otockiej wszystko to, co mogła mu powiedzieć –i rozgrzeszał zarówno ją, jak pannę Anney, niemniej jednak rozumiał, że wytworzyło się położenie, niebywałe i że splótł się taki węzeł, którego rozwiązania wprost nie można było przewidzieć. Mógł go rozwikłać tylko Krzycki, ale i on stanął nie tylko wobec nowych trudności, lecz jakby wobec nowej osoby.
XI
Panna Polcia odwiedziła zaraz następnego dnia Lasowicza, a następnie odwiedzała go ilekroć mogła znaleźć chwilę wolnego czasu, wybierając wszelako takie godziny, w których Świdwickiego nie było w domu. Nie przedstawiało to zresztą wielkich trudności, gdyż Świdwicki wstawał zwykle koło południa, poczem wychodził i nie wracał aż późną nocą. Do tych częstych odwiedzin nie skłaniał dziewczyny żaden sentyment, ani wyjątkowa życzliwość dla młodego studenta. Panna Polcia czuła nawet, zwłaszcza w pierwszych chwilach, że mogłaby go niecierpieć. Ale kobiety lubią w ogóle patrzeć z bliska na swe dobre uczynki i oglądać choćby co dzień ludzi dla których stały się opatrznością; a po wtóre, Laskowicz każdem słowem odkrywał przed nią takie światy, których istnienia nawet się przedtem nie domyślała. O socjalistach nie wiedziała dotychczas prawie nic, prócz tego, co jej niegdyś powiedziała pewna stara kucharka, że „nie wierzą w Boga i nie Jadają kaczki", a następnie słyszała tylko, że rzucają bomby i strzelają z browningów. Po zamachu na Krzyckiego, jakkolwiek wraz z całą służbą w Jastrzębiu była przekonana, że dokonali go Rzęslewiacy, jednakże obiło się o jej uszy przypuszczenie, że to mogli być socjaliści – i wówczas zapłonęła przeciw nim chwilową niepohamowaną nienawiścią. A teraz dowiadywała się, że byli to ludzie całkiem innego pokroju. Nie rozumiała jeszcze dobrze, o co im chodzi wogóle, ale rozumiała po swojemu, ze w szczególności ci "ludzie chcą, by ona Paulina Kiełkówna – była taką samą panią, jak panna Anney lub pani Otocka. I równie jak pszczoła wysysa sok z z kwiatów, tak ona ze słów młodego fanatyka czerpała pokarm dla swej zawiści, dla swego bólu, dla swych uczuć. Serce poczęto jej ciągnąć ku tej „partii", która przedstawiała się jej jako potęga – a do tego dołączyła się i czysto kobieca ciekawość groźnych tajemnic tej potęgi.. Laskowicz pomiarkował szybko, że ziarno pada na podatną rolę, a gdy raz, za powiedziane niebacznie złe słowo przeciw Krzyckiemu, dziewczyna omal nie wydarła mu oczu – odgadł jej tajemnicę i postanowił ją wyzyskać, nie tylko dla dobra sprawy, ale i dla siebie osobiście.
Jakkolwiek panna Polcia była służącą, nie pani Otockiej, ale panny Anney, mieszkała jednakże w tym samym domu, więc mógł mieć przez nią wiadomości o Maryni, których pragnął z całej duszy, mógł uspokoić swe obawy co do zamiarów Krzyckiego, mógł mówić o niej i słyszeć jej imię – a wreszcie zdobyć wiadomości, gdzie i kiedy może ją zobaczyć, choć z daleka. I wypytywał o to wszystko, z początku ostrożnie i ubocznie, a w końcu tak ustawicznie, że pannę Polcię poczęło to dziwić i gniewać. Skłonna do ostateczności i zdolniejsza do nienawiści dla ludzi wogóle, niż do ich kochania, uwielbiała jednak wyjątkowo Marynię, uważając ją za jakąś nadziemską istotę – i uwielbienie to było w niej równie gwałtowne, jak byłaby nienawiść. Z drugiej strony, lubo na drodze ideowej, w kierunku równości powszechnej i niechęci ku klasom wyższym, poczyniła w krótkim czasie znaczne postępy, nie mogła się jednak otrząsnąć odrazu ze wszystkich dawnych pojęć i miewała nagłe do nich nawroty. To też pewnego razu, gdy Laskowicz począł, jak zwykle, zarzucać ją pytaniami o pannę Marynię, odpowiedziała mu opryskliwie:
– Co pan tak ciągle mówi o pannie Zbyłtowskiej?
– A może się w niej zakochałem? – odparł marszcząc brwi student.
Na to oczy jej zaświeciły w jednej chwili gniewem.
– Jeszcze czego!
A on jął patrzeć na nią przenikliwie i zapytał:
Dlaczego panienka mówi: „jeszcze czego ? Bo tak panu do niej, jak mnie do... I urwała nagle – lecz on dokończył:
– Naprzykład: do pana Krzyckiego?
Wówczas wybuchnęła jeszcze większym gniewem:
– Co się pan wtrąca w nie swoje rzeczy!
– Ja się do niczego nie wtrącam. Mówię tylko, że gdyby się panienka w nim zakochała i gdybym ja, usłyszawszy o tem, powiedział: „jeszcze czego!" – To by panience było przykro... I byłoby słusznie przykro... Bo jeśli księża gadają, że nawet i Boga wolno kochać, to cóż dopiero człowieka? Wolno panience, wolno mnie, wolno każdemu, bo to jest prawo natury, a zatem nasze prawo...
Słowa te zbyt odpowiadały temu, co kryło się w sercu dziewczyny, by gniew jej się mógł wobec nich ostać, więc spojrzała na Laskowicza tylko już jakby ze smutkiem i odrzekła:
– E! Co nam z tego prawa przyjdzie!
– Przyjdzie, czy nie przyjdzie, ale wolno. Zresztą, gdybyśmy świat urządzili po naszemu, to żaden pies na takie rzeczy by nie szczekał. Albo to panienka Krzyckiego nie warta? Dlaczego? Czy dlatego, że on bogatszy? To właśnie my chcemy temu zaradzić. Więc co? – edukacja? Pluń panna na to. Tej ich edukacji można i małpy nauczyć. To on, gdyby go panienka chciała, powinien jeszcze panienkę w nogi całować.
Lecz ona znów zniecierpliwiła się i odrzekła:
– Próżne gadanie...
– Ja też chcę tylko powiedzieć, że na wypadek, gdybym ja się zakochał w pannie Zbyłtowskiej, a panienka w panu Krzyckim, to jednak aby nam była dola i jednaka krzywda...
– W czem krzywda?
– W tych podłych urządzeniach tego świata, w tem, że takiej hołocie jak my, wolno po to tylko kochać, żeby cierpieć, a nie wolno oczu nawet podnieść na burżujów, choćby serca w nas skowyczały jak psy.
– Prawda – odrzekła dziewczyna przez zaciśnięte zęby – ale co z tego?
– To z tego, żeśmy sobie powinni podać ręce jak brat i siostra –i nie gniewać się na siebie, ale sobie pomagać. Kto wie, na co się jedno drugiemu może przydać...
– E! W czem sobie pomożem?
A on począł się znów wpatrywać w nią swemi blisko, jedno przy drugiem, osadzonemi oczyma i rzekł, wymawiając z wolna każde słowo:
– Ja nie wiem, czy pan Krzycki kocha się w pannie Zbyłtowskiej, czy w tej Angielce, u której panienka służy – czy może w żadnej z nich?
Twarz panny Polci pokryła się w jednej chwili bladością, a następnie przebiegł po niej płomień, który znów ustąpił bladości. W duszy jej były może głuche obawy, ale dotychczas nie śmiała stawić sobie żadnych pytań. Te panie bawiły w Jastrzębiu jako goście; pani Otocka i panna Zbyłtowska były krewne Krzyckiego – więc ich stosunek wydal jej się czymś zwykłem. Natomiast gdy w Jastrzębiu „Angielka" pojechała po doktora, a później pilnowała rannego – była chwila, że serce dziewczyny zawrzało zazdrością i niepokojem. Potem uspokoiła się myślą, że taki panicz nie ożeniłby się z jakąś obcą,, przybłędą", choćby była nie wiem jak bogata, ale obecnie zazdrość żgnęła ją znów jak nożem, a Laskowicz zaś mówił dalej:
– Panienka pyta, w czem sobie możemy pomóc? Tak?
– Tak...
– A choćby w... zemście. Poczem zmienił rozmowę.
– Niech panienka do mnie przychodzi, a jeśli niekiedy o co pytam, niech się nie gniewa. Jeśli panience czasem ciężko, to i mnie nie lekko... Jednaka dola – jednaka krzywda. Niech panienka przychodzi. Ja ze Swidwickim nie chcę dłużej mieszkać. To dziwny człowiek! Wiem, że on mnie nie z serca przygarnął, ale ponieważ się dla mnie naraża, muszę wszystko od niego znosić tymczasem on tak czasem wyzwierza się na naszą partię, że mam ochotę w łeb mu strzelić, albo go nożem pchnąć.
To czemu pan z tym starym kozłem rozprawia? – Bo on gada, a ja muszę słuchać. Często też korci mnie, żeby mu odpowiedzieć... Kto inny za mniejsze rzeczy dostałby nożem pod żebro.... Ale ja pana drugi raz nie schowam, bo nie mam gdzie.
Nie. Ja sam sobie wyszukam jakiej dziury. Już o tem myślałem. Nasi pomogą. Mam teraz paszport i pomalowany na żółto łeb. Niektórzy towarzysze nie mogli mnie poznać. Choćby mnie złapali, to mnie nie będą sądzili jako Laskowicza, tylko jako Zarańczuka z Besarabii. Chyba by kto zdradził, ale takich między nami nie ma.
– Niech pan się strzeże, a jak pan już będzie wiedział, gdzie się schować, to niech mi pan powie. Ja nie zdradzę...
– Wiem, wiem. Takie nie zdradzają... Poczem nagle zapytał:
– Czemu się panienka nie chce zgodzić, żebyśmy sobie mówili: towarzyszu i towarzyszko? Między nami wszyscy sobie tak mówią.
A ona ofuknęła go natychmiast:
– Powiedziałam już raz, że tego nie cierpię.
– Ha! Jeśli tak, to trudno.
Panna Polcia poczęta się zbierać do domu, Laskowicz zaś uczynił na pożegnanie i drugie odstępstwo od zwyczajów panujących między towarzyszami i towarzyszkami, albowiem pocałował ją w rękę. Zauważył już poprzednio, że ją to podnosi we własnych oczach, że jej to pochlebia i wprowadza w dobry humor. Nie będąc z natury zbyt przebiegłym, spostrzegł jednakoż także, że idea sama przez się nigdy jej całkowicie nie pociągnie, i że będzie miał w tej dziewczynie pomocnicę zdolną do wszelkich ostateczności, ale o tyle tylko, o ile wejdzie w grę jej własna osoba. Zmniejszylo to opinię, jaką miał o niej i jego dla niej wdzięczność. Ulegał wszelako jej despotyzmowi, pamiętając, że zawdzięcza jej życie.
Obecnie miał przytem do niej prośbę, więc we drzwiach ucałował jej rękę po raz wtóry i rzekł:
– Panno Polciu – taka sama nam dola i taka sama krzywda. Niech mi panienka odpowie na jeszcze jedno pytanie: gdzie ja Ją mogę choć z daleka zobaczyć – choćby z daleka?...
– Kogo? – zapytała marszcząc brwi.
– Pannę Zbyłtkowską...
– Jeśli z daleka, to powiem – odrzekła niechętnie. – Panienka ma grać na głodnych robotników i chodzi w południe na próby...
– Sama?
– Nie. Z panią Otocką, albo z moją panią, a czasem ze służącym, albo którą z nas.
– Dziękuję...
– Byle z daleka – rozumie pan... Bo inaczej będzie źle! I po tych słowach, które brzmiały jak groźba – wyszła. W tej samej chwili Laskowicz usłyszał przez drzwi głos i śmiech Świdwickiego, następnie jakby szamotanie się, przytłumiony krzyk dziewczyny, odgłos prędkich kroków na schodach – i wreszcie do pokoju wpadł pijany Swidwicki.
– A wyście co tu robili? – zapytał.
– Nic – odrzekł Laskowicz.
A on począł rozglądać się po pokoju, widocznie chcąc się przekonać, czy nie dostrzeże jakiegoś nieładu – i powtórzył:
–Nic?
– Daję panu na to słowo! – zawołał z energią student. Na to Swidwicki popatrzył na niego, poruszając rozczochraną brodą i rzekł:
– Toś dureń!
– Potem rzucił się na sofę – był bowiem po obfitem śniadaniu i chciało mu się spać.
[Następna część] [Góra] [Strona główna] [Poprzednia część]
|